Home DokumentyReferaty, Konferencje, ArtykułyApostolstwo osób konsekrowanych Suenens Kard. Leon Joseph, Promocja apostolska zakonnic

Suenens Kard. Leon Joseph, Promocja apostolska zakonnic

Redakcja

 

Kard. Leon Joseph Suenens
Arcybiskup Malines – Brukseli

PROMOCJA APOSTOLSKA ZAKONNIC

Desclée de Brouver, Bruge-Paris, 1962 r.

 

 

Sekretariat Stanu
Jego Świątobliwoci
N.94445
Watykan, 29.XI.1962

Eminencjo!

Doszło do wiadomości Ojca św., że wasza Eminencja po wydaniu kilku dzieł, w których oświetla różne problemy dotyczące apostolstwa i Kościoła przygotowuje obecnie do druku studium o roli zakonnic w świecie współczesnym.

Jego Świątobliwość, znając gorliwość pasterską Waszej Eminencji wyraża swą radość z tego powoda, że Wasza Eminencja poświęca swój czas i siły swego talentu problemowi znajdującemu się obecnie w centrum zainteresowań i trosk licznych duszpasterzy. Nie ulega wątpliwości, że obecne warunki ewangelizacji dopomagają się pożądanej rewizji na wielu odcinkach, zwłaszcza na polu lepszego zużytkowania wszystkich sił, którymi rozporządza Kościół w dziedzinie apostołowania.

Zakonnice zajmują pod tym względem bardzo ważne miejsce; dlatego należałoby poprzeć wszystkie wysiłki, zmierzające do wykorzystania dla bezpośredniej pracy apostolskiej wszystkich tkwiących w nich możliwości i ogromnych bogactw duchowych w nich złożonych.

Jego Świątobliwość myśli z radością, że książka, nad którą pracuje wasza Eminencja przyniesie nowe, cenne światła na ten temat.

Jako zadatek swej ojcowskiej życzliwości przysyła już teraz z całego serca wasze Eminencji Ojcowskie Błogosławieństwo apostolskie.

Niech Wasza Eminencja raczy przyjąć wyrazy czci. Całując Jej świętą purpurę pozostaję waszej Eminencji, bardzo pokorny, bardzo oddany i bardzo posłuszny sługa in Christo Jesu

+ A. Dell Aqua Subst.

Jego Eminencja
Kardynał Leon Joseph Suenens
Arcybiskup Malines – Bruxelles.

 

Przedmowa

Sobór jest sam przez się wezwaniem do rachunku sumienia. Chodzi o to, by sprecyzować co jest istotne a co przypadkowe w Kościele, co powinno pozostać, a co jest wynikiem epoki i okoliczności zewnętrznych. W licznych dziedzinach pracy duszpasterskiej należy przeprowadzić to rozróżnienie.

Starano się na tych stronach zanalizować pod tym kątem widzenia miejsce i misję zakonnicy w Kościele, odnośnie do świata dzisiejszego. To studium dotyczy całego Kościoła, gdyż zakonnica jest powołaną, by odegrać w nim rolę pierwszoplanową. Kładąc nacisk na jej współpracę dotykamy równocześnie głównych problemów, które stawia nam dziś całe Duszpasterstwo.

Taka analiza pozwoli nam lepiej pojąć sens najgłębszy powołania zakonnego, gdyż wydobędzie ona to pojęcie powołania ze wszelkich zniekształcających je anachronizmów.

Będzie tu chodzić jedynie o zakonnice należące do Zakonów i Kongregacji oddanych dziełom apostolskim /czynnych/. Nie będziemy tu rozpatrywać zgromadzeń kontemplacyjnych, gdyż ich życie jest skierowane ku innym celom i leży na zupełnie innej płaszczyźnie.

Mówiąc o zakonnicach, będziemy mieć pośrednio również na myśli wszelkie dusze poświęcone Bogu a pozostające w świecie, by mieć szersze pole dla swej zewnętrznej działalności apostolskiej. Według innego sposobu życia uczestniczą ono w tym samym zasadniczo powołaniu. Wreszcie, wszystko co tu mówić będziemy o zakonnicach odnosi się również w sposób ogólny – mutatis mutandi – do zakonników nie będących księżmi.

O wszystkich tych duszach wybranych myślimy, pisząc tę książkę. Oby Sobór i dla nich wydzwonił tę godzinę „wiosny duchowej”, o której mówił Jego Świątobliwość Jan XXIII. Analizując ich obecne warunki – a uczynimy to z równą miłością i uszanowaniem co i szczerością – chcielibyśmy je skłonie do tego, by wydobyły z siebie na miarę świata – skarby niewyczerpane swego zakonnego poświęcenia, gorliwości – wszelkich swoich duchowych bogactw.

Słowo o tytule tej książki. Mówimy o apostolskiej promocji zakonnicy. Nie należy tego błędnie tłumaczyć: życie zakonnicy jest z istoty swej apostolskim. Jest nim z samego faktu konsekracji dokonanej w chwili złożenia ślubów, jak i wskutek całej swej działalności. Nie chodzi więc wcale o to, by zakonnica przeszła z formy życia nieapostolskiej do apostolskiej. Tak interpretować tytuł tej książki, to sfałszować zasadniczo naszą intencję.

Mówiąc o promocji, mamy na myśli wspaniały rozwój możliwości i wirtualności, już w niej tkwiących; jakby rozprzestrzenienie się w nowy jakiś wymiar; jakby uzupełnienie tego, co już było. Nie zamierzamy zachęcać do dodania nowych zająć do rozkładów godzin – jakże bardzo przeciążonych! Przeciwnie będziemy żądać rozluźnienia tych rozkładów zajęć, przez podkreślenie konieczności zrewidowania pod tym względem hierarchii wartości. Właściwa równowaga musi być zachowana. Należy ustalić proporcję koniecznych i niezastąpionych elementów wszelkiego życia zakonnego oraz obowiązków, których wypełnienia Bóg od nas koniecznie się domaga. Jednym z tych czynników jest właśnie wkład apostolski, a nasze studium pragnie władnie to podkreślić!

Naszkicujemy więc teologię czasu w życiu zakonnym. Pragniemy zaś mówić o tych sprawach z wzrokiem utkwionym jedynie w wymagania Boże odnośnie życia zakonnego.

W święto Matki Bożej Bolesnej, 15.IX.1962.
+ L. J. Kard. Suenens.

 

PIERWSZA CZĘŚĆ
FAKTYCZNA SYTUACJA

 

Rozdział I
Świat, który jest naszym światem. Rytm świata

Aby określić dokładnie miejsce zakonnic w świecie współczesnym należy porównać zakonnice i światy w którym im przyszło żyć. Te dwie rzeczywistości posiadają każda swe własne prawa rozwoju i swój własny rytm życia. Nie można rozsądnie określić miejsce jakie życie zakonne zajmuje w świecie, nie umiejąc zrozumieć ewolucji jaką przechodzi dzisiejsze społeczeństwo. Gdyż kwasu nie umieszcza się obok ciasta, ale w cieście, które ma zakwasić. Trzeba więc w jakiś sposób uzgodnić te dwa równe rytmy życia.

Otóż społeczeństwo dzisiejsze, nasze społeczeństwo, to które nam Chrystus powierzył, abyśmy je zbawili, przeobraża się z zawrotną szybkością we wszystkich dziedzinach równocześnie. Charakteryzuje te zmiany cały szereg fenomenów socjologicznych, których nie wolno nie dostrzegać, pod groźbą wyobcowania się samemu poza margines świata, pod grozą zagubienia swego dialogu z tym światem z braku wspólnego z nim języka.

Świat dzisiejszy różni się od wczorajszego pod wieloma względami. Podkreślimy tylko te aspekty, które mają ścisły związek z problematyką religijną.

Świat w trakcie mutacji

Nasz świat jest światem ciągłego stawania się, gdzie wszystko zostało zakwestionowane. Daleko za nami zostały czasy, gdy tradycje stanowiły solidną ramą dla codziennego życia i instytucje gwarantowały nietykalne wartości i autorytety. Ze wszystkich stron tradycje się walą, wszystko co ustalone rozpada się. Ludzie chcą myśleć od nowa, wszystko rewidować i przewartościowywać, rozkładać świat jak rozkłada się mechanizm starej zabawki, by zbadać co jest w środku. Podkreśla się przede wszystkim wartości osobiste: wolność, odpowiedzialność, inicjatywę, tworzenie.

Człowiek dzisiejszy już wszystko widział, wszystko przeczytał, wszystko słyszał: wyrywa się do zwiedzania nowych szlaków, do szukania przygód, do zdobywania szczytów na nowych nieznanych ziemiach.

Zjednolicenie świata

Ostatnie ćwierćwiecze bardziej zrewolucjonizowało naszą planetę niż 20 poprzednich wieków. Na płaszczyźnie techniki, od bomby atomowej do rakiety międzyplanetarnej ludzkość uczyniła skok olbrzymi – a prawdopodobnie jest to tylko początek, coś, jak podniesienie kurtyny przed widowiskiem.

W tym wszechświecie, który przekreśla odległości geograficzne przeżywamy zupełnie niesłychane przewartościowanie pojęć i ideologii. Prędzej słyszymy przemówienia telewizyjne z Organizacji Narodów Zjednoczonych niż uczestnicy tego kongresu, bo fale elektryczne rozchodzą się o wiele szybciej niż fale głosowe. Każdy może słyszeć na własne uszy i widzieć na własne oczy konferencje międzynarodowe w Tokio czy Melburne. Co wieczór, siedząc wygodnie w swym fotelu mogą zwiedzić cały świat w telewizji. Dzięki nowoczesnym środkom informacji: prasa, radio, kino – dochodzą do nas prądy psychologiczne, które urabiają nowego człowieka, na obraz społeczeństwa podległej ciągłej przemianie. Problemy pojawiają się dziś nie w skali prowincji, kraju czy nawet kontynentu, ale w skali międzynarodowej – zanim nie zaistnieje skala międzyplanetarna. Każdy problem, którego nie rozpatrujemy w skali światowej jest źle postawionym problemem – powiedział jeden z wielkich mężów stanu.

I czy chcemy czy nie chcemy, taką jest sytuacja, w której nam żyć wypadło.

Świat w ruchu

A w tym świście mrowisko ludzkie rusza się we wszelkich kierunkach. W kilku godzinach przelecieć można odległość między Brukselą a Nowym Yorkiem. Kilka minut spędzonych w poczekalniach wielkiego lotniska wystarczy, by nas przekonać, jak świat stał się miejscem najrozmaitszych spotkań.

A na dobitek jesteśmy również świadkami ruchów migracyjnych wewnątrznarodowych. Cywilizacja miejsca pochłania powoli wieś. Miliony wieśniaków wykorzenionych zaludnia przedmieścia wielomilionowych miast. A czy potrzeba mówić o skutkach moralnych zagęszczenia ludności stłoczonej w zbyt ciasnych pomieszczeniach oraz wszystkich tragicznych konsekwencjach tego stanu rzeczy w dziedzinie życia rodzinnego.

Świat o nowych wartościach

Ale jeżeli świat nasz stał się w porównaniu ze światem z przed 20, 30 i 40 lat światem nowym, to nie należy tego zjawiska przypisywać wyłącznie postępowi technicznemu. Ludzie naszych czasów wyrobili sobie zupełnie nową wrażliwość. Stare wartości wyszły z obiegu – ale nowe wartości wysunęły się na plan pierwszy.

Ludzie tęsknią do wzajemnej równowagi, do braterstwa, do solidarności. Feudalizm zbankrutował i Ludwik XIV naprawdę umarł. Dziś rażą wszelkie nierówności społeczne i buntują wszelkie przywileje. Wszystko, co przypomina dawne formy sztuczną etykietą panującą na dworach, konwenanse środowisk burżuazyjnych, pompatyczne wyrazy czci i szacunku – wszystko to należy do przeszłości.

Ludzie tęsknią do szczerości, do prawości, do bezpośredniości, do prostoty, do oszczędności w słowach, do umiaru. Chcą sztuki ogołoconej, która nie znosi esów-floresów i niepotrzebnych komplikacji. Odkrywa się na nowo stosunek człowieka do człowieka.

Świat pełen sprzeczności

Musimy rozumieć zmiany, które w świecie zaszły. Musimy umieć ocenić wszystkie wartości tych zmian, jeżeli mamy dokonać prawdziwego wyboru i oddzielić z obiektywizmem i duchem wiary, to co wartościowe od tego co należy odrzucie. Grozi nam bowiem, że to my nasiąkniemy duchem świata, jeżeli będziemy zadawalali się biernym tkwieniem nim zamiast starać się go przerobić. Albowiem w świecie krzyżują się nieustannie potężne, ale i niebezpieczne prądy. Postęp techniczny i użytek jaki z niego czynimy to dwie całkiem różne sprawy. Nazajutrz po Hiroszimie Denis de Reugement pisał z wielką słusznością: „Bomba nie jest wcale niebezpieczna. Bomba jest zwykłym przedmiotem … ale człowiek jest straszliwie niebezpiecznymi!”

Oszałamiające sukcesy techniki przyprawiają współczesnych o zawrót głowy i nie umieją ani obronić się przed bałwochwalstwem wiedzy. Gagarin, człowiek pierwszego sputnika oświadczył na rozkaz swych panów, że niebo było puste, że nie spotkał żadnego Boga na swoim szlaku. Ludziom dzisiejszym przyjęcie rzeczywistości nieuchwytnej dla ich rachunku i dla ich kompasu – przychodzi z wyraźną trudnością. Nie umieją odkryć Boga tam, gdzie On przecież jest: nieskończenie bliski w głębi ich własnych dusz, udzielając im życie, będący przyczyną i celem ich istnienia. Szukają Go za pomocą teleskopu – a właściwie przestali Go w ogóle szukać, tak dalece zamknęły się ich dusze na niewidzialny choć rzeczywisty świat i na tajemnice, które przekraczają ich poznanie.

I człowiek, odcięty w ten sposób od swych korzeni został porwany straszliwą falą materializmu.

Ten materializm jawny czy ukryty – przygważdża go do ziemi i kradnie mu duszę zamykając jego duchowy horyzont. Nastały trudne czasy dla bezinteresownych powołań, które nie uważają pieniędzy za najwyższe kryterium powodzenia. Wszystko składa się na to, by utrudnić człowiekowi odnalezienie sensu własnej perspektywy i odczucie względności całej rzeczywistości materialnej. „Cóż pomoże człowiekowi choćby świat cały zdobył – jeśli duszy swej szkodę przyniesie!”. To słowo Zbawiciela nie wywołuje dziś żadnego echa u rzesz, które nie wznoszą już oczu ku niebu. Dobrobyt materialny absorbuje wszystkie ich siły i staje się celem sam w sobie.

Człowiek, którego poziom życiowy gwałtowanie zwyżkował – przynajmniej w niektórymi krajach – ma coraz szersze możliwości rozrywkowe. Zgadza się na pracę ale żąda równocześnie odprężenia, weekendów, wczasów darmowych. Rozrywki zajmującej coraz więcej czasu stały się częścią składową naszego życia. Wysiłek nerwowy będący produktem współczesnej cywilizacji domaga się wakacji na świeżym powietrzu, sportu i wszelkich form kultury fizycznej. Co wieczór człowiek przekręca gałkę telewizora i wpuszcza do swego mieszkania wszystkie fale – zdrowe czy niezdrowe, które zalewają jego psychikę z biernością plaży przyjmującej zalewające ją fale przypływu.

Te rozrywki, które witamy radośnie jako objaw ludzkiego i społecznego postępu – co przynoszą człowiekowi i jak człowiek je wykorzystuje? Ile czasu zostawiają chrześcijaninowi święcenie niedzieli – te cotygodniowe „wędrówki ludów” we wszystkich większych miastach? Książki, filmy, fale radiowe, wszystko to, zamiast wzbogacać naszą kulturę jakież przekazują nam wieści i jaką odpowiedź dają na podstawowe pytanie jakie stawia sobie człowiek odnośnie swego własnego losu, swej natury, najgłębszego sensu cierpienia, śmierci, zaświata? Czyż te środki informacji nie stają się zbyt często rzeką, którą przepływa nurt błotnisty pewnej twórczości literackiej zachwalającej relatywizm i indyferentyzm.

Nasza epoka, tak bogata w wartości pozytywne jest również epoką niebezpiecznych sprzeczności. Trzeba ją kochać, a równocześnie bronić się przed nią; współpracować z jej twórczym rozmachem, ale ten rozmach właściwie skierowywać; podziwiać ją, ale również wykazywać jej ograniczoność; popierać wszystko co zmierza w kierunku dobra, ale pomóc jej dostrzegać niebezpieczne przepaście do których się lekkomyślnie zbliża. Trzeba pomóc dzisiejszemu człowiekowi wyjść ze siebie i odkryć Zbawiciela, który również w XX wieku pozostaje dla niego „Drogą, Prawdą i Życiem”.

Katolikowi dzisiejszemu potrzebny jest katolicyzm trzeźwy i męski, który by jasno nakazywał mu pewne kontakty – ale i pewne rezerwy; współpracę, ale i w pewnych wypadkach i odmowę a nawet sprzeciw; który by mu otwierał szerokie horyzonty myślowe i czynił go otwartym na wszelkie objawy dobrej woli ze strony braci: który by dawał mu miłość daleką od wszelkiego kompromisu; który by pozwolił mu dzielić się z innymi skarbami życia, które nosi w sobie.

Każdy autentyczny mówca posiada – jak zauważono – dwa źródła geniuszu: jedno własne, drugie pochodzi od ludzi, którzy go słuchają. Każdy z nich naznaczony jest piętnem wieku, w którym żyje. Coś podobnego dzieje się z każdym katolikiem powołanym przez Chrzest św. do obowiązku apostolstwa. Potrzebny nam jest geniusz własny, to znaczy potrzebny mu jest Duch Pański, który oświeca jego wzrok i ożywia jego zapał. Ale potrzebny mu jest również geniusz czasów, w których żyje. Musi go znać, rozumieć jego naczulenia i uwarunkowania. Katolik należy do dwóch światów: świata Bożego i świata ludzi – a pośrednikiem stać się może jedynie wówczas, gdy tkwi równocześnie i w niebie, i na ziemi.

Życie chrześcijańskie w każdej epoce jest zawsze paradoksem. Ale w świście dzisiejszym, który jest naszym światem i którego uchrześcijanianie jest naszym obowiązkiem, to życie domaga się od nas większej dojrzałości, trzeźwości i bardziej wzmożonego poczucia odpowiedzialności.

Trzeba było naszkicować ten krótki wstęp, który służyć będzie za tło do dalszych rozważań. W tym bowiem kontekście wypadło zakonnicom działaś i odgrywam ważną swą rolę. Mim dojdziemy jednak do tych wniosków trzeba będzie jeszcze zapytać się czym stała się dziś kobieta i jakie jest jej miejsce w ewolucji współczesnego świata. Zakonnica jest kobietą współczesną. Sprawa praw kobiety jest więc dla niej czymś zasadniczym. Nie wolno jej zrezygnować z własnej kobiecości – gdyż właśnie ta jej kobiecość ma być wprzęgnięta w służbę Pana. „Im bardziej kobieta jest święta, powiedział L. Boley – tym bardziej jest kobietą”. Przetłumaczywszy to inaczej: „Im bardziej zakonnica jest naznaczona piętnem swj epoki, tym lepiej potrafi realizować swoje powołanie”.

Rozdział II
Kobieta dzisiejsza

Będziemy mówić o kobiecie krajów cywilizowanych: sytuacja w Azji i Afryce przedstawia się nieco odmiennie. Ale i tam ewolucja się już zaczęła – a wydaje się ona nieodwracalna. Według sprawozdania ogłoszonego niedawno przez Narody Zjednoczone tylko w 3 krajach odmawia się jeszcze kobiecie biernego i czynnego prawa głosu.

Chrześcijaństwo a ruch kobiecy

Chrześcijaństwo zapoczątkowało nową erę również i pod względem zapatrywań się na kobietę. Objawiając światu tajemnicę przybranego dziecięctwa Bożego Chrystus ogłosił równocześnie podstawowe zrównanie obydwu płci i raz na zawsze objawił godność kobiety.

Przeciwstawiając się prawom i obyczajom świata grecko-rzymskiego Kościół głosił również równość mężczyzny i niewiasty wobec Boga i wobec prawa moralnego. Wiadomo do jakiego stopnia ta równość była zapoznana w społeczeństwie starożytnym. Gdy pracodawca wyrokował na przykład o cudzołóstwie czy o rozwodzie całkiem inaczej odnosił się do mężczyzny niż do kobiety. Również prawo zwyczajne faworyzowało stale mężczyznę na niekorzyść kobiety. Kościół odpowiedział się za emancypacją kobiety i walczył o przyznanie jej równych praw co i mężczyźnie na odcinku organizowania własnego życia i rozporządzania własną wolnością.

Walczył również w obronie wolności kobiety niezamężnej, zapoczątkowując rozkwit zakonów żeńskich. Jej szacunek dla Boga poświęconego dziewictwa uwypuklił godność kobiety i jej prawo do samodzielnego wyboru własnej drogi powołania.

W średniowieczu rycerstwo – mimo niekonsekwentnych obyczajów tego czasu, jest wyrazem hołdu dla godności kobiety i pewną formą szacunku jej okazywanego.

Jeśli przejdziemy ze średniowiecza w czasy renesansu, zauważymy ze zdziwieniem, że w miarę dechrystianizacji społeczeństwa prawodawca świecki usiłuje coraz bardziej wcisnąć się w dziedzinę prawa małżeńskiego wprowadzając w nie pojęcie niezdolności kobiety zamężnej do stanowienia o sobie.

Nieco później kodeks prawa cywilnego podkreśli jeszcze tę niezdolność prawną i potwierdzi ogólną tendencję do zniszczenia jedności rodzinnej. Zbyt często niestety katolicy poszli po linii swojej epoki: nie zdając sobie z tego sprawy nasiąknęli pogaństwem. Przez fatalny konserwatyzm pomieszali autentyczną tradycję chrześcijańską z tradycją ludzką, będącą jedynie owocem epoki oraz jej antyfeministycznych sądów. Na zakończenie rozdziału omawiającego ruch feministyczny XIX wieku kanonik J. Leclerq pisze:

„Sytuacja kobiety, wytworzona przez prawo i obyczaje XIX wieku nie była zgodna z prawami i powołaniem kobiety. Należy zastrzec, że w ruchu feministycznym katolicy idący po linii tradycji kościelnej byli tak bardzo nieliczni. Środowiska inteligencji katolickiej przyjęły na ogół postawę defensywną, polegającą na obronie kodeksu cywilnego natchnionego przez pogański maskulinizm w przekonaniu, że bronią tradycji katolickiej.

W ten sposób jedynie można wytłumaczyć fakt, że w krajach o tradycji katolickiej proces emancypacji kobiet pozostał daleko w tyle, oraz że wpływowe, burżuazyjne środowiska katolickie okazują tak mało zrozumienia dla potrzeb kobiety współczesnej”[1].

Promocja kobiety

Jakkolwiek by się ta sprawa przedstawiała – przeszłość już umarła. Należy liczyć się z faktem, który Lucien Rumier nazywa: „Promocją kobiety”.

Ta promocja zaczęła się według niego przy końcu XIX wieku, gdyż Rumier myślał jedynie o wyzwoleniu ekonomicznym kobiety. Ale mniejsze o datę powstania tego zjawiska. Ta promocja wywalczana przez same kobiety jest dziś faktem dokonanym i co więcej – nasila się ona w szybkim tempie – na oczach całego świata. By się o tym przekonać wystarczy przebiec pobieżnie fakty; jak to ma np. miejsce, gdy się porównuje rozwój środków lokomocji by wykazać postęp dokonany od czasu pierwszego pociągu do torpedy elektrycznej – czy od pojazdu Mongolfier – do rakiety międzyplanetarnej.

Dawniej

Pobieżny rzut oka wstecz pozwoli nam ująć postęp emancypacji kobiet. Można by porównać kobietę z 1700 czy 1800 r. z kobietą dzisiejszą. Obrazek taki byłby nawet malowniczy. Nic nie uzmysławia lepiej ewolucji obyczajów jak stare albumy fotografii rodzinnych. Gdy przyglądamy się z uśmiechem dagerotypom babć i prababek: rozmaitość kapeluszy i sukien staje się po prostu symbolem różnicy obyczajów w różnych epokach.

Dawniej życie kobiety upływało wyłącznie w murach domowych. Sprowadzono jej egzystencję do 3 wymiarów oznaczonych w języku niemieckim trzema „K”: Kirche (Kościół), Küche (kuchnia), Kinder (dzieci).

Szanująca się panienka nie ukazywała się na ulicy bez „opieki”. Sprawy publiczne, administracja, dyplomacja, uniwersytet, Parlament i tyle innych dziedzin były królestwem zastrzeżonym jedynie mężczyznom. Kobieta nie miała prawa głosu.

Nie tak dawno jeszcze władze szkół wyższych sprzeciwiały się kategorycznie dopuszczeniu kobiet na studia, a ich wejście do uniwersyteckiego grona profesorskiego jest dopiero zdobyczą ostatnich lat, zwłaszcza jeśli idzie o środowisko katolickie.

Sam pomysł kobiety ambasadora czy senatora wydawał się absurdalny i nie do przyjęcia.

Rozumiało się samo przez się, że w wypadku nawet różnic wydajnej pracy zarobki kobiety nie mogły dorównywać zarobkom mężczyzny.

Nie wypadało, by dziewczyna decydowała sama w sprawie wyboru męża: skazana była na bierne oczekiwanie a jej rodzice decydowali w imieniu zainteresowanych.

Kobieta była niejako zamurowana w tym swoim niezmiennym lesie, w ramach jakiegoś idealnego prototypu raz na zawsze ustalonego – a będącego jedynie wymysłem mężczyzn. Powinna była być posłuszny, wierną, zrezygnowaną, pracowitą – ale w ciasnych granicach konwencjonalnego życia, z dala od przeciągów i od wyzwalających, ożywczych powiewów.

Dziś

Nowy typ ukazał się zaskoczonym mężczyznom: Kobieta współczesna. Ta kobieta nie przyjmuje już biernie swego losu: ona o niego walczy. Wyzwoliła się z więzów przeszłości, obraca się w środowisku, które jej pozwala roztaczać własne bogactwa. Ponieważ przeciętna wieku wszędzie się dziś przedłużyła, kobieta uzyskuje z chwilą, gdy jej dzieci już dorosły – jakby drugie, dodatkowe życie. Rozporządza większym wykształceniem, ma dostęp do wszystkich rozrywek. Wszystkie te nowe warunki umożliwiają jej obecność i jej działalność w świecie, zapewniając im niejako nieograniczony zasięg.

Jej dawna bierność oraz odosobnienie, w którym ją ukrywano, wszystko to znikło – ustępując miejsca jej aktywności spełniającej coraz donioślejszą rolę.

Cywilizacja techniczna wyrwała kobietę z zacisza domowego otwierając jej dostęp do fabryk i biur.

Obie wojny światowe zmobilizowały miliony kobiet na tyłach frontu – gdzie z powodzeniem zastępowały mężczyzn na całym szeregu stanowisk.

Klasyczny obraz, w myśl którego inicjatywa należała do mężczyzny, a poddanie do kobiety poszedł dziś do lamusa. Penelopa przy swym warsztacie. Małgorzata przy kołowrotku. Julietta na balkonie, Siostra Anna zamknięta w wieży w wiecznym oczekiwaniu – wszystko to należy dziś do folkloru.

Ta promocja kobiety nie przekreśla bynajmniej podporządkowania jakiego domaga się św. Paweł od żony w stosunku do męża na gruncie życia rodzinnego. Ale to podporządkowanie się nie może żadną miarą rozciągać się dziś na dziedzinę całego życia społecznego.

Dziś promocja kobiety jest faktem dokonanym, który wszedł już głęboko w życie obyczajowe jako sam przez się zrozumiały. Nigdy jeszcze wpływ kobiety nie był tak oczywisty, nigdy jej psychiczna ważność tak widoczna. Kobieta gra dziś swą własną rolę, nawet w kołach światowej polityki. Dzięki wyrobieniu swojej osobowości, dzięki swej kulturze bierze dziś udział na swój sposób, w sposób bardzo charakterystyczny zresztą w życiu społecznym, ekonomicznym i literackim. Działa już nie poprzez mężczyznę, który ulega jej wpływowi, a działa osobiście, wprost.

Znajduje się dziś kobiety w gabinetach ministrów, w parlamencie, w ministerstwie zdrowia, w ośrodkach badań naukowych, w kołach artystycznych i literackich, w wielkich przedsiębiorstwach użyteczności publicznej. Kobiety wyrąbały sobie szerokie, własne miejsce w każdej dziedzinie: w dziedzinie techniki informacyjnej: prasa, kinematografia, telewizja, radio. Piszą, przejawiają, działają; a z ich opinią i ich zdaniem liczą się we wszystkich dziedzinach życia. Zdarzało się, że nowe stanowiska zostały stworzone jednie do nich dostosowane, na najróżniejszych odcinkach. Jest to dowód, że ich obecność jest pożądana, przyjęta, skuteczna. Oczekuje się od nich, że „uczłowieczą” życie społeczne, że potrafią odbiurokratyzować, od intelektualizować, bardziej dostosować je do mnogości indywidualnych przypadków, do skomplikowanych sytuacji.

Rola dynamiczna

Wkład kobiet w cywilizację współczesną jest ogromny. W dobrym, ale niestety i w złym. Któż oceni spustoszenia jakie potrafią czynić w sumieniu moralnym ludzkości te kobiety, które poszukują szczęścia najgorszymi środkami, popisując się swymi wybuchami nerwowymi, swymi rozwodami, amoralizmem życia wystawionego na widok publiczny, nieobliczalnym luksusem, znudzeniem i wstrętem do życia. Może za mało zdajemy sobie sprawę jak bardzo rozpętane przez nie ofensywy walczące z hałasem o wolność rozwodów, przerywanie ciąży, morderstwa dzieci z litości i regulacja urodzin nie licząca się z żadną etyką: jak to wszystko podważa rodzinę od korzeni i rujnuje najświętsze wartości cywilizacji chrześcijańskiej.

Kobieta ma przerażającą możliwość stania się Ewą – o ile nie zostanie Marią. Rzadko tylko utrzymuje się na poziomie neutralnym. Albo uszlachetnia mężczyznę i samą swą obecnością podnosi go wzwyż, stwarzając wokół siebie klimat piękna i szlachetności; albo skoro sama zacznie upadać, ściąga go w dół.

Możemy odnieść do niej słowa Józefa de Maistre: „Mężczyźni tworzą prawa, ale kobiety tworzą obyczaje”. Gdyż sercem rodziny jest żona i matka. Kobieta ma w swym ręku moralne losy ludzkości, dziś jak nigdy przedtem, w żadnej epoce historycznej. Ona kształtuje świat na własne swe podobieństwo i aktywnie przyczynia się do uformowania opinii publicznej przez swe artykuły, pisma ilustrowane czy książki. Bierze udział w dyskusjach światopoglądowych a wpływ jej zaznacza się w prawodawstwie jak i w organizacji życia społecznego, gdy chodzi o wychowanie, o lecznictwo, o rozrywki itp.

Ta nieprzewidziana często nieoficjalna rola kobiety otwiera nową erę w historii ludzkości. Pewien model społeczny utrzymujący się od tysiącleci zniknął bez nadziei powrotu. Nowy typ społeczeństwa, który już dziś ustalił się w krajach bardziej zaawansowanych narzuci się jutro wszystkim kontynentom, nawet w krajach, gdzie emancypacja kobiet napotyka jeszcze na trudności. Cały ten proces postępuje ciągle, choć niedostrzegalnie i powoli i wydaje się nieodwracalny. Wszędzie kobieta chce patrzeć na świat szeroko otwartymi oczyma i kształtować go wespół z mężczyzną. Tak należy przewidywać przyszłość. Lenin napisał: „Doświadczenia z okresu wszystkich ruchów wolnościowych świadczą o tym, że powodzenie rewolucji zależy od stopnia zaangażowania i uczestnictwa kobiet”.

Należy pamiętać sobie to zdanie: Chrystianizm jest bowiem wyzwalającą rewolucją najradykalniejszą jaka zdarzyła się kiedykolwiek w historii świata. Apostolstwo nie jest niczym innym jak wkraczaniem poprzez nas Chrystusa w życie ludzkie i w społeczeństwo. Współpraca apostolska kobiety – a życie zakonne przecież na tym polega, nabiera wtedy właściwego znaczenia, kobiecość zakonnicy z wszystkimi jej możliwościami i bogactwami nie może być przekreśloną i uduszoną – przeciwnie ma się ona wspaniale rozwinąć dzięki jej powołaniu do poświęcenia się na służbę Bożą.

Miejsce kobiety w świecie współczesnym narzuca inne wymiary działalności apostolskiej współczesnej zakonnicy. W następujących rozdziałach omówimy to szczegółowo.

Rozdział III
Zakonnica w świecie współczesnym

Jak przedstawia się zakonnica oczom świata w dzisiejszym stadium ruchu kobiecego?

W oczach niewierzącego

Nie chodzi tu o wypisanie jak zapatrują się na zakonnicę niewierzący. Bez wiary nie sposób uchwycić sens życia, istniejącego jedynie dla i przez Chrystusa do którego wszystko w tym życiu jest skierowane. Bez wiary stanowiącej klucz do tego życia wydawać się ono może jedynie zagadką, marnotrawstwem energi, niezrozumiałą abdykacją z własnej wolności, zamkniętymi drzwiami, których w żaden sposób nie udaje się otworzyć – stąd tylko krok do zapewnienia, że życie zakonne jest życiem pomniejszonym, nieczłowieczym, opartym na zahamowaniach, na odrzuceniu miłości; niestety, zbyt łatwo robi się ten lekkomyślny krok, czego dowodem pewien kierunek literatury współczesnej, tendencyjnej i powierzchownej.

W oczach wierzącego

Pragnę opisać tu zakonnicę widzianą oczyma wierzącego, patrzącego na nią z wdzięcznością i sympatią.

Obserwatora, który stara się patrzeć uważnie na świat uderza ogromny wkład zakonnic – i ich znaczenie na tym odcinku, gdzie ma się do czynienia z cierpieniem ludzkim. „Kto z was cierpi – mówi św. Paweł – żebym i ja nie cierpiał z wami?”. Zakonnice realizują to właśnie słowo przy łożu chorych, debilów, niedorozwiniętych, kalek, starców, trędowatych, głuchoniemych, więźniów. Żyją tym słowem całymi dniami od świtu do nocy poprzez lata całe z poświęceniem i całkowitym zapomnieniem o sobie, które zmuszają do podziwu. Są stałymi świadkami macierzyńskiej miłości Kościoła, który pochyla się nad każdą niedolą i który pamięta o przypowieści Dobrego Samarytanina i o innych powiedzeniach swego Mistrza na temat „cokolwiek uczyniliście najmniejszemu z uczniów moich”. Są awangardą Kościoła w krajach misyjnych, w dżungli, w rodach polarnych, współpracownice doborowe, bezcenne.

Uderza nas również miejsce, jakie zakonnice zajmują w szkolnictwie wszelkich poziomów. Nie rzadko niepraktykujący powierzają swe dzieci ich opiece. Wiedzą bowiem, że zakonnice wyrzekają się własnych ognisk rodzinnych na to, by móc całkowicie oddać się wszystkim rodzinom, poświęcając im wszystkie skarby swego serca i swej troskliwości. Rzesze dzieci i dorastającej młodzieży kształci się i wychowuje w instytutach, które one prowadzą lub w których pracują. Słusznie podziwia się nieustanną czujność tych zakonnic wykładowczyń, które nie żałują swych sił ni swego czasu dla dobra dzieci.

Istnieją oczywiście wiele innych formy obecności zakonnic w święcie, w dziedzinie pracy społecznej, dzieł miłosierdzia pracy parafialnej, ale te dwie formy, o których mówiliśmy najbardziej rzucają się w oczy i zwykle na nich opiera się sąd i ocena wierzących.

Nie bylibyśmy jednak obiektywni, gdybyśmy nie wspomnieli pewne zarzuty i żale, które wysuwa się pod adresem zakonnic w niezliczonych artykułach, ankietach czy nawet rozmowach. Te zarzuty nie dotyczą istoty życia zakonnego; odnoszą się one do całego zespołu zwyczajów w pewnym sensie wyobcowujących zakonnice ze świata, który przecież chcą zbawiać i które sprawiają, że na tle ogólnego ruchu emancypacji kobiet one wydają się nieco zapóźnione.

Jedne z tych zarzutów dotyczą psychologicznych podstaw zakonnicy w życiu osobistym czy wspólnym. Inne odnoszą się raczej do ich postawy społecznej i apostolskiej na płaszczyźnie ich pracy szkolnej czy charytatywnej. Przyjrzyjmy się niektórym z tych zarzutów.

Postawa psychologiczna

Zbyt często wydaje się jakoby zakonnice żyły w świecie zamkniętym, zajęte sobą nie związane ze światem zewnętrznym.

Zgromadzenie zakonne podobne jest często do fortecy, której most zwodzony zostaje spuszczony tylko wyjątkowo, z lękiem i nieśmiałością. Swoiste pojęcie oddzielenia się od świata prowadzi – zdaniem wielu – do pewnego rodzaju izolacji psychologicznej. Stąd płynie trudność jakiegoś dialogu z najbliższym nawet otoczeniem – gdyż brak wspólnego zainteresowania i brak fal odpowiedniej długości, by móc nawiązać porozumienie. Nawet w wypadku, gdy zakonnica przed swym wstąpieniem były silnie związane ze światem czy to wskutek środowiska, w którym żyła, czy dzięki swej pracy apostolskiej, krótko po swym wstąpieniu traci tę zdolność kontaktu. Zamyka się szczelnie w swojej hermetycznej klauzurze, która w najlepszym wypadku komunikuje się ze światem zewnętrznym tylko przez wąski lufcik podczas gdy okna i drzwi pozostaną zamknięte.

Świeccy znają to dziwne uczucie wyobcowania, gdy po wakacjach spędzonych w górach powracają do ludnego miasta. W międzyczasie życie przecież nie stanęło, zaszły zmiany, z którymi trzeba się liczyć: jednym słowem przez kilka dni czają że wypadli z obiegu i potrzebują pewnego czasu, by się znów dostosować do rytmu życia. Ale zakonnice nie powracają, powstała przepaść między nimi a życiem, która z czasem powiększa się, zamiast z czasem zasypywać się.

Z drugiej strony oddalenie się od świata materialne i psychologiczne pociąga za sobą zajęcie się sobą, zacieśnienie swego horyzontu do spraw Zgromadzenia. Świat zakonnicy kurczy się, jeśli nie zwróci na to bacznej uwagi – do rozmiarów kilku metrów kwadratowych. Następuje swoista deformacja perspektywy. Widzi ona sprawy pod pewnym tylko kątem – przykłada do nich ciasną zniekształcaną miarę. Stąd płynie często sztuczność i nienaturalność różnych zwyczajów klasztornych, wytwarza się pewien ton, obowiązujący w danym domu, stereotypowy, sztywny i bezosobisty. Można było powiedzieć o pewnych Zgromadzeniach zakonnych, że stały się one ostatnimi muzeami uczonych manier burżuazyjnych dam XIX wieku.

A tymczasem wszyscy pragnęli by spotykać się w klasztorach z bezpośredniością, ze szczerością, z reakcjami bardzo naturalnymi i prostymi, z serdecznością. Chciało by się, by w klasztorach zniknął nie szacunek, dobre wychowanie, ale ich przejawy, które już dawno wyszły z mody.

Jednym słowem papierowe kwiaty powinny ustąpić miejsca prawdziwym kwiatom wyrosłym na żyznej czarnej ziemi, na jej zdrowych bujnych sokach.

Większość habitów zakonnych razi również niedostosowaniem się do aktualnych warunków, ich krój wydaje się przestarzały, archaiczny i niewygodny. Ludzie patrzą z uśmiechem ironicznym na rozwiany welon i habit siostry śpieszącej do swych chorych na motorze. W takich sytuacjach habit powoduje prawdziwe niebezpieczeństwo i dla niej i dla całego ruchu ulicznego naszych zagęszczonych miast.

Postawa społeczna

Prócz tych zarzutów, które dotyczą raczej osobistej czy społecznej postaw zakonnic zauważa się również niebezpieczeństw pewnego funkcjonaryzmu w dziedzinie ich właściwej pracy apostolskiej. Grozi to w równej mierze zakonnicom wychowawczyniom i pielęgniarkom. Etatyzacja służby zdrowia poddanej w coraz szerszej mierze wymaganiom biurokracji administracyjnej uniemożliwia, a przynajmniej bardzo utrudnia ich właściwe, religijne posłannictwo.

Lecznictwo uczyniło niesłychane postępy od czasu, gdy założycielki wybierały to pole działalności dla swoich córek, by zapobiec niedoli chorych pozostawionych bez opieki: dawniej opieka nad chorymi była owocem miłości Bożej. Zgromadzenia zakonne były pionierami miłosierdzia. Dziś ministerstwo Zdrowia przejęło całą tę dziedzinę pracy i narzuca lecznicom prywatnym własne ustawy i regulaminy. Z konieczności Zgromadzenia musiały się w pewien sposób przestawić. Konieczność zdobywania dyplomów, obowiązek podlegania kontroli administracyjnej, zależność od władz państwowych, prawodawstwo społeczne, wszystko to powoduje, że dzisiaj nie Bóg, ale ludzie inaczej patrzą na zakonnicę pielęgniarkę.

Dziś zakonnica nie jest już ową Siostrą pochyloną nad wezgłowiem chorego, nawiązującą z nim głęboki kontakt: dziś zakonnica nie ma czasu, by mieć na to czas. Szpitale, kliniki, ośrodki Opieki nad Matką i Dzieckiem zatrudniają dziś liczny personel świecki; zakonnice spełniają raczej funkcją nadzorczą, intendentki, czy oddziałowej. Są zwykle przeciążone obowiązkami administracyjnymi lub dozorem. Zakonnica upodabnia się coraz bardziej do pielęgniarki zawodowej zawalonej robotą czysto techniczną. Grozi jej funkcjonaryzm.

Gorączkuje się „odstawia” swoich chorych, nie mogąc nigdy nadążyć i zaspokoić wszystkich potrzeb, gdyż liczba chorych wzrasta wraz z wzrostem ludności. Poetycka aureola opromieniająca postać dawnych zakonnic-pielęgniarek, które osobiście obsługiwały swych chorych należy dziś do przeszłości.

Uwagi odnoszące się do dziedziny pielęgniarstwa tak bardzo zeświecczonej w obecnej dobie są równie prawdziwe w odniesieniu do instytutów wychowawczych. Kościół odegrał pierwszorzędną rolę w kształceniu i wychowaniu młodzieży.

Była to rola historyczna i w pewnym sensie zastępcza. Kościół nie czekał aż uformuje się państwo nowoczesne, które by mogło zająć się świeckim wychowaniem i wykształceniem młodzieży.

Kościół był pionierem na niejednym zresztą polu, nawet nie należącym do jego kompetencji. Podobno Kapucyni miasta Paryża byli pierwszymi strażnikami przeciwpożarowymi w tym mieście! Ale przeszłość należy do przeszłości.

Dziś obserwujemy olbrzymi przewrót w dziedzinie naszych instytutów wychowawczo-naukowych spowodowany rosnącymi wciąż wymaganiami władz szkolnych oraz gwałtownym wzrostem liczby młodzieży w wieku szkolnym.

Prawodawstwo szkolne ze wszystkimi swymi skomplikowanymi przepisami obowiązuje szkolnictwo prywatne na równi ze szkolnictwem państwowym. Zakonnica nauczycielka staje się w oczach świeckich po prostu nauczycielką. Przeciążenie programów szkolnych umniejsza systematycznie czas, który dawniej poświęcała na właściwe kontakty religijne i apostolskie. Uczennice widzą w niej pierwszorzędną nauczycielkę algebry czy historii, która z całym poświęceniem przygotowuje ich do egzaminów. Coraz częściej w oczach młodzieży i w oczach rodziców aspekt szkolny przesłania aspekt zakonny i religijny.

A więc i tu niebezpieczeństwo funkcjonaryzmu nie jest bynajmniej zmyślone.

Postawa apostolska

Musi nas uderzać olbrzymia suma poświęcenia, która jest istotnym składnikiem życia zakonnego.

Ale poświęcenie nie zawsze pokrywa się z apostolstwem. Pytanie jakie powinien sobie zadać każdy duszpasterz brzmi: „Jak przedstawia się dziś w Kościele i w świecie wydajność apostolska zakonnic tak pełnych przecież poświęcenia? Czy bogactwa duchowe w nich złożone nie mogłyby być lepiej wykorzystane? Czy nie ma innych dziedzin apostolskich leżących odłogiem i czekających na ich pracę?”.

Wydaje się nam, że należałoby odpowiedzieć twierdząco na te pytania. Ale wprzód należałoby sprecyzować na czym właściwie polega apostolstwo i na jakim punkcie istnieje rozbieżność między apostolstwem a poświęceniem. To nam pozwoli dostrzec braki, które należałoby usunąć.

Mówiąc o brakach podkreślimy zaraz z naciskiem – nie czynimy zakonnicom dzisiejszym żadnych zarzutów. To nie ich wina, że ich nie zaproszono, a co gorzej nie przygotowano do pewnych zadań, które dziś narzucają się same przez się. Postaram się w następnych rozdziałach zanalizować powody tego stanu rzeczy.

Obowiązek apostolstwa

Trzeba sobie jasno uzmysłowić fakt, że choć apostolstwo jest równie stare jak Kościół, to jednak świadomość tego obowiązku dziwnie zatarła się w umyśle wiernych. Po chodzi to zapewne z warunków w jakich historycznie rozwijało się chrześcijaństwo: katolik żył normalnie w krajach, gdzie niewierzący zdarzali się tylko wyjątkowo. Obudzenie się świadomości apostolskiej i konieczność zorganizowanego apostolstwa są zjawiskiem stosunków nowym. Ostatni papieże w swych enuncjacjach z naciskiem przypominali, że wierni na skutek swego chrztu mają ścisły obowiązek apostołowania, co a fortiori odnosi się do osób, które składając profesję zakonną rozwinęły w sobie tę łaskę fundamentalną. Jednakowoż ta myśl nie przedostała się jeszcze do naszych pojęć i nie weszła do konstytucji zakonnych.

Jest to sprawa pierwszorzędnej wagi – musimy więc podkreślić ten obowiązek i wyjaśnić jego sens, to znaczy określić bliżej samo pojęcie apostolstwa.

Co należy rozumieć przez apostolstwo?

Apostolstwo to słowo wieloznaczne, które w dodatku przeszło różne zmiany znaczeniowe w ciągu wieków, którego treść nie zawsze jest identyczna. W obecnym naszym szkicu używać go będziemy na oznaczenie działalności chrześcijanina „posłanego” na mocy swego chrztu po to, by niósł światu Chrystusa, czy to objawiając Go tym, którzy o Nim jeszcze nie słyszeli, czy to pogłębiając Jego wpływ w duszach tych, co Go już poznali i urabiając ich, by sami z kolei mogli się stać głosicielami Chrystusa. W obu wypadkach chodzi o nadprzyrodzone przekazywanie życia na to, by Chrystus mógł się narodzić w duszach i w świecie lub by mógł w nich wzrastać do pełnej miary swego wzrostu. Chodzi o to, by pracować nad rozszerzeniem się Królestwa Bożego „intensive et extensive” równocześnie w głąb i w szerz. Apostolstwo jest w ścisłym tego słowa znaczeniu ewangelizacją. Mamy światu Ewangelię ukazać, a z drugiej strony starać się przetworzyć przez Ewangelię całą rzeczywistość, wszystkie sprawy indywidualne i społeczne.

Mamy sami osobiście podjąć się tego apostolstwa – i co więcej mamy starać się innych wciągnąć w nasze ślady. Czynić – i sprawić, że inni czynią – oto dwie konieczności strony jednej i tej samej działalności. Podkreślimy specjalnie na tych stronicach obowiązek ciążący na zakonnicach, by starały się wciągnąć do apostolstwa świeckich z którymi się stykają. To nie znaczy, że życie zakonnic oddanych nauczaniu, pielęgnowaniu chorych czy pracy parafialnej nie jest apostolstwem. Owszem, ono jest apostolskie z samego faktu, że zakonnice są poświęcone Bogu. Jak zaznaczyliśmy w przedmowie nie chodzi o to, by zakonnice przeszły z formy życia nie apostolskiego do apostolskiej. Ale chcemy zaznaczyć, że pewne nowe wymiary należy dziś wprowadzić w samo serce życia zakonnego.

Apostolstwo jest ewangelizowaniem

Istnieje dziś tendencja do umniejszania aspektu ściśle religijnego w apostolstwie. Ten aspekt zaciera się niejako w mnóstwie spraw, które powinny przygotowywać, ułatwiać, podtrzymywać i przedłużać działalność apostolską, ale która bynajmniej z nią się nie pokrywają. Nie naszą rzeczą wyodrębniać apostolstwo ściśle religijne w sensie Ewangelii i Dziejów Apostolskich – od tego wszystkiego, które w aspekcie wydaje się pre – albo para – apostolskim. Wystarczy, gdy podkreślimy, że apostolstwo jest przedłużeniem misji Chrystusa w Kościele i poprzez Kościół. Ta misja polega na dawaniu Chrystusa światu, na czynieniu, by ludzie kochali Go, służyli Mu, karmili się Nim i wcielali całą Ewangelię w swoje życie i we wszystkie swoje plany.

Nie należy więc miesza apostolstwa jako ewangelizowania z czynami miłości bliźniego i z poświęceniem jakkolwiek te rzeczy są również konieczne.

Apostolstwo a dobra intencja

Istnieje również tendencja do określania słowem „apostolis” szeregu rzeczy, które są apostolskie tylko z intencji. Co wcale nie znaczy, aby ta intencja nie miała wartości ni znaczenia. Ale naciągając sens pewnych wyrażeń po prostu zagubia się ich treść – stają się słowami bez pokrycia. Trzeba to dobrze zrozumieć. Każda czynność, której ostatecznym celem jest chwała Boża ma wartość nadprzyrodzoną i zbawczą; zapewne – ale to wcale nie znaczy, aby ta czynność była sama w sobie apostolska. Nadużywa się tego słowa tak, jak nadużywa się słowa „modlitwa”. Czasem nadużywając słów mówi się, że praca jest modlitwą: tak i nie. Można pracować w duchu modlitwy – to doskonała rzecz. Ale nie należy mieszać dwóch różnych wartości. Dodajmy zresztą, że na to, by umieć czynić modlitwę ze swojej pracy trzeba uprzednio zdobyć ducha modlitwy i to w stopniu bardzo wysokim. Podobnie ma się rzecz z apostolstwem. Na to, by umieć przepoić apostolstwem nawet lekcję geografii trzeba koniecznie zdobyć poprzednio pewną orientację i apostolski sposób patrzenia, co uzyskuje się jedynie dzięki praktykowaniu apostolstwa w ścisłym tego słowa znaczeniu.

Apostolstwo a poświęcenie

Ustaliwszy te dane da się z łatwością wykazać, że apostolstwo nie pokrywa się z poświęceniem. Można poświęcać się całe życie pielęgnując chorych, jednakowoż zaczyna się ich ewangelizować dopiero od chwili, gdy się im wyjawia tajemnicę swego poświęcenia, gdy się im ukazuje Chrystusa i gdy się robi wysiłki by doprowadzić ich do Jego miłości. Poświęcenie i oddanie otwierają dusze innych, zyskują ich sympatię, wzbudzają zaufanie, ułatwiają życzliwy posługi na nasze słowa – ale samo przez się nie są głoszeniem Dobrej Nowiny i przekazywaniem życia.

Pewien biskup francuski J. E. Mgr, Huyghe mówiąc o pewnym zgromadzeniu sióstr pielęgniarek osiadłych od 30 lat w jego mieście zacytował nam zwierzenia jednej z nich: „Obecnie stykamy się już z trzecim pokoleniem. W chwili naszego przybycia poznałyśmy starców i chorych, pielęgnowałyśmy następnie ich dzieci. Dziś wnukowie zwracają się do nas o pomoc w chorobie. Czujemy się zadomowione w naszej dzielnicy i w każdym domu witają nas serdecznie i z radością. Oczywiście ułatwiłyśmy przybycie księdzu do wielu chorych i umierających, ale nigdy nie udało nam się nawrócić choćby jednego zdrowego dorosłej człowieka i całkiem zdajemy sobie doskonale sprawę – bo fakt ten rzuca się w oczy, że dzielnica, w której mieszkamy dechrystianizuje się w dalszym ciągu”.

I biskup ów dodał tę uwagę, którą warto zapamiętać: „Można się poświęcać stale i nigdy nie ukazać nikomu osoby Chrystusa”.

Dotykamy tu palcem pewnego stanu rzeczy, który musimy uznać za całkowicie anormalny i przeciwko któremu musimy reagować. Na dalszych stronach tej książki zamierzamy zanalizować wydajność zakonnic na polu apostolstwa w dziedzinach, które im są od dawna znajome. W tej jednak chwili pragnę zwrócić uwagę w sposób jak najogólniejszy na szerokie pole działania, którego do tej pory nikt nie dotknął.

Świat dorosłych

Każdego, kto uważnie przypatruje się roli zakonnic w życiu dzisiejszym uderzyć musi fakt ich nieobecności na najuważniejszych odcinkach tego życia, mianowicie na odcinku dorosłych. A przecież mają one prawo rozciągać i tam swój wpływ: ich dary naturalne uzdalniają je do tego – i właśnie tam są one najbardziej potrzebne.

Ogólnie biorąc zakonnica poświęca swe siły dzieciom, chorym i starcom. Oczywiście, poprzez dziecko czy chorego można wejść w kontakt i z rodziną, ale jest to jedynie oddziaływanie pośrednie, często sporadyczne. Dorośli jako dorośli pozostają poza zasięgiem ich wpływu. A przecież właśnie oni tworzą oblicze dzisiejszego świata z jego prądami umysłowymi i atmosferą, którą wszyscy oddychamy. Daliśmy się zasugerować formułą, że wychowując młodzież zapewniamy przyszłości – Oczywiście, ale tylko pod pewnymi warunkami, żeby to oddziaływanie wychowawcze urabiało młodych do chwili, gdy dorosły już człowiek włączy się w życie i założy własne ognisko rodzinnej pod warunkiem, by działalność wychowawcza w stosunku do młodych szła w parze z równoczesnym oddziaływaniem na społeczeństwo dorosłych, które ze swej strony bądź kształtuje bądź znieprawia młodych.

Automatyzm wpływu szkoły jest mitem, który w dodatku drogo nas kosztował. Pamiętam owo znamienne powiedzenie pewnego wybitnego działacza komunistycznego pod adresem naszych szkół: „Zostawiamy wam dzieci. Sami zajmiemy się dorosłymi”. Oraz drugie, podobne zdanie: „Uczcie ich czytać i pisać, my nauczany ich myśleć”.

Takie powiedzenia zmuszają nas do wyciągnięcia logicznych wniosków. Nasze oddziaływanie wychowawcze musi być przedłużone. A tymczasem nie widać, by zakonnice grały jakąkolwiek rolę w życiu ludzi dorosłych, podczas gdy kobiety wywierają na społeczeństwo głęboki – jakże często zgubny wpływ.

Nie zaznacza się również ich rola w ruchu działaczek katolickich świeckich, które Kościół w chwili obecnej wzywa do apostolstwa, ale które potrzebują podtrzymania i pokierowania. Spotyka się wprawdzie zakonnice na Kongresach Akcji Katolickiej i na kursach odbywających się często w ich domach, ale przeważnie w roli kucharek, gospodyń na salce jadalnej, co najwyżej na uroczystym otwarciu Kursu. Przyłączają się wówczas do gości i do publiczności; natomiast nie wywierają one żadnego wpływu na młodzież Akcji Katolickiej, która choć wyszła nieraz z ich szkół, nie oczekuje już w tej chwili niczego od nich.

Zadania drugorzędne

W miastach uniwersyteckich nasze zakonnice zaznaczają swą obecność: otwierają internaty dla akademiczek. Ale z bardzo małymi i rzadkimi wyjątkami ich rola ogranicza się znowu do tego, że zapewniają dziewczętom mieszkanie, wyżywienie i jaki taki dozór. Wyjątkowo tylko stoją na wysokości swego zadania i potrafią wżyć się w pracę w domach, gdzie kształtują się studentki, które jutro będą dorosłymi kobietami; wyjątkowo tylko potrafią nimi pokierować duchowo w godzinach dla nich przełomowych ich życia. Studentki oczekują od nich jedynie wiktu i opierunku i pewnego maksimum wyrozumiałości, dla swojej osobistej wolności ruchów.

Ale – powie niejeden – sprawa ta nie jest prosta. Młodzież dzisiejsza jest niesłychanie oporna wobec wszelkich wpływów i strzeże zazdrośnie swej niezależności. To wszystko prawda. Ale prawdą jest również, że nasze wychowawczynie nie otrzymały dostatecznego wyposażenia na to, by umieć nawiązać kontakt i zbliżyć się do nich w godzinie, gdy młoda dziewczyna staje wobec wyboru i decyzji wiążących nieraz całą jej przyszłość.

W licznych miastach i ośrodkach pielgrzymkowych zakonnice poświęcają swe życie prowadzeniu gospód i pensjonatów dla pielgrzymów. Zajmują się wyłącznie zajęciami gospodarczymi. – Jakże nie żałować je, że drogi bezpośredniego apostolstwa są dla nich zamknięte. Ileż energii duchowych marnuje się tu bezpowrotnie. One poświęciły się Bogu i duszom oczywiście i na tę służbę – ale przede wszystkim dla innych całkiem spraw!

Podobne zajęcia przyczyniają się do zdewaluowania życia zakonnego w oczach świata. I dorzućmy mimochodem w oczach wierzących i niewierzących.

Hierarchia patrzy również z troską na fakt, że tyle dusz poświęconych Bogu zaprzęga się do spraw materialnych, podczas, gdy apostolstwo domaga się gwałtowanie pomocy wszystkich ludzi dobrej woli. Biskupi boleją nad tym, że wydajność apostolska zakonnic nie jest przynajmniej równa wydajności działaczy świeckich w Kościele.

Oczywiście, może się zdarzyć, że dana zakonnica w konkretnym wypadku nie może być wzięta do prac apostolskich. Ala Zgromadzenie zakonne jako całość jest obowiązana do podejmowania tego rodzaju odpowiedzialności. Zakonnica, która ze specjalnych względów nie będzie mogła brać w nich bezpośredniego udziału, będzie w tym wypadku współpracowała przez swoją pracę świecką ożywioną miłością Boga i dusz, z wysiłkiem apostolskim zgromadzenia umożliwiając i ułatwiając ten wysiłek. Wejdzie w ten sposób w wielki nurt apostolstwa, którego domaga się Kościół. Ale powinny to być jedynie wypadki wyjątkowe.

Chcemy być dobrze zrozumiani. Wie chodzi o to, by potępiać zajęcia niskie i pokorne. Ale piętnujemy fakt, że inicjatywa apostolska, o ileż ważniejsza zostaje w ten sposób ograniczona i pozbawiona wkładu ich pomocy. Dusza apostolska wybiera zajęcia niezależnie od ich zewnętrznego blasku – o tym nie trzeba przypominać, ale zależnie od ich przydatności dla służby duszom. Cały problem da się sprowadzić do zasadniczego pytania: „gdzie i w jaki sposób służymy najlepiej sprawie Bożej i widzialnemu rozszerzaniu Królestwa Bożego?”.

Rozdział IV
Niezadowolenie i zdewaloryzowanie

Wstępne wątpliwości

Obraz, który tu nakreśliliśmy zawiera cienie i światła. Wkład pozytywny zakonnic jest tak bogaty, że powinien sam ze siebie przeważyć wszystkie braki oraz część prawdy jaką zawierają w sobie liczne krytyki pod adresem klasztorów, ograniczają w poważnym stopniu dopływ nowych powołań. Wszędzie słychać skarbi na brak proporcji między ilością powołań a zapotrzebowaniem oraz przyrostem ludności, cały szereg domów zakonnych uległ ostatnio likwidacji, zjawisko starzenia się występuje nagminnie w Zgromadzeniach zakonnych. To zjawisko jest groźne i mówi o tym, że żywotność Kościoła została niejako podważona na odcinku elity, tej siły, która stanowi chlubę Kościoła i która nie pozwala wypełniać w sposób szczególny swoją misję macierzyństwa duchowego.

Wszędzie ilość powołań kurczy się. Obronną ręką wychodzą – rzecz znamienna – zgromadzenia misyjne i zakony czysto kontemplacyjne. Ideał heroizmu misyjnego czy też życia oddanego Bogu w milczeniu kontemplacji pociąga jeszcze młodzież dzisiejszą. Natomiast powołania do zakonów pielęgniarskich i wychowawczych topnieją mniej lub więcej wszędzie.

Pewien biskup belgijski oświadczył, że w ciągu 50 lat ostatnich z 522 domów zakonnych na terenie jego diecezji trzeba było zamknąć 78 z powodu braku powołań.

W pewnej diecezji francuskiej w ciągu 10 lat liczba zakonnic zatrudnionych w szkołach i szpitalach spadła o 30%.

Do tego trzeba dodać fakt starzenia się domów zakonnych. Krzywa wieku wskazuje, że wiele zgromadzeń cierpi na „brak dopływu młodej krwi” w dostatecznej ilości. Biskup z Tournai ogłosił w swoim liście pasterskim następujące dane: około 30% zakonnic w jego diecezji przekroczyła 65 lat, podczas, gdy tylko 10% liczy sobie mniej niż 30 lat życia. Trzeba będzie liczyć się z tym zjawiskiem starzenia się, gdy mówić się będzie o koniecznych adaptacjach i nowoczesnych środkach technicznych.

Kurczenie się ilości powołań jest już faktem wystarczająco groźnym. Ale nie chodzi tu tylko o ilość. Jeszcze groźniejszą na przyszłość wydaje się pewna dewaloryzacja, brak właściwej oceny samego powołania zakonnego. Ze zjawiskiem tym spotykamy się nawet w rodzinach prawdziwie chrześcijańskich, w środowisku apostolskiego laikatu i nawet w kołach duchowieństwa.

Dlaczego?

Pomiędzy różnorodnymi przyczynami tego stanu rzeczy, tego braku uznania dla faktu powołania, trzeba oczywiście wymienić dechrystianizację społeczeństwa i jego obyczajów, coraz większe nasycenie atmosfery publicznej i rodzinnej materializmem praktycznym, rozbicie wewnętrzne i ukryty egoizm tylu ognisk domowych, załamanie się ducha wiary …

Ale zamiast wyliczać powody znajdujące się poza zasięgiem naszej własnej odpowiedzialności, zajmijmy się raczej odkryciem przyczyn tkwiących w samych zgromadzeniach zakonnych, na które to przyczyny zdają się wskazywać różne ankiety pod tym kątem rozpisywane. Będzie to dla nas o wiele pożyteczniejsze i skuteczniejsze. Skargi pod adresem zakonów w wypadku, gdy nie są całkowicie usprawiedliwione i wypływają z ducha skrajności umniejszają pozytywny wkład zgromadzeń zakonnych i nie doceniając ich wartości są zbyt liczne i zbyt zbieżne, by nie zwracać uwagi i nie zmusić nas do poważnego rachunku sumienia.

Ponieważ ilość powołań w Zgromadzeniach szpitalnych i wychowawczych wciąż się kurczy należy zastanowić się nad psychologią młodej dziewczyny, wahającej się na progu nowego życia w jednym z tych Zgromadzeń.

O ile czuje się ona pociągnięta do Zakonu nauczającego – to chyba nie dlatego, że imponuje jej uczenie algebry, geografii czy gospodarstwa domowego. Marzy natomiast o tym, by stać się apostołką Jezusa Chrystusa, by dawać Boga światu poprzez swą przynależność do jednego z tych Zgromadzeń. Wartość atrakcyjna zgromadzenia zakonnego polega na jej wartości apostolskiej. Nawet w wypadku, gdy młoda dziewczyna nie zdaje sobie w pełni sprawy ze swych pobudek, motywem podświadomym, kierującym jej decyzją jest obraz zakonnicy poświęcanej wyłącznie Bogu i zdobywającej dusze dla Niego i Jego chwały.

Sytuacja jest identyczna, gdy chodzi o zgromadzenie pielęgniarskie. To nie praca pielęgniarki jako takiej pociąga tę dziewczynę, gdyż dawno minęły czasy, gdy trzeba było aż wstępować do zakonu, by móc poświęcić się temu zawodowi – szkoły dla pielęgniarek stoją przed nią otworem. Jeżeli zatem wybiera Zgromadzenie pielęgniarskie, to na to, by dawać chorym a poprzez nich całemu światu poza pomocą pielęgniarską, całe bogactwo chrześcijańskiego życia i szczęścia. Chce zaznaczyć wyraźną różnicę między pielęgniarką świecką a zakonnicą pielęgniarką. I trzeba, żeby wartość apostolska zakonnego powołania była bardzo widoczną na to, by wybór jej padł na drogę powołania zakonnego. Wszelkie badania zmierzające do wyświetlenia problemu spadku liczby powołań winny wychodzić od tego podstawowego stwierdzenia.

Poczucie nieprzystosowania wewnątrz Zgromadzeń

Same zakonnice odczuwają boleśnie – w różnym stopniu oczywiście, ale całkiem realnie trudności w pogodzeniu wymogów administracji szkolnej i szpitalnej ze swymi aspiracjami duchowymi i apostolskimi, które przecież zadecydowały o ich powołaniu. Każdy chrześcijanin w świecie przeżywa jakiś paradoks, skoro Chrystus żąda od niego, by był w świecie nie należąc do świata, Ale zakonnica przeżywa ten paradoks na skalę swego Zgromadzenia, będąc poddana regule ściśle określonej. Nic dziwnego, że co jakiś czas powstaje bardzo delikatny problem należnej i subtelnej równowagi między wymaganiami życia apostolskiego i zawodowego.

Zdarza się, że Zgromadzenia czynne nie umie znaleźć złotego środka między regułą klauzury odcinającej jej od świata a wymogami apostolstwa narzucającymi pewne kontakty. Zamiast zaprzeczać istnieniu tych trudności, które chwała Bogu są z pewnością rozwiązalne i zostały już z powodzeniem rozwiązane w niektórych zgromadzeniach, trzeba zastanowić się w jaki sposób pogodzić to, co przecież musi być pogodzone.

Kościół ceni równocześnie i życie wewnętrzne i życie apostolskie, i oddalenie od świata i obecność zaczynu w cieście. Wystarczy przyjąć dosłownie jego wciąż ponawiane wezwania, które zwraca raz po raz do swych umiłowanych dzieci, jakimi są przecież zakonnice, by ich szamotanie się zastąpić równowagą i harmonią.

Konflikt między pokoleniami

Każdy odczuwa niedostosowanie życia zakonnego do świata współczesnego. Zakonnice przede wszystkim zdają sobie boleśnie z tego sprawę, gdyż w łonie ich własnych Zgromadzeń zarysowuje się wyraźnie konflikt między pokoleniami zakonnymi.

Młode zakonnice, które wyszły ze świata współczesnego, znają go i oceniają wartości charakterystyczne dla naszych czasów. Zauważają, że pewne zwyczaje zakonne stoją z nimi w otwartej sprzeczności. Styl życia bardziej bezpośredni, mniej sztywny, gruntowniejsze wykształcenie, a zwłaszcza doświadczenie nabyte w organizacjach Akcji Katolickiej przed wstąpieniem do nowicjatu otworzyły przed nimi nowe, szersze horyzonty i uświadomiły im znaczenie własnej odpowiedzialności. Wstąpiły do klasztoru nie na to, by mniej ze siebie dawać, lecz na to, by dawać więcej i odczuwają boleśnie wszystko, co zdaje się hamować czy umniejszać ich początkowy zapał apostolski. Wzdychają do takiego życia zakonnego, które mimo różnic w sposobie apostołowania byłoby jednak pewną kontynuacją ich poprzedniej działalności apostolskiej.

Młode zakonnice pragną również duchowości szerszej, bogatszej w żywotne elementy biblijne i w przeżycia liturgicznej wspólnoty, należy się liczyć z tymi pragnieniami. Konflikt między pokoleniami da się załagodzić poprzez wyrozumiałość przełożonych – ale w stanie choćby tylko potencjalnym zaznacza się on wszędzie.

Do trudności zakonnic młodych dołączają się często trudności Sióstr starszych, naczulonych na konieczność ewolucji i zmian. Dla najwartościowszych z pośród nich problem ten staje się sprawą sumienia. Z jednej strony czują bowiem konieczność przestawienia się, z drugiej jednak strony pewne ujęcia posłuszeństwa nakazuje im popieranie istniejącego stanu rzeczy, przystosowania się do „status quo” i niepodważanie przyjętego ogólnie sposobu patrzenia. W takiej perspektywie wszelkie innowacje są – zdawało by się, z góry skazane na niepowodzenie. Władza łatwo degeneruje się w tych warunkach w pewien autorytaryzm słodki i macierzyński, ale nie dopuszczający do krytyki, a posłuszeństwo identyfikuje się z biernością, która przekreśla wszelkie problemy i rozbieżność zdań.

Dodatkowe trudności powstają nieraz na skutek różnicy perspektyw apostolskich między domem macierzystym w Europie i jego domami filialnymi za oceanem, które zostały zmuszone wskutek specyficznych warunków miejscowych do mniej lub bardziej daleko idących zmian. Takie różnice stanowią podstawę do porównań, które wynikają na niekorzyść domów europejskich.

Cały zespół podobnych przyczyn pociąga za sobą, niestety, pewną poważną i ogólną konsekwencję: chodzi o ogólny objaw zmniejszania się znaczenia powołania zakonnego w oczach dzisiejszego świata. Zatrzymajmy się na chwilę nad tym bolesnym zjawiskiem.

Niedocenianie powołania w oczach współczesnego świata

Nie da się zaprzeczyć, że prąd defetyzmu podważa wszystko, co dotyczy tradycyjnych Zgromadzeń zakonnych. Ustala się opinia, że wcześniej czy później zostaną one skazane na wymarcie, że zostały one już wyprzedzone nurtem historii jak przytrafiło się to tylu zakonom ongiś kwitnącym w Kościele. Cała literatura przebojów podkreśla z przyjemnością te pesymistyczne spojrzenie na zakony. M. Baldwin, K. Hulme, A. Huze, F. Werfel, G. Walschef, a nawet w swój sposób taki Bernanos i Monberlant przyczyniają się do pogłębienia uprzedzeń pod adresem klasztorów. Nie rzadko słyszy się nawet w środowiskach najbardziej chrześcijańskich zapewnienie, że obecne czasy należą do instytutów świeckich, względnie do zupełnie nowych form życia zakonnego w świecie. Jest to dowodem, że dewaloryzacja przynajmniej w kołach katolickich nie dotyczy powołania zakonnego jako takiego, ale raczej jego form tradycyjnych. Opinia usiłuje odwieść od tego zamiaru wszystkie, którzy by pragnęli odnowy życia zakonnego typu tradycyjnego i wszczynali jakiekolwiek kroki w tym kierunku. Powtarza się, że nie należy wlewać wina młodego w stare naczynia, że tradycja zbyt wielkim ciężarem przytłacza te Zgromadzenia i utwierdza je w bezruchu, że trzeba się pogodzić z faktem, że Kongregacje, które wypadły z historii są skazane na marną wegetację na marginesie ewolucji współczesnego świata.

Zakonnica współczesna w oczach współczesnych wiernych jest wyobcowana z życia i należąca do przeszłości.

Wydaje się ona również bardzo zapóźnioną w porównaniu z kobietą współczesną, której emancypacja jest procesem dawno skończonym. Zakonnica pozostaje nadal wiecznie niepełnoletnia, zawsze w kurateli.

Przywrócić wartość życiu zakonnemu znaczy więc uzgodnić to życie z ewolucją świata i kobiety współczesnej, ocalić z przeszłości wszystko to, co przedstawia trwałą wartość dla wszystkich czasów, a z drugiej strony dostosować się do zmienionych warunków, wchłonąć wszystkie wartości pozytywne feminizmu, by wykorzystać je dla skuteczności swego apostolstwa.

Kim jest zakonnica?

By przywrócić pełną wartość życiu zakonnemu trzeba zsynchronizować je i dostosować do ewolucji świata. Sytuacja zakonnicy winna być określona miarą tego świata współczesnego. Temu, kto zapytuje: „Kim jest zakonnica” trzeba umieć odpowiedzieć: „To kobieta naszego wieku – a nie wieku XVIII czy XIX – która poświęciła się życiu dla Boga i dla zbawienie świata poprzez swe własne zgromadzenie”.

Wszystkie słowa są tutaj ważne, gdyż idzie o rewaloryzację życia zakonnego.

Zakonnica ma być w oczach świata kobietą współczesną.

Jest więc rzeczą zasadniczą, by jej sposób myślenia i jej obyczaje ustawiły się na tej płaszczyźnie, która odróżnia kobietę XX wieku od kobiet z przed 100 lat a nawet z przed 50 lat. Wszystko to, co jest przestarzałe w życiu zakonnicy i co staje w poprzek owemu procesowi emancypacji kobiet już zakończonemu – stanowi przeszkodę dla skuteczności jej apostolskiego wpływu.

Zakonnica powinna w oczach świata być osobą poświęconą Bogu w Kościele i w świecie.

Jej poświęcenie oddają ją Bogu i jest to element ponadczasowy, zawsze aktualny i niezmienny, istotny dla jej powołania. Jest to również warunek zbawienia dzisiejszego świata. Trzeba to koniecznie podkreślać, gdyż z tego założenia wypływa konieczna konsekwencja, że zakonnica musi sprawować swe apostolstwo w świecie takim jakim on aktualnie jest – że musi ciągle, nieustannie dostosowywać się do wymagań chwili, a przede wszystkim musi mocno wrosnąć w prądy życiodajne, pulsujące w Kościele, w którym żyje.

To oddanie się Bogu dla zbawienia świata dokonuje się poprzez jej własnej zgromadzenie zakonne. Zakonnica dzięki swemu Zgromadzeniu odnajduje swoją szczególną drogę określoną Konstytucjami, drogę, na której leży jej powołanie i której musi pozostać wierną. Mówiąc, że zakonnica oddaje się Bogu poprzez swe Zgromadzenie chcemy zaznaczyć, że to Zgromadzenie nie jest celem samym w sobie; jest jedynie środkiem wiodącym do przerastającego je nieskończenie celu, który je unosi jak rzeka ku morzu w szerokim nurcie apostolstwa obejmującego cały świat.

Ku odnowie

Obecnie wystarczy przeanalizować szczegółowo wszystkie konsekwencje i wymogi podstawowej definicji, którą dopiero co postawiliśmy, by naprostować i wyjaśnić wszystko to co w obecnej sytuacji wydaje się zagrożone i zakwestionowane, by wskazać drogi i przyśpieszyć odnowę, której i świat, i Kościół tak nagląco potrzebują.

Chcemy podkreślić, że stronice powyższe różnią się biegunowo od wszelkiego defetyzmu. Czerpią bowiem natchnienie z głębokiej i całkowitej wiary w wartości i bogactwa tkwiące w naszych Zgromadzeniach typu klasycznego. Nie negując bynajmniej opatrznościowej roli instytutów świeckich, ani różnych form poświęcenia się Bogu w świecie, które Duch św. bez ustanku powołuje do życia w dobie obecnej, jesteśmy równocześnie przekonani, że byłoby niewybaczalnym błędem gdybyśmy nie czynili wszystkiego, co jest w naszej mocy, by przywrócić w pełnym stopniu znaczenie powołania zakonnego w sensie klasycznym.

Nim zaczniemy wskazywać lekarstwa jakie należałoby zastosować w sytuacji obecnej, trzeba nam przeprowadzić gruntowną analizę tej sytuacji. Jakie są powody owego braku zharmonizowania, o którym przed chwilą mówiliśmy? Z jakich źródeł ono wypływa?

Następne rozdziały poświęcamy właśnie badaniu wszystkich czynników składających się na obecną sytuację.

Rozdział V
Główne powody obecnej sytuacji

By umożliwić odnowę trzeba mieć odwagę wydobyć na światło dziennie pewne nieporozumienie leżące u podstawy dzisiejszej sytuacji i jasno określić powody, które się na nie złożyły. Kryzys jaki przechodzą zakony został głównie spowodowany brakiem równowagi między praktyką życia zakonnego a wymogami apostolstwa. W jaki sposób dojść mogło do podobnego dualizmu, skoro życie zakonne jest przecież właśnie konsekwentną realizacją łaski Chrztu, a obowiązek apostolstwa w tej właśnie łasce ma swoje korzenie? By wytłumaczyć sytuację rzeczywiście tak paradoksalną, trzeba nam przypomnieć bardzo liczne i bardzo różne powody.

Kryzys obecny jest wynikiem równoczesnego działania tych czynników. Gdy zdamy sobie jasno z nich sprawę, lekarstwa same nam cię narzucą, dobra diagnoza jest pierwszym krokiem do rozwiązania tych trudności.

Dla ułatwienia sprawy rozróżnimy tu czynniki historyczne, duchowe, kanoniczne, psychologiczne i socjologiczne. One wszystkie leżą u podstaw obecnego kryzysu, zanalizujemy je więc kolejno.

 

1. Czynnik historyczny

Czy zakonnica ma koniecznie żyć w klasztorze?

Ktokolwiek zapoznał się nieco z historią Zgromadzeń zakonnych wie, że na samym początku i w czasie długich wieków samo pojęcie zakonnicy odnosiło się wyłącznie do zakonów kontemplacyjnych.

Zakonnica na mocy definicji i od samego początku była istotą żyjącą w klauzurze i związaną ślubami uroczystymi. Sam pomysł zakonnicy nie klauzurowej raził swą niestosownością, wydawał się profanacją. Z wielkim trudem musiały sobie torować drogę zgromadzenia czynne poprzez walki i niesłychane nieraz przygody, by zdobyć sobie prawo obywatelstwa i by być uważanymi za zakonnice. Historia klauzury poprzez wieki jest pod tym względem niesłychanie pouczająca.

Etapy ewolucji

Podczas gdy w Kościele pierwotnym diakonisy spełniały tak ważne funkcje jak np. zanoszenie Komunii św. do chorych kobiet, to w czasach późniejszych nastąpił pod tym względem zwrot. Instytucja diakonis upadła w ciągu V-go wieku, a od tego czasu Kościół przez 10 stuleci uznawał jedynie życie zakonne ściśle klauzurowe. Najsurowsza wypowiedź Kościoła w tej sprawie pochodzi od Papieża Bonifacego VIII. z 1296 r. Jest to dekret „Periculoso”.

„Obecną Konstytucją nakazujemy – a nakaz ten obowiązuje na wieczność i nigdy nie będzie mógł być zakwestionowany – aby wszystkie mniszki i każda z nich z osobna obecnie i w przyszłości, do jakiegokolwiek by należały zakonu i w jakiejkolwiek części świata przyszło by im przebywać, pozostawały w swoim klasztorze zachowując wieczystą klauzurę”.

Niestety trzeba było czekać aż do połowy XVI wieku na to, by srogość tego zamknięcia cokolwiek się rozluźniła. Dopiero długi konflikt między prawnikami a duszpasterzami wywalczył zwolna prawo zakonnic do pewnego ograniczonego zresztą apostolstwa.

Rewolucja ta zaczęła się w drugiej ćwierci XVI wieku. Pierwszy wyłom uczynili zakonnicy, którzy przełamali ramy klasyczne życia zakonnej o typie klauzurowym, by obrać sobie apostolstwo za cel bezpośredni. Barnabici a zwłaszcza Jezuici wyróżnili się na tym polu. Ich inicjatywa wywrze wielki wpływ na życic zakonne niewiast.

Aniela Merici

Do tej pory zakonnica wydawała się nie do pomyślenia bez klauzury i ślubów uroczystych. To też innowacja apostolstwa ze strony zakonnic będzie długo zwalczana, a walka ta obfitować będzie w różne przygody bardzo w tym wypadku pouczające. Na pierwszym froncie ofensywy: Aniela Merici. W 1544 r. założyła Urszulanki, które zostały zatwierdzone bez owego obowiązku klauzury. Dwanaście jej pierwszych sióstr żyły rozsiane po parafiach, w których pracowały i mieszkały. W różnych dzielnicach miasta podejmują się różnych obowiązków, oddając się zwłaszcza nauczaniu dziewcząt z klas ubogich, którymi nikt się nie zajmował. Niestety! Ich swoboda ruchów nie trwała długo. Zostały one zmuszone do przyjęcia krat, a wkrótce, bo już w 1566 r. Stolica Św. nakaże zniesienie wszystkich zgromadzeń żeńskich pozbawionych klauzury i ślubów uroczystych. Zażądano, by Urszulanki, które do tej pory ubierały się jak wszystkie kobiety, owego czasu zamieniły świeckie ubranie na habit zakonny. Jest to triumf prawniczego podejścia do tego problemu.

Św. Piotr Fourier

Za przykładem Anieli Merici św. Piotr Fourier i błogosławiona Alicja Le Clerc usiłują uchylić się od obowiązku klauzury. Założyciel kanoniczek św. Augustyna wie jasno czego chce, chce założyć szkoły bezpłatne dla pensjonarek i dochodzących i chce wymogi wychowawcze dzieci postawić na pierwszym miejscu przed regułą klauzury: „Zawsze widziałem konieczność – napisze – jasnego podkreślenia tego faktu, że były najpierw wychowawczyniami – by nikt nie myślał, że najpierw były zakonnicami”[2].

Kanoniści zrobią co będą mogli by nie miał łatwego życia. Na domiar nieszczęścia papież Urban VIII odrzuci myśl zakonnic nauczających opierając się na tekście św. Pawła: „docere autem mulieri non permitto” (zabraniam niewieście nauczania). W końcu, dzieło Piotra Fourier doczeka się aprobaty w ramach klasycznego pojęcia o życiu zakonnym.

Św. Franciszek Salezy

Sam początek XVII wieku: św. Franciszek Salezy wraz ze św. Joanną de Chantal podejmą z kolei próbę wywalczenia kobietom prawa do apostołowania wśród świata. Marzą oni o Zgromadzeniu bez klauzury i ślubów uroczystych, oddanemu służbie ubogich i chorych, odwiedzającemu nieszczęśliwych w ich mieszkaniach. Nowe Zgromadzenie rodzi się pod wezwaniem Nawiedzenia N. M. Panny. Sama nazwa stanowi program. Ale Arcybiskup Lyonu staje po stronie prawników i mimo zachęty ze strony św. Bellarmina, który radzi mu obstawać przy swej pierwotnej koncepcji św. Franciszek Salezy musi ugiąć się z rozdartym sercem przed tradycją tak nieubłaganą.

Św. Wincenty a Paulo

Bitwę przegraną przez św. Franciszka Salezego wygra św. Wincenty a Paulo, dzięki niesłychanej cierpliwości, uporowi i świętemu podstępowi. By doprowadzić do tego, żeby córkom jego wolno było wychodzić w charakterze sług ubogich, będzie on musiał dokazywać cudów dyplomacji, obchodzić wszystkie ramy prawa kanonicznego. Nazwie swój instytut „Towarzystwem”, by uniknąć klauzury obowiązkowej dla wszystkich zakonnic; nowicjat zostanie ochrzczony jako „seminarium”. Przełożona będzie po prostu siostrą Służebną, a ich rezydencja nie będzie ani klasztorem, ani opactwem, ale domem. Nie będzie tu mowy o zakonnicach, ale tylko o córkach parafii. Aspirantki nie będą w ogóle nosiły welonu. Zachowają swój kapturek i suknię z czarnego szewiotu noszone przez kobiety z ludu w owym czasie.

Pozostawił im wskazówki bardzo śmiałe jak na tę epokę. Oto co pisze i co powie także swoim córkom: „Jeśli wasz biskup zapyta was czy jesteście zakonnicami, powiecie, że nie, i że za łaską Bożą, to nie oznacza wcale, abyście nie miały cenić zakonnic; ale gdybyście były zakonnicami musiałybyście się zamknąć w klauzurze i wobec tego powiedzieć „do widzenia” waszej służbie ubogich”.

„Gdyby wśród was znalazły się siostry niespokojnego ducha, które by mówiły: „Trzeba by stać się prawdziwymi zakonnicami, to byłoby naprawdę o wiele piękniej” – zaprawdę, moje Siostry, byłoby to i ostatnim namaszczeniem i śmiercią dla naszego Towarzystwa. Bo kto mówi „zakonnica” mówi „klauzurowa” podczas gdy córki Miłosierdzia powinny chodzić wszędzie”.

A w swej Regule pisze: „Zważą, że nie są zakonnicami, gdyż ten stan nie da się pogodzić z zajęciami ich powołania”.

Przy czym daje następujący komentarz: „Klasztorem Sióstr będą mieszkania chorych oraz ten dom, gdzie przebywa przełożona. Ich celą będzie wynajęty pokój, ich kaplicą kościół parafialny. Ich krużgankami będą ulice miasta, a klauzurą święte posłuszeństwo. Ich kratami będzie bojaźń Boża, a welonem święta skromność dziewicza”[3].

Tak przedstawia się w skrócie „wojna” jaką trzeba było prowadzić, by wywalczyć wolność Ducha św. Św. Wincentemu a Paulo udało się dokonać ogromnej wyrwy w murze uprzedzeń, jednakowoż nie uzyskał pełnego zwycięstwa. Poprzez wieki, które nas dzielą od niego, dokonywała się ciągle powolna ewolucja i dobrze by było, by obecny Sobór uczynił w tej mierze ostatni krok.

Powyższy szkic historyczny pomaga nam zrozumieć, dlaczego prawidła dostosowane do życia kontemplacyjnego były przez tak długi czas narzucane tym wszystkim, którzy chcieli utorować drogę Zgromadzeniom czynnym.

Duch czasu

Dodajmy jeszcze, że zgromadzenia zakonne ulegają również w pewnej mierze duchowi czasu i jak wszystkie inne instytucje kościelne noszą na sobie piętno prądów ideowych oraz pomysłów swojej epoki.

Wiek XVII

Zgromadzenia powstałe w XVII wieku zostały urobione pod przemożnym wpływem Soboru Trydenckiego, specjalnie naczulonego na nadużycia i wewnętrzne rozluźnienie. Ludzie Kościoła owego czasu myśleli raczej terminami defensywy niż ofensywy: bardziej zajmowało ich to, co działo się wewnątrz ich murów, niż to co działo się we współczesnym świecie, którego dechrystianizacja nie rzucała się jeszcze w oczy.

Wiek XVIII

Wiek XVIII, nad którym ciąży widmo wielkiej Rewolucji Francuskiej, nie był wiekiem ekspansji religijnej. Przeciwnie, same podstawy życia zakonnego zostaną zaatakowane. W walce chodzić będzie o byt. Rewolucja jedynie ubocznie wykaże niedogodności tradycyjnego prawodawstwa na temat ślubów i przyczyni się w ten sposób do postępu.

Wiek XIX

Mówiąc o Konstytucjach zakonnych zredagowanych w XIX wieku nie należy nie doceniać w niektórych przynajmniej krajach wpływu pozostałości jansenistycznych. Jansenizm kładzie główny nacisk na nienawiść świata i oddalenia się od niego, podobnie jak podkreśla wewnętrzne zepsucie natury ludzkiej po grzechu pierworodnym. Kładzie akcent na bojaźń Bożą odseparowaną od miłości, na zarazę grzechu, na konieczność tłumienia popędów naturalnych. Wystarczy przerzucić główne dzieła tej epoki, by doszukać się w nich śladów tej tendencji zwolna tylko zanikającej w wieku XX. Jeśli nie zapomina się również o tym, że poprzez wieki kobieta nie odgrywała żadnej roli poza kręgiem swego ogniska domowego, łatwo zrozumieć, że samo pojęcie zakonnicy obecnej wśród świata nie mogło się przyjąć w czasie, w którym kobieta skazana była na życie ukryte. Emancypacja kobiet położyła kres tej sytuacji, ale konsekwencje owej emancypacji nie zdążyły jeszcze przeniknąć do organizacji życia zakonnego. Synchronizacja ta nie została jeszcze dokonaną ze szkodą wielką dla apostolstwa zakonnic w olbrzymim polu pracy otwartym obecnie dla bezpośredniej działalności kobiecej.

Nowość Akcji Katolickiej

Gdy mowa o Konstytucjach ostatniej daty należy podkreślić że samo pojęcie zorganizowanego apostolstwa ludzi świeckich zrzeszonych w szeregach Akcji Katolickiej powstało dopiero za Piusa XI. Myśl, że każdy ochrzczony ma być apostołem zyskuje bardzo wolno prawo obywatelstwa w Kościele. Nic więc dziwnego, że śluby zakonne, które są przecież pełnym zrealizowaniem łaski chrztu, nie zostały w tej formie ujęte na kartach owych Konstytucji. Również rola zakonnicy jako przewodniczki laikatu kobiet – o której to roli będziemy jeszcze mówić – nie zostaje w nich nawet naszkicowana. Z konieczności ludzie oddychają powietrzem swej epoki i żyją w jej granicach. Podkreślmy raz jeszcze: obecny stan rzeczy nie jest winą zakonnic, zwróconych całą swą istotą ku posłuszeństwu i ku swej Regule, taką jaką ona aktualnie jest, zakonnic, których zadaniem jest posłuszeństwo tej Regule a nie indywidualne jej przekształcenie.

2. Czynnik duchowy

Duchowość monastyczna

Kontemplacyjne źródło, z którego owinęło się całe życie zakonne tłumaczy częściowo, dlaczego duchowość przede wszystkim apostolska nie uzyskała pełnego i należnego jej wykończenia. Duchowości czysto kontemplacyjnej dodano stopniowo nadbudówkę skierowaną bardzo ku działalności zewnętrznej, ale na poziomie samej duchowości równowaga między życiem modlitwy i życiem apostolskim nie została nigdy w pełni osiągnięte. Łatwo przechodzi się z jednej perspektywy w drugą, albo raczej punkt widzenia kontemplacyjny nadal przeważa, choć niektóre jego aspekty stają w wyraźnej sprzeczności z konsekwentnymi wymogami życia czynnego.

Trzeba odróżnić kontemplację od życia kontemplacyjnego. Kontemplacja, czyli modlitwa w swej najczystszej formie jest nieodłączna od wszelkiego życia zakonnego i musi zajmować w nim należne jej pierwszoplanowe miejsce. Ale życie kontemplatywne znaczy co innego: to życie zorganizowane na płaszczyźnie radykalnego odseparowania się od świata. Odpowiada ono specjalnemu powołaniu najwyższej ceny, nie będącemu jednak powołaniem zgromadzeń oddanych bezpośrednio apostolstwu.

Życie kontemplatywne zostaje tak ułożone – a ten stan rzeczy jest najzupełniej normalny i usprawiedliwiony – by wszystko podporządkować szukaniu Boga przede wszystkim w Nim samym i dla Niego Samego. Odpowiada ono obowiązkowi bezpośredniej adoracji i uwielbienia Boga, jest całe oparte o liturgię – opus Dei – i o cnotę religii. Życie apostolskie jest orientowane równocześnie ku Bogu miłowanym dla Niego Samego i ku Bogu, któremu trzeba służyć w bliźnich, doprowadzając ich do Jego miłości. Według znanej formuły apostoł musi opuszczać Boga dla Boga. Formuła ta zresztą nie jest ścisła, gdyż apostoł nie opuszcza Boga. Zostaje Nim w łączności wówczas, gdy służy Mu w bliźnim, w którego duszy Bóg zamieszkuje.

Z drugiej strony, dla osób oddanych życiu kontemplacyjnemu jak i dla chorych, przykutych do łoża cierpienia apostolstwo nabiera innego znaczenia i w inny sposób się uskutecznia. Życie kontemplatywne jest w wysokim stopniu apostolskie dzięki intencji, która je ożywia niezależnie od wszelkiej współpracy widzialnej i czynnej w dziedzinie rozszerzenia Królestwa Bożego.

Bóg raczył potrzebować pomocy ludzi

Milczenie i modlitwa dusz kontemplacyjnych wypraszają łaski. Ale stąd inna potrzeba, aby znaleźli się współpracownicy gotowi na wszelki trud, na to, by owe łaski mogły przynieść owoce. Bóg raczył potrzebować naszej współpracy, potrzeba Mu naszej aktywnej pomocy, jak potrzeba Mu pszenicy, by mogła zaistnieć Eucharystia i wody, by mógł zaistnieć Chrzest. Łaska przepływa w normalnych warunkach kanałami ludzkimi, od czasu, gdy Bóg stał się człowiekiem i zadecydował, że Wcielenie ma w pewien sposób nadal trwać.

Zakonnica oddana życiu apostolskiemu ma przedłużać swą modlitwą poprzez swą działalność o ile to tylko jest osiągalne. Nie wystarcza by zamykało się w swej modlitwie: – módlmy się za biednych grzeszników – gdyż to nie zwalnia ją od obowiązku czynnej pomocy i podania ręki by pomóc im uwolnić się od ciężaru swych grzechów. Prymat modlitwy ani Wszechmoc Boga, który sam jeden mocen jest działać cuda swej łaski – nie może stać się alibi dla naszej bezczynności. Zakonnica Zgromadzenia oddanego apostolstwu ma swój własny sposób odpowiadania na wymagania modlitwy. „Wielką pokusą zakonnic czynnych – pisał nam pewien przełożony generalny – jest tęsknota za życiem kontemplacyjnym oraz pragnienie urządzenia własnego życia zakonnego na wzór zakonów ścisłych”.

Perspektywa „Naśladowania”

Co jest zbawienne i pożyteczne dla pewnego sposobu życia nie jest nieraz wcale wskazane dla innych typów: uwagi napisane dla kartuzów niekoniecznie pasują, gdy chcemy je zastosować bez należnej transpozycji dla sióstr Miłosierdzia. Zilustrujemy to przykładami. Wszyscy zdają sobie sprawę z ogromnej roli jaką odegrała dziełko „O Naśladowaniu Jezusa Chrystusa” w historii duchowości. Całe pokolenia zakonnic karmiły się z wielkim pożytkiem jego doktryną, zawierającą skarby mądrości. Ale trzeba umieć czytać tę książkę: została ona napisana przez zakonnika kontemplacyjnego dla zakonników kontemplacyjnych. Dlatego taki w niej nacisk na samotność i oddalenie się od świata. „Ile razy wszedłem pomiędzy ludzi mniejszym powracam człowiekiem”. „Jest wielce chwalebne, by zakonnik wychodził rzadko, by unikał sposobności by być widzianym i widzieć ludzi”. Ale to wszystko jest fałszem, gdy wychodzi się nie dla osobistej satysfakcji, ale na to, by szukać owieczki zbłąkanej lub by służyć Bogu w bliźnich. Milczenie „Naśladowania” o sprawach apostolstwa jasno wskazuje, że jest ono skierowane całkiem w inną stronę. To dziełko zostało napisane jako reakcja przeciwko niebezpieczeństwu zeświecczenia się zakonników, którzy wybrali drogę życia kontemplacyjnego i czytając je musimy zdać sobie sprawę ze specjalnego aspektu jego perspektywy. Ten, kto swe życie poświęcił apostolstwu i zbawienia świata widzialnego musi w pewien sposób być bliski ludziom. Naśladowanie sugeruje, że lepiej jest odsunąć się od ludzi i cały swój czas oddać modlitwie. Dla człowieka o powołaniu kontemplacyjnym ta zasada stanowi zasadniczą linię jego powołania; ale inni nie mogą jej przyjąć bez pewnej korektury.

3. Czynnik kanoniczny

Do czynnika historycznego i duchowego trzeba dodać czynnik kanoniczny. Kanoniści są również ludźmi podlegającymi wpływowi czasu. W ciągu wieków skodyfikowali oni życie zakonne na model zakonnic kontemplacyjnych i klauzurowych zgodnie z duchem epoki uważającej kobietę za istoty wiecznie małoletnią, którą należy bronić przed jej własną nieodpowiedzialnością. Prawo kanoniczne do tej pory nosi piętno czysto męskiego sposobu patrzenia. Wiadomo, że pewna tradycja antyfeministyczna okazuje tyle żywotności, że tylko z trudem wielkim udaje się ją przezwyciężać.

Tradycja ta sięga aż do Tertuliana, którego wpływ bardzo zaważył na późniejszych pokoleniach. Tertulian wini wszystkie kobiety za to, że Ewa spowodowała grzech pierworodny i doprowadziła do utraty raju. Chciałby on oblec wszystkie niewiasty w szaty żałoby i pokuty. Zwracając się do kobiety wszystkich czasów woła: „Czyż nie wiesz o tym, że jesteś Ewą? Jesteś bramą szatana! Tyś zhańbiła drzewo życia, tyś pociągnęła za sobą tego, której nawet szatan nie śmiał zaatakować wprost. Tyś wynaturzała św. obraz Boży jakim jest mężczyzna!”.

Dawny Kodeks Prawa Kanonicznego nosi na sobie piętno tych uprzedzeń.

W dekrecie Gracjana czytamy niedwuznaczne twierdzenie: „Kobieta nie została stworzona na obraz Boży … Jasnym więc się staje, dlaczego prawo żąda, by kobiety były poddane mężczyznom i by żony były niejako sługami swoich mężów”.

A w innym miejscu: „Jasną jest rzeczą, że kobieta pozostaje pod władzą mężczyzny, że nie ma żadnej władzy, nie może nauczać, występować jako świadek, ręczyć za cokolwiek ani sądzić”.

Niektórzy teologowie oraz kaznodzieje poszli jeszcze dalej, czyniąc z kobiety istotę nieodpowiedzialną, wieczyście niepełnoletnią. Nawet św. Tomasz zbyt niewolniczo poszedł na tym punkcie za mistrzem swoim Arystotelesem.

„Odnośnie do natury gatunkowej, kobieta jest pewnym brakiem i czymś przypadłościowym. Według zdania Arystotelesa, gdy rodzi się dziewczyna, dzieje się to na skutek pewnego zahamowania czy słabości czynnika rodzącego, względnie jakiejś niedoskonałości materii stanowiącej tworzywo lub wreszcie na skutek wpływu czynników zewnętrznych, na przykład wiatrów południowych, nasyconych wilgocią”.

Wybitny kanonista rzymski O.Van Biervliet, konsultor dla spraw zakonnych podkreśliwszy antyfeminizm dawnych kanonistów dochodzi do następujących wniosków:

„Nie należy się dziwić, że prawo kanoniczne przez tak długi czas było odzwierciedleniem powszechnego przekonania, o słabości kobiety i jej niezdolności w wielu dziedzinach. Z tego przekonania płynęła troska, by ją ochraniać i uzupełniać jej braki przez opiekę i władzę męską. Klauzura mniszek jest typowym przykładem tych przekonań. Przez długie wieki maksyma „aut maritus aut murus” (mąż albo mur) wydawała się oczywistym prawidłem życiowym. Nie wyobrażano sobie innej alternatywy, by bronić skutecznie kobiety przeciwko niebezpieczeństwom świata brutalnego i nie zorganizowanego. Żony bronił mąż często używając do tego swej szabli. Kobietę niezamężną a dbałą o cnotę należy zamknąć klauzurą. Oczywiście, kobieta jest zawsze w pewnej mierze narażona, ale w naszym współczesnym świecie niemoralność jest bardziej ukryta, a kobieta która ma zasady i silną wolę łatwiej uniknie niebezpieczeństwa wiedząc, że policja i regularna służba bezpieczeństwa chronią ją od pewnych napaści”/Regina mundi, Nr. 6. 1956/.

Nie byłoby trudno wykryć mnóstwo śladów w mentalności antyfeministycznej w całym szeregu twierdzeń i kategorycznych sądów wydawanych przez różnych kanonistów i autorów duchownych na temat psychologii kobiecej.

Na temat tych uporczywych przesądów przytoczymy wypowiedź pewnej przełożonej generalnej, która pisała do nas w jednym ze swych listów: „Wyczuwa się, że niektóre zarządzenia wydane w ciągu ostatnich wieków pochodzą od mężczyzn odnoszących się do kobiet bez wykształcenia z nieufnością. Należy zresztą zauważyć, że często te same reguły odnoszą się do zakonników. Ale – dodaje owa Przełożona – mężczyźni umieją lepiej dać sobie radę z tekstem. Chwytają oni ducha i nie kłopoczą się literą”.

Ta tendencja kontemplacyjna w duchowości zakonnej wzmocniona jeszcze całym szeregiem przepisów kanonicznych raczej blokuje niż rozwija ducha apostolskiego. Dopiero w najnowszych latach zjawiają się adaptacje bardziej giętkie, dzięki naleganiom Piusa XII, który wielekroć zapraszał zakonnice, nawet należące do Zgromadzeń kontemplacyjnych do pewnych przynajmniej form apostolstwa. Proces poszerzenia ram prawa kanonicznego jest w toku, daleko mu jednak jeszcze do zadawalającego wykończenia.

4. Czynnik psychologiczny

Choć wydaje się to dziwne na pierwszy rzut oka, należy jednak stwierdzić, że jedną z przyczyn obecnej sytuacji są wypaczenia grożące praktykowaniu samych ślubów zakonnych. Ich doskonałość jest wzniosła i Kościół powtarza to samo z naciskiem wbrew wszystkim tym, którzy poprzez wieki, periodycznie je atakowali zaznaczając zniewolenie człowieka niezgodne z godnością i wolnością osoby ludzkiej. Ale zanim doskonałość ślubów domaga się, by były one w konkretnych szczegółach zakonnego życiu przeżywane z całą czystością, umiarem i taktem, który przystoi sprawom Boskim, trzeba bardzo delikatnych rąk na to, by dotykać spraw dziejących się w najgłębszej głębi duszy ludzkiej. Fałszywy krok na równinie nie grozi kalectwem, ale ryzyko wzmaga się, w miarę jak ścieżka pnie się ku szczytom: sama wysokość domaga się wzmożonej czujności i bystrzejszego spojrzenia. Przynosi to jedynie zaszczyt życiu i powołaniu zakonnemu.

Spaczenie grozi zwłaszcza w wypadku zbyt negatywnej interpretacji ślubów, to znaczy, gdy akcent kładzie się raczej na aspekt wyrzeczenia i umartwienia niż na aspekt pozytywny złączenia z Bogiem. Wysiłek jednostronny grozi zwichnięciem perspektywy. Bierze się za cel to, co w rzeczywistości jest tylko środkiem, śluby stają się celem same w sobie, podczas gdy są one jedynie środkiem mającym umożliwić pełny rozwój miłości teologicznej.

Ograniczymy się tutaj do analizy z tego właśnie punktu widzenia praktyki ślubu posłuszeństwa.

Ślub posłuszeństwa jak słusznie zauważono jest duszą życia zakonnego. Za jednym zamachem zdobywa on przedmiot innych ślubów, zagarnia całe życie zakonne. Wprowadza w nie jedność, skierowując je zasadniczo ku Bogu, poprzez autorytet Bożego zastępcy. Każda zakonnica zna sens i wartość posłuszeństwa. Im jest gorliwsza, tym goręcej pragnie schronić się w posłuszeństwie, wychodząc naprzeciw nie tylko rozkazów, ale nawet życzeń przełożonych. Zabrania więc sobie wszelkiej krytyki i podważania zdania przełożonego. Cała jej psychologia skłania ją raczej ku uległości i bierności. Posłuszeństwo jest poniekąd jej naturalnym nastawieniem: przyjmuje z łatwością ogólne dyrektywy – ma natomiast więcej trudności w szczegółach, w przeciwieństwie do mężczyzny, który lekceważy szczegóły, ale łatwiej kwestionuje idea zasadnicze.

Zakonnica całkiem słusznie przyjmuje rozkazy swoich przełożonych jako wyraz woli Bożej i usiłuje zaprzeć się własnej swej woli i własnych pociągów. O ile w imię posłuszeństwa nie została ona skierowana ku inicjatywom apostolskim i ku owym szerszym perspektywom apostolskim o których jeszcze będziemy mówić, nie będzie się ku nim wyrywać z poczucia obowiązku nawet w wypadku, gdy odczuwa ich konieczność i gwałtowną potrzebę.

Kanoniści narzucili jej życiu ścisłe ramy i granice, które zakonnica szanuje nawet jeśli ciąży jej ta kanoniczna kuratela. Zgadza się, by decydowano o niej nie pytając jej wcale o zdanie; nie skarży się z tego powodu, gdyż poza ślubem posłuszeństwa jest coś w jej psychologii co sprawia, że naturalnie podporządkowuje się i poczucie, że jest wspierana przez mężczyznę napełnia ją radością i bezpieczeństwem. Nic nie skłania ją do walki o pewną wolność, z której korzystają zakonnicy. Oczywiście wymagania samego kapłaństwa tłumaczą pewne prerogatywy i przywileje zakonników, ale tylko pewne – co do innych świadczą tylko o wyraźnej dyskryminacji w stosunku do kobiety. Jako zakonnica wstrzymuje się również od upominania się o pewne prawa, które kobiety wydarły mężczyznom skrawek po skrawku w społeczeństwie świeckim.

Te uwagi jeszcze wskazują, że o ile reguły nie zostaną tak poszerzone, by otwarły się ku perspektywom apostolskim, o których jeszcze mówić będziemy – to nie ma co liczyć na to, by się to dokonało samorzutnie wewnątrz klasztoru, gdyż praktyka ślubu posłuszeństwa przekreśli z góry wszelką próbę ewolucji.

5. Czynnik socjologiczny

Zwróćmy jeszcze uwagę na czynnik socjologiczny, który głęboko przetworzył dotychczasowe pole działania naszych zgromadzeń zakonnych. To jest dziedzinę szkolnictwa i szpitalnictwa. Postępująca socjalizacja całego życia ludzkiego oraz etatyzacja (upaństwowienie) dziedzin pozostawionych dawniej inicjatywie prywatnej zmieniły i zmieniają gruntownie życie codzienne naszych zakonnic i stwarzają groźbę przepracowania. Trzeba więc od nowa przemyśleć życie zakonne, zwłaszcza plan dnia zakonnego na to, by ocalić konieczną hierarchię wartości i prymat życia zakonnego i apostolskiego naszych zakonnic.

Postęp społeczny, mimo że jest dobrodziejstwem musi być jednak okupiony. Zakonnice uwikłały się w sieć coraz bardziej skomplikowanych przepisów prawnych, co przy braku dostatecznej ilości nowych powołań, na które można by przerzucić część narastających wciąż obowiązków stwarza bardzo trudną sytuację. Ich praca zawodowa biurokratyzuje się z każdym dniem kosztem ich samopoczucia i świadomości bezpieczeństwa, tak nieodzownych do pełnego rozwoju ich osobowości zakonnej i skuteczności ich apostolstwa.

Ongiś, gdy założycielka zgromadzenia zwracała swe córki ku pracy wychowawczej chodziło jej wówczas zasadniczo o dzieło religijne i apostolskie. Dyplomy i wymagania władz szkolnych zjawiły się dużo później. Postęp sam w sobie cenny i niezaprzeczalny niesie jednak ze sobą pewne ryzyko z punktu widzenia zakonnego i apostolskiego.

Oto, w wielkim skrócie główne przyczyny sytuacji tak skomplikowanej na której zespół okoliczności pozostawił swoje piętno. Chcieliśmy je wyliczyć i zanalizować nie łudząc się, że udało się nam wyczerpać temat. Pozwoli to nam za to w II-ej części tej książki naszkicować program odnowy, wskazując drogi dla kanonicznych rozwiązań, które za łaską Bożą nie przekraczają możliwości naszych zjednoczonych wysiłków.

 

CZĘŚĆ DRUGA
BY PRZYŚPIESZYĆ APOSTOLSKĄ ODNOWĘ ŻYCI AZAKONNEGO

 

Rozdział VI
Głęboki sens powołania zakonnego

„Panie, co chcesz, abym czynił?”.

Doszliśmy w ten sposób do części pozytywnej i konstruktywnej książki. Trzeba nam wstępnie stanąć w postawie pokornej i otwartej uległości wobec Chrystusa i postawić sobie to jedyne, najważniejsze pytanie: Jakie są zapatrywania i pragnienia Boskiego Mistrza odnośnie roli jaką powinny odegrać zakonnice w dobie dzisiejszej? Czego oczekuje On od tych swoich wybranych pomocnic? Czytając stronice następujących rozdziałów trzeba będzie zapytać jak św. Paweł na drodze do Damaszku: „Panie, co chcesz, abym czynił?”. Wszystko zawiera się w tym pytaniu co czynić, by Pan był lepiej znany, bardziej kochany, by Mu lepiej i wierniej służono? Tylko Bóg mówi dobrze o Bogu – zauważa Pascal. Tylko potrafi dobrze mówić o zbawieniu dusz, gdyż tylko On zna ich cenę – wszak wylał za nie swoją Krew. On jedynie rozkazuje jako Pan i daje łaski konieczne i przeobfite, byśmy mogli odpowiedzieć odważnie na Jego wezwanie i zwalczać wszystkie przeszkody. „Da quod jubes et jube quod vis!” (Daj to co rozkazujesz, a rozkazuj co chcesz), powiedział św. Augustyn. Chodzi o chwałę Bożą i o zbawienie świata: wszystko inne jest względne w porównaniu z tym absolutnym dobrem. Otwarcie na natchnienia Ducha św., na jego myśli a nie na nasze własne pojęcia – oto co jest przede wszystkim konieczne dla wszystkich tych, co wewnątrz czy zewnątrz Zgromadzeń zakonnych wywierają wpływ na losy życia zakonnego i dźwigają na sobie ciężar tej odpowiedzialności. Co do podwładnych, dla nich najpewniejszą drogą będzie zawsze przyjmowanie całym sercem tego wszystkiego czego przełożeni od nich cię domagają. Wspaniałomyślność wypełnienia naznaczonego obowiązku jest nieomylną drogą przez którą przepływa strumień łask Bożych, który nie tylko uczyni owocnym ich pracę i trud, ale przyśpieszy z powodu nich godzinę wyczekiwanej odnowy apostolskiej życia zakonnego.

Czy przyszłość należy do Instytutów Świeckich?

Na początku tej drugiej części, która została napisana by przyśpieszyć nową wiosnę duchową, której tak pragnął Ojciec św. jako owoc Soboru, należy koniecznie wykazać aktualność i konieczność zachowania w Kościele Zgromadzeń zakonnych istniejących od wieków.

Omówiliśmy już, że nie rzadko i w różnych środowiskach słyszy się głosy, że zakonnica typu klasycznego straciła rację bytu, gdyż przyszłość należy do Instytutów Świeckich lub do innych form stanów doskonałości. Zakonnica klasyczna zdaniem wielu jest uwięziona w dawnych pojęciach, jest niewolnicą przeszłości i prawa kanonicznego. Nigdy nie zdoła ona być solą ziemi, której dziś świat tak potrzebuje. Jej własna Reguła jej na to nie pozwala stawiając nieprzezwyciężone przeszkody tam, gdzie idzie o skuteczną penetrację w świat współczesny. I wyprowadza się stąd wniosek: trzeba zostawić przeszłość na pastwę przeszłości: chcieć poruszyć góry tradycji, to straszny trud, trzeba zacząć od nowa, projektować według potrzeb, na miarę naszego czasu i jego potrzeb.

Ciekawa rzecz, niektóre zakonnice przyłączają się same do tego prądu defetystów sądząc, może podświadomie, że adaptacja apostolska do potrzeb świata jest sprawą instytutów świeckich i że nie należy żądać od zakonnic typu klasycznego, by czyniły pod tym względem więcej niż czyniły dotychczas.

Chcemy jeszcze wytłumaczyć, dlaczego, mimo istnienia Instytutów Świeckich dawne zgromadzenia zakonne czynne pozostają nadal niezastąpione i dlaczego w sposób zdecydowany wierzymy w bogactwo apostolskie jakie one gotowe są przynieść współczesnemu światu.

Świadectwo wspólnoty

Wiadomo, że stan zakonny według dziś obowiązującej definicji Kościoła polega na stałym sposobie wspólnego życia, w którym wierni postanawiają zachowywać poza przykazaniami obowiązującymi wszystkich, również rady ewangeliczne poprzez śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa (Kanon 487).

Charakterystyczną cechą życia zakonnego typu klasycznego jest więc życie wspólne w którym zakonnica poświęca się Bogu przez śluby zakonne. To życie wspólne pod znakiem posłuszeństwa prowadzone według Reguły zatwierdzonej przez Kościół stanowi publiczne świadectwo transcendencji Boga i rzeczywistości świata nadprzyrodzonego. Zakonnice są świadkami prawa Boga do miłości ponad wszystko i do bezgranicznej służby. Stanowią one dla świata zagadkę: gdzie leży tajemnica takiego powołania? Z jakich źródeł płynie ich uświęcenie? Skąd bierze się u nich radość wśród wszystkich nędz życiowych nad którymi się pochylają? Gdzie szukać klucza do tego życia? Do nich najlepiej stosuje się owo powiedzenie Bergsona o bohaterach świętości. Samo ich istnienie jest już wezwaniem rzuconym światu.

Z tego powodu jest konieczne, by nosiły habit, który by był znakiem wyróżniającym je w normalnych okolicznościach codziennego życia. Ten habit powinien być prosty i dostosowany – wrócimy jeszcze do tej sprawy, ale w każdym razie musi on zachować swój wyraźny charakter. Zgromadzenie zakonne jako takie jest za swej istoty świadkiem widomym wobec całego świata. Instytut świecki odpowiada innym celom:

W Konstytucji Provida Mater Ecclesia – Ojciec św. zdefiniował go jako „stowarzyszenie, którego członkowie zobowiązują się do zachowywania rad ewangelicznych w świecie, by zdobyć w ten sposób doskonałość chrześcijańską i by móc owocniej oddawać się apostolstwu”. Mają oni oddawać się temu apostolstwu w samym łonie społeczeństwa, poprzez własną pracę zawodową, zwykle w pojedynkę, bez żadnego odróżniającego ich stroju, wcieleni w maksymalny sposób w normalne życie współczesnego świata. Samostanowienie owych dwóch rodzajów życia wystarcza, by zaznaczyć różnicę i wykazać, że zgromadzenia zakonne odpowiadają innym planom Kościoła i zachowują nadal w zupełności swoją rację bytu.

Prototyp Kościoła pierwotnego

Zgromadzenie zakonne jako takie stanowi znak, poprzez który Boski Mistrz daje się poznać światu, znak apologetyczny miłości bliźniego realizujący owo powiedzenie Jezusa? „Niech będą doskonałą jednością, aby świat poznał, że Ty mnie posłałeś” – Ut unum sint. Jest to braterska wspólnota przedłużająca w świecie prototyp Kościoła pierwotnego opisanego w Dziejach Apostolskich.

„Rzesza wiernych miała jedno serce i jedną duszę. Nikt nie uważał tego, co posiadał za swoją własność, gdyż pomiędzy nimi wszystko było wspólne. Z mocą wielką apostołowie składali świadectwo o Zmartwychwstaniu Pańskim … Pomiędzy nimi nie było potrzebujących, gdyż ci co posiadali ziemię lub domy sprzedawali je przynosząc cenę sprzedaży i składając pieniądze u stóp apostołów. Rozdawano więc każdemu zależnie od jego potrzeb” (Dz. Ap 4,52-55).

Swymi korzeniami Zgromadzenie zakonne sięga aż do „vita apostolica” to znaczy do życia prowadzonego na modłę Apostołów. Świadomie staje się wcieleniem zasad Ewangelii w jej pełnej i rzeczywistej rozciągłości, a więc zwłaszcza w jej najdalszych społecznych powiązaniach. Braterstwo uczniów Chrystusowych szło aż do wspólnego używania dóbr materialnych. Nie przekreślając bynajmniej samej zasady własności prywatnej regulowało użytek tej własności obracając na korzyść wszystkich członków i był to znak widzialny udanego chrześcijaństwa społecznego. Życie zakonne w dalszym ciągu wyraża w oczach całego świata społeczne konsekwencje braterstwa ewangelicznego, będącego owocem dobrowolnego zaangażowania się jego członków oraz praktyki trzech ślubów zakonnych.

Oto jak pisze na ten temat O. Carpentier: „Życie apostolskie, vita apostolica, ograniczone oczywiście do grup ochotniczych organizuje tu, na ziemi porządek społeczny i program życia, w którym miłość rozwiązuje wszystkie problemy stosunków wzajemnych … Życie zakonne przedstawia się jako stan życia publicznego; spełnia ono ważną odpowiedzialną funkcję piastując pewien mandat obchodzący całe społeczeństwo, gdyż Kościół będący społeczeństwem najwyższym i uniwersalnym daje mu swą aprobatę. Otóż z mandatu Kościoła zakony istnieją, istnieją jako społeczność zakonna, a następnie dają świadectwo i to zarówno wobec chrześcijan jak i całej ludzkości. Zakony są również autentycznymi świadkami życia doskonałego według Ewangelii, są stałym charakterystycznym świadectwem posłannictwa społecznego, które Ewangelia głosi ludzkości. Życie zakonne w swej istocie nie jest niczym innym jak życiem wypływającym z łaski chrztu, konsekwentnie i w pełni rozwiniętym po linii ewangelicznej struktury socjalnej”[4].

Dziś gdy komunizm chełpi się narzuceniem siłą swego nowego porządku społecznego, który unicestwia człowieka w najgłębszych pokładach jego osobowości, Kościół, z większą jeszcze koniecznością niż w innych epokach winien pokazywać światu obraz żywych społeczności, w których panuje dobrowolny komunizm, oparty na dziecięctwie Bożym i miłości braterskiej, społeczności będących przedsmakiem togo, czym mogłoby być pod wieloma względami społeczeństwo, które by było otwarte na doktryny katolicyzmu społecznego i wierne duchowi Ewangelii.

Tego rodzaju życie apostolskie zawiera w sobie swą własną rację bytu: najwyższe apostolstwo polegające na tym, by „z mocą wielką dawać świadectwo o Zmartwychwstaniu Pana naszego”. To świadectwo musi się przedłużać w Kościele aż do końca czasów, gdyż świat może żyć jedynie z wiary w Zmartwychwstanie Chrystusa.

Na tym polega najwyższa misja naszych Zgromadzeń zakonnych. Łatwe zrozumieć, że Kościół okazuje im specjalną swą miłość i pragnie ich rozkwitu.

Każde podołanie ma swoją rację bytu i Kościół błogosławi wszystkie równocześnie. Na tym miejscu nie będziemy mówić o wspaniałej roli, która przypada lub mogłaby przypaść duszom poświęconym Bogu w świecie. Chcielibyśmy jedynie zaznaczyć, że instytuty świeckie nie zwalniają zakonnic typu klasycznego od ich właściwej misji i apostołowania w świecie.

Zawsze aktualny ideał życiowy

Zakonnica oddaje się Bogu, lecz również służbie swych braci. Odcinać ją od tego zrywu apostolskiego znaczy okaleczać ją, iść wbrew jej naturze.

Św. Benedykt chciał by nowicjuszom zgłaszającym się do furty klasztornej stawiać pytanie: „Czego szukasz?”.

Gdybyśmy zapytali o to młodą postulantkę proszącą o przyjęcie do Zgromadzenia czynnego, odpowiedziałaby nam bez wątpienia: „Pragnę poświęcić swe życie Bogu dla zbawienia świata”.

Nic więcej i nie mniej. Nosi w sobie – według wspaniałego powiedzenia Grzegorza XV o św. Ignacym duszę szerszą niż świat „animam gerens mundo maiorem”. Na to, by lepiej móc poświęcić się Bogu i duszom wyrzekała się ona najwyższych radości jakie dać może miłość – człowieka i ogniska rodzinne. Pragnie, by Bóg stał się jedynym odblaskiem jej duszy jakby uderzeniem jej serca. A ludzkość, którą kocha i której pragnie służyć, te wszystkie dusze, które będzie mogła dosięgnąć na swej drodze, a zwłaszcza te, które nie znają jeszcze swego Zbawiciela i błądzą daleko od Niego.

Śluby w służbie cnót teologicznych

By móc zrealizować swój ideał zakonnica decyduje się na złożenie ślubów. Zgodnie z prawdą pouczono ją, że są one owymi środkami wielkimi, ewangelicznymi, które pozwolą jej rozwinąć skrzydła miłości teologicznej na miarę Bożą i na miarę ludzką.

Z radością rezygnuje się ze swobody rozporządzania swym sercem i swym ciałem, by należeć tylko do Chrystusa jedynego jej Oblubieńca.

Z radością rezygnuje ze swej wolności przedkładając posłuszeństwo pojęte nie jako więzy, ale jako środek do osiągnięcia stokrotnego plonu, do wzmocnieniu swego rozpędu apostolskiego, do uzyskania oparcia dla swego wysiłku i do lepszego skoordynowania go z wysiłkiem innych.

Z radością wyrzeka się rozporządzenia się własnością, by zwielokrotnić w ten sposób własną gotowość, by być wolną od wszelkiej troski poza troską o chwałę Bożą.

Śluby w jej przekonaniu nie są żadną zaporą ani przeszkodą w apostołowaniu; są wyzwoleniem i pełnią swobody. Śluby są ceną jaką się płaci za najwyższą wolność, polegającą na oddaniu się na służbę Duchowi, który tchnie, gdzie sam chce i idzie zawsze naprzód: „Gdzie jest Duch, tam jest wolność”.

Taki jest ideał, za którym tęskni młoda postulantka i który w jakiś sposób przeczuwa. Nie wolno jej zawieść. Kościół, zatwierdzają dane Zgromadzenie poprzez tę aprobatę gwarantuje niejako, że droga jest pewna i że wierność danej Regule zaprowadzi młodą zakonnicę do pełnego duchowego rozkwitu jej osobowości umożliwiając jej pełny dar swojej miłości wszystkim duszom całego świata.

Rozmach apostolski

W dobie dzisiejszej postulantka przeczuwa już trochę czym może być ów apostolski dar ze siebie, o którym marzyła. Przed swym wstąpieniem do klasztoru w większości wypadków brała już udział w różnych dziełach i ruchach katolickich. Poznała czystą radość dawania Chrystusa innymi, na swej drodze napotykała dusze pełne żaru; znała ogniska rodzinne w stanie łaski, ogniska apostolskie i misyjne. Może jej własny dom rodzinny do nich należał. Własnymi oczyma widziała, ile dobrego może zdziałać jeden człowiek wierzący w swoim środowisku pracy, ile potrafi ze siebie dać duszom; zwłaszcza, jeśli poświęca kilka godzin tygodniowo bezpośredniemu apostolstwu poza godzinami zajęć zawodowych. Więc młoda postulantka marzy, by dawać Chrystusa 24 godzin na każdą dobę swego życia. Chce by jej życie stało się jeszcze bezpośredniej apostolskie. Chce z niego zrobić jedność i pełnię. Jedynie miłość napełnia po brzegi jej duszę, ale tę miłość jedyną przeżywa pod dwoma aspektami: chce na modlitwie iść od Boga do Boga; od Boga samego w sobie do Boga w bliźnich poprzez apostolstwo.

W wypadku, gdy jej powołanie skierowuje ją szczególnie ku miejscu zamieszkania, ten rys zupełnego oddania i konsekracji rzuca się może wyraźniej w oczy, ale w każdym autentycznym powołaniu zakonnym zauważa się element owego misyjnego zapału.

Zakonnica rezygnuje ze wszystkiego dla macierzyństwa duchowego, dla płodności nadprzyrodzonej nieskończenie przewyższającej najszlachetniejszą płodność w porządku naturalnym. Chce iść za mistrzem „gdziekolwiek pójdzie”.

Obierając nie zakon kontemplacyjny podległy innym zupełnie prawom, lecz Zgromadzenie czynne chce dać ujście swej gorliwości apostolskiej w sposób widzialny i dotykalny, chce wpisać swoją działalność nie na marginesie życia, ale niejako w jego sercu.

Szkoła świętości

Życie zakonne w oczach Kościoła jest jednym z bogactw w których wyraża się jego świętość: „Wierzę w święty Kościół katolicki” mówimy w Credo. Zakonnice oddają się Kościołowi na to, by on wiódł je ni mniej, ni więcej do świętości. Wchodzą w ową tajemnicę uświęcenia, o której mówił Chrystus w słowach: „poświęcam się dla nich”. Co w Chrystusie było pełnią i nadmiarem jest w nich zalążkiem. Z Nim i w Nim chcą się uświęcać za świat. Przez swą rezygnację z miłości ludzkiej uświęcają miłość małżeńską innych; wyrzekając się pieniędzy i bogactw wzywają innych do oderwania się od dóbr tak często stanowiących powód do niezgody między ludźmi. Wyrzekając się woli swej głoszą, że zgodność z Wolą Bożą jest źródłem prawdziwej wolności.

Uświęcają się za świat i dla świata.

Ale uświęcając świat uświęcają się same. Jak prawdą jest, że nikt nie może innym dawać to, czego nie posiada, tak prawdą jest również, że najpewniejszym środkiem by mieć jest dawanie: posiada się naprawdę tylko te dobra duchowe, które się daje innym, zachowuje się tylko to, co się traci, według słów Jezusowych: „Ktokolwiek gubi swoją duszę, znajduje ją”.

Jest to wspaniały rytm przypływa i odpływu: świętość, która wzrasta, by lepiej się oddawać, świętość, która wzrasta dlatego, że się oddała.

Zakonnica radością Boga

Cała zwrócona ku świętości dla apostolstwa i przez apostolstwo zakonnice stanowią część owej wybranej rzeszy, którą Pan sobie wyłącznie zarezerwował. Na swój sposób każda z nich realizuje to, czym była dla Boga Najśw. Maryja Panna według pewnego powiedzenia Ludwika Marii de Montfort: „Maryja jest Bożym Rajem, Jego niewysłowionym światem, gdzie wszedł Syn Boży by czynić w nim cuda, by go strzec i w nim znajdować swe upodobanie”. Zakonnica oblubienica Chrystusa jest owocem triumfu Jego łaski. Jest pieśnią zwycięstwa Chrystusa, który w każdym powołaniu znajduje dusze, opuszczające wszystko, by iść za Nim. Odpowiadając na Jego wezwanie zakonnica opuszcza świat, który poznała i którego sprawami bynajmniej nie gardzi, za wyjątkiem tego co w nich jest grzeszne. Wyrzeka się ich dla większej miłości choć nie lekceważy niczego co posiada prawdziwą wartość. Ale z radością składa Panu w ofierze wszystko co stanowi urok świata. Jest to triumfalna afirmacja prymatu Boga.

Bóg chce widzieć zakonnice wśród ludzi

Choć zakonnica opuszcza ten świat nosi go jednak w dalszym ciągu swej miłości i w sposób nadprzyrodzony odnajduje go wciąż w samej głębi swego powołania.

Gdy Bóg udziela komuś tej laski wybraństwa, jaką stanowi powołanie, daje mu dowód swej specjalnej miłości, ale tą miłością obejmuje poprzez niego całą ludzkość. Bóg kocha go dla niego samego, ale równocześnie w swych Bożych zamiarach – przeznacza go dla ludzi”.

Gdy Bóg kocha, wybiera, przeznacza, nie czyni tego na nasz sposób ludzki. Gdy my darzymy kogoś miłością wybraństwa z konieczności odsuwamy wszystko to, czegośmy nie wybrali i odkładamy to niejako na drugi plan. Natomiast Bóg kocha i wybiera na to, by wzbogaciła się jeszcze całość świata. Ta, którą Bóg najwięcej ukochał, którą wybrał i postawił ponad wszystkimi stworzeniami była nią na to, by stać się Matką Chrystusa a co za tym idzie Matką wszystkich ludzi. Nasza predestynacja, umiłowanie, którego staliśmy się przedmiotem są niejako na miarę apostolstwa, które Opatrzność nam powierza. Poprzez nas Bóg chce ukochać innych. Stąd wniosek, że potrzeba, aby każda otrzymana przez nas łaska wymieniła się na wysiłek apostolski dla zbawienia świata.

Zakonnica oddaje się Bogu, ale w dynamizmie swego dążenia ku Niemu pociąga za sobą ludzkość, za którą staje się odpowiedzialną. Sprawdzają się na niej więcej jeszcze niż na innych wiernych owe słowa św. Augustyna: „Chcesz wiedzieć, czy Bóg jest tu obecny? Czy serce twoje jest przepełnione – w chwili, gdy zwracasz się ku Niemu – troską o cały rodzaj ludzki? Gdy usiłujesz zbliżyć się do Niego, czy zabierasz ze sobą całą ludzkość wraz z jego troskami? Czy przyprowadzasz tych, których powierzył Twojej miłości? Jeśli ludzkość jest obecna w Twoim dążeniu do Boga: On jest przy tobie”.

Zakonnica nie jest ze świata, ale jest w świecie, wnosi świat za sobą wstępując do Zgromadzenia, a świat oczekuje, że cena jej ofiary stanie się dla niego wzbogaceniem, do którego ma prawo i którego się spodziewa. By nie zawieść Boga zakonnica musi najpierw nie zawieść świata. Spełnia funkcję pośredniczki między Bogiem i ludźmi. A pośredniczka musi połączyć i związać oba wybrzeża rzeki, przerzucając między nimi most solidnie zaczepiony o każdą z nich. Należąc całkowicie do swej epoki i wkorzeniając się w taki świat jakim on konkretnie i aktualnie jest, zakonnica przyjmuje po prostu z realizmem i konsekwencją logiczną te warunki, które jej umożliwią wypełnienie swego własnego powołania w Kościele współczesnym.

Rozdział VII
Powrót do źródeł

Należy stale mieć przed oczyma ten ideał życia zakonnego, jeśli się chce – o ile tylko to od nas zależy – pogodzić ideał z rzeczywistością. Nie wolno nam zawieść młodej dziewczyny, która przeczuwa te potrzeby świata i tęskni do owego daru ze siebie złożonego Bogu i ludziom. Trzeba, aby znalazła w klasztorze życie zakonne zgodne z jej najgłębszymi aspiracjami.

Precz z dualizmem

By przywrócić wartość powołaniu zakonnemu należy jasno ustalić stosunek między życiem zakonnym a życiem apostolskim. Jak długo istnieć tu będzie dualizm nie uda się przezwyciężyć poczucia kryzysu. Nie może być mowy o przechyleniu szali na korzyść życia zakonnego ze szkodą dla apostolstwa ani o wysuwanie apostolstwa ze szkodą dla życia zakonnego. Życie zakonne i życie apostolskie nie są pojęciami sprzecznymi, ale przeciwnie, implikują się nawzajem i przywołują. Jak długo pragniemy się bronić czy wychwalać życie zakonne przeciwko życiu apostolskiemu pozostajemy na powierzchni rzeczywistości a problem tak postawiony staje się nierozwiązalny.

Wymagania apostolskie wypływają z wymogów życia zakonnego jak kwiat wyrasta ze swej łodygi. Człowiek poświęca swe życie Bogu dla zbawienia świata jedynie na to, by zapewnić sobie możność szerszego promieniowania apostolskiego niż gdyby pozostał w świecie. Ta jedność harmonii stanie się jeszcze wyraźniejszą, gdy wrócimy myślą do samych źródeł powołania zakonnego, które odkrywamy na kartach Ewangelii i Dziejów Apostolskich oraz w historii Zakonów, w życiorysach świętych założycieli zgromadzeń zakonnych. Ten powrót do tradycji, a w razie potrzeby jeszcze dalej niż sięga tradycja – jest dotarciem do owej pierwszej łaski, łaski pierwszego poranku o której mówi Peguy i która pozwala nam odkryć w swojej niepokalanej świeżości owe linie zasadnicze i podstawowe intencje, które doprowadzały do narodzin zgromadzeń zakonnych.

To cofnięcie się wstecz prowadzi nas oczywiście w pierwszym rzędzie do tego, co pozostaje wzorem wszelkiego życia chrześcijańskiego i zakonnego: do Ewangelii. Będziemy się starali odkryć na jej kartach myśl i wolę naszego Mistrza.

Ewangelia

Nigdy żadne konstytucja czy zwyczajnik nie zaćmią blasku Ewangelii. Wartość jakiejkolwiek reguły polega na jej stosunku do tego wyjściowego punktu: jakimi są słowa samego Boga. Nic w życiu zakonnym nie może sprzeciwiać się choćby jednemu wersetowi Ewangelii: życie to istnieje na to jedynie, by wcielać każdą linijkę Ewangelii w konkret codziennego dnia, by oblekać w ciało każde jej słowo. To Ewangelię należy wyczytywać na stronicach Konstytucji zakonnych: potrzeba, aby właśnie Ewangelia stawała się miąższem ich treści.

Otóż Ewangelia nie jest bynajmniej księgą opartą na lęku i nieśmiałości; z każdej stronicy wieje zew i zaproszenie do rzucenia się zuchwale i w imię Boga na ratunek światu. Ewangelia zaprasza nie tylko poprzez słowa i zdania, ale przede wszystkim poprzez podstawową tajemnicę, którą nam objawia: poprzez Wcielenie Syna Bożego.

Słowo nie poczytało sobie za drapiestwo – mówi nam Ewangelia – nie sądziło, by uniżenie się tak niesłychane miało ubliżać Jego godności, gdy opuszczało łono Ojca, aby przybyć na świat, by go odkupić i ubóstwić swoim Wcieleniem. Ten fakt niepojęty wpisał się w ludzkie dzieje jak zawieszona nad horyzontem tęcza stanowiąc najbardziej zadziwiające wezwanie do tego, byśmy i my „szli”, byśmy przebywali dzielące nas odległości, byśmy przechodzili ponad przepaściami i stawali się wszystkim dla wszystkich.

Przykład Mistrza

Przykład Mistrza, który potężnym impulsem miłości przebywa przestrzeń dzielącą niebo od ziemi, by „szukać i zbawiać to, co było zginęło” pozostanie dla nas raz na zawsze typicznym, idealnym wzorem.

Pan nasz przyszedł i poszedł. I od nas również oczekuje byśmy szli na spotkanie tego co zginęło i co potrzebuje wybawienia.

Jezus przyszedł i mnożył swe kontakty z ludami na to by im objawić Boga.

Nie zapominajmy nigdy, że chrześcijaństwo jest przede wszystkim udzielaniem Boga ludziom, udzielaniem Jego prawdy i Jego życia. Kościół – to Jezus Chrystus udzielany i rozpowszechniany.

Mistrz przyszedł i poszedł do swoich braci przybranych.

Ci ludzie, byli to jego uczniowie, ale byli to również i faryzeusze, i saduceusze, i samarytanie z którymi żydzi nie obcowali, i grzesznicy, od których się wszyscy odwracali.

Przyszedł i poszedł ku nim, jak lekarz idący raczej do chorych niż do tych, którzy się dobrze mają – On sam tak to określił.

Przyszedł i poszedł do domu Zacheusza celnika, na place publiczne, na drogi i opłotki swego kraju, niezmordowany wędrowiec.

Przyszedł i poszedł i mówił z ludźmi. Przemawiał do nich językiem; to jasnym, to tajemniczym zależnie od okoliczności. Mówił pełnymi zdaniami lub półsłówkami, kazaniem na górze czy pytaniem rzuconym znienacka, bez odpowiedzi czy przez znaczące milczenie. Mówił z ludźmi, zgromadzonymi tłumnie czy indywidualnie nad brzegiem studni, na ścieżce wzdłuż jeziora. Mówił „jak nigdy żaden człowiek nie mówił”, a temat jego rozmów był zawsze identyczny: opowiadał o Ojcu, aby ludzie odkryli, że są synami Bożymi i braćmi jedni dla drugich.

Mówił, gdyż był „posłany”, był w najdosłowniejszym znaczeniu tego słowa Misjonarzem Boga.

Mówił, gdyż całym swym jestestwem, każdym włóknem swej istoty był Słowem Żywym, Słowem, które się Ciałem stało.

Rozumiemy więc, że chrześcijanin jest tylko wówczas chrześcijaninem, gdy włącza się w Jego misję, jeśli staje się echem tego Słowa, jeśli całą energią swej istoty usiłuje z kolei przekazać je innym.

Rozkaz Mistrza

Do przykładu ontologicznego dołącza Chrystus pozytywny, wyraźny rozkaz, abyśmy szli ku światu w Jego imieniu.

Jedno przykazanie w zgłoskach ognistych zostało wypisane w Ewangelii: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszemu stworzeniu!”.

Ten rozkaz nie dopuszcza żadnego komentarza, który mógłby złagodzić jego treść, żadnej zacieśniającej egzegezy, żadnej niemożliwości[5].

To słowo rządzi wszelkim życiem, które zostało poświęcone Bogu i naszym braciom: ono musi się stać podstawową troską tego życia.

To końcowe polecenie było niejako ukoronowaniem trzyletniego nauczania, w którym Mistrz powtarzał jasno i nieustannie:

„Jako mnie Ojciec posłał tak i ja was posyłam”. „Posyłam was, byście szli i owoc przynieśli”. „Posyłam was jako owce między wilki”, „Posyłam was szukać zgubionych owiec z domu Izraelskiego”.

Cała Ewangelia pełna jest owych nalegań Mistrza, który rozkazuje swoim uczniom by stali się niejako heroldami idącymi po drogach i opłotkach zapraszać tłumy na bankiet królewski.

Cała Ewangelia mówi nam o spokojnej odwadze, o pewności Bożej pomocy, która nigdy nie zawiedzie „Będziecie czynić większe rzeczy niźli ja”.

Św. Paweł będzie tylko wiernym echem swego Pana, gdy napisze do swego ucznia Tymoteusza owe słowa, które należałoby umieścić jako motto każdego zakonnego życia: „Bóg nie udzielił nam ducha nieśmiałości i bojaźni, lecz ducha mocy, miłości i powściągliwości”.

Dzieje Apostolskie

Cała Ewangelia jest wezwaniem do apostolstwa bezpośredniego, jest zaproszeniem do chodzenia po falach.

I uczniowie tak zrozumieli słowa Jezusa. Dzieje Apostolskie są po prostu historią odważnej wierności uczniów, postawionych wobec pogańskiego świata i starających się ten świat przetworzyć. „Nie możemy nie głosić Ewangelii” – oświadczą oni wobec swych sędziów. A pomiędzy uczniami kobiety zajmują specjalne miejsce.

Kobiety szły za Jezusem z narażeniem własnego życia aż na drogę Kalwaryjską, podczas gdy uczniowie z wyjątkiem Jana rozpierzchli się bojaźliwie.

Widzimy je jak stoją wiernie pod krzyżem i przy pustym grobie w poranek wielkanocny.

Bez lęku oddają się sprawie rozkrzewienia wiary i służbie radzącego się Kościoła – choć nieraz prowadzi to je do męczeństwa.

Spotykamy je w charakterze diakonis lub pojedynczo i prywatnie pracujące w różnych dziedzinach apostolstwa. Trzeba uważnie przeczytać niektóre rozdziały Dziejów Apostolskich lub Listów, gdzie św. Paweł wymienia imiona tych kobiet nieustraszonych, które „wraz z nim pracują w ewangelizacji”.

W Piśmie św. nie spotykamy śladu nieufności czy pogardy pod adresem kobiet. Jezus im zaufał, a one Go nie zawiodły. Jeśli chcemy powrotu do źródeł powinniśmy wpisać Dzieje Apostolskie na listę programowych lektur niezbędnych dla każdej reformy apostolskiej, na jakimkolwiek polu.

Założycielki

Dzieje Apostolskie nie zakończyły się. Trwają poprzez historię Kościoła, żyjąc zwłaszcza w duszach żarliwych i świętych, które spotykamy u kolebki Zgromadzeń zakonnych. W ich życiu możemy wyśledzić wierne echo Ewangelii.

By zdać sobie sprawę z dynamiki apostolskiej ożywiającej założycielki zgromadzeń czynnych, należy gruntownie przestudiować ich życie, a takie studium opłaci się.

Jego Świątobliwość Papież Pius XII kładł na nie wielki nacisk rzucając swoje liczne wezwania w sprawie „aggiornamento” i nawołując do koniecznej adaptacji. W swoim przemówieniu wygłoszonym na Kongresie Zakonników w Rzymie powiedział: „W większości wypadków prawodawcy instytutów zakonnych powołali do życia swe Zgromadzenia by zadośćuczynić naglącym potrzebom i by podjąć funkcje, które w Kościele musiały być niezwłocznie podjęte. Jeśli więc chcecie wstępować w ślady waszych założycieli uzgodnijcie waszą postępowanie z ich postępowaniem”.

Pewna liczba tych Założycieli to święci kanonizowani. Kościół potwierdził więc uroczyście ich ujęcie życia. Ale jest pewna cecha wspólna im wszystkim, a mianowicie żarliwość apostolska skłaniająca ich ku wszelkiej nędzy materialnej i duchowej. Zgromadzenia przez nich założone szły coraz dalej w tym kierunku, by ratować dusze, by ukazywać Chrystusa wszystkim i wszędzie.

Ich historia jest zarazem wspaniała i bolesna. Wspaniała, z powodu założycieli wykazujących inicjatywę, święty upór, śmiałość i piękne ryzyko typowo chrześcijańskie; bolesna, z porodu opozycji jaką wzbudziła, z powodu sprzeciwu ludzi ulegających przesądom, antyfeministycznym swojej epoki, więźniów rutyny zmylonych zbyt ciasno ujętą definicją kanoniczną pojęcia „zakonnica”.

Historia fundacji jest często pasmem przeszkód i utarczek staczanych na to, by zdobyć prawo obecności tam, gdzie nędza jest najjaskrawszą, by zdobyć konieczną metodę działania.

Obraz, który najczęściej narzuca się licznym założycielkom, to obraz Weroniki, przeciwstawiającej się wrogości i krytyce, by móc iść naprzeciw Mistrza i otrzeć Jego Oblicze okryte błotem i krwią. Ku temu Chrystusowi ukrzyżowanemu w duszach grzeszników, ku Chrystusowi nieznanemu lub niedocenianemu zwracają się właśnie ich serca w zapale swej gorliwości. Jak Weronika nie kłopoczą się wcale o to czy przystoi kobiecie przeciskać się przez tłum żołnierzy i faryzeuszów, poszły na spotkanie Chrystusa z całym zuchwalstwem miłości, a Bóg pobłogosławił ich oddaniu i ich działalności.

Inny jeszcze aspekt uderza nas w tej sprawie. Fundatorki nigdy nie straciły z oczu tego faktu, że racją bytu ich życia i założonego przez nie zgromadzenia była konieczność bezpośredniego głoszenia Chrystusa biedakom dotkniętym duchowym czy fizycznym nieszczęściem. Szły na przeciw grzechu i grzeszników, by szukać zbłąkanej owieczki. Brały dosłownie słowa mistrza nakazujące im zapraszać wszystkich ludzi na ucztę eucharystyczną i głosić wszystkim słowa Boże. Szły … jest to zaiste jakby motyw przewodni ich życia, w którym nie było nic zamkniętego i klauzurowego. Nie czekały za murami swych klasztorów aż policja doprowadzi im dzieci opuszczone lub przestępne. Były całe przejęte tajemnicą Nawiedzenia i za przykładem Matki Najświętszej biegły poprzez góry by móc usłużyć innym.

Chorzy, zbrodniarze, dzieci, to były ich umiłowane pole pracy, oddawały im równocześnie posługi duchowe i materialna.

Pierwsze towarzyszki, które dołączały się do nich pracowały na bardzo skromną skalę, jeśliby trzeba mierzyć ich działalność na miarę ludzką – ale nigdy nie traciły z oczu bezpośredniego celu apostolskiego, który sobie postawiły.

Po śmierci Założycieli ich dzieło bardzo się rozwinęło. Urosło. Gdzie początkowe była tylko garstka dzieci czy kilku chorych liczy się dziś na setki czy tysiące podopiecznych. Z punktu widzenia społecznego jest to postęp niezaprzeczalny, drogę jednak okupiony na odcinku apostolskim.

Postęp techniczny wraz ze wzrastającym z dniem każdym ciężarem licznych spraw, powoduje, że z konieczności stracono nieco z oczu intuicję początkową Założycielki troskającej się przede wszystkim o trud ewangelizacji. Trzeba nam więc bez ustanku powracać do punktu wyjściowej naszego powołania, by przywrócić równowagę między czynnikami składowymi życia zakonnego.

Postaramy się to sprecyzować na kartach tej książki. Wystarczy w tej chwili podkreślenie faktu, jak bardzo oświecającym jest studium życia Założycieli na to, by zdać sobie sprawę z zasadniczych głównych wytycznych naszego życia, by drzewa nie zasłaniały nam lasu. Gdy udało nam się uchwycić swe pierwotne intuicje Założycielki – wyczuwamy w nich, jak gdyby powiew Ewangelii. Czasy mogły się zmienić. Wiele metod straciło swą aktualność, ale nie wino nam zdradzić linii pierwotnej i jej apostolskiego zapału. Trzeba, aby każde zgromadzenie potrafiło w stylu dzisiejszym – i z koniecznymi przesunięciami zachować zazdrośnie – może nawet odzyskać owo pierwotne natchnienie, które uczyniło z naszyć Założycielek pionierki apostolstwa bezpośredniego. J. Chevalier napisał na ten temat prawdziwej wierności tradycji jakże słuszne słowa:

„Identyczność życia suponuje nieustanną zmianę, której trwanie wystarcza dla zapewnienia mu jedności. W czasie istnieje coś co się wciąż zmienia, ale na to jedynie by pozwolić na trwanie czegoś co pozostaje wciąż tym samym”[6].

Zbadajmy więc główne czynności zakonnic dzisiejszych w perspektywie jakże pouczającej początków ich Zgromadzenia. Umożliwi nam to rozeznanie i wzmocnienie w stopniu maksymalnym możliwości apostolskich złożonych w nich jawnie lub tkwiących choćby w stanie potencjalnym.

Rozdział VIII
Rozszerzone horyzonty

Rozprzestrzenienie naszego apostolstwa

Nim ustalimy na czym powinna polegać promocja apostolska zakonnic różnych kategorii Zgromadzeń, co jest tematem niniejszej książki zaczniemy od ustalenia, jakie pola działania leżą jeszcze częściowo lub całkowicie odłogiem i jak należałoby je rozdzielić między te zgromadzenia. Można i trzeba podziwiać to, co się do tej pory zrobiło. Ale troska o zbawienie świata skłania nas do szukania tego, co jeszcze pozostało do zrobienia i wzbudza w nas święty niepokój o żniwo Pańskie do którego brak robotników. Temu kto zapewniał Jezusa, że „wypełnił wiernie całe prawo” Jezus odpowiedział: „Ale jednego ci nie dostawa”. W duchu Ewangelii leży raczej szukanie których obowiązków nie spełniliśmy jeszcze niż wyliczanie tych, które już doskonale wypełniamy. Nie chodzi o to, by lekceważyć swe obowiązki stanu, ale by zbadać, jak możemy je jeszcze rozszerzyć. Nie chodzi o zamianę pracy tradycyjnej na prace nowe, ale o uzupełnienie ich, o wyciągnięcie wszystkich konsekwencji z naszego powołania i o stanie się naprawdę tym czym jesteśmy.

To wykończenie i uzupełnienie konieczne z punktu widzenia apostolskiego jest równie konieczne dla równowagi wewnętrznej i rozwoju samej zakonnicy jak i dla powodzenia naszych szkół i Instytutów.

Postępująca wciąż etatyzacja szkolnictwa i szpitalnictwa kładzie nacisk na aspekt zawodowy w życiu zakonnic. Grozi im biurokratyzm: wychowawczynie czy pielęgniarki czują się czasem bardziej wychowawczyniami i pielęgniarkami niż zakonnicami. Stąd rodzi się owo poczucie kryzysu, o którym już wspominaliśmy.

„Jednego ci nie dostawa” … to „jedno” nieraz nieuświadomione to możliwości bardziej bezpośredniego apostolstwa.

Zarezerwowane Bogu

Nie chodzi o dorzucanie nowych zajęć do przeciążonego rozkładu dnia: dzień zakonnicy jak dzień każdego człowieka ma tylko 24 godzin. Ale należy zrewidować hierarchię wartości i za wszelką cenę zarezerwować najlepszy swój czas apostolstwu – trzeba będzie bliżej określić jakiemu – tak jak rezerwuje się czas na ćwiczenia duchowne przepisane Regułą. Tylko pod tym warunkiem życie czysto zawodowe zakonnic będzie w pełni owocne. Działalność apostolska i ćwiczenia duchowne to jakby cząstka wybrana naszego życia, którą sobie Bóg wyłącznie rezerwuje.

Nie zamierzamy definiować – ne variatur – (gdyż zmiany są zawsze konieczne) na czym dokładnie ta „cząstka Boża” powinna polegać. Ta dziesięcina zależeć będzie od konkretnych okoliczności i powinna stanowić stały określony element naszego życia. W następnym rozdziale omówimy pewne adaptacje, które należałoby przeprowadzić, by ułatwić uchwycenie właściwej proporcji. Najważniejszą sprawą jest zrozumienie, że taka integracja jest nieodzownie konieczna, by dusze poświęcone Bogu dojść mogły do pełni rozwoju i żywotności. Nie zapominajmy o tym: postulantki wybierającej życie zakonne nie pociągnęła przede wszystkim perspektywa pracy nauczycielskiej czy pielęgniarskiej: ale pragnienie współpracowania w dziele zbawienia świata poprzez te właśnie specyficzne zajęcia. I w tej jedynie mierze, w której zakonnica realizuje w pełni swe apostolstwo zdolna jest pociągnąć inne dusze na tę samą drogę życia zakonnego. Dla zakonnicy możliwość dawania innym tego co w niej jest najlepsze stanowi nieodpartą i istotną potrzebę.

„Uwierzyłem i dlatego przemówiłem”

Jeśli radość duchowa zakonnicy ma być czymś realnym musi ona mieć możność przekazywania drugim tajemnicy swojej miłości. Dziwnym by się wydawało, gdyby narzeczona nie mogła nigdy z nikim rozmawiać o swym narzeczonym; odczuwa przecież potrzebę czynienia wszystkiego, by inni znali go i cenili „uwierzyłem i dlatego przemówiłem” powiedział św. Paweł. Słowo wytrysło z serca przepełnionego wiarą. Musiało tak być. Niemota jest cierpieniem dla tego, kto chciałby krzyczeć na dachu swą radość z powodu odnalezienia Mesjasza. Zakonnica narzeczona, oblubienica Chrystusa odczuwa identyczną nostalgię i pragnie by umożliwiono jej pełne realizowanie własnego powołania apostolskiego. Otóż wypełnia ona konsekwentnie obowiązki swego stanu jedynie wówczas gdy może innym dawać Chrystusa, grupując wokół siebie dusze, by je zapalać miłością Bożą, wprowadzi w ich życie Chrystusa we wszystkich wymiarach tego życia osobistego, rodzinnego i społecznego; nauczy je jak one z kolei mają Go dawać w swoich własnych środowiskach. Całe olbrzymie pole wpływu apostolskiego na laikat otwiera się przed zakonnicą o ile potrafi ona odkryć te dusze, grupując je w organizacjach Akcji Katolickiej lub w innych Kołach, które w razie potrzeby nalegałoby nawet samemu stwarzać, o ile potrafi ożywić i podtrzymać skarby dobrej woli drzemiące w tych duszach.

Skarby oddane na usługi

Apostolstwo te pele pracy olbrzymie o nieograniczonych perspektywach, stawia sobie za cel niesienie Chrystusa tym wszystkim, którzy Go nie znają, oraz wprowadzenie zasad i wymogów chrześcijaństwa we wszystkich jego rozmiarach w życie ludzi, którzy są chrześcijanami jedynie z imienia. Z punktu widzenia religijnego świat pełen jest analfabetów, nie umiejących czytać imienia Bożego w księdze życia oraz chrześcijan, którzy w najlepszym wypadku przerzucili zaledwie kilka stronic Ewangelii. Zakonnice muszą mieć oczy zwrócone właśnie na nich. Oczywiście każda praca apostolska nie może być powierzona każdej zakonnicy: trzeba będzie dobierać je niejako „na miarę”, nawet wówczas, gdy dana Siostra jest tylko kucharką i wyszukać możliwości apostolskie nie przekraczające jej poziomu – a przecież konieczne, jeśli ma odpowiedzieć swemu powołaniu.

Trzeba być głęboko przeświadczonym, że w porównaniu z otaczającym je światem, duchowo niedokarmionym, w stopniu tak niesłychanym, że nieraz nie możemy sobie tego wyobrazić – nasze zakonnice opływają w bogactwa, które mogą i powinny innym udzielać. Wystarczy przeliczyć godziny poświęcone na duchową strawę ich dusz: Msza św. i Komunia św., medytacja, czytanie duchowne, nauki, rekolekcje, dni skupienia; wszystko to naładowuje energią duchową ich akumulatory czyniąc z nie stacje wysokiego napięcia. A jaką pieczołowitą troską otacza je Kościół? Dyrektywy przełożonych, reguły, konstytucje, zwyczajnik, rachunki sumienia, kierownictwo duchowe, wzajemne podtrzymania, wizytacje kanoniczne nie mówiąc o Św. Kongregacji Spraw Zakonnych – wszystko to dąży do pogłębienia ich życia wewnętrznego i wszystko to powinno z nich uczynić wspaniałe kierowniczki apostolstwa świeckiego w świecie kobiecym.

Byłoby w tym coś chybionego, gdyby cały ten wysiłek Kościoła doprowadził jedynie do działalności ograniczonej do szczupłego kółka uczennic czy chorych, bez żadnego ujścia w kierunku świata, którego zbawienie jest przecież ich powołaniem. Byłoby klęską, gdyby życie zakonne było kręceniem się wokół samego siebie, życiem szczelnie zamkniętym w obawie przed przeciągiem. Zakonnice nie poświęciły się Bogu na to, by pędzić malutkie, metodycznie ślicznie uporządkowane życie w cieplarni szczelnie odgrodzone od świata.

Powiedziawszy to, możemy już przejść do omówienia i sprecyzowania tego, co mówiliśmy o pracy ściśle apostolskiej, która musi być wprowadzona w każda życie zakonne, zależnie od rodzajów powołań.

Dzisiaj działalność Zgromadzeń czynnych rozwija się głównie w dwóch dziedzinach nauczania i szpitalnictwa. Trzeba więc zwrócić naszą uwagę na te właśnie odcinki, by zbadać problem wydajności apostolskiej zakonnic na tym polu. Wszystko co powiemy o Siostrach wychowawczyniach i pielęgniarkach odnosić się będzie mutatis mutandi również do innych kategorii zakonnic.

Dziedzina szkolnictwa

Apostolstwo podstawowe

By zapobiec wszelkich nieporozumieniom chcemy podkreślić, że praca szkolna wykonywana tak jak ją się pojmuje w naszych instytutach zakonnych jest sama w sobie apostolstwem.

Należałoby przypomnieć tutaj wszystko to, co napisaliśmy w książce „Question Scolaite” (problem szkoły) na temat klimatu chrześcijańskiego nieodzownego dla dzieci ochrzczonych, który rodzi się z całego nauczania ożywionego duchem religijnym. Chrześcijańskiej wizji świata nie da się wtłoczyć dzieciom do głowy na lekcjach religii, o ile wykłady innych przedmiotów a zwłaszcza lekcje historii i literatury, geografii, które bliżej dotyczą samego człowieka nie urobią właściwego spojrzenia wychowanków. Poprzez te przedmioty właśnie młodzież uczy się patrzenia na świat w świetle Chrystusowym i wyrabia w sobie pewną prawość sądu bez której życie chrześcijańskie staje się jedynie namiastką.

Wychowanie młodzieży o ile tylko docenia właściwe sobie zasadnicze cele staje się samo przez się apostolskie. Gdyż w ostatecznym rozrachunku na to przecież rozwija się inteligencję dziecka, ucząc go algebry, łaciny, historii itp. by uczynić tego rosnącego chrześcijanina zdatniejszym do przekazywania w przyszłości myśli i życia Chrystusowego jutrzejszemu światu, który będzie światem twego dziecka. Ta „consecratio mundi”, ta chrystianizacja świata dokonać się może jedynie poprzez chrześcijan, w pełni ludzkich i wartościowych. Przekażą oni promieniowanie chrześcijaństwa poszczególnym jednostkom i społeczeństwu w tej właśnie mierze, w której sami zostaną przez chrześcijaństwo urobieni i przetworzeni.

Nie istnieje przecież czysty porządek natury. Istnieje tylko porządek nadprzyrodzony jedynie rzeczywisty i zamierzony przez Boga w tym właśnie porządku rozwijają się wszystkie wartości ludzkie. Trudząc się, by zrobić człowieka z młodego chrześcijanina wychowawca usiłuje zrobić z niego pełnego chrześcijanina. A do tego doprowadza się jedynie ciągłością oddziaływania i harmonią wychowania integralnego, gdzie każda gałązka pojedyncza współpracuje z innymi dążąc do jednego celu.

To cały klimat klasy czy domu wywiera swe piętno na każdej lekcji nawet jeśli idzie o przedmioty świeckie.

Każdy z wykładanych przedmiotów może i powinien składać się na jedną wizję świata całkowicie chrześcijańską. Nie może być dualizmu między wiedzą i wiarą, gdyż oba te poznania są jedynie dochodzeniem do prawdy, a prawda wypływa z Boga. Zaś samo kształcenie nie jest niczym innym jak elementem owej żywej syntezy, jaką stanowi prawdziwie chrześcijańskie wychowanie. By wychowanie nie skończyło się klęską konieczne jest urobienie woli, charakteru, zmysłu społecznego i apostolskiego wychowanka. Wszystko to domaga się od wychowawców i nauczycieli zgodnej współpracy i zbieżności dążeń: wszystko to domaga się bezsprzecznie wysiłku apostolskiego, który musi byś duszą naszych instytutów. Zakonnica poświęcona Bogu całą swą istotą ma specjalne dane do tego, by urabiać integralnie młodzież i zapewnić jej ową duchową kulturę opartą o samego Boga a zbierającą i jednoczącą całą różnorodność kultury ludzkiej.

Rozszerzenie apostolstwa

Wszystko, cośmy powiedzieli odnosi się do podstawowego apostolstwa, uprawnianego w naszych zakładach o ile one są rzeczywiście i konsekwentnie chrześcijańskie. Na tej bazie dopiero należałoby oprzeć apostolstwo właściwe, poszerzone, jeśli się chce rzeczywiście, by wychowanie katolickie wydało swój pełny owoc i odpowiedziało nadziejom Kościoła.

Przyjrzyjmy się kolejno różnym odcinkom owej dziedziny powierzonej zakonnicom wychowawczyniom, by wyśledzić pewne możliwości działalności apostolskiej i otworzyć nowe horyzonty.

W ramach szkolnictwa

Nie wystarcza, by zakonnice same były w pełni świadome swoich obowiązków apostolskich. Potrzeba nadto, by w pierwszym rzędzie potrafiły przekazać te przeświadczenia młodzieży im powierzonej.

Te dziewczęta muszą być wdrożone do katolicyzmu pełnego, a więc apostolskiego. Znaczy to, że każda z nich musi być w to apostolstwo bardzo konkretnie i stopniowo wciągnięta. I to w ramach normalnej pracy szkolnej. Trzeba przedstawić wszystkim uczennicom różne rodzaje dzieł, organizacji i inicjatyw, które by mogły zainteresowań je, wzbudzić ich zapał, nakłonić do wielkoduszności, porwać je i które byłyby szkołą ich poświęcenia apostolskiego i społecznego. Jeden jedyny typ organizacji standardowej i prawie obowiązkowej byłby chybioną imprezą. Nie liczyłby się z różnorodnością zdolności, pociągów i powołań. Te organizacje różnego typu powinny w zasadzie podlegać ośrodkom diecezjalnym, narodowym lub nawet międzynarodowym, gdyż w ten sposób będą one korzystały z pomocy i doświadczenia tych ośrodków. Nie wyklucza się jednak możliwości pewnych organizacji czysto lokalnych.

Często w naszych szkołach jedynie parę uczennic angażuje się w tego rodzaju pracę. Stanowią one nieznaczny procent ogółu wychowanek. Taka anomalia wydaje się nam nie do przyjęcia. Należy sprawę jasno postawić i wymagać zdecydowania się na wychowanie w pełni katolickie. A takie wychowanie wymaga adekwatnych środków umożliwiających jedynie dojście do tego celu. Skoro zasada zostanie jasno postawiona, wybór organizacji pozostawi się już samym uczennicom. Jedne wybiorą pracę bezpośrednio apostolską, inne zwrócą się ku akcji miłosierdzia lub ku działalności bardziej społecznej, które jednak w sposób pośredni doprowadzą je do kontaktów apostolskich. W domu Ojca naszego jest mieszkań wiele, ale potrzeba, aby wszystkie one były zamieszkałe.

Tak jak w szkołach angielskich programy przewidują ściśle określoną ilość godzin wychowania fizycznego zostawiając jednak młodzieży wybór sportów, które zamierza uprawiać, tak nasze zakłady powinny proponować szeroki wachlarz organizacji apostolskich i społecznych. Rodzice powinni być uprzedzeni, że stanowi to normalny element wychowania religijnego i należałoby im wytłumaczyć znaczenie takich wymagań dla urobienia charakteru i religijności ich dzieci.

Chodzi tu zresztą o ratowanie i zachowanie samej wiary. By być żywa, wiara musi być „zaraźliwą”, komunikatywną. Ogień podtrzymuje się jedynie rozprzestrzeniając się. Jeśli nie zapala niczego – wygasa. Młodzież, która nie nauczyła się promieniowania i apostołowania jest skazana na religijną wegetację. Nie stworzyliśmy szkolnictwa katolickiego na to by wręczać dyplomy dziewczętom nam powierzonym, ale aby uczynić z nich apostołki z dyplomami. Szkoła nie zasługuje na miano katolickiej dlatego tylko, że się w niej uczy religii i że ułatwia się uczennicom bytność na Mszy św. Niedzielnej. Na to, by zakład był naprawdę katolicki, trzeba by urabiał katoliczki zaangażowane, jakich Kościół i świat tak bardzo potrzebuje. Jest to prosta konsekwencja katolicyzmu.

„Strzeżmy się, by nasze szkoły nie wytworzyły jedynie … dawne wychowanki!” – powiedział pewien biskup amerykański. Nasze wychowanie jest udane jedynie wówczas, gdy młodzież opuszczająca nasze zakłady jest młodzieżą katolicką, dynamiczną i zdobywczą. W przeciwnym wypadku jest po prostu fiaskiem.

Czasami, sama liczba uczennic utrudnia taką organizację ich wychowania, które by doprowadziła do ich pełnego katolickiego wychowania.

W tych wypadkach, należy odważnie ograniczyć liczbę, inaczej zakład nie odpowiadałby już swemu celowi, który polega nie na udzielaniu jak największej ilości dyplomów, lecz na wyrobieniu dziewcząt gotowych do podjęcia odpowiedzialności jakiej Pan od nich oczekuje.

Na marginesie szkoły

Ale na to, by wychowanie byłe naprawdę integralne, trzeba by wychowawczynie nie pozostawiały ich losowi wychowanek, które już opuściły szkołę. Ich działająca pomysłowa troskliwość winna towarzyszyć im w skomplikowanych sytuacjach życiowych, w których się mogą znaleźć po wyjściu ze szkoły.

Wczoraj jeszcze te dzieci powierzone opiece zakonnic żyły zresztą tak samo, jak i same zakonnice, w świecie zamkniętym. Społeczeństwo było katolickie lub przynajmniej silnie uczulone obyczajami chrześcijańskimi. Katolicyzm tradycyjny wczorajszy coraz bardziej ustępuje miejsca katolicyzmowi z wyboru. Dziś dzieci wracają ze szkoły do rodziny często głęboko rozbitej i zachwianej na poziomie ludzkim i chrześcijańskim. Wracają do świata, który z dnia na dzień staje się bardziej pogański i który kwestionuje wszystko co zdawało się kiedyś ustalone.

Życie pozaszkolne grozi zniszczeniem tego, co praca wychowawcza dokonała „intra muros”. Dlatego zakonnice muszą z konieczności tym życiem się interesować. Ale ten powód często negatywny nie jest powodem jedynym: trzeba, aby wychowanie było wspólnym dziełem rodziców i wychowawców. Chodzi tu o skuteczność akcji, która musi być trwała, konsekwentna i zharmonizowana Powodzenie wychowania zależy od rodziców, którzy albo poprą wychowawców albo zniszczą cały ich trud. Ich współżycie jest sprawą zasadniczą. Zakonnice muszą umieć im to wytłumaczyć: a w ten sposób prawie mimowolnie zaangażują się w pracę nad wychowaniem katolickim rodziców. Nie można bowiem rozdzielać tego, co życie złączyło najściślejszymi węzłami. Wychowanie jest czymś jednym i szkoła, i dom są dwoma filarami jednego łuku. „Wychowanie dzieci – według słusznego zdania pewnego filozofia – to rodzina w swym stawaniu się”. Rola zakonnicy polega więc na zapewnieniu jedności i trwania temu wspólnemu dziełu.

Pewna wychowawczyni zakonna przysłała mi kiedyś swoje uwagi na temat tej ciągłości. „Doświadczenie wykazało, że nie wystarcza bynajmniej poświęcać się bez reszty dla wychowania nowych dzieci, tego wychowania, które leży przecież u podstaw społeczności chrześcijańskiej. Trzeba ponadto dopomagać do budowy całego gmachu wspierając młodych wchodzących już w życie dorosłych. W ten sposób doprowadzamy aż do końca nasze dzieło wychowania”.

A mówiąc o sytuacji zakonnic ta sama osoba dodaje: „Ale jak się do tego zabrać? Reguły nasze zostały tak ułożono, by umożliwić czynienie dobra w świecie takim jakim go znały Założycielki, a one nie brały przecież pod uwagę świata ludzi dzisiejszych, świata z konieczności całkiem różnego od tego, w którym żyły. I oto dziś zakonnice są niejako na to skazane – o ile się złemu nie zaradzi, by stać się opiekunkami wiernych owieczek zgromadzonych w owczarni, podczas gdy z konieczności te owieczki, które już owczarnię opuściły pozostawione są same sobie – z braku pasterza, który by mógł im towarzyszyć. Nic więc dziwnego, że te biedne owieczki gubią się jedna po drugiej wzdłuż swojej nowej drogi. A przecież cena ich dusz jest nieskończona. Chrystus umarł nie tylko za dusze dzieci, ale również za dusze dorastających dziewcząt i kobiet. Musimy mieć możność szukania ich tam, gdzie się znajdują!”.

Apostolstwo rędzin

Szkoła to nie tylko gromada uczennic. Każde dziecko to jakby drzwi szeroko otwarte na jedną rędzinę. Zarysowują się nam wówczas szerokie perspektywy apostolstwa rodzinnego. Najpierw będą to jedynie kontakty sporadyczne: rodzice chętnie spotykają się z wychowawczyniami swych córek. Te kontakty nie mogą odgraniczać się jedynie do oficjalnych audiencji u przełożonej czy dyrektorki, ale powinny być nawiązywane z zakonnicą bezpośrednio odpowiedzialną za dzieci, co umożliwiłoby kontakty liczne i podtrzymywane całymi latami.

Koła Rodzicielskie, które na szczęście zawiązują się prawie wszędzie powinny stawać się coraz bardziej terenem spotkań. Trzeba umieć je wyzyskać dla możliwości apostolskich, które same się narzucają. Co za piękne zadanie czeka na zakonnice: współpraca w cierpliwym i gruntownym urabianiu rodzin katolickich i wciąganie najwartościowszych z pośród nich w różne Koła Akcji Katolickiej czy rodzinnej na to, by pomagały do religijnej odnowy innych rodzin! Ale nigdy nie doprowadzi się do tego czekając cierpliwie aż sami rodzice stawią się w rozmównicy i zawołają daną siostrę do furty. Akcja taka wymaga od wychowawczyń dużo inicjatywy, by wyjść naprzeciw rodzicami ci z nich, którzy nigdy samorzutnie nie zadzwoniliby do furty często najbardziej potrzebują naszej pomocy.

Ale to wymaga również by cały trud konieczny do apostołowania rodzin był oficjalnie uznawany i świadomie wkalkulowany w rozkład pracy zakonnicy nauczycielki jako stanowiący część jej podstawowych obowiązków stanu.

To wymaga również dużej swobody ruchów ze strony wychowawczyń i odpowiedniego przystosowania przepisów zakonnych. Kto chce dojść do celu musi używać odpowiednich środków – a celu tego nie wolno nam lekceważyć: wszak idzie o zbawianie dusz! Nie ma żadnej obawy przesady w ocenie wagi tej akcji misyjnej skierowanej ku podstawowej komórce organizmu społecznego, ku rodzinie. Wchodząc do domu w poszukiwaniu rodziców zyskujemy niesłychanie wiele, gdyż atmosfera domowa jest realistyczna, ustalona, głęboko i po ludzku prawdziwa. W domu dziecko jest szczere i szczerszymi są rodzice. Poza domem ulegają całej gamie wpływów, które fałszują ich postawę. Grają. Jest to bardzo zasadnicze stwierdzenie. Nacisk społeczny włada człowiekiem, gdy tylko przekroczył on próg swego mieszkania. Natomiast u siebie w domu człowiek jest dużo swobodniejszy, by oprzeć się tym naciskom i by działać jak istota wolna. Prawdziwe oblicze człowieka odsłania się wówczas, gdy jest u siebie, gdy opadają wszystkie fałszywe pozory. Jego wolność staje się wówczas bardziej otwarta. Wejść do czyjegoś domu, to nawiązać kontakt między posłannictwem, które się przynosi a czyjąś wolnością wyboru. Działalność prowadzona na tym poziomie, ma więcej szans i jej wpływ będzie trwalszy niż gdybyśmy starały się dojść do podobnych wyników w innych okolicznościach.

Personel świecki

Ale zakonnice nie pracują same. Coraz częściej i w coraz szerszej mierze dzielą swą odpowiedzialność wychowawczą z personelem świeckim. Z punktu widzenia, który nas w tej chwili zajmuje jest to fakt ogromnej wagi. Zakonnice nie są w stanie urabiać do apostolstwa każdą uczennicę. Tak rozległe zadanie domaga się współpracy nauczycielek i profesorów świeckich i suponuje uprzednio przygotowanie tych ostatnich na to, by i oni umieli wypełnić swe role wciągając młodzież w apostolstwo. Jeśli słychać skarg, że ich współpraca ogranicza się do dziedziny czysto zawodowej zapytujemy: czyja w tym wina? Czy w naszych seminariach nauczycielskich przygotowaliśmy świeckich do tego koniecznego apostolstwa? Czy wprowadziliśmy ich w metodykę apostolstwa tak jak zostali wprowadzeni w metodykę języków nowożytnych? Istnieje jakieś błędne koło, które musi być wreszcie i to na gwałt rozwiązane. Gdy się z tym uporamy, zamiast narzekać na inercję świeckich znosząc ją jako dopust Boży, ujrzymy w niej raczej opatrznościową okazję do uwolnienia naszych zakonnic i to w jak najszerszej mierze od zadań świeckich pozwalając im oddać się lepiej jak najszerszej pojętemu apostolstwu. To apostolstwo musi otoczyć swoją opieką szerokie rzesze młodzieży, która już opuściła szkoły a w pierwszym rzędzie nasze dawne wychowanki.

Dawne wychowanki

Zbyt często doroczne zebranie gromadzi dawne wychowanki i nosi charakter zbyt oficjalny i nie wywiera żadnego wpływu apostolskiego, a przecież te dusze zostały kiedyś powierzone swoim wychowawczyniom i misja tych wychowawczyń nie została bynajmniej zakończana. Trwa ona do chwili, gdy młoda dziewczyna założy już swe własne ognisko i gdy wszystko zostało zrobione by to ognisto było udane jak przystało na prawdziwe dzieci Boże. Należy koniecznie utrzymywać kontakt z byłymi wychowankami, nie żałować im czasu, interesować się ich życiem, robić wszystko co się da by wciągnąć je w działalność apostolską czy społeczną zależnie od okoliczności, w których Opatrzność każę im żyć. Oczywiście, wiele trudności stanie na drodze tego zbliżenia, z których najczęstszą jest pewna wrażliwość młodych na punkcie własnej niezależności i podświadoma chęć wyrwania się z pod wpływu starszych. Ale do pedagogów należy wypracowanie metod psychologicznych, które by przełamały te opory i uratowały lub wznowiły dawne kontakty. Poprzez Koła lub organizacje już istniejące, względnie specjalnie w tym celu założone trzeba będzie wpływać w dalszym ciągu na dorastającą młodzież dokończając w ten sposób dzieło wychowawcze. Te kontakty zdołają z Bożą pomocą wzbudzić lub doprowadzić do pełnego rozkwitu powołania zakonne. Jakżeż zdołałyby te kiełki delikatne obronić się przed naporem świata, gdyby kontakt został przerwany właśnie w chwili, gdy zapadają najważniejsze decyzje rozstrzygające o losie dziewczyny?

W innych wypadkach ten kontakt stanie się nieustanną pomocą i łaską podtrzymującą wśród trudnych nieraz okoliczności. Należałoby powtórzyć tu dosłownie wszystko co napisaliśmy na ten temat w książce „Amour et Maitrise de soi”/Miłość i samoopanowanie/ o roli wychowawczyń gdy chodzi o przygotowanie dziewcząt do zaręczyn i do małżeństwa.

Ale jakże odpowie tym wymaganiom zakonnica, jeśli nie ma możliwości zbliżenia się do dawnych wychowanek, jeśli nie może do nich dotrzeć, jeśli reguła nie pozwala jej je odwiedzić, jeśli ten aspekt apostolski nie jest w tej regule uwzględniony, jeśli wreszcie te reguły nie dając jej tej możliwości nie gwarantują równocześnie warunków, pod którymi bezpiecznie oddać się może temu apostolstwu.

Młodzież, która nie przeszła przez nasze zakłady

Zajmując się dawnymi wychowankami nie wolno nam zapominać o młodzieży, która nie przeszła przez nasze szkoły.

Jasne, że nasze organizacje usiłują dotrzeć do tej młodzieży i że powinniśmy te organizacje popierać. Ale poważny procent nie wejdzie nigdy do żadnej z tych organizacji, a przecież i one muszą w jakiś sposób być objęte troską apostolską. Tymczasem, jak dotąd środowisko dorastającej młodzieży pozostawione jest przeważnie własnemu losowi. To pole stoi niejako ugorem. Któż jak nie zakonnica wydaje się powołaną do tej pracy?

Nie zawsze zakonnica będzie mogła się tym zająć bezpośrednio i osobiście, ale będzie mogła zawsze działać bezpośrednio, organizując katolickie dorastające dziewczęta dla apostołowania w tych środowiskach. Znamy znamienne przykłady wpływu świeckich apostołek katolickich promieniujących swym gorącym i żywotnym katolicyzmem na środowiska z pozoru beznadziejnie oporne.

Ale takiej aktywnej młodzieży jest niewiele; garść najwyżej. Do zakonnic należy wykrywanie odpowiednich dziewcząt, tworzenie z nich Kół, urabianie ich i podtrzymywanie ich zapału.

Taka działalność apostolska poza granicami naszych zakładów powinna oczywiście być zorganizowaną. Kilka Zgromadzeń zakonnych mogłoby współpracować na tym froncie według pewnego ustalonego planu. Na różne sposoby – zależnie od celu swych Zgromadzeń zakonnice powinny współpracować z klerem diecezjalnym i z organizacjami apostolskimi pomagając w ewangelizowaniu żeńskiej dorastającej młodzieży, żyjącej za marginesem wpływów organizacji religijnych.

Pedagogika takiej działalności czeka dopiero na opracowanie. W tej chwili chcielibyśmy tylko zwrócić uwagę na nędzę rzesz, które czekają, by nasze wychowawczynie przyniosły im dobrą nowinę chrześcijaństwa.

Ubodzy i opuszczeni

Młodzież dorastająca to opuszczone dzieci XX wieku. Ongiś św. Wincenty a Paulo czy Jan Chrzciciel de la Salle zbierali dzieci materialnie i intelektualnie lub moralnie opuszczone. Dzisiaj dorastająca młodzież, to znaczy młodzież od 16 do 25 roku życia tworzy klasę godną litości. To są sieroty duchowe naszych czasów. Borykają się z problemami życia, osamotnieni, zamknięci w sobie, a przecież łaknący w głębi duszy, by ktoś ich zrozumiał i pokierował taktownie i z miłością ich krokami. Czarne czy złota koszule, które spotyka się dziś na wszystkich szerokościach geograficznych i których ponure wyczyny rozgłasza sensacyjna prasa, są żałosnym produktem tego opuszczenia. Oczywiście. W pierwszym rzędzie rodzice ponoszą główną odpowiedzialność za ten stan rzeczy, jakże często spowodowany rozbiciem moralnym ich ogniska rodzinnego. Ale w naszej książce nie chodzi o ustalenie winnych, lecz o pomoc, którą należy nieść.

Zakonnica dzisiejsza pójdzie w ślad św. Założycielek, zawsze wrażliwych na cierpienia dzieci przenosząc tę ich miłość specjalną na opuszczoną młodzież dorastającą, w przekonaniu, że więcej niż kiedykolwiek ta młodzież potrzebuje miłości, zrozumienia i pomocy.

Gdyby od nas zależał wybór, należałoby otwierać szkoły, które umożliwiłyby obecność zakonnic i ich działalność w środowisku tej właśnie młodzieży. Ta sama troska duszpasterska powinna nas skłonić również do wyboru takiego typu szkoły, który przygotowuje do zawodów umożliwiających kontakty bogate z ludzkiego punktu widzenia i na różnych szczeblach społecznych.

Ongiś Założycielki Zgromadzeń zwracały się ze specjalną miłością ku ubogim. Dziś bezpłatne nauczanie zniosło ubóstwo przynajmniej na płaszczyźnie szkolnictwa, ale „wciąż są jeszcze ubodzy między nami”. Wydaje się, że otwierając kluby, ośrodki opieki i świetlice dla dorastającej młodzieży, żyjącej poza zasiągiem wpływu chrześcijańskiego, zakonnice naśladowałyby w innej formie swe ewangeliczne upodobania swych założycielek. Nowoczesne społeczeństwo coraz większą rolę przyznaje trzeciemu czynnikowi naszego życia: rozrywce. Wpływ środowiska rozrywkowego jest dziś tak silny, że z trudem tylko zdajemy sobie sprawę z wagi tego wpływu. Poprzez współczesne środki informacji: radio, prasa, telewizja nowe ujęcie życia wdziera się do ogniska domowego i zagarnia młodzież. A to nowe ujęcie jest materialistyczne i pogańskie, biegunowo różne od koncepcji chrześcijańskiej.

Wydaje się, że zakonnica wychowawczyni jest z natury swego powołania predysponowana do tego, by uczyć młodzież jak organizować swe rozrywki, jak w pełni z nich korzystać unikając przy tym niebezpieczeństw z nimi związanych.

Środowisko wycinkowe odciąga od rodzinnego domu: podróże, weekendy, obozy wakacyjne i kolonie, wszystko to rozrasta się z każdym rokiem. Obecność zakonnicy w tych dniach błogosławionych, gdy młodzież dorastająca otwiera się samorzutnie na wszelki wpływ, byłaby specjalną łaską dla tej młodzieży.

Odpowiedź

Postawiliśmy niedawno pewnej grupie Przełożonych Generalnych następujące pytanie: „Co odpowiedziałybyście na klasyczny zarzut przeciwników wszelkich nowych horyzontów, przedstawiających wam, że wasz obowiązek nauczycielek wychowawczyń jest już czynnym apostolstwem i że niepotrzebnie rozglądać się za czymś innym?”. Oto, co mi odpowiedziały przełożone generalne. Ich zbiorowa odpowiedź wydaje się światła, odważna i decydująca.

„Nauczanie jest często jedynym sposobem, by Kościół mógł znaleźć punkt zaczepienia, na przykład, gdy chodzi o kraje misyjne. Ale owo nauczanie, nawet w wypadku przedmiotów czysto świeckich, musi zawsze w ostatecznym rozrachunku służyć ewangelizacji, urobieniu duchowemu i apostolstwo bezpośredniemu”.

Otóż zwykle pod naciskiem okoliczności, zakonnica przeciążona przygotowaniem się do lekcji, poprawą zadań, pracami administracyjnymi, utrzymaniem karności itp. nie ma już czasu na sprawy istotne. Grozi jej, że stanie się po prostu wykładowczynią, dozorującą urzędniczką bez żadnego apostolskiego kontaktu z młodzieżą.

Nie chodzi wcale o przekreślenie nadprzyrodzonej zasługi tych wszystkich zajęć podejmowanych z posłuszeństwa, a często z miłością. Ale to wszystko nie ma wartości apostolskiej. Nie jest świadczeniem, często przeciwnie – zbyt ludzki lub za mało ludzki element rzuca się właśnie w oczy i powoduje zgorszenie, podczas gdy prawdziwe wartości uchodzą niezauważone. Oczywiście nie tego pragnęły nasze Założycielki.

To podstawowe wypaczenie odbija się na ilości powołań. Dziewczęta, zwłaszcza jeśli brały poprzednio czynny i odpowiedzialny udział w organizacjach apostolskich, pragną poświęcić swe życie nie po to, by dyżurować i uczyć gramatyki, ale by nieść Chrystusa duszom. Uczennice i personel współpracujący mają zbyt mało okazji by widzieć prawdziwe oblicze sióstr, poświęconych miłości i służbie Pana.

A co powiedzieć o kryzysach jakie przechodzą na tym punkcie liczne zakonnice i o pewnym zesztywnieniu wewnętrznym do którego te kryzysy prowadzą?

Podpisujemy się wszystkie pod wypowiedzią Msgr. Maury’ego w swym przemówieniu do księży opiekujących się zgromadzeniami zakonnymi: „Na jakimkolwiek posterunku znajdzie się zakonnica w Kościele, musi mieć możność i chęć prawdziwego apostołowania i ewangelizowania”.

Dziedzina pracy pielęgniarskiej

Działalność charytatywna

Inna dziedzina, w której nasze zakonnice poświęcają się z całkowitym przekreśleniem siebie to akcja społeczna i szpitalnictwo, z którego korzystają chorzy, starzy i upośledzeni. Wszędzie tam, gdzie nędza ludzka przyzywa pomocy znajdziemy zakonnice. Przez ich ręce realizuje się macierzyńskie miłosierdzie Kościoła. Ich poświęcenie wzrusza i zdobywa serca. Jest świadectwem miłości oddającej się dzień po dniu przez lata całe i zmusza do szacunku i podziwu.

Chorzy oczekują od zakonnic posług fizycznych oczywiście, ale i czegoś więcej: pociechy duchowej, podtrzymania na duchu, zajęcia się nimi, zainteresowania. Chyba najbardziej chorzy czekają na ową troskliwą uwagę, której tak potrzebują: pragną podzielić się z kimś swoją historią i swoim bólem. Słuchając długo ich zwierzeń zakonnica nabywa prawa do powiedzenia swojego słowa, nieraz potrzebnego i decydującego. Jej powołaniem jest delikatne, taktowne i stopniowe wprowadzenie chorego w tajemnicę cierpienia, pomożenie mu do odkrycia Boga ukrytego w głębi bólu, który oczyszcza, odrywa i pozwala nam uchwycić właściwą wartość wypadków i zdarzeń. Ale na to, by móc wypełnić swą misję właściwą zakonnica pielęgniarka musi mieć czas na konieczne osobiste kontakty i musi umieć nawiązywać dialog z cierpiącym człowiekiem.

Otóż, jak już wspomnieliśmy rozrastająca się organizacja szpitalnictwa grozi niebezpieczeństwem zaabsorbowania zakonnicy pielęgniarki zajęciami technicznymi, grozi zepchnięciem jej do roli Siostry Oddziałowej czy kierowniczki, kontrolującej pracę zawodową pielęgniarek świeckich i praktykantek. W ten sposób z konieczności jej kontakty z chorymi ograniczają się do kilku nielicznych wizyt pospiesznie odbytych wskutek zapracowania.

Poświęcenie się i ewangelizowanie

Oczywiście jej profesja zakonna i publiczne oddania się Bogu wpływa na wartość nadprzyrodzoną jej działalności, ale jak w wypadku wychowawczyń należałoby uzupełnić tę działalność wykończeniem apostolstwa bezpośredniego. To wykończenie jest żywotną koniecznością dla samych zakonnic i ich wewnętrznej radości, oraz stanowi warunek nieodzowny nowych powołań zakonnych. Niebezpieczeństwo zbiurokratyzowania jest jeszcze większe dla zakonnic pielęgniarek niż dla nauczających, gdyż nauczanie ma bardziej bezpośrednie powiązanie z dziedziny religii niż pielęgniarstwo.

Zakonnice czują i wiedzą, że poświęcenie i apostolstwo nie są bynajmniej synonimami. Ich zapomnienie o sobie i zupełne pełne oddanie się chorym wzbudza podziw i otwiera drogę dla ich wpływu. Ale poświęcenie samo w sobie nie jest jeszcze apostolstwem. To nie znaczy jakobyśmy uważali poświęcenie za niepotrzebne lub chcieli je ograniczyć! Twierdzimy tylko, że trzeba koniecznie znaleźć sposób na uzupełnienie tego poświęcenia przez apostolstwo bezpośrednie. Ta cząstka poświęcenia Bogu musi być specjalnie zarezerwowana dla dobra chorych i dla dobra zakonnicy, która w ten sposób oddać może to, co w niej najlepsze.

Poświęcenie będące darem ze siebie przygotowuje do apostolstwa, będącego darem kogoś, większego od nas poprzez nas. Jeśli żywo odczuwamy potrzebę takiego apostołowania potrafimy wyszukiwać tysiączne, ukryte możliwości promieniowania duchowego na otoczenie. I potrafimy wiele z nich wykorzystać pod warunkiem, że czas konieczny na tego rodzaju działalność zostanie przewidziany i wkalkulowany w normalny rozkład naszych zajęć.

Inicjatywy

Chodzi tu o nasze zajęcie się chorymi indywidualnie czy zbiorowo. Pewne dłuższe i głębsze kontakty rodzą same przez się zaufanie. Ileż zwierzeń na temat nędzy moralnej usłyszy zakonnica, która zbliża się do chorych z sercem Chrystusowym! Istnieją rany których żadne Roentgeny nie ujawnią, a które zakonnica może opatrywać. Cała ludzkość boleje i podświadomie tęskni do spotkania ze swym Zbawcą. O ile chodzi o podejście do chorych zbiorowo, można by wykorzystać technikę dzisiejszej informacji, zwłaszcza radio z „godzinami chorych”. Wszędzie, gdzie jest to możliwe ułatwiają te imprezy stwarzanie odpowiedniego klimatu, wpływającego jak najkorzystniej na ciała i na dusze.

Chory nie jest sam. Poprzez niego nawiązują się kontakty z jego rodziną. Całkiem naturalnie dowiemy się w ten sposób o różnych sytuacjach rodzinnych: odsłoni się przed zakonnicą pielęgniarką tajemnice ogniska domowej ze swymi brakami w dziedzinie religijnej i sytuacjami wymagającymi sanacji, z widmem grzechu! Trzeba mieć możność dotrzeć do nich lub przynajmniej posłać tam kogoś kto by na miejscu przekonał się czy ci ludzie wytrwali w dobrym, czy są wierni swoim postanowieniom. Gdyż często choroba ze swoim cierpieniem staje się rodzajem rekolekcji w czasie których Bóg przemawia do duszy bez wielości słów poprzez samą słabość chorego przeżywającego własną bezradność i własną zależność.

Idąc po tej linii, czyż nie należałoby organizować dni skupienia czy rekolekcje dla tych, którzy opuścili wasze kliniki i wrócili do swych rodzin? A jeśli nie macie warunków na urządzenie ich sami, czyż nie stać was na dyskretne poinformowanie waszych pacjentów o rekolekcjach odbywających się gdzie indziej? Dialog, który nawiązał się między Bogiem a duszą w chwili cierpienia fizycznego nie powinien być przerwany. Musi on trwać i wydawać owe w codziennej rzeczywistości życia rodzinnego.

Poza tym co możecie same zdziałać rozciąga się jeszcze olbrzymie pole tego, co możecie zdziałać przez innych, o ile tylko umiecie organizować i pociągać innych.

Trzeba ponadto rozwinąć szeroko zakrojoną akcję religijną, by wciągnąć do współpracy Koła poza lekarskie zwłaszcza pielęgniarki i personel szpitalny. Trzeba ogarnąć swym wpływem szkoły pielęgniarskie i nastawić je „misyjnie” tak zresztą jak i inne szkoły, o których już była mowa. Trzeba trafić do praktykantek, do personelu świeckiego i do wszystkich pracujących w zasięgu naszych szpitali i zakładów leczniczych.

Wprawdzie zakonnica pielęgniarka bardziej niż zakonnica nauczycielka jest narażona na niebezpieczeństwo biurokratyzacji i zaabsorbowania stroną techniczną swych obowiązków – jednakowoż każda zakonnica z racji swego powołania jest prawdziwie wychowawczynią. Powołanie daje jej prawo i obowiązek ukazywania Chrystusa tym, z którymi się styka.

Dziedzina rozrywek dorastającej młodzieży leży w zasięgu wpływ zakonnic nauczających. Natomiast cała dziedzina tzw. „spraw życiowych” jest bardziej dostępna zakonnicom pielęgniarkom. Ich studia, ich dyplomy dają im kwalifikacje, dzięki którym mają organizować i prowadzić sekcje Katolickiej Akcji Rodzinnej, gdzie spotykają się z wszystkimi problemami dotyczącymi moralności rodzinnej i małżeństwa. Pomyślmy tylko o wszystkich tragediach kryjących się pod słowami: przerywanie ciąży, rozwód, świadome macierzyństwo.

Te dziedziny w sposób całkiem naturalny znajdują się w zasięgu obowiązków zawodowych zakonnic pielęgniarek. Nie tak dawno jeszcze oddziały ginekologiczne i porodówki były dla zakonnic zamknięte: ich obecność wydawała się niewskazana, niestosowna, by nie powiedzieć gorsząca. Trzeba było siłą wymuszać zgodę na stan rzeczy, z którego obecnie wszyscy są zadowoleni. Dziś zakonnice nie tylko same otwierają stacje opieki nad matką i porodówki, ale w całym szeregu tych instytucji rozwijają ożywioną działalność, którą z radością przyjmujemy do wiadomości, widząc w niej jakby symbol i zaproszenie. Inicjatywa ich zmierza do chrześcijańskiego urobienia młodych matek by pomóc im rozwiązać po chrześcijańsku delikatne problemy małżeńskie od których zależy zdrowie i szczęście tylu rodzin. Jest to piękny przykład przewartościowania apostolstwa i zrewaloryzowania go w oczach świata. Pragniemy by ów przykład znalazł naśladowców we wszelkich dziedzinach.

Jak cenny mógłby być wkład zakonnic pielęgniarek wyspecjalizowanych w wychowaniu rodzinnym dorastających dziewcząt. Te dziewczęta absolutnie potrzebują, aby ktoś zapoznał je z katolicką nauką na temat wszelkiej problemów psychologicznych i moralnych, z którymi spotykają się ustawicznie na kartkach sensacyjnych powieści, na ekranach i w rozmowach codziennych. Gdy słyszy się nieraz refleksje dorastających dziewcząt, które wczoraj opuściły nasze zakłady wychowawcze, trudno uwierzyć, że otrzymały one naprawdę katolickie wychowanie. Ich filozofia życia wydaje się wiernym odbiciem prądów dzisiejszego świata, aż do kości przeżartego materializmem, amoralizmem i neopogaństwem. Młodzież dzisiejsza potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek by ktoś przedyskutował z nią życiowe problemy, od których zależą losy rodzin jutrzejszych, gdyż klucz do ich rozwiązania znajduje się jedynie w Ewangelii.

Wobec wzbierającej fali niemoralności, zalewającej nawet kraje rdzennie katolickie, szczerze przywiązane do swej wiary, potrzebne są ekipy ratownicze. Potrzebna jest czyjaś obecność bliska, szczera, kompetentna i przemawiająca stylem całkiem bezpośrednim. Trzeba, aby nasze zakonnice pielęgniarki stanęły do współpracy w tym dziele uzdrowienia społeczeństwa.

„Wszystkie nieszczęścia świata dotyczą nas osobiście” – powiedział pewien myśliciel. Dotyczy to również zakonnic.

Trzeba by ich wzrok sięgał poza mury swych klasztorów.

Zdarza się, że szpital czy dom dla dzieci upośledzonych leży w centrum terytorium zdechrystianizowanego. Pokaźna ilość zakonnic oddaje się pielęgnowaniu chorych. To bardzo dobrze. Ale czyż nie należałoby poświęcić część swego czasu urobieniu ekipy świeckich, którzy mogliby zdobywać dla Chrystusa własnego środowiska? Dom zakonny nie jest zamkniętym i odizolowanym światem. Musi wrosnąć w całość i wnieść swój wkład w konieczne dzieło wspólne, zachowując przy tym wierność własnemu, szczególnemu powołaniu.

Wszystkim zakonnicom niezależnie od ich rodzaju życia chcemy zacytować piękną dewizę hrabiów de Grunthusas „Plus est en veus” – Jest w was więcej jeszcze możliwości. – Drzemią w nich zasoby apostolskie o wiele bogatsze niż im się marzy. Kościół życzy sobie by odważyły się uwierzyć we wszystkie wymiary swego powołania. Ale pragnie również by odważyły się uwierzyć w zasoby apostolskie złożone w duszach świeckich. Działać samemu, to już dużo, ale działać przez innych to mnożyć własną działalność poprzez innych, którzy nieraz lepiej od nas biorą się do rzeczy. Trzeba by ta myśl o geometrycznym postępie w apostołowaniu nie dawała nam spać. „Nic nie zrobiłem – powtarzał wielki apostoł naszych czasów – tak długo, dopóki nie przygotowałem dziesięciu innych do czynienia tego, co ja robię lepiej ode mnie”.

Jeżeli zakonnice tę prawdę zrozumieją, wielki decydujący krok będzie zrobiony w dziele zbawienia świata.

Rozdział IX
Wkorzenienie się w całość duszpasterstwa

Kto mówi o całości duszpasterstwa mówi o konieczności integracji różnych elementów w jedną całość. Ta całość, to po pierwsze – Kościół Powszechny, potem Kościół lokalny i jego liczne rozgałęzienia. Postaramy się na wstępie umiejscowić zakonnicę w Kościele jako takim.

Kościół Powszechny

Oblubienica Chrystusa Oblubienicą Kościoła

Zakonnica jest istotą poświęconą. Jest wezwana by żyć jako oblubienica Chrystusa. To właśnie stanowi jej najgłębsze powołanie, jej nieprzekazywalną nikomu chwałę. Łączność z Chrystusem będąca istotą jej profesji zakonnej jest równocześnie łącznością z Kościołem, dla tej prostej racji, że nie można oddzielić Głowy od Ciała, Chrystusa od Jego Ciała Mistycznego. „Wydaje mi się – mówiła Joanna d’Arc, że Chrystus i Kościół to jedno i te samo. Profesja zakonna która oddaje zakonnicę a ciałem i duszą Chrystusowi oddaje ją również Kościołowi. Powołanie zakonne, chrześcijańskie, kapłańskie – to w gruncie rzeczy jedno i to samo. „Niech człowiek nie rozłącza tego, co Bóg złączył”. Słowa Chrystusowe są również prawdziwe w tym wypadku. Zakonnica nie przeciwstawia swojej profesji zakonnej łasce chrztu; wymogi chrztu realizuje się najpełniej, poprzez profesją. Życie zakonne jest po prostu pełnym rozkwitem poświęcenia się Bogu przez Chrzest. Jest wykończeniem daru ze siebie Chrystusowi i Kościołowi. Zakonnica oddaje się Chrystusowi takiemu, jaki żyje obecnie w Kościele.

Z tego właśnie powodu apostolstwo zakonnicy musi włączyć się w perspektywy Kościoła „Świat cały jest moją parafią” – powiedział ktoś z całą słusznością, by wyrazić normalny punkt widzenia każdego chrześcijanina. To samo dotyczy i zakonnicy, owej chrześcijanki wysokiego napięcia: „Świat jest moim klasztorem”. Nie ma ona prawa zacieśniać swego wzroku do ścian swej szkoły, swego szpitala, swej kliniki. Musi on ogarniać wszystkie interesy Kościoła i sięgać tak daleko jak Kościół sięga. Na zakonnicy ciąży odpowiedzialność za dusze, za wszystkie dusze, do których miała możność dotrzeć bezpośrednio lub choćby pośrednio, sama czy przez tych, których mobilizuje swoim wpływem.

Uniwersalność jej odpowiedzialności płynie z faktu, że jej własne apostolstwo włącza się jako część składowa przerastającej je całości w apostolstwo Biskupa na płaszczyźnie diecezjalnej i w apostolską misję Ojca św. najwyższej Głowy Kościoła, w skali światowej. Na każdej z tych płaszczyzn chodzi o zbawienie świata i to zbawienie jest jej powierzone. Trzeba, aby poprzez każdą zakonnicę Chrystus w dalszym ciągu mógł kochać dusze, wszystkie dusze, jako, że umarł za nie wszystkie i dzieło zbawienia obejmuje każdą z nich indywidualnie.

I właśnie na to, by móc Kościołowi służyć wstąpiła zakonnica do takiego czy innego Zgromadzenia. Szczegółowy, specyficzny cel każdego z nich zależy od typu wybranego Zgromadzenia, ale ich cel ostateczny i ogólny jest jeden i ten sam: chodzi o to, by poświęcić swe życie sprawie zbawienia świata. W prawdziwej perspektywie chrześcijańskiej całość jest ważniejsza od części. To nie oddzielnie istniejące diecezje tworzą Kościół, ale Kościół tworzy i kształtuje diecezje. Podobnie się rzez ma ze Zgromadzeniami. Przede wszystkim mają one służyć Kościołowi. Jedynie środki i drogi wiodące do tego celu są różne w zależności od rodzaju zgromadzeń. Każdy partykularyzm byłby po prostu negacją tego prymatu całości nad częściami.

Oblubienica Kościoła naszych czasów

Kochać Chrystusa to nie kochać Chrystusa wyabstrahowanego, ale Chrystusa żyjącego w Kościele naszych czasów. To ważne stwierdzenie. Prawda ta leży na antypodach wszelkiego anachronizmu i natychmiast pozwala nam zrozumieć przemożną konieczność dostosowania się do rytuału Kościoła i dzisiejszego świata. Duch św. działa właśnie w Kościele dzisiejszym, dzisiaj mamy wejść w Jego myśl i usłyszeć Jego głos: „Hodie si vocem Domini audieritis nolite abdurare corda vestra”. „Jeśli dziś usłyszycie głos Boży otwórzcie serca wasze” – śpiewa liturgia Kościoła. W „pięknym dniu dzisiejszym” ma się dokonać nasze spotkanie z Bogiem. Nie jest się świętym w ten sam sposób dziś i kilkanaście wieków temu; wysiłek dla zdobycia świętości zapisuje się w innym kontekście w różnych epokach historii; zawsze w kontekście obecnym, w strumieniu łaski aktualnie udzielanej Kościołowi. Wobec tego podstawowa wierność zgromadzeń dla ducha swych Założycielek, które same weszły w strumień łaski kościelnej właściwej danej epoce, polegać winna na wejściu z kolei w łaskę udzieloną aktualnie Kościołowi, właściwą dla naszych czasów. Na pewno sama Założycielka pragnie tego, nalega by miłość Chrystusowa, która była natchnieniem dokonanej przez nich fundacji wyrażać w sposób żywy, aktualny, zmodernizowany. I na pewno nie zależy jej na samej modernizacji, ale chodzi jej, przede wszystkim o wierność łasce specjalnej jakiej Bóg użycza Kościołowi naszych czasów.

Trzeba więc śledzić z uwagą prądy nadprzyrodzone ożywiające Kościół. Są one jak gdyby Golfstromem duchowymi, które co jakiś czas wzbogacają życie Kościoła.

Tak jak zakonnica musi znaleźć swe miejsce w Kościele Powszechnym, tak musi je również dokładnie dostrzec i zrealizować na płaszczyźnie konkretnego Kościoła od której zalety w swej działalności apostolskiej.

Przyjrzyjmy się temu bardzo szczegółowo:

Kościół w płaszczyźnie diecezjalnej

Pan Jezus powierzył swój Kościół, a więc i jego apostolstwo 12 Apostołom pod przewodnictwem Piotra oraz ich następcom. Biskupi zostali „ustanowieni przez Ducha św., by kierować Kościołem”. Wszelkiego rodzaju apostołowanie musi z konieczności wkorzenić się w apostolstwo biskupa i być po prostu jego przedłużeniem.

„To biskupi – pisze J. E. Msgr. Renard – w swoich diecezjach i w łączności z Bogiem są apostołami; jako następcy apostołów mają być zastępcami Chrystusa po Jego Wniebowstąpieniu. Zostali przez Niego wysłani jako pierwsi jego wikariusze „vicari”, by zakładać i budować Królestwo Boże, którym jest Kościół. „Jako Mnie wysłał Ojciec tak i Ja was posyłam … Kto was słucha Mnie słucha”.

Na skutek otrzymanej misji są oni prawnie odpowiedzialni za apostołowanie; na terenie swej diecezji każdy z nich dźwiga ciężar tej odpowiedzialności. Apostolstwo Kościoła diecezjalnego jako całości i organizacja tego apostolstwa od nich zależy – i nikt temu nie może przeczyć. Choć każdy chrześcijanin na mocy swego chrztu i bierzmowania jest obowiązany do osobistego apostołowania, to jednak pozostaje faktem, że jest to jedynie obowiązek komórki w całości organizmu. A „głową” organizmu Kościoła jest Piotr – a głową organizmu diecezjalnego jest Biskup. Od biskupa diecezji, która została temu Biskupowi zwierzona zależy istotnie samo apostolstwo jak i kierunek tego apostolstwa na całym obszarze swej diecezji”[7].

Biskup i księża

Ale biskup wybiera sobie „pomocników”, „współpracowników”, którzy włączają się w apostolstwo Biskupa i pracują według jego dyrektyw. Nie jest się nigdy księdzem, po prostu indywidualnie i na własną modłę. Ale jest się zawsze księdzem danej diecezji, podległym apostołowi swej prowincji kościelnej i pozostającym z nimi w ścisłym objawiającym stosunku. To uczestnictwo w kapłaństwie Biskupa i w jego apostolstwie wybija się nawet na plan pierwszy i właściwie ksiądz jest księdzem jedynie na to, by przedłużać niejako apostolstwo swego Biskupa. Jak kapłan uczestniczy w kapłaństwie Biskupa, uczestniczy również i w jego apostolstwie i można by odnieść do Biskupa słowa św. Jana o bramie owczarni: „ten kto wchodzi przez bramę jest pasterzem owiec”. Kto by wszedł inaczej jest złodziejem i zbójcą. Biskup jest bramą, którą przejść musi każde autentyczne apostolstwo w Kościele Bożym.

Z samej istoty swojej, z natury swego kapłaństwa księża tworzą pewną zbiorowość „kler”, jeśli się chce użyć tego wyrażenia – z natury swej zależy od Biskupa, wypływa z niego, uczestniczy wspólnie w pełni jego kapłaństwa tworząc z nim i w nim tylko jednego Kapłana[8].

Kapłan i laikat

Jeżeli Biskup będący głową Kościoła lokalnego musi dobrać sobie współpracowników, to ci z kolei muszą przedłużać własną działalność poprzez członki. Tu właśnie natrafiliśmy na punkty stanowiący powiązanie laikatu i kapłaństwa. To powiązanie ma wartość dogmatyczną i nie ogranicza się wcale do praktycznego aspektu. Duszpasterstwo jako takie nie jest wcale sprawą nakazów porządkowych i nie z tych źródeł powstało: wypływa ono z wymogów wiary.

Chrystus jest pełnym Chrystusem jedynie poprzez swych członków. Chrześcijanin jest w pełni chrześcijaninem tylko w łączności z innymi. Jeśli to dotyczy każdego ochrzczonego to a fortiori odnosi się to i do dusz poświęconych Bogu.

Zbyt wielki nacisk położono do tej pory na kapłana jako kogoś wykończonego w samym sobie; i nadużyto twierdzenia, że pomoc świeckich stała się dziś koniecznością z powodu braku księży. Jest ona przede wszystkim koniecznością z samej natury rzeczy.

Kapłaństwo odcięte i odseparowane od laikatu jest najpierw nonsensem teologicznym nim stanie się fiaskiem wszelkiego wartościowego apostolstwa. Ksiądz musi być związany z laikatem, gdyż w przeciwnym razie jego apostolstwo ulega sparaliżowaniu. Od razu w punkcie wyjściowym jego służba pozbawiona jest owego misyjnego wymiaru, którego oczywiście nie potrafi sam zrealizować.

Ksiądz nie „przedłużony przez laików” biorących udział w jego działalności jest anomalią i absurdem.

Stanowi to równocześnie dla księdza straszliwe niebezpieczeństwo samotności, z wszystkimi pokusami zniechęcenia się wobec przerastających go obowiązków, podczas gdy laikatowi, któremu uniemożliwiono danie ze siebie tego, co w nim najwartościowsze grozi to po prostu paraliżem bezwładu.

Trzeba nam bez ustanku powracać do podstawowego twierdzenia: Chrystus chciał dobrać sobie członki, które by kontynuowały dzieło ewangelizacji. W naszym apostolstwie musimy uszanować logikę Jego woli.

Z tego cośmy do tej pory powiedzieli wyniku, że kapłan jest w pełni kapłanem jedynie jako zwierzchnik członków z nim złączonych łącznością, która zresztą nie przekreśla wcale inicjatywy i uzasadnionej autonomii. W przedłużeniu zaś kapłaństwa dusze poświęcone Bogu stoją na pierwszym miejscu by wraz z nim przekazywać świeckim ów przepływ żywotny.

Kapłan i społeczność zakonna

Dużo pisano o stosunku ksiądz-laikat. W wizji tej natomiast nie uwzględniono należycie miejsca należącego zakonnikom. Znajduje się ono właśnie w bezpośrednim przedłużeniu akcji kapłana w ten jednak sposób, by zakonnica nigdy nie zasłoniła księdza sobą i by nie odgradzała go od laikatu. Zakonnica powinna byś nieustannie wpatrzona w niezrównany przykład Najśw. Panny, którą Bóg ustanowił pośredniczką wszelkich łask.

Maryja jest w ten sposób Pośredniczką między Chrystusem a nami, że pomaga nam zjednoczyć się ze swym Synem. Nigdy nie odgradza nas od Niego, nie jest parawanem i izolacją. Przeciwnie, chce zjednoczyć, zbliżyć, uobecnić. Maryja jest środkiem jakiego Bóg użył, by nas tym pewniej pociągną do siebie. Pobożność maryjna nie leży obok ale wewnątrz jedynej pobożności Chrystocentrycznej.

Kościół zaprasza dziś zakonnice do tego, by otoczyły opieką żeński laikat. Im przypada misja macierzyństwa duchowego. Pozostawiając księdzu jego specyficzną funkcję szafarza sakramentów, zakonnica ma stać się opiekunką duchową laikatu żeńskiego, to zadanie nie należy bynajmniej do wikarego w parafii, to zakonnice powinny bezpośrednio wchodzić w kontakt z tymi dziewczętami i kobietami, urabiać je i kierować ich działalnością.

Parafia będzie apostolsko zrównoważona jedynie wówczas, gdy zakonnice uzupełniać będą działalność księży. Wychowanie religijne, tak zresztą jak wszelkie wychowanie nie może się obejść bez ich pomocy. W tym ognisku domowym jakim jest każda parafia nie może zabraknąć matki. Tymczasem często bardzo konstatujemy na tym punkcie poważne braki, które należałoby jak najprędzej usunąć. Trzeba aby laikat żeński mógł w bardzo szerokiej mierze oprzeć się o zakonnice, tak jak laikat męski znajduje to oparcie w księżach żyjących wśród nich i tak blisko z nimi związanych. Zwłaszcza jeśli idzie o kraje misyjne wiele funkcji mogłoby być sprawowanych przez zakonnice, jak na przykład – organizowanie nabożeństwa niedzielnego w wypadku, gdy ksiądz nie może do danej miejscowości dojechać.

Pewien Przełożony Generalny pisał na ten temat: „Tyle się słyszy skarg na brak księży … w krajach misyjnych sytuacja pod tym względem jest wprost niepokojąca. Nasuwa się jedno, jedyne rozwiązanie: wykorzystać maksymalnie apostolskie możliwości zakonnic”.

W tym samym duchu pisał Kardynał Cicognani, Sekretarz Stanu Jego Świątobliwości do zakonnic wychowawczyń we Francji zgromadzonych na swym szóstym Kongresie Narodowym:

„Dla ogólnej pomyślności Kościoła nie jest rzeczą obojętną czy kobiety powołane przez Pana Naszego do życia zakonnego i poświęcające się specjalnie pracy parafialnej, dostosują się całkowicie do celów apostolskich parafii, w których pracują. Już z czysto ludzkiego punktu widzenia należy uznać za fakt potwierdzony doświadczeniem, a skuteczność jakiegokolwiek zespołu zależy od identyczności zapatrywań i od wspólnoty działania poszczególnych członków. To samo odnosi się do parafii, w której księża, zakonnicy i zakonnice, aktywiści ruchów Akcji Katolickiej i zwykli wierni współpracują w pracy duszpasterskiej, każdy na odcinku przypadającej mu zadania”.

Tak już zbyt często przedstawiano księdza w oddaleniu od ludzi świeckich, tak i zakonnica wydaje się często odizolowana. Za mało mówi się o współpracy, którą każda zakonnica powinna wzbudzić i zorganizować wokół siebie, by odpowiedzieć w pełni na żądanie Chrystusowe. Każda osoba Bogu poświęcona musi dążyć do otoczenia się gronem uczennic. Ale to sulfonuje, że zakonnice zdały sobie sprawę z roli laikatu w Kościele i że biorą na serio kapłaństwo Królewskie wiernych, o którym wspomina św. Piotr.

Słusznie zauważono, że należałoby zacząć odnowę duszpasterską od „nawrócenia kapłana do laikatu”. Zgromadzenia zakonnic powinny dokonać analogicznego nawrócenia. Powinny uwierzyć w kapłaństwo wiernych, w laikat apostolski. Następnie zrozumieją lepiej własną swą rolę w duchowym ożywianiu tego laikatu.

Zakonnica i żeński laikat

Pojawienie się apostolstwa świeckiego w tej zorganizowanej formie z jaką się obecnie spotykamy jest wydarzeniem nowym w Kościele. Nic więc dziwnego, że nowy rozdział otwiera się w długiej historii promocji zakonnicy do apostolstwa. Tam gdzie rozszerza się pole apostolstwa, rozszerza się równocześnie i miejsce, które powinny zająć zakonnice. Stworzenie Akcji Katolickiej pod jej rozlicznymi formami stawia przed zakonnicą problem znalezienia tego miejsca, które jej przypadnie w udziale.

Oto co pisał na ten temat Ks. Biskup Renard[9]. „Nasze czasy widziały narodziny i rozwój Akcji Katolickiej i są świadkami wzrastającego znaczenia laikatu w Kościele. Zakonnice natomiast od 10, 15 lat zostały zepchnięte na dalszy plan jak istoty niepełnoletnie, przyćmione przez wzrastającą falę laikatu, podejmującego odważnie odpowiedzialne zadanie, w państwie ludzkim i państwie Bożym. Nawet kler odczuł niekiedy tę obecność i tę działalność laikatu. Niektórzy księża ustosunkowali się do tego zjawiska z niechęcią broniąc swych własnych praw i przeciwstawiając się – niczym tama na rzece – owej wzbierającej fali mężczyzn i kobiet pragnących – jako ludzie ochrzczeni mieć w Kościele coś do powiedzenia i pewną rolę do odegrania.

Ale podobne nastroje małowartościowości i zazdrości względem aktywistów świeckich wmieszanych w tłum i w samym serce mas ludzkich odczuwają niekiedy pewne zakonnice. Przypominają sobie czasy swej młodości, gdy same jako aktywistki żarliwe i gorące mogły z entuzjazmem wmieszać się w życie, by odkrywać naturę i świat w przytyciu własnej wolności i zupełnego oddania się sprawie; podziwiają dzisiejsze dziewczęta i zazdroszczą im. Zazdroszczą im wolności ruchów, pozwalającej im pracę daleko w noc przedłużać, zazdroszczą uczestnictwa w zebraniach dyskusyjnych, możliwości konfrontowania własnych osiągnięć z osiągnięciami innych, życia i pracy w zespole. Co do nich, czują ciężar ograniczających je Konstytucji, zależności od przełożonych. Habit i reguła krępują jak twierdzą ich apostolstwo. Komfort domu zakonnego i zabezpieczenie na przyszłość przekreśla nawet ich pragnienie ubóstwa i oddania się na łaskę Opatrzności. Jednym słowem, życie zakonne wydaje im się raczej klatką! Czują się w niej bezpieczne jak w fortecy – to prawda, ale za to nie mogą się z niej wydostać, by iść walczyć z innymi na dalekich równinach …”.

Otóż te uwagi wydają się nam znamienne! Trzeba zwrócić wagę na kompleks małowartościowości, który grozi zaprzepaszczeniem wartości powołania zakonnego. By tego niebezpieczeństwa uniknąć trzeba koniecznie uświadomić zakonnicom ich własną rolę we wspaniałej odnowie laikatu katolickiego w owej misyjnej przebudowie Kościoła.

Dziś akcent został znów położony na apostolski obowiązek każdego ochrzczonego. Laicy lepiej zrozumieli, że chrześcijanin – według definicji Lacordaire’a – to „człowiek, któremu Chrystus zwierzył innych ludzi”. Ale ochrzczeni spełnią swój obowiązek i w pełni uświadomią sobie własne apostolstwo tylko pod tym warunkiem, że zakonnice zrozumieją własną rolę, polegającą na ożywieniu i kierowaniu laikatu żeńskiego. Konkretnie mówiąc, zakonnice powinny wziąć czynny udział w potrójnej roli jaką Pius XII wyznaczył księżom powierzając im „odkrycie”, „urobienie” i „wprowadzenie w pracę” apostołów świeckich. Ów obowiązek rekrutacji, pedagogiki, urabiania i wychowywania, zaprawiania w działalność, organizowania itp. musi być właśnie na tym miejscu rozpatrzony. Trzeba, aby zakonnica umiała się wziąć do rzeczy, aby wiedziała, jak wprowadzać świeckie osoby w ich apostolską rolę, jak pobudzić działalność Kół, jak uzgadniać tę różnorodną pracę by uzyskać maksymalną wydajność. Główną troską zakonnicy powinno być pytanie: jak wzbudzić pracowników, którzy by umieli ów ruch rozprzestrzeniać?

Trzeba by prześladowała nas myśl wykorzystania czasu, którym się rozporządza dla pozyskania współpracowników i kontynuatorów. By nie dawała nam spokoju.

Pokusa szukania siebie jest bardzo subtelna: zbyt łatwo zadawalamy się dobrem, które czynimy, choćby ono było nie wiem jak realne – a zapominamy o wszystkim co pozostaje do zrobienia, o wszystkim czegośmy mogli i powinni byli dokonać. Trzeba nam bezustannie powracać do owego powiedzenia Levelle’s” „Największe dobrodziejstwo jakie możemy wyrządzić bliźnim nie polega na udzielaniu im naszych bogactw – ale na objawieniu im ich własnych skarbów, z których nie zdawali sobie sprawy”.

Jedynie wówczas, gdy zakonnica jest opanowana tą jedną myślą, by budzić i ożywiać szeroko ruch, laikatu żeńskiego, odpowiada ona w pełni własnej swej misji.

Wespół z kapłanem ponosi zakonnica odpowiedzialność za zbawienie dusz. Klasztor nie może być nigdy wyspą samotną wśród oceanu, ale musi być przylądkiem wysuniętym daleko w morze.

Zwracając się do zakonnic swej diecezji arcybiskup Tuluzy J. E. Mgr. Garrone pisał: „Życzę wam wszystkim coraz bardziej zdecydowanej woli współpracy z życiem i z apostolstwem całej diecezji, w której macie własną misję do spełnienia. Powinniśmy się w tę diecezję głęboko wkorzenić nie zatracając się bynajmniej, wnosząc w nią bogactwo waszego zakonnego życia i waszego własnego ducha. Powinniście dobrze poznać całość, w którą się włączacie. Powinniście, nie zatracając własnej osobowości, jednoczyć się coraz bardziej w waszym wysiłku, zbliżać się jedna do drugiej, po siostrzanemu i aktywnie. Gdyby znalazło się Zgromadzenie, które by chciało żyć własnym, małym życiem w odosobnieniu od innych bez związku z dobrem wspólnym, nie włączone w troski i dążenia obecnego Kościoła, nowe powołania ku niemu się zwracać nie będą. I słusznie się tak stanie”.

Ile razy nowe poglądy zdają się zwyciężać w opinii ogólnej przytrafia się, że inne pojęcia, również prawdziwe zostają równocześnie zepchnięte w cień. Zdarzyło się to więc i wówczas, gdy położono nacisk na promocję apostolską laikatu. Ten fakt sam w sobie był niesłychanie szczęśliwy. Jednakowoż nadeszła chwila, by uzupełnić nasze pojęcia i uzyskać bardziej całościowe spojrzenie na tę sprawę, włączając w program odnowy również i promocję zakonnicy w laikacie i dla laikatu.

Kilka lat temu mogło się wydawać, że „życie zakonne” i „Akcja Katolicka” to dwa wykluczające się pojęcia. By puścić w ruch machinę apostolstwa świeckich, co się zresztą okazało opatrznościowe, trzeba było podkreślić i ich własną odpowiedzialność, oraz misję jaką świeckim przekazuje Hierarchia Kościoła. Rola zakonnicy znalazła się niejako na marginesie. Od zakonnic nie żądano niczego więcej poza modlitwą w intencji laikatu, odrobinę zainteresowania tymi problemami i zachęceniem świeckich z daleka do przyłączenia się do owego ruchu. Sam pomysł bardziej bezpośredniej współpracy nie zaświtał wówczas nikomu. Nie ma żadne śladu takiej intencji nawet w głównych dokumentach oficjalnych. Akty i Dekrety V Synodu Prowincjalnego w Malines z 1937 roku zadawalają się np. tą krótką uwagą:

„Wychowawcy starać się będą przy każdej okazji wykazać młodym, zawierzonym ich pieczy wspaniałość i konieczność uczestnictwa świeckich w apostolstwie hierarchicznym. Będą usiłowali zachęcić do brania udziału obecnie już i w przyszłości w tego rodzaju organizacjach dostosowanych do ich wieku i ich stanu. Wszystko to, co powiedzieliśmy tu o wychowaniu w ogóle odnosi się również w całej rozciągłości do zakonników i do zakonnic oddanych wychowaniu dorastających chłopców i dziewcząt. Powinno im bardzo zależeć na dokładnym poinformowaniu się o wszystkim co dotyczy Akcji Katolickiej. Poleca się im gorąco uczestniczenie w specjalnych kursach organizowanych w tym celu w różnych miejscowościach”.

Taki był punkt widzenia w owej epoce: nie brano pod uwagę roli pozytywnej zakonnic w tym ruchu. Nie będziemy tu analizować powodów owej sytuacji, pragniemy jedynie skonstatować pewien stan faktyczny.

W praktyce urobienia aktywistów a nawet zwykłych członków Akcji Katolickiej nie zostało wcale powierzone zakonnicom. Od zakonnic oczekiwano jedynie pomocy materialnej – i to w formie raczej dyskretnej i anonimowej. Jeszcze krok dalej, a wszyscy byliby uwierzyli, że zakonnica nie miała mandatu do apostołowania.

Dyrektywy Papieskie

Od tego czasu sam Ojciec św. Pius XII w swym przemówieniu do zakonnic Asystentek Akcji Katolickiej z dnia 3.I.1958 jasno sprecyzował czego oczekuje od zakonnic. Żąda od nich by były współpracownicami kleru w pracy nad urobieniem młodzieży żeńskiej.

O ile obowiązkiem księdza przy ołtarzu, na ambonie i w konfesjonale jest mądre i roztropne urabianie duchowe dziewcząt, których dusze zostały mu zwierzone, o tyle trzeba koniecznie by znalazł on współpracownice, które by mogły współżyć z tymi dziewczętami w zażyłości codziennego dnia, pomagając im, podtrzymując je, dodając im otuchy i pocieszając je w ich smutkach. Na was więc liczy Kościół jako na specjalne pośredniczki, którymi ksiądz musi się wyręczać dla należytego urobienia młodzieży żeńskiej”[10].

Ojciec św. żąda od nich pracy nad urabianiem apostołów: „Czy wychowanki waszych zakładów są gotowe, każda na polu pracy zwierzonym jej przez Opatrzność do współpracy nad chrystianizacją świata? Uczyć młodzież chrześcijańskiego spojrzenia na świat, oceniania tego świata według jego prawdziwej wartości, widzenia go takim jakim jest i jakim powinien być, pracy nad jego przystosowaniem do ideału i planu Bożego: oto praktyczne cele każdego Zakładu Katolickiego”[11].

Żąda również urabiania kierowniczek ruchu: „W tej atmosferze intensywnego wychowania rodzi się opatrznościowo Stowarzyszenie Akcji katolickiej. Chodzi o to, by wszczepiając w dusze uczennic zalążek życia przelewającego się w swej obfitości i zaczyn nieustraszonej działalności, móc postawić na czele ogółu ekipy zdecydowanych na wszystko awangardzistek, idących radośnie naprzód, pociągających za sobą mniej silne jednostki, ulegające może pokusie zatrzymania się czy opóźnienia marszu.

Te dusze odważne będą waszymi sojuszniczkami i współpracowniczkami w trudnym dziele chrześcijańskiego urobienia uczennic. Jeśli Stowarzyszenie istniejące wewnątrz Zakładu potrafi wyłonić ten zaczyn i zalążek awangardowy stanie się ono dla waszego Zakładu czynnikiem rozwoju i wzrostu będąc samo doskonałą szkołą dla kierowniczek ruchu”[12].

Całkiem słusznie wynosi się dziś entuzjastycznie mistykę apostolstwa świeckiego oraz mistykę małżeństwa. Ale nie trzeba by te dwie mistyki przysłoniły nam mistykę – wciąż jeszcze czekającą na sprecyzowanie – mistykę zakonnicy ożywiającej laikat, budzącej powołania do świeckiego apostolstwa żeńskiego, cennej współpracowniczki w dziele ukształtowania chrześcijańskich ognisk rodzinnych. Ulega się dziś tendencji do zepchnięcia zakonnic, nawet w pracach parafialnych do niższych posług, które można przecież powierzyć innym. Ich miejsce nie jest wcale wyłącznie w zakrystii, u dzieci czy u chorych. Rzesze kobiece, zdrowe i dorosłe potrzebują również – i to gwałtownie – ich pomocy.

Ważne dekrety Synodu Rzymskiego na ten temat

Dwa dekrety Synodu Rzymskiego, promulgowane przez Jego Świątobliwość Jana XXIII wykazują, do jakiego stopnia Stolica św. życzy sobie integracji zakonnicy w ruch duszpasterski.

Pierwszy z tych dekretów podkreśla szeroko zasięg ich roli: „Niech wszystkie zakonnice pamiętają, że z samego ich dążenia do cnoty najdoskonalszej i najwyższej wypływa pełnia i całkowitość ich apostolskiego powołania. A to powołanie nie zamyka się żadnymi granicami miejsca, rzeczy czy czasu, ale obejmuje swym zasięgiem zawsze i wszędzie wszystko, co w jakikolwiek sposób dotyczy czci należnej ich Oblubieńcowi oraz sprawy zbawienia dusz”.

Druga deklaracja dotyczy szczególnie roli zakonnic w organizowaniu laikatu żeńskiego: „Jeżeli chodzi o zrzeszenia kobiet /A. K./ a zwłaszcza dziewcząt należałoby z wielkim pożytkiem zaapelować do Zgromadzeń zakonnych w sprawie uzupełnienia obowiązków Kapłana Asystenta, gdyż roztropność narzuca w tych wypadkach pewne ograniczenia roli księdza. Niech Przełożone czuwają, by ich zakonnice otrzymały odpowiednie przygotowanie do tego rodzaju apostolstwa; niech chętnie udzielają im zezwolenia na uczestniczenie w Kongresach oraz Kursach specjalnie organizowanych. Oczywiście wszystkie te środki kształcenia powinny uzyskać aprobatę władz kościelnych” /art. 649/.

Zbliż się do nas!

Świat kobiecy w oczach zakonnicy winien przedstawiać się jako ziemia misyjna, jej specjalnie powierzona. Dzieje Apostolskie opisują nam jak św. Paweł usłyszał głos mówiący: „Przyjdź do nas, do Macedonii”. Św. Paweł udał się w drogę, by nie zawieść tego oczekiwania. To samo zaproszenie „Przyjdź do nas” – wznosi się pod adresem zakonnic z głębin nieuświadomionych całej rzeszy duchowo niedożywionej. Nie wolno nam pozostać głuchymi na to wołanie: „Czego inni oczekują od nas, Bóg tego oczekuje” – powiedział Bernanos.

Niedawno w pewnym kraju Ameryki Łacińskiej mieliśmy możność zaobserwowania cichego przykładu, w której zakonnice odegrały wybitną rolę. Pewna prowincja owego kraju od jakich 12 lat cieszyła się smutną opinią wskutek wysokiej ilości popełnianych corocznie na jej terytorium zbrodni. Dwa lata temu, skorzystano z chwilowego okresu spokoju, by zorganizować misje we wszystkich parafiach swej diecezji. Dzięki współpracy wzajemnej zdołano utworzyć liczne ekipy, z których każda składała się z księdza, brata zakonnego czy kleryka, działacza świeckiego i dwóch zakonnic. Owe ekipy odwiedzały systematycznie wszystkie rodziny z niemałą wytrwałością i odwagą. Dwa lata później Ordynariusz owej diecezji komentując niebywałe powodzenie tej jedynej w swoim rodzaju misji powiedział: „Ci prymitywni ludzie – ci „banderoles” spowiadali się najpierw wobec zakonnicy, a dopiero potem trafiali do konfesjonału po absolucję”. Ten przykład oczywiście wyjątkowy dowodzi przecież jak błędne jest mniemanie o niewydajności apostolskiej zakonnic.

Trzeba, aby każdy głęboko uwierzył w możliwości apostolskie w nich tkwiące i by wyciągnąć z tego przekonania wszystkie narzucające się konsekwencje.

Obowiązek mnożenia się

Jeśli naprawdę chcemy zaradzić mnogości potrzeb apostolskich musimy zrozumieć konieczność dostosowania apostolstwa kleru do rytmu apostolskiego zakonnic i świeckich. Każdy musi starać się myśleć o terminach „mnożenia”. Dobrą jest rzeczą, że zakonnica uczy katechizmu dwudziestkę dzieci. Ale byłoby dobrem o wiele bardziej zasadniczym, gdyby można było wykorzystać dorosłych, którzy by mogli z kolei uczyć dzieci katechizmu. Trzeba, aby każdy wytężał się, nie na to, by robić wszystko samemu, lecz by innych wprowadzić w tę pracę, kontrolując ją i doglądając jej wykonania na to tylko, by rozszerzyć zasięg działalności apostolskiej. Nie mam prawa wykorzystywać swój czas w 10 procentach, jeśli powiedzmy mam możność dociągnięcia do 100%. Wystarczy wyobrazić sobie czym mogłaby się stać potęga Kościoła i promień zasięgu Jego działalności, gdyby każda zakonnica na całym świecie uświadomiła sobie konieczność zorganizowania choćby małej grupy świeckich, gdyby każda z nich mogła naśladować swego Pana, który wysyłał swych uczniów po dwóch na pracę misyjną. Myślę np. dosłownie o zdziesięciokrotnieniu wpływu zakonnicy, która by po prostu potrafiła powołać do życia oddział czy „prezydium” Legionu Maryi. A wybraliśmy ten przykład dlatego, że Legion Maryi przyjął się już we wszystkich 5 częściach świata, że organizowanie jego grup jest stosunkowo łatwą rzeczą podczas gdy jego apostolska nadprzyrodzona wydajność wydaje się zadziwiającą i specjalnie przez Boga pobłogosławioną. Ale mniejsza o to czy będzie to ekipa regionu Maryi czy jakiegokolwiek innego rodzaju Akcji Katolickiej – zasada ta powinna raz na zawsze być przyjęta przez wszystkie zakonnice.

Opisując życie Edel Quinn – owej heroicznej dziewczyny, która za cenę własnego zdrowia poszła zakładać Legion Maryi w Afryce Podzwrotnikowej angielskiej – myślałem często o paradoksie tego przykładu: świecka dziewczyna porywa za sobą kilka tysięcy apostołow! Jakiego żniwa byłby się Kościół doczekał, gdyby każda zakonnica misjonarka – wsiadając na okręt – by wiedziała, jak zabrać się do organizowania apostolstwa świeckich.

By pomóc do uchwycenia sensu owego mnożenia się apostolskiego przytoczę tutaj rozmowę dwóch Przełożonych Generalnych na temat współpracy duszpasterskiej z księżmi. Jedna z owych Matek opowiedziała, że proboszcz ich parafii zwrócił się do nich w wigilię Bożego Narodzenia z prośbą, by zakonnice pomogły śpiewać Mszę Bożego Narodzenia w kościele parafialnym. Przełożona Generalna wyraziła swą zgodę, ale nazajutrz poprosiła proboszcza, by na przyszłość nie zwracał się już do niej z podobną propozycją z powodu licznych trudności powstałych na ten temat w samym Zgromadzeniu. „Czyż Droga Matka nie postąpiłaby podobnie?” – zapytała drugą Przełożoną Generalną. I oto co jej odpowiedziała ta Przełożona, która lepiej uchwyciła zasadę „mnożenia się apostolskiego”. Oczywiście zgodziłabym się jak to Matka uczyniła. Nazajutrz prosiłabym również proboszcza, by już nie wysuwał podobnej propozycji. Potem jednak dodałabym zaraz: Jeśli Ksiądz Proboszcz sobie tego życzy, jesteśmy gotowe szukać wytrwale w całej parafii potrzebnych kandydatek, które by mogły utworzyć i poprowadzić chór kościelny”.

Oto najlepsze rozwiązanie, a ten sam przykład stosować można w tysiącznych odmianach. Musimy zmieniać nasz sposób patrzenia na sprawy. To odwrócenie perspektywy wydaje się ciągle jeszcze czymś wyjątkowym. Na ogół każdy myśli jedynie o tym, co sam potrafi zrobić, a bardzo rzadko zastanawia się nad tym czego mógłby dokonać z drugimi. A przecież zbawienie świata zależy od tego właśnie spojrzenia na rzeczywistość. Trzeba, abyśmy potrafili puścić w ruch ową podstawową zasadę, jeśli nie chcemy by przytłoczył nas raz na zawsze ogrom owych mas czekających wciąż ewangelizacji lub na rechrystianizację.

Zakonnica a struktura duszpasterska

Gdy raz zakonnica uświadomi sobie rozległość swego posłannictwa i gdy zostanie sprawnie wprowadzona w całość zagadnień duszpasterskich, stanie się wówczas jasnym, że powinna ona zajmować określone stanowisko na wszystkich szczeblach struktury duszpasterskiej, na szczeblu narodowym i wreszcie, kiedyś również i w radach międzynarodowych. W cytowanym już przez nas liście kardynała Cicognani zwracającym się do zakonnie w imieniu Papieża Jana XXIII jest wyraźnie mowa o ich obecności w radach parafialnych.

Istnieje czasem potrzeba patrzenia na zakonnice jedynie jako na wygodną pomoc w pracach drugorzędnych. Tej pokusie trzeba przeciwstawić wyraźne przeświadczenie, że zakonnica jest wybraną przez Boga propagatorką Ewangelii i że stanowi ona często konieczne, potrzebne ogniwo zastępcze między pasterzem a jego owczarnią. Czemu wobec tego nie brać pod uwagę jej zdania w zebraniach Rady, na których organizuje się pracę duszpasterską, jak się to już dziś praktykuje w wielu parafiach – branie udziału w decyzjach apostolskich kleru bardziej jeszcze uzdolni ją do skutecznego, wydajnego wykonywania swych funkcji liturgicznych czy pielęgniarskich. Kler i parafia cała tylko na tym wygrają. Ale wygra również i sama zakonnica, która w lepszych warunkach lepiej będzie mogła zrozumieć i rozwinąć swe powołanie w obliczu lepiej poznanego przez nią świata laikatu.

Nie znaczy to bynajmniej, jakoby zgromadzenia zakonne miały rezygnować w jakiejkolwiek mierze ze swego właściwego celu, ani żeby zgromadzenie jako Zgromadzenie miało wsiąknąć bez reszty w życie parafialne, natomiast znaczy to, że klasztor jako taki winien delegować jedną czy drugą ze swych członków w charakterze łączniczek między swym domem zakonnym a parafią czy diecezją. Te zakonnice były by właśnie elementem koordynującym. Inaczej klasztor nie brałby udziału we wspólnym obowiązki, w tej wspólnocie działania wyrażającej się w konkretny, widzialny, dynamiczny, rzeczywisty sposób, w tajemnicy Chrystusa żyjącego w Swoim Ciele Mistycznym.

Gdy zakonnice przyswoją sobie w pełni ten poszerzony sposób patrzenia, o którym już mówiliśmy, ich działalność dotrze tym samym do rodziców, do rodzin chorych, do dawnych wychowanek, do personelu świeckiego, krótko mówiąc do poważnej grupy osób żyjących w danej parafii do których trafi się właśnie tą okrężną drogą. Zdajemy sobie wprawdzie sprawę, że ludzie ci zmieniają wciąż miejsce zamieszkania i że trudno ich związać z jakimś ośrodkiem terytorialnym. Ta trudność wypływa z warunków współczesnego życia i wskazuje na konieczność uzupełnienia duszpasterstwa parafialnego, duszpasterstwem ośrodków socjologicznych grupujących szersze warstwy ludnościowe. Apostolstwo tego typu napotka mniej trudności w środowisku wiejskim niż wielkich centrach miejskich. Ale żądną miarą nie wolno się od tego obowiązku uchylać. Każde Zgromadzenie musi uiścić niejako swoją stawkę współpracy, swój wkład w duszpasterstwo ogólne.

Zgromadzenie Kardynałów i Arcybiskupów Francji oświadczyło w 1949 r.: „Jest rzeczą niesłychanie ważną, by kler potrafił wprowadzić zakonnice w nurt życia parafialnego, nie pozostawiając je na uboczu bez żadnej apostolskiej odpowiedzialnej działalności”.

A w czasie zebrania ogólnego w kwietniu 1960 r. biskupi francuscy, mówiąc o konieczności przestawienia się z duszpasterstwa konserwatywnie nastawionego na duszpasterstwo misyjne – podkreślali: „To wymaga śmiałej rewizji naszych zwyczajów myślowych i dotychczasowej działalności. Ale Duch św. czuwa i kieruje poprzez swe natchnienia księżmi, zakonnicami, świeckimi, wszystkimi, jednym słowem, udzielając im potrzebnego światła i koniecznej odwagi”.

Zakonnice mają rolę do odegrania zarówno w parafii jak na szczeblu diecezjalnym czy narodowym, wszędzie tam, gdzie laikat kobiecy angażuje się w apostołowanie. Powinny brać czynny udział w kongresach, zjazdach i w różnych zebraniach przynosząc na nie wkład własnego bogactwa i doświadczenia.

Ta integracja zakonnic, będąca prawdziwym dobrodziejstwem dla całej wspólnoty katolickiej, będzie powitana z powszechną radością. Apostolska współpraca jest bowiem wprowadzeniem w życie konkretne pełnej jedności wszystkich chrześcijan, biorących udział po bratersku w tej samej Uczcie Eucharystycznej. Wspólne uczestnictwo w tej samej Ofierze Ołtarza prowadzi konsekwentnie do uczestnictwa w tej samej działalności apostolskiej, jednej a przecież różnorodnej w zależności od charyzmatów właściwych każdemu. Co za wspaniała okazja, by objawić światu ów widok jedyny jaki przedstawia pełne chrześcijańskie braterstwo: „Cor unum et anima una”, wszak najdoskonalszym znakiem, po którym świat ma rozpoznać uczniów Jezusowych.

By zakonnice mogły odpowiedzieć tym wymaganiom muszą przeprowadzić u siebie pewne, konieczne adaptacje, choćby dlatego, że pracy ze świeckimi trzeba będzie poświęcić raczej wieczory czy weekendy i wakacje. Narzucają się jednak i głębsze przestawienia: trzeba będzie zrewidować wytyczne wychowania młodzieży zakonnej, by odpowiadały one nowym, poważnym zadaniom o których właśnie mówiliśmy w poprzednich rozdziałach.

Następne rozdziały będą wiec poświęcone owym koniecznym przestawieniom.

Rozdział X
Konieczne przestawienia

Zakonnice nie będą mogły sprostać, bez koniecznych adaptacji zwyczajów klasycznego życia. Nic więc dziwnego, że w miarę jak Kościół uświadomił sobie konieczność poszerzenia pola swego apostolstwa, począł nawoływać z naciskiem przez usta swych Papieży i Biskupów do koniecznego przystosowania życia zakonnego do nowych potrzeb.

Czyż potrzeba podkreślać, że ta adaptacja nie dotyczy w najmniejszym stopniu istoty życia zakonnego, stanowiącej niezmienną treść całkowitego poświęcenia się Bogu? Dotyczy natomiast wprowadzenia w życie owej treści i jej zewnętrznego wyrazu zależnego od konkretnych aktualnych potrzeb życia i apostolstwa. Rozumie się również samo przez się, że owe adaptacje nie należą bynajmniej do kompetencji poszczególnych indywidualnych członków Zgromadzeń zakonnych, ale są obowiązkiem uprawnionych do tego władz zakonnych. Inaczej grozi po prostu anarchia i zamęt, a z drugiej strony niebezpieczeństwo wypaczenia ducha zakonnego i płycizny.

Apele Stolicy Św.

Uczyniwszy to konieczne zastrzeżenie – powinniśmy przyjąć wobec tych zagadnień postawę otwartą. Zaczniemy tu od czytania naglących wezwań ostatnich Papieży zwłaszcza Piusa XII. Przypomnimy tu 2 charakterystyczne ustępy z Jego przemówień. Jego Świątobliwość Pius XII zwracając się 13 września 1951 r. do zakonnic wychowawczyń powiedział: „Możliwe, że pewne punkty waszego planu dnia, pewne przepisy nie będące po prostu konkretnym i praktycznym ujęciem artykułów waszej reguły, pewne zwyczaje, które odpowiadały może warunkom innej epoki, ale obecnie komplikują niepotrzebnie pracę wychowawczą, możliwe, że to wszystko będzie musiało ulec zmianom, i przystosować się do nowych okoliczności. Chcecie przecież służyć sprawie Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła zaradzając potrzebom dzisiejszego świata. Nie byłoby więc rozsądnie upierać się przy zwyczajach czy formach utrudniających tę właśnie służbę, lub nawet zupełnie przekreślających możność takiej pracy”.

Wyraźne zaproszenie do poszerzenia pola pracy uzupełnia poprzednie wskazówki: „Trzeba z pomocą łaski Ducha św. starać się usilnie o ożywienie i odnowienie umysłów i serc, byśmy mogli, o ile to od nas zależy stawić czoło nowym formom obecnych czasów i nędzy duchowej naszej epoki /12 listopada 1950 r./”.

Do tych częstych nawoływań Stolicy św. przyłączyli się liczni biskupi całego świata, domagając się przeprowadzenia zmian koniecznych by odpowiedzieć niecierpiącym zwłoki potrzebom dzisiejszej doby.

Te nawoływania do postawienia naszych Zgromadzeń w pełniejszej niż dotąd mierze „w stan misyjny” napotykają na znaczne trudności i opory. Aktualne byłyby tu słowa Kardynała Newmana, stwierdzające, że „tysiąc trudności nie stanowi przecież wątpliwości”. Trudności nie są wcale sygnałem do zatrzymywania się. By je zwyciężyć trzeba po pierwsze dużo ducha wiary jasno wskazującego na palącą konieczność celu, który sobie stawiamy, trzeba również dużo odwagi, wytrwałej, nie zniechęcającej się niczym, wreszcie odrobiny humoru, umożliwiającego jasne odczucie względności i pozwalającego mimo przeszkód na zachowanie uśmiechu. Jeśli można się było wyrazić: „Sacramenta propter homines – Sakramenty istnieją dla ludzi a nie odwrotnie” – można tym bardziej powiedzieć: „Regulae propter salutem mundi” – Reguły zostały napisane dla zbawienia świata i ludzi.

W obecnym rozdziale zrobimy przegląd najważniejszych pozycji stanowiących największą przeszkodę dla skutecznego apostołowania.

Konieczność zrewidowania obecnej formy życia zakonnego dotyczy wielu aspektów tego życia. Wymienimy najważniejsze z nich:

– równowaga proporcji między modlitwą a pracą,
– należyte rozłożenie czasu,
– uzgodnienie wymogów klauzury z wymogami apostolstwa.

1.  RÓWNOWAGA: MODLITWA – APOSTOLSTWO

Działać wprowadzając w czyn modlitwę

W życiu poświęconym Bogu i oddanym pracy apostolskiej trzeba koniecznie zrównoważyć swą modlitwę z pracą apostolską. Nietrudno o tę równowagę, jeśli modlitwę swoją bierze się poważnie i głęboko i jeśli działalność jest prawdziwie apostolska. Modlitwa nie jest bynajmniej czasem zamkniętym odciętym od życia. Jej wartość nie mierzy się według czasu na niej spędzonego ani według ilości odmówionych modlitw. Chrystus nie określił, ile godzin ma trwać medytacja. Powiedział nam, że należy się modlić zawsze. To suponuje życie modlitwy i stały stan złączenia z Bogiem. Modlitwa pojęta jako stan zjednoczenia może trwać nieprzerwanie: i to jedno jest istotnej, zaś prawdziwe apostolstwo jest modlitwą wprowadzoną w czyn, modlitwą działającą. Należy zaznaczyć, że to samo działanie staje się modlitwą, ale działanie apostolskie, nadprzyrodzone. Słusznie przestrzega się przed „herezją pracy”. Chodzi tu o działanie czysto ludzkie przypominające podniecenie i rozgrywające się na płaszczyźnie czysto ludzkiej techniki. Działalność apostolska, o której w tej chwili mówimy to działalność nadprzyrodzona, która jest przekazywaniem życia i łaski. Jest to udzielanie Chrystusa innym. A także udzielanie jest nie tylko samo w sobie nadprzyrodzone, ożywcze, ale jak bumerang ożywia nas samych. Nie ma żadnej przerwy pomiędzy modlitwą i uwielbieniem Boga z jednej strony, a pracą ewangelizacyjną z drugiej, o ile się tę ewangelizację bierze w znaczeniu dosłownym, jeśli człowiek się dzieli z drugimi własną wiarą, własną nadzieją i własną miłością teologiczną. Apostolstwo jest dziełem nadprzyrodzonym, to odkupienie trwające poprzez wieki. Oczywiście, że będzie ono przepojone bardziej świadomą modlitwą przed, podczas i po godzinach koniecznej pracy. Ale brak ciągłości zjawić się może jedynie tam, gdzie chodzi o modlitwę powierzchowną i działalność naturalistyczną.

W logice naszego chrześcijańskiego życia leży i działanie, i modlitwa. Mamy wprowadzać w czyn naszą modlitwą i przemodlić nasze działanie.

Wprowadzać naszą modlitwę w czyny, to znaczy wcielać w apostolstwo to, o co się modlimy, to ów gest przetwarzający paliki modlitwę w akt, to niezbędne wykończenie próśb „Ojcze nasz”. „Przyjdź Królestwo Twoje”. Apostolstwo jest dopełnieniem każdej prawdziwej modlitwy, jest jej gwarancją i jej kamieniem probierczym.

Ale i na odwrót. Trzeba przemodlić całą swą działalność od pierwszej chwili, gdyż bez Boga niczego nie dokażemy.

Ćwiczenia duchowne

Konkretnie pokaźne miejsce w naszym życiu modlitwy zajmują tak zwane „ćwiczenia duchowne”. Te ćwiczenia zajmują wiele czasu w życiu organizacji życia zakonnego.

Trzeba najpierw postawić poza wszelką dyskusją owe najwznioślejsze i najdoskonalsze spotkanie codzienne Boga z człowiekiem: ofiarę Mszy św. i Komunię św. będącą uzupełnieniem Mszy św. Jest to bez wątpienia szczytowy punkt życia duchowego zakonnic. Wszystko co zrobiono w ostatnich czasach, by pogłębić zrozumienie tej tajemnicy wśród świeckich dotyczy a fortiori i zakonnic. Ich pobożność musi czerpać z tego pierwotnego źródła. Odnowa liturgiczna stanowi prawdziwą łaskę zarówno dla zakonnic jak i dla świeckich. Domy zakonne nie mogą pozostać na marginesie tego ruchu odnowy, ze względu na siebie i swe uczennice. Mają korzystać i ułatwiać innym owo korzystanie z instrukcji zawartych w Dyrektoriach wydawanych przez Ordynariusza diecezji, polecających Msze św. wspólne dialogowane czy uroczyście śpiewane. Powinny wprowadzać swe uczennice w aktywne uczestnictwo w owych Mszach św. by przygotować ich integrację w społeczność parafialną.

Co do innych ćwiczeń duchownych, stanowią one ramy i przedłużenie poprzez resztę dnia owej Mszy św., której ważność tak głęboko przeżyły. Owe ćwiczenia nie mają być pozostawione inicjatywie każdej zakonnicy. Należy jednak je ograniczyć do ćwiczeń naprawdę potrzebnych i uczynić z nich modlitwę prawdziwie wspólną. Trzeba będzie i tu odnowić niektóre z tych ćwiczeń, uprościć i nadać rysy bardziej biblijne, bardziej liturgiczne, bardziej kościelne i apostolskie. Jest rzeczą całkiem słuszną, że w początkach życia duchowego kładzie się większy nacisk na modlitwy ustne i na ćwiczenia wspólne, gdyż chodzi o wyrobienie nawyku modlitwy. W miarę postępu duchowego należy poświęcać więcej czasu na modlitwę osobistą. Najlepiej byłoby zostawić pewną wolność na tym punkcie oraz zaradzić zbytniemu „posiekaniu” czasu przeznaczonego na te ćwiczenia, by nie rozbijać zbytnio planu dnia zakonnego. Trzeba będzie również skreślić bezlitośnie pewne nabożeństwa przestarzałe i pełne przesądów – niestety nie brak ich po klasztorach!

Gdy ćwiczenia duchowne są zbyt liczne i niedostosowane grożą one zmechanizowaniem i wysuszeniem życia modlitwy. Mogą stać się celem zamiast być tylko środkiem. Przeciwnie, dobrze zrozumiane doprowadzą powoli duszę do stanu habitualnego modlitwy i zjednoczenia z Bogiem. Ciągłość tego stanu zrodzi się z krótkich chwil wewnętrznego intencyjnego skupienia, które poprzez godziny całego dnia krótkimi postojami umożliwią nam zaczerpnięcie pełną piersią powietrza nadprzyrodzonego dla ściślejszego, bardziej świadomego złączenia się z Bogiem.

Sugestie

Nie bardzo wiadomo, dlaczego zakonnice czynne miałyby być zobowiązane do odmawiania w chórze wielkiego oficjum brewiarzowego. Św. Ignacy odrzucając pewne praktyki właściwe zakonnicom kontemplacyjnym dla racji apostolskich utorował drogę do pewnych, celowych uproszczeń. A czy nie należałoby z punktu widzenia czysto estetycznego zrewidować zwyczaj recytowania oficjum na tonie drażniącym ucho współczesnego człowieka? Szczerze wątpimy, czy młodą dziewczynę naszych czasów pociąga naprawdę zbyt wysoki świdrujący czasami do tego obniżony i niepewny sposób tego recytowania? Wlałoby się bardziej naturalny i mniej wymuszony styl. Wspólny śpiew Laudesów i Nieszporów będących najdoskonalszą modlitwą liturgiczną powinien wystarczyć zakonnicom czynnym, a zapewniłby udział tych zakonnic w oficjalnej modlitwie Kościoła. Inne części oficjum nie byłyby już obowiązkowe i mogłyby być pozostawione inicjatywie osobistej sióstr.

Czytanie duchowne mogłoby być wyznaczone przynajmniej, jeśli chodzi o prezeski w rytmie nie dziennym, ale tygodniowymi ilość czasu przeznaczanego na tę lekturę nie ulegałby zmianie, ale niknęłoby się w ten sposób zbyt mechanicznego kawałkowania zarówno czasu jak i samej książki, a Siostry odnosiłyby przypuszczalnie więcej pożytku z takiej lektury. Rachunki sumienia i oskarżenia powinny być również zrewidowane w perspektywie dzisiejszej epoki oraz powinny wykorzystać zdobycze ruchów Akcji Katolickiej i Instytutów Świeckich, zwłaszcza praktykę tzw. „rewizji życia”. Należałoby dążyć do większej życzliwej szczerości, swobodniejszego stosunku między zakonnicami, do dzielenia się szczerego własnymi myślami, do twórczej autokrytyki dokonywanej wspólnie na to, by wspólnie wznosie fundamenty wielkiego dzieła. Ale to wymaga, by i te praktyki stały się na miarę misyjnego powołania Sióstr; wymaga zastanawiania przed Bogiem wspólnie i każdego z osobna nad odpowiedzią jaką dajemy na owo wezwanie Boże zapraszające każdego z nas do włączenia się w dzieło zbawiania świata.

Uwagi powyższe mają ułatwić nowe ujęcie życia wewnętrznego, ujęcie otwarte i giętkie, które by umożliwiło wolność dzieci Bożych i wolność łaski w naszych duszach, pomagając im do głębokiego przeżycia fundamentalnej jedności apostolstwa i modlitwy.

2. ROZKŁAD CZASU

„Jakżeż wprowadzić w przeładowane rozkłady dnia te nowe, względnie poszerzone obowiązki, tak wychwalane na kartach niniejszej książki?”. Niejeden postawi to pytanie błagając: „Weźcie pod uwagę nasze dni zapchane robotą, policzcie wszystkie usługi, o które już nas ustawicznie proszą – i … ulitujcie się nad nami!”.

Hierarchia wartości

Trzeba spojrzeć w oczy tej trudności w świetle wiary. Istnieje teologia czasu, jak istnieje teologia pracy. Trzeba wykorzystać i wypełnić czas według pewnej hierarchii wartości, którą kryje nam wiara szczera i odważna. A hierarchia owa stawi nas od razu wobec fundamentalnego pytania: „Na co zostaliśmy stworzeni?” – „Zostaliśmy stworzeni na to, by znać Boga i ułatwiać innym Jego poznanie, by Go kochać i ułatwiać innym umiłowanie Boga, by Mu służyć i wciągać innych w Jego służbę”.

Oto co stanowi główne zadanie każdego ochrzczonego a fortiori duszy poświęconej Bogu. Trzeba, aby zakonnice pragnęły żarliwie wykorzystać swój czas. Nie mamy minuty do stracenia, skoro idzie tu o chwałę Bożą i o zbawienie świata. A znaczy to po prostu, że powinniśmy na wszystkie strony zbadać nasz rozkład zajęć! „Amor Christi urget nos”– Miłość Chrystusowa nas przynagla … Nie mamy duszy ani życia na wymianę, a zostaliśmy na to powołani by przekazać Dobrą Nowinę obecnemu pokoleniu.

To nie wyklucza oczywiście wypoczynku i odprężenia. One są konieczne na to by lepiej pracować, jest to jedynie przypomnieniem świętej wartości czasu. Anglicy mówią: „Time is money” – to prawda. Ale można by również powiedzie z Newmanem: „Time is eternity” lub równoważnie: „Time is souls”. Czas to dusza! I należy ściśle podporządkować rozkład naszego czasu tej skali wartości[13].

To wezwanie do obowiązku apostołowania dołącza się do zaklęcia św. Pawła: „Biada mi, jeśli nie będę przepowiadał Ewangelii!”. Kościół rozciąga to wezwanie w pewien sposób oczywiście nawet do zakonnic kontemplacyjnych. Wiadomo, że św. Kongregacja Spraw Zakonnych opierając się na Konstytucji „Sponsa Christ!” z 19.III.1952 r. żąda od mniszek nawet klauzurowych by oddawały się pewnym pracom ewangelizacyjnym: „Wydaje nam się – że nadeszła pora pogodzenia życia monastycznego z uczestnictwem choćby ograniczonym w pracy apostolskiej. Odnosi się to nawet do zakonnic oddanych kontemplacji” /Orzeczenie św. Kongregacji dla Spraw Zakonnych/.

Bóg na pierwszym miejscu

Hierarchia wartości domaga się, byśmy Boga stawiali na pierwszym miejscu – byśmy oddawali najlepszy nasz czas na Jego chwałę i byśmy z równym pierwszeństwem służyli Mu bezpośrednio w bliźnich. Sprawy nadprzyrodzone muszą być całkiem specjalnie traktowane. Trzeba Bogu oddawać cały swój czas i trzeba dawać Boga ludziom z wyboru, osobiście, o ile tylko to od nas zależy. A raz przyjąwszy te założenia teoretyczne trzeba według nich uregulować rozkład dnia w Zgromadzeniu. Musi on być ułożony ze wzglądu na interesy Boże. Ziemia kręci się naokoło słońca, a nie odwrotnie. Musimy przyjąć rewolucję Kopernikowską i odnieść ją do Boga, który jest słońcem naszego życia osobistego zarówno jak i życia całego Zgromadzenia.

Cały ten problem jest po prostu problemem równowagi i proporcji. Obowiązki stanu będą nadal pochłaniać główną część dnia, zakonnice realizują poprzez nie główne wytyczne katolickiej doktryny pracując w ten sposób i to z jaką skutecznością! – nad zbawieniem świata. Ich misja polega na wykorzystaniu wszystkich możliwości apostolskich jakie znajdują w ramach swej pracy zawodowej. Ale muszą ponad to zarezerwować kilka godzin ze swego czasu na organizowanie i ożywianie laikatu kobiecego oraz na kierowanie nim, aby kobiety przez nie urobione umiały z kolei wpajać innym w swym własnym środowisku pracy i rozrywki najuważniejsze konkretne zasady Ewangelii. Bez zakonnic laikat żeński nie zdoła wywiązać się ze swej roli zasadniczej i spełnić nadzieje, które Kościół w nim pokłada. Jedynie zakonnice mogą umożliwić jego pełny rozwój, jedynie one nadadzą mu właściwą organizację, zachęcając do podjęcia szeroko zakrojonych apostolskich inicjatyw.

Zakonnice winny uważać czas poświęcony duchowemu ożywieniu laikatu za czas szczególnie cenny i święty. Ów czas, który zdołają wykroić w ciągu tygodnia czy dwóch będzie z konieczności ograniczony. Ale za wszelką cenę trzeba go będzie znaleźć; zmieniając tak długo rozkład dnia i rozkład prac i urzędów, aż się nam uda zapewnić sobie to minimum koniecznego czasu.

Należy również za wszelką cenę dostosować plany dnia w naszych Zgromadzeniach do planu dnia świeckich; musi się uwzględnić te godziny, które świeckim odpowiadają; to pasterz musi dostosować krok do kroku całego stada a nie przeciwnie.

Pokusa natychmiastowości

Trzeba strzec się pokusy niewiary w możliwość takich adaptacji. Nikt nie wątpi w konieczność odżywiania się i tym samym każdy znajduje czas na posiłki. To samo odnosi się do żądań Bożych. Trzeba znaleźć dosyć czasu by móc nakarmić rzesze, które są głodne i spragnione Boga i które pośrednio czy bezpośrednio od nas oczekują chleba żywota.

Konieczną równowagę osiągniemy jedynie dzięki bardziej celowemu podziałowi pracy. Trzeba będzie zaniechać pewnych prac, względnie zlecić je innym, nawet gdyby w ten sposób miały być mniej dobrze wykonane. Gdyż za wszelką cenę musimy osiągnąć ową konieczną równowagę między ćwiczeniami duchowymi, apostolstwem i obowiązkami zawodowymi.

Opracowując podział pracy należy zawsze pamiętać o koniecznym rozróżnieniu między sprawami pilnymi a ważnymi. Jeśli na to nie zwrócimy bacznej uwagi łatwo pomylimy oba te porządki. Człowiek zasugerowany pokusą „natychmiastowości” traci czas na uganianiu się za tym „co pilniejsze”, narażając się na stan nieustannego napięcia i zabiegania.

Trzeba umieć zachować pewien dystans by uzyskać prawidłową perspektywę. Tylko wówczas ocenimy prawdziwą hierarchię wartości i potrafimy poświęcić nasz czas temu co rzeczywiście jest najważniejsze. Nie wystarcza, by życie nasze było wypełnione byle jak. Trzeba by było ono wypełnione tymi pracami, których Bóg się od nas domaga, w skali prymatu wiary. Pokusa załatwiania pilnych spraw jest subtelną bardzo pokusą: pozwala nam oglądać natychmiastowe rezultaty naszych wysiłków – zapewnia nam spokój sumienia i daje satysfakcję ze spełnionego obowiązku – mimo poważnych uchybień w dziedzinie opuszczenia dobrego, których się na wpół świadomie dopuszczamy.

O. Degrijse, generał Zgromadzenia de Scheut pisał w pewnym okólniku do misjonarzy swego zgromadzenia: „Ciężka praca może być również niebezpieczeństwem. Można wiele pracować za mało myśląc nad metodą swej pracy, można nie zastanawiać się, nie uzgadniać swej inicjatywy z wymogami apostolskimi, narażając się na wykonywanie pracy niepotrzebnej lub mało wartościowej. Aktywizm czyni z człowieka niewolnika natychmiastowości i szczegółu, doprowadza do zeświecczenia naszego spojrzenia na rzeczywistość, nie pozwala na przewidywanie przyszłości. Zbyt wielki realizm może się okazać śmiertelny. Może spowodować anemię duchową. Cierpimy nieraz na brak wyobraźni, poczucia prawdziwej wielkości, myśli twórczej i ożywiającej; zapominamy, że ewangelizacja z istoty swej jest procesem wzroku i wymaga nieustannego przestawiania się”.

3. OBECNOŚĆ W ŚWIECIE I W KLAUZURZE

Podwójne wymogi

Najgroźniejszą przeszkodą do apostolskiej promocji zakonnicy stanowi pojęcie klauzury i jej wymogów. Wygląda to na paradoks. W jaki sposób pozostać wiernym obu aspektom słów Naszego Pana wyrzeczonych kiedyś do Apostołów: „Nie jesteście ze świata, ale idźcie na cały świat”. Być oddzielonym od świata a jednak tkwić w świecie, by ożywiać i zbawiać! Sytuacja ta jest paradoksalna dla każdego wyznawcy Chrystusa, ale chyba nie przeżywa jej tak ostro jak zakonnica. Sprzeczność tę można jednak rozwiązać, gdy się zważy, że dla zakonnic czynnych oddzielenie od świata nie zasadza się na kratach i murach, lecz jest raczej postawą duszy. Zakonnica w sercu swoim przecięła pragnienie założenia własnego ogniska rodzinnego, sercem opuściła swych bliskich i zdecydowała się na drogę poświęcenia. Ale celem tego odcięcia się nie jest wcale zerwanie ze światem: przeciwnie, u dna tego odcięcia leży właśnie poryw miłości ku temu światu. Jej ofiara jest ceną macierzyństwa duchowego, idącego naprzeciw całej nędzy i niedoli świata. Zakonnica oddała się na to by być bardziej obecną jak zaczyn, który początkowo przeciwstawia się ciastu na to tylko, by go lepiej zakwasić i przerobić. Kto by chciał oddzielić zaczyn od ciasta, by ciasto ochronić przed jego działaniem, wystawiłby sobie świadectwo ignorancji; nie rozumiałby istoty zaczynu. Apostolstwo z natury swojej zawiera pewne ryzyko, jak zaczyn, któremu zawsze grozi pochłonięcie przez ciasto. Ale jest to piękne ryzyko, ryzyko chrześcijańskie – czyniące z chrześcijaństwa wspaniałą przygodę, którą naprawdę warto przeżyć! Już w porządku czysto ludzkim narzuca się owo ryzyko. Wykluczyć ryzyko zakażenia się – to niemożliwość pielęgnowania chorych. Wykluczyć niebezpieczeństwo huraganu i wzburzonego morza, to zrezygnować z marynarki i lotnictwa. Apostolstwo katolickie byłoby czczym frazesem, gdyby było utkane ze spokoju i gdyby ryzyko było z niego wykluczone.

Roztropność na służbie śmiałości

Ale nie znaczy to wcale jakoby nie należało się zabezpieczyć. Na każdym postoju lotnicy czynią dokładny przegląd motorów – ale czynią to tylko ze względu na nowy lot. Wiadomo zresztą, że samolot by nie tracić na wartości musi latać regularnie, regularny rytm lotów jest gwarancją konserwacji maszyny.

W tym właśnie duchu żąda się od zakonnic, by szły ku światu na to, by świat ten zbawiać. Tak bardzo podkreślano aspekt „niebezpieczeństwa”, że w tej chwili by zachować równowagę należałoby podkreślić co innego: „konieczną obecność”. Słusznie starano się otoczyć życie zakonne wszelkimi ostrożnościami – zbyt nieraz drobiazgowymi. Nikt nie ma zamiaru przeczyć, że świat jest pełen zasadzek, że jest przeraźliwie pogański i pogaństwem swym zaraża. Trzeba unikać naiwności, być ostrożnym w opiniach i postępowaniu. Lecz skoro maszyna wyposażona jest w potężne hamulce, nie należy rezygnować z dalszej drogi ze względu na owe hamulce. Hamulec istnieje na to by ubezpieczyć wielką szybkość wozu a nie by wóz zablokować. Z całą starannością dbajmy o nasze hamulce – ale potem, patrzmy przed siebie i idźmy naprzód, nawet jeśli droga jest stroma.

Podwójna postawa wobec świata: odłączyć się od niego i kochać go równocześnie – pochodzi od znaczenia, które słowo „świat” posiada w słowach i myśli naszego Mistrza. Świat oznacza w pierwszym wypadku siły, które przeciwstawiają się Bogu. I wówczas trzeba się go strzec i walczyć z nim. Kiedy indziej chodzi o ludzi, których trzeba zbawić, mimo ich nędzy. Ale ci ludzie, prócz nędzy mają w sobie tyle prawdziwej wielkości, tyle tęsknoty za dobrem, tak dążą do Boga i tak niespokojne jest ich szukające serce.

Dialog między roztropnymi i śmiałymi podobny jest do dialogu głuchoniemych tak długo, dopóki przeciwstawia się roztropność śmiałości, jakby to były sprzeczne pojęcia. Lecz dochodzi się do zgody, gdy tylko się pojmie że roztropność jest na usługach śmiałości i że konieczne środki ostrożności są jego gwarancją bezpiecznego lotu.

Realizm apostolski

Oddzielenie zakonnic od świata nie może pociągnąć za sobą takiego odizolowania, które by przekreślało ich rolę pośredniczek między Bogiem a światem. Zakonnice nie powinny czynie wrażenia jakoby żyły w jakimś getto i znały ze świata jedynie to co zdołają zobaczyć przez okienko klauzury. Kontakt z dziećmi i chorymi nie może być jedynym miejscem ich spotkania ze światem.

Świeccy skarżą się na pewien infantylizm zakonnic i na ich naiwność, na styl z minionego wieku, na zbyt wąskie okienko uniemożliwiające im widok na szersze perspektywy i ucinające ich bezpośrednią styczność ze światem, który powinny zbawiać! Odcięta od świata zakonnica nie ma wiele szans na to, by z całym realizmem zdawać sobie sprawę z duchowej niedoli swych braci.

Nie wchodzę w szczegóły owych reguł dotyczących klauzury – choć wszyscy pragną by te reguły zostały uproszczone wraz z przebudową całego Prawa Kanonicznego mającą nastąpić po Soborze. Jednakowoż wskażemy tutaj na podstawową zasadę, według której należałoby zreformować owe przepisy. Otóż tą podstawową zasadą jest po prostu stwierdzenie, że kobieta nie może wciąż jeszcze być traktowana jako nieletnia. Przyjąwszy zaś tę zasadę trzeba również przyjąć wszystkie płynące z niej wnioski praktyczne. Nie mamy bynajmniej zamiaru negowania różnicy płci, ale w służbie Boga i bliźniego istnieje podstawowa równość między wszystkimi duszami Bogu poświęconymi. Abstrahując więc od sakramentu Kapłaństwa i od pewnych wyjątkowych okoliczności – w zasadzie należy traktować zakonnicę tak jak się traktuje zakonników, według tych samych norm, z uwzględnieniem jednak psychologii kobiecej. Kobieta przestała już być nieletnią. Nikt nie ma prawa uważać ją za niezdolną do podjęcia INICJATYW, którą w świecie podejmują dzisiejsze kobiety radośnie i odważnie na różnych odcinkach życia współczesnego.

Klauzura i apostolstwo

Wszystko to co już zostało omówione w rozdziale „Poszerzone horyzonty” byłoby przekreślone przez zbyt sztywne ujęcie klauzury. Jakżeż odpowiedzieć mnogości potrzeb, jak utrzymać konieczne kontakty z rodzicami, jak odwiedzać je po domach, jak kierować duchowo laikatem kobiecym, jak dojść do owego realistycznego podejścia tak koniecznego do apostołowania, gdyby zakonnice nauczające czy pielęgniarki miały pozostać „intra muros”? Równałoby się to zignorowaniu całego rozmachu misyjnego, którego się Kościół dziś domaga; byłoby to zwłaszcza zaprzeczeniem w całej rozciągłości obowiązku stanu zgromadzeń czynnych w dzisiejszym ujęciu tego obowiązku. Wystarczy nadmienić przykładowo, do jakiego stopnia zbyt sztywne ujęcie klauzury może przekreślić skuteczność misji zakonnic wychowawczyń doby dzisiejszej.

Gdy zgromadzenie jakiegokolwiek typu podjęło się raz wychowania chrześcijańskiego młodzieży, zobowiązało się ipso facto, na mocy obowiązku sprawiedliwości wobec dzieci, wobec ich rodziców, wobec społeczeństwa i wobec Kościoła do jak najlepszego wywiązania się ze swych zobowiązań i do używania wszystkich środków, by zapewni skuteczność samego wychowania. Otóż dzisiaj, wychowanie domaga się obecności zakonnic na różnych odcinkach, o których wczoraj nie było jeszcze mowy. Na Zgromadzeniu ciąży obowiązek integralnego wychowania.

Konieczne kontakty

Jednym słowem, zakonnica nie może być odcięta od wychowanek przepisami klauzury, tam zwłaszcza gdzie jej obecność jest konieczną do apostołowania. Musi ona móc wypełnić misję zwierzoną jej przez rodziców i Kościół. Wiadomo na przykład jak silny wpływ wywierają na młodzież rozrywki i jakim piętnem naznacza to środowisko pozaszkolne na całe nieraz życie. Istnieje zawsze ryzyko, że jeden weekend czy jedne wakacje mogą zburzyć wszystko co mozolnie latami budowała szkoła. Stąd konieczność kontaktów z dorastającą młodzieżą nawiązywanych w innych zupełnie warunkach. Tylko w ten sposób zdoła się pociągnąć tę młodzież ku organizacjom apostołującym, pokierować nią w ciągu podróży kształceniowych, czy obozów wychowania społecznego, rodzinnego czy kulturalnego.

Oprócz środowisk pozaszkolnych istnieje jednak codzienna szara rzeczywistość, która również domaga się obecności wychowawczej zakonnic. Zarówno młodzież jak ich rodzice potrzebują w razie żałoby czy nieszczęśliwego wypadku, zmartwienia czy choroby podtrzymania i pociechy z ich strony. Wyręczać się w tych okolicznościach personelem świeckim i im zwierzać wówczas opiekę nad wychowankami z powodu przepisów reguły, zabraniających opuszczenia klauzury – to zrywać ludzkie i chrześcijańskie kontakty właśnie w chwili, gdy zakonnice mogłyby najskuteczniej spełniać swą ważną i odpowiedzialną rolę, której Kościół i ludzie od niej oczekują.

Bez poszerzenia przepisów o klauzurze jakże by mogła ona odpowiedzieć swym obowiązkom wobec osób świeckich, z którymi się spotykają na każdym kroku: rodzice, personel zakładowy, byłe wychowanki? Misję swoją zdołają wypełnić jedynie wówczas, gdy mają dostęp do tych, którzy samorzutnie przecież do nich nie przyjdą – których trzeba dopiero do siebie zbliżać. Bez kontaktów jak wciągnąć najlepsze jednostki do apostołowania we własnych środowiskach? Powołania zakonne powinny być rozbudzone i podtrzymane: otóż normalnie te powołania nie rodzą się niespodziewanie i nie spadają z nieba, lecz wymagają wiele zachodu, wiele wpływu i wiele kontaktów. Trzeba te dusze zdobywać każdą z osobna. Gorliwy dom zakonny jest jakby centralą energii elektrycznej promieniejący wpływem; ale ktoś musi wychodzić by podłączać prąd i łączyć to co zewnętrzne z wewnętrznym.

Intencja apostolska

Problem nie jest nierozwiązalny, ale trzeba chcieć go rozwiązać. Dekret z 31 maja 1957 r. daje przełożonym wielką swobodę udzielania pozwoleń na opuszczenia klauzury, gdy wymagają tego działa apostolskie Instytutu. Wykluczone są „Wyjścia dla spraw osobistych i przyjemności” – co jest bardzo mądre. Nie może być mowy o wizytach prywatnych dla osobistej satysfakcji, można to uczynić jedynie celem oddania usług. Na pierwszym miejscu jest opuszczenie klauzury dla celów apostolskich, a nie należy wykorzystywać swobody udzielania pozwoleń jedynie dla zdobycia dyplomów, załatwiania spraw finansowych i dla zdrowia. Jedna z przełożonych generalnych, o tych samych zapatrywaniach, pisze nam na ten temat:

„W naszych Konstytucjach jest powiedziane: „Można wychodzić tylko w ważnych sprawach Instytutu”. Zgodnie z interpretacją dotychczas nadawaną tym słowom, stosujemy je na wychodzenie dla potrzeb zawodowych lub organizacyjnych, oraz materialnych naszych domów. Zrozumiawszy lepiej, że za „ważne sprawy Instytutu” należy uważać wszystko, co pomaga do realizacji naszego celu, to znaczy „uczyć poznawać i kochać Boga” nie zawahałyśmy się z nowego punktu widzenia objąć tymi słowami wszystkie opuszczenia klauzury, które są konieczne, by odpowiedzieć na wymagania apostolska naszych czasów”.

Klauzura i rodzina

Również trzeba przemyśleć sprawę okresowych powrotów do rodziny. Zakonnica przez powołanie wybrała nową rodzinę duchową. Jej domem jest odtąd klasztor. Nowe duchowe pokrewieństwo złączyło ją z innymi siostrami. Zresztą rozumie ona dobrze, że być w domu, u siebie, to znaczy być w klasztorze. Odwiedzin rodziny nie można uważać jako wakacji takich jakie mają pensjonarki, lecz jako pogodzenie obowiązku odejścia od świata, którego każda zakonnica słusznie pragnie – z pietyzmem i miłością rodzinką – a czasem i sprawiedliwością – względem najbliższych – nie zapominając o promieniowaniu apostolskim. Gdyż zawsze i wszędzie w rodzinie tak jak i gdzieindziej zakonnica ma wnosić Chrystusa, a wewnętrzna i ujawniająca się na zewnątrz radość będzie przekonywującym świadectwem apostolskim. Jej obecność przy ognisku domowym powinna być dla wszystkich łaską, naturalnie, że i dla niej, gdyż kontakt z rzeczywistością życia, da jej równocześnie zrozumienie drugich i większy szacunek dla swego powołania.

Nasz współczesny świat jest bardziej niż kiedykolwiek wrażliwy na delikatność w okazywaniu miłości dziecięcej. Nowe pokolenie zakonnic bez wątpienia więcej odczuwa te odcienia od starszych, które w niektórych wypadkach mogło by stracić orientację, uważając to za rozluźnienie. Należałoby pokazać tym ostatnim jak odwiedziny rodziny łączą się z tego punktu widzenia z dzisiejszą ogólną orientacją Kościoła – złączyłyby się z tym całym sercem.

W parafiach, gdzie z okazji dnia powołań zakonnica pochodzące z tych okolic mogą przyjechać – ich obecność stanie się bodźcem do budzenia powołań. I to jest normalne. Przecież one patrzą na to opuszczenie klauzury nie jak na rozluźnienie i dostosowanie się do świata, lecz przede wszystkim na wypełnienie obowiązku dziecięcego. Częstość i sposób – to są kwestie do omówienia. Zwyczaje obowiązujące mogą służyć zakonnicom jako pożyteczna wskazówka. Trzeba znaleźć rozwiązanie umiarkowane i rozumne bez drobiazgowości, biorące pod uwagę okoliczności lokalne, które by w razie potrzeby odpowiednia władza interpretowała. Nie można skrajnie określić tych odwiedzin, gdyż okoliczności mogą być różne. Przełożeni muszą się oprzeć automatycznemu orzeczeniu „jeden dzień na rok”, niech z całą świadomością umieją wziąć odpowiedzialność na siebie.

Niech wspomną na słowa Arystotelesa: „Prawdziwa równość polega na nierównym traktowaniu tego co różne”. I niech urabiają członków Zgromadzenia biorąc pod uwagę istotne dobro.

Habit zakonny

Gdy mowa o obecności zakonnic w świecie nasuwa się jeszcze inne pytanie bardziej uderzające niż poprzednie. Habit zakonny.

Instytuty świeckie z racji swego celu na ogół nie noszą odróżniającego habitu, lecz jest on przyjęty w Zgromadzeniach zakonnych.

Poprzednio wykazaliśmy konieczność zbiorowego świadectwa widocznego i zrozumiałego: habit zakonny narzuca się jako znak wyróżniający.

Posiada coś szlachetnego, przypomina wyłączne poświęcenie się Bogu i świadczy o Chrystusie wobec świata, który o nim zapomina, wspiera apostolstwo, w niejednym wypadku wzbudza zaufanie, łatwiej skierowuje rozmowę na temat duchowy, otwiera serce do wynurzeń, a dla tych, którzy go noszę jest radością i bodźcem.

Lecz ten habit musi odpowiadać uzasadnionym wymogom naszych czasów. Współczesny świat nie znosi fioków, niepotrzebnych dodatków, rurkowania, dziwaczności ubiegłego wieku, nakrochmalonych lub powiewających. Krótko mówiąc, odrzuca wszystko co wyszukane i nieproste, co niezgodne ze zmysłem praktycznym, a nawet higieną, co ukazuje zakonnicę nie tylko jako odosobnioną od świata, lecz jako wyobcowaną z jego ewolucji. Habit powinien być całkowicie dostosowany do apostolstwa zakonnicy; obecny hamuje często kontakty społeczne. W ośrodkach zdechrystianizowanych przeciwstawia się propagandzie i sprawia, że uważa się katolicyzm za niemodny i archaiczny.

Na ogół dostosowano się minimalnie. Życzono sobie radykalnego unowocześnienia odpowiadającego XX wiekowi, a nie przebrzmiałej przeszłości. Niebezpieczeństwem w tym anachronizmie jest to, że te zewnętrzne objawy nasuwają obawę pewnego wewnętrznego niedostosowania się do naszych czasów. Są habity, które nie pozwalają zakonnicom brać udziału jak najeży w aktywności apostolskiej i wychowawczej, utrudnia stosunki z mało praktykującymi świeckimi, przeszkadza pewnym dyskretnym odwiedzinom w domu.

Świeccy z miłości do historii lub folkloru mogą podziwiać habit, nie należy dlatego ulegać pokusie nie zmieniania go. Trzeba ukochać dzisiejszy Kościół, włączając się w nurt jego pragnień i życzeń. To pozostaje prawdziwe nawet gdy habit wiąże z początkami, objawieniami i mrzonkami, gdyż dusza ma przywrzeć do Chrystusa żyjącego i przemawiającego w dzisiejszym Kościele. Święci Założyciele byli wzorami wierności wobec Kościoła. Wiemy jak dusze uprzywilejowane przez Boga, jak św. Teresa z Avila, lub Małgorzata Maria wpajały wokół siebie przekonanie, iż jedynie Kościół i jego hierarchia mają łaskę wskazywania dróg i środków nadprzyrodzonych. Wierność zakonna wobec Kościoła jest hołdem złożonym wierności i duchowi Założycieli.

Prostota stylu

Oto główne aspekty poddające kontroli życie, którym się przede wszystkim interesujemy. Bez wątpienia są inne, mniej ważne z punktu widzenia apostolskiego, ale z punktu widzenia psychologicznego mogą pomóc do lepszego zharmonizowania życia zakonnego ze słusznymi pragnieniami współczesnego świata. Trzeba tam gdzie to możliwe prowadzić dialog na równej fali. Należałoby przejrzeć i zmodernizować drugorzędne aspekty życia zakonnego. Dlaczego nie zacząć okresowych porządków wiosennych, by się uwolnić od tego co hamuje i niepotrzebnie razi współczesną mentalność. Współczesna młoda dziewczyna lubi styl jasny, prosty, zwykły, szczery. Żeby się nie wyobcowała przez słownik „który nie uchodzi”, przez upomnienia i pewny rytuał z minionej epoki. Te rzeczy same w sobie względne i drobne mają dla współczesnych ważność symbolu. Nie trzeba, by zwyczaje, które wyszły z użycia, zatrzymały na progu wahające się powołanie. Nie można cofać się przed drobnymi ofiarami. Chodzi tu o powołania: one są ważniejsze od przypadkowych eliminacji.

Odczytajmy słowa skierowane przez Piusa XII do wychowawczyń, które na tych stronach chcemy skomentować i wyjaśnić. „Sztuka wychowania jest pod wieloma względami sztuką dostosowania się do temperamentu, charakteru, zdolności, potrzeb, słusznych aspiracji współczesnej młodzieży … dostosować cię do rytmu ogólne o postępu ludzkości” /maj, 1951r./.

We wrześniu 1952 r. Papież powtarza zlecenie w związku z kryzysem powołań. Domaga się od Przełożonych, by czuwały, by zwyczaje, sposób życia lub asceza rodzin zakonnych nie stanowiła przeszkody lub pewnego rodzaju klęski. Mówimy o pewnych zwyczajach, które o ile kiedyś miały jakiś sens w innym kontekście kulturalnym, nie mają go dzisiaj i które stanowiły dla młodej, gorliwej, odważnej dziewczyny przeszkodę w jej powołaniu i apostolstwie.

Adaptacja przeciwieństwem rozluźnienia

Na zakończenie rozdziału o wymaganych adaptacjach koniecznych w apostolstwie, pożytecznie będzie „postawić kropkę nad i”.

Nie trzeba popełniać błędu. Adaptacja o której tu mówimy nie ma w sobie nic z rozluźnienia, ani kompromisu z duchem świata. Zakonnice, które by chciały zmodernizować swoje życie i swoje Instytuty w tym sensie wykazałyby całkowite niezrozumienie naszej myśli. Bo apostolska adaptacja nie prowadzi do luksusu i przesadnego komfortu, by iść za wszystkimi upodobaniami, by być „na bieżąco” i rozsiewać około siebie płytkiego ducha świata. Nie, tu chodzi o całkiem inną adaptację, której owocom są: życie zakonne, tym bardziej zakonne, bo apostolskie, bardziej intensywne życie modlitwy, ducha wymagającego większego wyrzeczenia, bardziej autentycznego ducha nadprzyrodzonego. Wymagana swoboda działania nie sprzeciwia się ani dyscyplinie, ani posłuszeństwu. Realizacja będzie się dokonywać pod kontrolą Przełożonych czujnych i otwartych na aktualne potrzeby. Praca apostolska daleka od pretekstu ulegania naturalnym skłonnościom stanie się same przez się twardą szkołą umartwieniu, pokuty i zaparcia się. Gdy wiemy jakiego zaparcia się siebie wymaga założenie ekipy apostolskiej, gdy się doświadczyło, ile kosztuje doprowadzenie do Boga jednej duszy, zdajemy sobie sprawę, że natura nie prowadzi daleko i że aby wytrwać trzeba się zanurzyć w nadprzyrodzoności.

Ufamy, że te uwagi usuwają wszelkie nieporozumienia, a także pomagają do zrozumienia głębokiego znaczenia tych słów.

Rozdział XI
Wymagania odpowiedniej formacji

Czytający te słowa mógłby mieć pokusę skonfrontowania w rzeczy samej naszkicowanego ideału z pewnymi sytuacjami, co przedstawiłoby nasze propozycje jako utopijne. Zdajemy sobie doskonale sprawę, że urzeczywistnienie ideału dokonuje się stopniowo i wymaga czasu, trzeba brać ustawicznie pod uwagę psychologię ludzką, indywidualną i zbiorową.

Dlatego należy teraz przystąpić do problemu kluczowego do osiągnięcia celu: odpowiedniej formacji naszych zakonnic, by mogły stawić czoło obecnym wymaganiom ich powołania.

Ta formacja musi iść w kilku kierunkach, potrzebnych i nawzajem się uzupełniających. Musi być duchowa, apostolska, zawodowa i społeczna. Kolejno przestudiujemy te aspekty.

FORMACJA DUCHOWA

Nowicjat

Formacja duchowa odbywa się w ramach roku kanonicznego, do którego Kościół przywiązuje wielką wagę i co powinno być skrupulatnie zachowane. To jest jasne: młoda dziewczyna, która opuszcza świat, by się poświęcić Bogu musi zacząć od odsunięcia się od świata, który opuściła. Powinna odkryć to co dotychczas przeczuwała: zażyłość z Bogiem, Wzywając ją jak ongiś Andrzeja i Jana powiedział jej Mistrz: „Przyjdź i zobacz” i zaprasza ją do rozszerzenia powoli horyzontów swego życia duchowego. Musi nauczyć się poznawać siebie, naprawiać swoje błędy, odkrywać sens i wartość ślubów, oraz życia wspólnego. Nowicjat powinien utwierdzić jej duszę w pokoju, ustalić jej powołanie – stać się przedłużonymi rekolekcjami na obraz 40 dni spędzonych przez Jezusa na puszczy przed rozpoczęciem życia publicznego. Kościół życzy sobie, by przyszła zakonnica była Marią zanim stanie się Martą, w jedności tego samego powołania.

Przed nowicjuszką otwiera się nowy świat. Musi odkryć czym jest modlitwa, ustawiczne zjednoczenie z Bogiem, życie w obecności Bożej. Musi się nauczyć patrzeć oczyma wiary, spodziewać się niewidzialnych rzeczywistości, kochać już nie własnym sercem, ale Bożym. Powinna wniknąć w tajemnicę Chrystusa, pojąć wzniosłość życiodajną doktryny o Ciele Mistycznym i Odkupieniu. Winna zrozumieć duchowe macierzyństwo Maryjne, wykorzystując je w życiu. Powinna zaznajamiać się z żywotami Świętych, tej Ewangelii w obrazach … To wszystko nie jest dziełem jednego dnia i powinno dojrzeć. Nawet wyliczanie tylko tych pierwszych wymagań wskazuje, że nie jest łatwo odpowiedzieć na tak rozległe potrzeby, z braku czasu a także i braku kierownika w małych kongregacjach, te zyskałyby tworząc z odpowiednimi zastrzeżeniami wspólny nowicjat. Lecz ta nie wystarcza. Każdy odczuwa konieczność jak największego utrwalenia i uzupełnienia tego co aktualnie istnieje. Siłą rzeczy, konieczna początkowa formacja nie może dać w ciągu jednego lub dwóch lat pełnego wprowadzenia. To dało początek idei wielkiego Juvenatu.

Wielki Juvenat

Stolica św. popiera tę inicjatywę, która dąży do przedłużenia w inny sposób okresu formacji. Życzy sobie odnowienia stopniowego, kilkuletniego juvenatu lub według określenia krajów języka angielskiego – junioratu. Wyrażenie juniorat ma w języku francuskim inne znaczenie, więc lepiej jest używać słowa „wielki Juvenat” lub jakiegoś lepszego wyrażenia.

O. Gambari z Kongregacji zakonników w ten sposób sprecyzował jego cel: „Celem wielkiego Juvenatu jest prowadzić dalej, umacniać i doskonalić ogólne i szczegółowe wykształcenie religijne i zarazem dać wykształcenie zawodowe, konieczne do odpowiedniej pracy apostolskiej. To wszystko powinno być ożywione i kierowane przez osobisty rozwój religijny, będący odpowiedzią podwładnej na formację religijną i zawodową”. Jeżeli chodzi o czas trwania, dorzuca: „Minimum dwa lata, a maksimum 5 lat” – powinno być poświęcone na wielki Juvenat. Należy określić okres trwania w tych granicach zależnie od potrzeb i możliwości każdej rodziny zakonnej”[14]. Każdy widzi jak ta nowość, chociaż dopiero w początkach może w pełni dowartościować życie religijne.

W czasie okresu obejmującego nowicjat i wielki Juvenat należy specjalnie pogłębić nie tylko życie duchowe, właściwe każdemu chrześcijaninowi, ale też specjalnie zakonne w duchu danego Zgromadzenia. Decydującą dla formacji apostolskiej będzie praktyka ślubów. Jeżeli śluby przedstawi się jako środki oderwania się by być bardziej do dyspozycji, praktyka ślubów nie tylko nie będzie się przeciwstawiać, ale przeciwnie, będzie sprzyjać zapałowi apostolskiemu. Znaczny wpływ na kierunek życia zakonnego wywrze wprowadzenie w praktykę posłuszeństwa. Dlatego musimy się nad tym chwilę zatrzymać.

Wychowanie do autentycznego posłuszeństwa

Jest ścisła łączność między ślubami zakonnymi, a łączność tę realizującą ślub posłuszeństwa, rdzeń życia zakonnego. Czym w istocie jest stan zakonny – pisze Dom Lottin – jeżeli nie podporządkowaniem osoby i całego życia służbie Bożej?

Zdając swoją wolę przełożonemu, zakonnik oddaje mu a przez niego Bogu wszystkie akty z niej wypływające – innymi słowy materią ślubu ubóstwa i czystości. Można z całą pewnością powiedzieć, że ślub posłuszeństwa sięga przedmiotu innych ślubów i obejmuje w ten sposób całe życie zakonne[15].

Posłuszeństwo zajmujące centralne miejsce w życiu zakonnym domaga się szczególnie uważnej formacji. Posłuszeństwo musi być przeżywane jako cnota pozytywna, pobudzająca, a nie jako zachęta do bierności. Źle zrozumiane prowadziłoby do zahamowania zapału misjonarskiego; przeciwnie, dobrze zrozumiane gwarantuje jego pełny rozwój. Posłuszeństwo nie oznacza braku osobowości i inicjatywy, odpowiedzialności, lecz głębokie oddanie Bogu swej woli, by Mu lepiej służyć według linii wykreślonej przez władzę – interpretatorkę Bożą. Posłuszeństwo tylko wtedy przynosi owoce, gdy jest otwarte, wzajemne i ze zrozumieniem. Nie należy mieszać poddania z biernością, autentyczne poddanie przyjmuje lojalnie otrzymane polecenie po uwzględnieniu racji, jeżeli zajdzie potrzeba wzięcia pod uwagę lepszej decyzji. Zakonnica najbardziej bierna, nie jest ani najbardziej poddana, ani najbardziej posłuszna.

Przede wszystkim posłuszeństwo nie jest ćwiczeniem w zaparciu się, chociaż je w sobie zawiera. Przede wszystkim jest to przylgnięcie do dobra ogólnego wyrazu woli Bożej, a nie wyrzeczeniem swej woli, poddaniem się osobie. Każdy podwładny i przełożony ma służyć na swoim miejscu. Nigdy nie należy zapominać, że tak przełożeni jak i podwładni powinni być formowani w duchu współodpowiedzialności istotnej, gdy chodzi o dobro prowadzonego wspólnie dzieła. Do przełożonego należy ostateczna decyzja, ostatnie słowo. Ale nie przedostatnie. Jest normalne i dobre, by podwładnych pytać i by przed zapadnięciem decyzji wziąć pod uwagę ich punkt widzenia. Dobro ogólne wymaga by to było uczynione z szacunkiem i lojalnością, a w niektórych wypadkach prywatnie, po czym należy przyjąć powziętą decyzję. Umotywowanie posłuszeństwa jest konieczne z obawy, by nie minąć się z celem. Myśląc, że przede wszystkim, dlatego słucham, by zaprzeć swoją wolę, prowadzi do impasu; naprzód słuchamy, nie po to, by się umartwiać, ale by służyć Bogu i bliźniemu. Nie słuchamy dla przypodobania się komuś, ale by odpowiedzieć woli Bożej. Bierny konformizm nie jest posłuszeństwem, ono nie ma nic wspólnego z „dobrowolnym paraliżem”.

„Bierność prowadzi naturalnie do „stanu quo” i infantylizmu. Jeśli się jest dorosłym nie ma się prawa słuchać, jakby się dorosłym nie było. To nie znaczy, że takie posłuszeństwo jest gorsze, przeciwnie. Prawdziwe posłuszeństwo zapomina o sobie i jest natchnione cnotą teologiczną wiary – widzi Chrystusa we władzy. Wychowanie tak rozumianego posłuszeństwa jest dziełem taktu i wyczucia przeżywanego tak z jednej jak i z drugiej strony pod nieustannym kierownictwem Ducha św. Prawdopodobnie dla kobiety to jest trudniejsze niż dla mężczyzny. Jednego dnia Pius XII zwrócił na to uwagę Matkom Generalnym: „Bez wątpienia słuszne jest twierdzenie psychologii, że kobiecie nie udaje się tak łatwo jak mężczyźnie utrzymanie równowagi przy okazywaniu dobroci i surowości” /15.IX.1952 r./. Oznaką prawdziwego autorytetu jest rozkazywanie bez tłumienia osobowości podwładnego, lecz przeciwnie, uwzględniając jego inicjatywę i inteligencję.

Szacunek dla naturalnych wartości

Pełna formacja zakonna nie może ograniczyć się tylko do wprowadzenia w cnoty nadprzyrodzone i śluby: powinna też podnosić naturalną wartość prawości, lojalności, sprawiedliwości i zmysłu społecznego.

Trzeba rozwinąć w „jutrzejszej” zakonnicy, poszanowanie taktu, dyskrecji, szacunku; niech nauczy się jasno mówić i wyrażać. Niech uzna wartość czasu i znaczenie milczenia. Musi być otwartą i dzielić się swoimi bogactwami, a także słuchać, być „całą skierowaną na cudze istnienie”. Musi rozwijać z odpowiednią równowagą bogactwo serca: oschłość uczuć nie jest wartością. Jak pisał O. Voillaume: „Doskonałe umiłowanie musi rozwijać uczuciowość nie tylko czystą ale i wzbogaconą i lepszą, która wyrażałaby się w stosunku do Boga i ludzi całym bogactwem czułości, przyjaźni, słodyczy i mocy ludzkiego serca. Doskonałość ludzka nie może polegać na okaleczeniu tego co jest najpiękniejszego w człowieku. Nie można serca tłumić, brutalnie hamować, ale trzeba nim kierować, nie wolne niszczyć uczuciowości, lecz ją oczyszczać i opanowywać. To nie jest to samo, gdyż chodzi tu nie o umniejszenie i tłumienie, lecz by serce rozszerzyć, uczuciowość uczynić delikatną, by jedną i drugą oddać na służbę nadprzyrodzonej miłości”[16].

By łaska działała na dobrym gruncie musimy rozwijać cnoty naturalne, gdyż ludzie świeccy są bardzo wrażliwi na wartości kontaktu. Wszystko co odczłowiecza i pozbawia zakonnicę kobiecości zmniejsza jej możliwości apostolskie. Trzeba się strzec każdego śladu jansenizmu, jednostronne naleganie na cnoty nadprzyrodzone nie powinno pociągać za sobą zaniedbania cnót naturalnych.

Formacja apostolska

Formacja duchowa byłaby niebezpieczna, niekompletna, gdyby nie szła w parze ze stopniową, teoretyczną i praktyczną formacją apostolską. Podejmując tę formację musimy zdawać sobie sprawo z nowych danych, które w dzisiejszych czasach się narzucają. Największym nowym faktem to odzyskanie świadomości przez świeckich o ich misji apostolskiej w Kościele. Z czego wynika, że wychowanie apostolskie zakonnicy byłoby niezupełne, gdyby jej nie przygotowało do roli, która ma odegrać ożywiając laikat kobiet, któremu musi ustawicznie towarzyszyć. Wprowadzenie apostolskie ma na celu nauczenie zakonnicy dawania Chrystusa światu, jak ma praktykować Ewangelię według jej wszystkich wymagań i jak z kolei wciągać ich, by się stali apostołami chrześcijaństwa.

Zakonnica musi otrzymać podwójne przygotowanie apostolskie. Z jednej strony musi się przygotować do swego zadania wychowawczyni lub pielęgniarki uzupełnionego bezpośredniego apostolstwa, z drugiej musi się nauczyć jak formować laikat, rozszerzać Akcję Katolicką w świecie. Stolica św. mówiąc o środkach rozwijania zmysłu apostolskiego daje następujące wskazówki do 47 art, statutu generalnego z „Sedes Sapientiae”: „Podczas formacji i probacji Przełożeni i Mistrzynie nie zaniedbają wyrabiania u swoich uczniów zamiłowania do apostolstwa. Co więcej wezmą sobie za obowiązek pouczenie w umiarkowany sposób, stosownie do myśli Kościoła i natury oraz celu każdego Instytutu”.

Równocześnie przypominamy o przyrzeczeniu złożonym na Światowym Kongresie Wyższych Przełożonych w Rzymie – o czym wspomina „Osservatore Romano” 10.XII.1957 r. „Kongres składa przyrzeczenie dotyczące członków nie kapłanów tak męskich jak i żeńskich instytutów zakonnych czynnych, że zwrócą specjalną uwagę na konieczną rolę jaką mają odegrać w tworzeniu, formacji, organizacji i ożywianiu apostolstwa dorosłych laików. Do nich należy pod kierunkiem kleru i w ścisłym z nim porozumieniu, współpracować nad stanem misji całego Kościoła łącząc się w potrójnym zadaniu poleconym kapłanom przez Jego Świątobliwość Piusa XII, wynajdywania współpracowników świeckich, formowania ich i posługiwania się nimi, by wzmóc wydajność apostolską” /List do Kaznodziejów W. Post. 1954/.

Ta rola może być porównana do roli kadr podoficerów w armii, elementu koniecznego do łączenia i współpracy. By mogli skutecznie wypełnić tak ważny punkt ich powołania zakonnego – jest pożądane dla formacji i ćwiczenia laikatu, praktyczne wprowadzenie do apostolstwa.

To stopniowe prowadzenie apostolskie nie rozporządza jeszcze dotychczas własną metodą, której brak daje się odczuć.

Rzadki jest wrodzony dar apostolstwa. Mało ludzi posiada naturalny i nadprzyrodzony dar apostolstwa. Lecz można się tylu rzeczy nauczyć, a wiara w Ducha św. nie dyspensuje z potrójnej i praktycznej nauki stosunków między ludźmi i między grupami.

Trzeba wiedzieć, że łaska jest wszechwładna, lecz wymaga od nas miłości Boga, nie tylko z całego serca, lecz także z całego umysłu, z metodą, wyobraźnią i zmysłem organizacyjnym.

Powinno się już raz stworzyć metodologię apostolstwa, gdzie studiowano by oraz określano drogi i środki do osiągnięcia celu. Lecz już teraz można konfrontować doświadczenia celem orientacji.

Kilka warunków wymaganych przy wprowadzeniu apostolskim

By to wprowadzenie było odpowiednie musi być praktyczne. Nie wystarczą kursy teoretyczne. Praktyki nic nie zastąpi. Wszystkie teorie pływania nie są warte … basenu pływackiego. Nieodzownym środkiem formacji jest powolna, ustawiczna, oparta o życie nauka.

To praktyczne wprowadzenie musi być stopniowe i rozciągnięte na szereg lat.

Wtedy wyda stosowne owoce, myśli umiarkowane i kontrolowane. Musi być włączona w całość formacji, z pewnym prawem obywatelstwa a nie może być usunięta na margines zwykłego życia – jako coś przypadkowego.

Z powyższego wynika, że przygotowanie apostolskie powinno się rozwijać odpowiednio do całości obowiązków wymagających realizacji.

Nie tylko zakonnice wychowawczynie, ale także i pielęgniarki będą w przyszłości przez dzieci i chorych w kontakcie z rodzicami, rodzinami, dawnymi wychowankami i dawnymi chorymi i świeckim personelem. To znaczy, że problem laikatu dorosłych w ten lub w inny sposób stanie przed nimi; należy się przygotować nie tylko do ich własnych funkcji, ale także do roli zelatorek. Rozległość przygotowawcza będzie zależała od różnych okoliczności czasu i miejsca, należnie od tego czy domy zakonne działają na ziemi chrześcijańskiej czy w okolicach zdechrystianizowanych – spotkają się z różnymi problemami, do których muszą być przygotowane. Nie kreślimy żadnego schematu, lecz tylko informujemy.

Wprowadzenie apostolskie powinno zapoznać się nie tylko z problemami, ale też i z różnymi aktualnymi ruchami i dziełami wspierającymi obecne wysiłki chrystianizacji. Trzeba się zapoznać z kierownictwem głównych dzieł tak duchowych jak i charytatywnych, rodzinnych i społecznych, szczególnie różnych ruchów młodzieżowych oraz Akcji Katolickiej tak ogólnych jak i specjalnych według różnorodnego całokształtu jaki obejmuje w naszych czasach Akcji Katolicka. Jeżeli nie można się zapoznać szczegółowo i praktycznie z wszystkimi ruchami i dziełami, trzeba przynajmniej dać się wprowadzić częściowo w te dzieła w których będzie się grało rolę i które z woli biskupów mają być specjalnie podtrzymywane. Nie jest konieczne umieć organizować wszystkie ruchy, lecz trzeba znać kilka z nich do głębi, a inne dostatecznie, by móc wciągnąć i zorganizować młodzież i ośrodki, do których można dotrzeć.

Formacja zawodowa

Oprócz formacji duchowej i apostolskiej nieodzowna jest formacja zawodowa, kto przyjmuje zadanie wychowawczyni lub pielęgniarki musi doskonale wypełnić obowiązki zawodowe pod względem technicznym. Zakonnice winny się wyróżniać swoją wartością, to jest elementarny obowiązek sprawiedliwości względem sobie powierzonych – a równocześnie wzmaga pośrednio możliwości religijnego wpływu.

W liście do zakonnic całego świata w wigilią Soboru Ojciec św. Jan XXIII mówi do nich: „Niech te wszystkie, które oddają się życiu aktywnemu przypomną sobie, że nie tylko przez modlitwę, lecz przez dzieła osiągnie się nową orientacją społeczeństwa, natchnioną Ewangelią.

A ponieważ na polu wychowawczym, miłosierdzia, Opieki Społecznej nie można używać osób, które by nie były przygotowane do zwiększonych wymagań nałożonych przez aktualne przepisy, starajcie się z posłuszeństwa studiować i zdobywać dyplomy konieczne do przezwyciężenia trudności. I tak oprócz waszej osobistej kompetencji lepiej ocenią waszego ducha poświęcenia, cierpliwości i ofiary” /2.VII.1962/.

Trzeba wyjść z tego założenia, że każda zakonnica choćby mało z natury uzdolniona może i powinna być technicznie wartościowa. Trzeba złożyć Bogu hołd, nie zagrzebując najmniejszego talentu w ziemi. W naszych rozwiniętych kulturalnie krajach nie brak środków do zawodowego pogłębienia każdej zakonnicy.

Pius XII mówił na temat nauczających 13.IX.1951 r.: „Starajcie się przeto o dostarczenie dobrego przygotowania i formacji odpowiednich do kwalifikacji wymaganych przez państwo. Dajcie im hojnie czego potrzebują szczególnie książek i techniki, by mogły, nawet później, śledzić postępy wiedzy i techniki i dawać młodzieży bogatsze i solidne żniwo wiadomości. To jest zgodne z pojęciem katolicyzmu, który w wdzięczności przyjmuje to co jest naturalnie prawdziwe, piękne i dobre, jako obraz prawdy, piękna i dobroci Bożej”.

Najzdolniejsze zakonnice powinny być formowane, by zabierały głos we wszystkich zagadnieniach ludzkich, w których chodzi o życie łaski w duszach i posłuszeństwo prawu Bożemu. Nic nie powinno im być obce: przerywanie ciąży, rozwody, świadome macierzyństwo, eutanazja i moralność publiczna, przestępczość i zaniedbanie młodzieży lub prawa społeczne, statut dla kobiet …: wartościowi księża poświęcili się studium tych zagadnień, lecz brak nam zakonnic kwalifikowanych i wyspecjalizowanych w tych problemach”.

Papież niczego nie wyklucza z tego szerokiego wachlarza: trzeba dać możność każdej, by jej talenty przyniosły owoce, czy to chodzi o nauczanie, pielęgnowanie chorych, opiekę społeczną. Można pragnąć, ażeby zakonnice kierowały biblioteką książek i czasopism, by mogły się udawać na kongresy i zebrania naukowe, i by one były dostępne dla wszystkich zainteresowanych zakonnic. Podróże dla informacji i studiów powinny być dozwolone tym, które mogłyby w ten sposób korzystać ze szczęśliwych pomysłów innych. Powinny naśladować innych w tym, co czynią w swoim zawodzie pod impulsem państwa lub inicjatywy prywatnej.

Nie należy obawiać się zbyt wysokich aspiracji. Jeżeli kobieta zajmuje dziś takie stanowisko w życiu społecznym, to i zakonnica kwalifikowana przez swoją formację zawodową powinna być na tym samym poziomie wpływów. Zakonnica ma do odegrania swoją rolę wszędzie tam, gdzie się urabia opinia publiczna, gdzie przygotowuje się prawo tyczące wychowania ogniska rodzinnego, zdrowia.

Formacja społeczna

Ażeby odpowiedzieć dzisiejszym oczekiwaniom, zakonnice powinny znać rzeczywistość społeczną świata, w którym żyją.

Powinny znać nie tylko nędze ludzkie, ale także ich powody. Muszą wejść w wielkie problemy społeczne, które wpływają na życie ludzi współczesnych. W razie powodzi zalewającej pokój nie wystarcza wycieranie podłogi, ale trzeba szukać miejsca, którędy przedostaje się woda i tam tamować. Miłość nie jest indywidualna między poszczególnymi osobami, jest też społeczna. Co to znaczy kochać bliźniego jak siebie samego? To nie tylko dawanie jałmużny albo świadczenie dobrodziejstw poszczególnym osobnikom, lecz nachylenie się nad społeczeństwem jako takim, by łagodzić brak równowagi i by zajaśniała sprawiedliwość.

Nie należy zapominać, że postęp społeczny jednym zamachem może usunąć lub złagodzić nędzę materialny i moralną milionów ludzi. Trzeba by nasze zakonnice umiały ustalić swoją pracę we współczesnym kontekście społecznym, zdając sobie sprawę z aktualnych czynników psychologicznych świata. To wszystko domaga się otwarcie przyjęcia – obecności.

Uczące powinny wprowadzić uczennice w wielkie problemy klasy robotniczej i we wszystko co zawierają te trudne słowa: niesprawiedliwość i nędza społeczna. Trzeba by dorosła młodzież z bliska poznała strapienia rodziny z powodu choroby, niepewności jutra, niedostatecznego wynagrodzenia, by ujrzała nory mieszkaniowe i ich brud. Niech zetkną się z krańcowymi wypadkami, które nasze prawa źle bronią, lub wcale nie bronią; by zrozumiały powody buntów ludności jak strajki lub nienawiść społeczną. Nasza młodzież powinna być tak urobiona by obierając zawód zdawać sobie sprawę z obowiązku służby społecznej w nim zawartej. Klasa rządząca ulegnie silnemu wpływowi osądu moralnego czynów społecznych dorosłej młodzieży, która powinna zachowywać się po chrześcijańsku nie tylko w życiu prywatnym, ale także społecznym. Powinna dołożyć swoją cząstkę współpracy do koniecznej poprawy.

Wszystko co Encyklika „Mater et Magistra” wymienia i dotyka tego, co powinno w ich oczach zrealizować się konkretnie i radykalnie. Trzeba umieć tworzyć ekipy społeczne i pomocnicze, które by uczyły młode kobiety z klas dostatnich iść ku nędzom fizycznym i moralnym nie macierzyńskością i pobłażliwością, ale z głębokim poczuciem służby i jasnego uświadomienia wymagań sprawiedliwości społecznej.

To wszystko wymaga wprowadzenia problemu społecznego do formacji młodzieży. Źle patrzy się dziś na wychowawczynię, która nie zna wielkich prądów przenikających naszą epokę i nie pojmuje głębokich powodów wirów w naszym społeczeństwie. Jedną trzecią świata objął komunizm: nie można go zignorować, nie wystarczy potępić. Trzeba uchwycić genezę i część prawdy, która była powodem narodzin, zanim poważnie potępimy jego ateizm.

Musimy mieć odwagę patrzeć w oczy różnym sytuacjom. Jak razu pawiego pisał ksiądz R. van den Hout: „Nasza zachodnia cywilizacja w swojej pierwszej misji osiadła na mieliźnie. Jako chrześcijańska mogła i powinna była schrystianizować świat. Głęboko oderwana od religii zbytnio szukała w tym świecie korzyści czysto ziemskich nawet bardzo materialistycznych. Lecz gdy nasza biała rasa wzbogaciła się niewiarygodnie – stało się to kosztem ogromnych i strasznych niesprawiedliwości społecznych. Jej lichwiarskie zgarnianie pieniędzy i utworzenie olbrzymiego proletariatu, grzeszna beztroska wobec skrajnej nędzy milionów i setek milionów ludzi niedożywionych i umierających z głodu wzbudziła i nagromadziła olbrzymią niechęć, łatwą zdobycz dla apostołów pseudo-oswobodzicieli ludzkości”.

Formacja społeczna wymagana od zakonnic nauczających, obowiązuje chociaż w innej formie też i inne kategorie zakonnic będących w kontakcie ze światem. Każda z nich ma zbliżyć i dać duszom, które Opatrzność stawia na ich dradze to, co mają najlepszego: żyjącego Chrystusa. Lecz muszą sobie zdać sprawę, że na te dusze wpływa otaczający świat i że nie umieją opierać się falom uderzającym w nie. Muszą poznać prądy, by ustalić kierunek swego działania i także by pomóc do chrystianizacji ośrodków formujących dusze, które je dechrystianizują. Msgr. Bonnet, kapelan generalny Akcji Katolickiej robotników we Francji nie wahał się przed oświadczeniem: „Przez kobietę ośrodek robotniczy stanie się z powrotem chrześcijański, a dzięki zakonnicy kobieta robotnica stanie się elementem oświeconym i skutecznym dla chrystianizacji świata robotniczego”.

To oświadczenie zasługuje na przyjęcie i to w odniesieniu do wszystkich klas społecznych.

Formacja społeczna odpowiednio dostosowana do poszczególnych zgromadzeń da zakonnicy niezrównaną przenikliwość i to będzie z korzyścią dla rzeczywistości zbliżenia się i skuteczności jej apostolstwa.

USTAWICZNA FORMACJA

Nieustające wychowanie

Te różnorodne zachęcające formacje w c asie lat wielkiego Juvenatu mogą być uważane za skończone po ich ukończeniu. Nasza epoka weszła na drogę nieustannego wychowywania z powodu stałego rozwoju technicznego. Pod groźbą szybkiego wyprzedzania go musi być inżynier lub doktor „au courant” rozwoju swego zawodu. To jest obowiązek sprawiedliwości dla lekarza wobec chorego, który ma prawo do skutecznego leczenia. Otrzymanie dyplomu jest coraz rzadziej zakończeniem studiów, raczej jest to punkt wyjścia. Jeden uczony francuski powiedział żartobliwie, że „jego kraj jest krajem, gdzie się wiele uczy w szkole, gdzie się z trudem zdobywa dyplomy, co pozwala na nieuczenie się niczego w życiu”, Strzeżcie się fetyszyzmu otrzymanych dyplomów i wszelkiego zahamowania.

Ta ustawiczna formacja jest dziś niezbędna dla naszych zakonnic i przełażeni będą nad tym starannie czuwać. Jeżeli z punktu widzenia wydajności przemysłowej organizuje się powtórki dla techników w okresach zwanych „recyclage”jest normalne i słuszne, by z punktu widzenia wydajności duchowej – wznawiano powtarzające się okresy poświęcone powrotowi do źródła. Dzieci światłości mogą z pożytkiem w tym wypadku uczyć się od dzieci świata.

Formacja duchowa i apostolska muszą się ścigać z obawy przed utratą równowagi.

Wymagania zawodowe prowadzą wiele zakonnic do zyskiwania dyplomów wymaganych i stąd mają na tym punkcie wartościową formację. Jeżeli poziom religijny i duchowy nie podnosił się równomierni z biegiem lat ryzykowalibyśmy stracenie równowagi i aspekt ludzki zwyciężyłby aspekt chrześcijański. Świat bardziej potrzebuje pełnego chrześcijaństwa humanistycznego niż humanizmu chrześcijańskiego. To wymaga odpowiedniej i ustawicznej adaptacji. Zgodziliśmy się na podniesienie poziomu intelektualnego i zawodowego naszych zakonnic pod naciskiem żądań państwa. Należałoby by nasze własne wymagania życiowe doprowadziły do dania pierwszeństwa całkowitej formacji zakonnej i aby ta do głębi się rozwinęła.

Inicjatywy

Pewna ilość Zgromadzeń organizuje w tej lub w innej formie rodzaj trzeciego roku lub drugiego nowicjatu. Te inicjatywy domagają się uproszczenia i pogłębienia. Widzimy od razu konieczność grupowania małych zgromadzeń, by mogły korzystać z tych „recyclage” wymagających ekipy kształcącej, trudnej do zwerbowania na miejscu.

Te powtórzenia powinny mieć zapewnioną okresową regularność, którą należy ustalić. Powinna ująć wszystkie aspekty życia naszych zakonnic, to znaczy nie tylko życie duchowe, lecz także życic modlitwy, zawodowe, społeczne. Każdy z tych aspektów ma swoje własne wymagania. Pogłębienie życia duchowego może się dokonać w domu „ad hoc” w milczeniu, skupieniu, na rekolekcjach, lecz nie można tego dokonać w tych samych warunkach, gdy chodzi o inne formy. Tu musi mieć miejsce okresowe wprowadzenie nowych metod apostolstwa, zabrać się do zdobytych doświadczeń, odnowić swoje teoretyczne i praktyczne wiadomości zawodowe i społeczne. To wszystko wymaga kontaktów, przesunięć, nawet stażów. Przeto trzeba pomyśleć o potrzebach każdego rodzaju udzielania pomocy. Te cztery aspekty muszą być zapewnione: jednakże nie jest wymagane, by w ciągu roku każdemu z nich poświęcić kilka miesięcy. Odbędą się studia, by wyszukać najlepsze sposoby podziału i stopniowania ich.

To będzie wymagało ofiar, dostosowania i wysiłku pomysłowości, by kolejno zwalniać zakonnice, nieraz trudne do zastąpienia na ich stanowisku. Lecz dla takiego celu warto się potrudzić.

Zakonnice poświęciły swoje życie Bogu w swoich Zgromadzeniach; słusznym jest, by ono zrobiło wszystko co w jego mocy, by sprzyjać renowacji, która by pogłębiła oddanie naturalne i nadprzyrodzone tych poświęconych dusz.

Trzeba podjąć inicjatywy, które by każdą podniosło do tego poziomu. Przełożona i asystentki powinny kochać każdą z Sióstr indywidualnie i rozwijać w każdej wszelkie możliwości oraz dary naturalne i nadprzyrodzone. To należy do ustawicznego kształcenia, do którego trzeba dążyć. Niczego nie zaniedbać, by przeciwdziałać niebezpieczeństwu sklerozy i by osiągnąć by Panu służono w radości. Mówi się: „Dusza wznosząca się podnosi świat”. Zakonnica maksymalnie wartościowa pod wszystkimi względami pociągnie swoimi świetlanymi ścieżkami wciąż rosnącą liczbę dusz. Przełożeni mają obowiązek ambicji na punkcie swoich zakonnic: zostały wybrane przez Boga i Bóg rozporządza obfitą rezerwą łask, by zezwalać stosownie odpowiedzieć na ich powołanie.

Rozdział XI
Jak przynaglać dogłębną renowację

Renowacja, o której mowa na tych stronicach zależy od zgodności wysiłków wewnętrznych i zewnętrznych, to znaczy przez i dla Zgromadzeń zakonnych.

W tym rozdziale chcemy zanalizować co można w samym łonie Kongregacji przyśpieszyć – wykorzystać dla promocji apostolskiej zakonnicy i odwrotnie z czego może skorzystać z odnowienia duszpasterskiego, które Kościół pragnie wprowadzić na wszystkich szczeblach.

Ta promocja zależy od postawy jaką zajmą w sprawie klauzury i rozkładu czasu. Stagnacja w tych dziedzinach zagraża już z góry klęską wszelkim próbom renowacji. Pozytywna integracja życia zgromadzenia z zebraniami apostolskimi, o których będziemy mówić, będzie konkretną gwarancją chęci adaptacji.

Jak już powyżej powiedzieliśmy nie potrzeba, by konieczne kontrole przeprowadzała każda zakonnica poszczególnie: ślub posłuszeństwa obowiązuje ją do zachowania Reguły, a nie do modyfikowania jej, lecz może przyczynić się do współpracy, o ile kompetentne władze umożliwią jej to. Gdyż tylko do nich należy regulowanie procesu rewizji. Dlatego trzeba w pełni wejść w perspektywy renowacji. Jaką drogę należy obrać w tym wypadku? Wydaje się nam, że pierwszy krok należy do Kapituł Generalnych.

Kapituła Generalna

W każdej Kongregacji kapituła generalna przewiduje okresową kontrolę Konstytucji. A więc mamy czynnik, od którego to zależy; najpierw powiedzmy kilka słów o jego ustroju.

Każdą Kongregacją rządzi zwyczajnie jeden z jej członków, przełożona generalna z towarzyszącą jej radą, w sposób nadzwyczajny – Kapituła Generalna. Od Kapituły Generalnej – najwyższej władzy Instytutu zależy przede wszystkim konieczność kontroli. Wchodzi ona w swoje normalne prawa czuwając nad adaptacjami wymaganymi przez nowe warunki i potrzeby. Według świadectwa jednego z przełożonych generalnych bardzo poważnej Kongregacji rozgałęzionej w całym świecie – chodziło prawie wyłącznie o zachowanie tradycji. Dopiero za czasów Piusa XII, a przede wszystkim od pierwszego Kongresu Zakonników w 1950 i 1952 r. i Przełożonych Generalnych, wkroczono zdecydowanie na drogę adaptacji. Ów przełożony generalny na zapytanie – jakich w jego mniemaniu należy unikać na Kapitule Generalnej raf podwodnych, wymienił następujące punkty:

„Kapituły są niekiedy improwizowane, a prawie zawsze niedostatecznie przygotowane. Panuje improwizacja, gdy Kapituła została zwołana zaraz po śmierci Przełożonego Generalnego. Brak przygotowania jest wywołany brakiem stałej informacji do bezpośredniego przygotowania do Kapituły Generalnej. Trzeba by dostatecznego porozumienia członków, przedwstępnych studiów i ankiet. Ponadto nie powinno być zbyt długiej przerwy między dwoma Kapitułami, w naszych czasach, gdzie wszystko rozwija się w przyśpieszonym tempie. Poza tym Kapituła ma naprawdę reprezentować Kongregację. Często reprezentacja jest jednostronna. Potwierdza to nadmierna przewaga członków z prawa nad wybranymi, przełożonych nad członkami z szeregu. Szczególne ujęcie posłuszeństwa zakonnego skłania pewną ilość zakonników do delegowania na Kapitułę Przełożonych, do wybierania raczej starszych niż młodszych, a w Zgromadzeniach o różnych polach pracy stawianie jednego sektora nad drugi. Innym szkopułem jest przywiązywanie głównej wagi do przyszłych wyborów a uważaniu innych spraw, tzn. problemów adaptacji jako skromny, przypadkowy dodatek. Także podkreślenie ważności aspektu zakonnego kosztem apostolskiego. Oraz dążność do utrzymania tradycji zakonnych a nie adaptacji ich.

Po otwarciu Kapituły należy unikać dalszych przeszkód. Przełożony generalny ze swą Radą powinni pamiętać o tym, że w czasie trwania Kapituły nie mają prawa decyzji. Delegaci na Kapitułę mają właśnie obowiązek kontroli ich rządów i podkreślania wagi tego co uważają za korzystne dla Zgromadzenia. Kapituła może się minąć z celem przez źle zrozumianą postawę uległości Kapitulantów, którzy nie mają odwagi podkreślenia braków i stawiania wniosków z obawy przed niezadowoleniem tego lub owego przełożonego lub by nie uchodzić za zbyt rewolucyjnego. Nie trzeba tracić z przed oczu, że się jest delegowanym na Kapitułę, by słuchać co podyktuje przełożony generalny, lecz by wspólnie badać i uchwalać. Trzeba się oprzeć pokusie mierności i łatwizny; na koniec, by nie przedłużać Kapituły skłaniamy się do zdania się, gdy chodzi o zbadanie problemów, na mądrość przełożonego generalnego i jego Rady … zamiast traktowania je w sposób żywy”.

Te obserwacje wydają się nam bardzo ważne. Ażeby zaradzić jednemu ze wskazanych niebezpieczeństw, niedostatecznym przygotowaniom, trzeba by się przejąć przykładem danym przy przygotowaniu Soboru. Komisje przed przygotowawcze, następnie komisje przygotowawcze oczyściły teren i systematycznie przeglądnęły otrzymanych 9 tysięcy punktów.

Oczywiście ankiety przygotowawcze na Kapitułę Generalną muszą być wypełnione z całą swobodą, dyskrecją i szczerością. Nie zawsze jest łatwo otrzymać prawdziwą reakcję, gdyż nie lubimy przynajmniej otwarcie mówić rzeczy, o których przypuszczamy, że mogą być przykre dla przełożonej. Trzeba by z „oczyma i uszami otwartymi” urządzać ankietę poważną i na ściśle określone pytania.

Można by z pożytkiem spytać o zdanie niektórych zaufanych świeckich. Np. można by postawić im pytanie: „Co z tego co widzą w życiu zakonnym powstrzymuje młodą dziewczynę i „odwraca ją od powołania”. Pytanie bez wątpienia częściowe nie poruszające różnych kwestii przeszkadzających z zewnątrz rekrutacji zakonnic, ale proste i sprecyzowane, wchodzące w nasze ogólne kwestie: jak z zewnątrz przyśpieszyć odnowę, której Kościół pragnie? Nietrudno zobaczyć co osiągnęłaby realna Kapituła poprzedzona ankietą pogłębioną przez wszystkich członków Zgromadzenia.

Zmiana przełożonych

Gdy chodzi o przyśpieszenie renowacji od wewnątrz – pierwszorzędnej wagi jest kwestia długości trwania mandatu przełożonych.

Rada centralna innej poważnej Kongregacji zakonnej zagadnięta o ten punkt przesłała mi notę zabierającą szerokie doświadczenie w tej materii, która brzmi podobnie jak nota wyżej cytowana w sprawie Kapituły Generalnej: „Stwierdzamy – piszą, że z małymi wyjątkami większość zgromadzeń zakonnych ma Radę centralną złożoną w większości i wyłącznie ze starszych członków. Również dość powszechnie stwierdzamy, że wybory na odnowienie mandatu odbywają się według psychologii dość partykularnej, łatwo u zakonnic o uczucia, by nie okazać się niewdzięczną wobec ustępującej przełożonej, mimo że inna bardziej się nadaje na ten urząd, głosuje się opierając się na powyższej postawie. Skądinąd, gdy swoboda jest teoretycznie gwarantowana, często obawiają się mylnie czy słusznie, że ostatecznie głos nie pozostanie tajnym i to hamuje pełną swobodę. W końcu, gdy przełożona generalna mianuje według swego upodobania sztab przełożonych lokalnych, te więc, które są jej oddane, będą członkami z prawa Kapituły Generalnej. Z tego wynika, że tendencja do status quo może przeważyć.

Ustawodawstwo wchodzące w życie samo przez się niezależnie od osób zainteresowanych jest elementem immobilizmu i wielką przeszkodą w odnowieniu wewnętrznym. Trzeba pragnąć by przy rewizji Kodeksu zdać sobie sprawę z tej sytuacji i wyszukać środki zapobiegawcze. Wystarczy przejrzeć kilka punktów.

Należy ulepszyć procedurę stosowaną przy wyborach, udzielając większej gwarancji swobodzie i tajemnicy. Członkinie Kapituły, to znaczy osoby powołane do wyboru przełożonej generalnej powinny przynajmniej w równej ilości być wybrane spoza członkiń biorących udział z prawa.

Trzeba by podnieść procentowo ilość głosów wymaganych przy odnowieniu mandatu i wstrzymać się stosownie do życzenia Kongregacji dla zakonnic od uciekania się do postulacji, która upoważnia ze specjalnym pozwoleniem do przedłużenia mandatu poza granice regulaminu. Należałoby zaznaczyć prawnie wolę Kościoła, okresowej zmiany kadr, określić granicę wieku i wyrazić życzenie, by z zasady dawna przełożona nie wchodziła w skład nowej Rady centralnej, tak jak to ma miejsce w tradycji.

Należałoby wzmocnić prawo, które zabrania wywierania nacisku wprost lub ubocznie na wybór i bardziej surowo odnosić się do zezwolenia na mianowanie przełożonej lokalnej, której mandat dopiero co wygasł w innym domu, gdyż w końcu dochodzi do tego, że jest całe życie przełożoną zmieniając tylko domy. Zakonnicom jest trudno przyjąć, że dawna przełożona przestała nią być i poszła do szeregu.

To jest poziom prawny. Lecz jasne jest, że ta renowacja powinna oprzeć się na fundamencie psychologicznym, stwarzając mentalność sprzyjającą jej perspektywom. Chodzi też o odmłodzenie. Można się spodziewać, że zakonnice będą szczęśliwe, gdy widząc jasno życzenie Kościoła dzisiejszego dążącego do największego dobra Zgromadzenia dostosują się do jego dyrektyw.

E. Kard. Larraona, ówczesny Sekretarz Kongregacji Zakonników wypowiedział się na ten temat z pożądaną jasnością, gdy mówił do Wyższych Przełożonych zebranych na Kongresie w Rzymie w 1952 r.: „Św. Kongregacja nie sprzyja ponawianiu wyborów poza granicami określonymi przez Konstytucje; nawet zasadniczo sprzeciwia się im. Przełożeni i kapitulanci są obowiązani zachowywać prawa Kościoła, tak jak ich podwładni. Przedłużone przetrzymywanie tych samych osób na ich urzędach, przeszkadza formacji innych przełożonych i zacieśnia do małego kółka możności wyboru … Ewentualne postulacje – św. Kongregacja będzie surowo sądzić, gdyż zatwierdzenie ponownego wyboru po wyznaczonym terminie, będzie wyjątkiem, który powinien być rzadki”. /Św. Kongregacja dla Zakonników, Acta et Documenta Congressus Internationalis Superiorissarum Generaliom 1952, str. 271/.

Dla Przełażonych powinno być radością przygotowanie zwolnienia, zwiększenie odpowiedzialności by regularnie wciągać kadry nowych elementów idąc coraz bardziej za duchem czasu – a Pan Bóg wie, czy dość szybko się rozwijamy w tym wieku kosmicznych lutów.

Przełożone Generalne zebrane na Kongresie w Rzymie w 1952 r. wypowiedziały się zresztą w następującym przyrzeczeniu odnośnie przełożonych lokalnych: „Odnośnie ciągłej formacji i doskonalenia przełożonych … Nie należy wykluczać młodych od dopuszczania ich do urzędów, nie prosić o to czego Prawo Kanoniczne nie chce, nie prosić o ponowny wybór tych samych osób, gdyż Kościół chce by obserwować i zachowywać Konstytucje instytutu, które uważają za dobre, by przełożone zmieniały się na swoich urzędach, nie były pozbawione dobra posłuszeństwa. Niech pamiętają, że jeżeli inne warunki są mniej więcej te same między dotychczasową Przełożoną a nową, lepiej jest wybrać nową. W ten sposób zniknie się pożałowania godnych kryzysów, osiągnie tym większą liczbę zakonnic przygotowanych do rządzenia”. /Sacra Congregatio de Religiosis, Acta et Documenta Congressus Intemationalis Superriossarum Generaliom, 1952, str. 299/.

Skądinąd, jakiż piękny przykład daje przełożona, gdy otrzymawszy obediencję, ukazuje przez swoją pokorną radość prawdę, której nauczała.

Jeżeli później ofiarują jej nowy mandat będzie uszczęśliwiona tym nowym spojrzeniem z „poza bariery”, bliższa swoim będzie gotowa bardziej niż kiedykolwiek do lepszego służenia.

Okresowa rewizja

Okresowa rewizja jest normalna i zbawienna. Reguła musi wejść w życie; co właśnie wymaga jej rozwoju w miarę. Poza tym raczej Dyrektorium niż Konstytucje będą przedmiotem rewizji. Pierwsze są vademecum życia codziennego: duch Reguły ucieleśnia się w tysiącu konkretnych szczegółów. One blokują względnie wspierają swobodę akcji apostolskiej. Trzeba je starannie sprawdzić, gdyż ich przepisy kierują życiem. Zdarza się, że z czasem Zwyczajnik staje się przeszkodą i zawadą raczej niż bodźcem i oparciem dla inicjatywy.

Gdy Zwyczajnik obowiązuje od dziesiątek lat, można być z góry pewnym, że stoi na alarmującej pochyłości, że niektóre klauzule nie mają nic wspólnego z potrzebami życia.

W razie koniecznej rewizji trzeba wykonać pracę negatywną – wyeliminowania wszystkiego co z dawnych przepisów przeszkadza realizacji apostolskiej, następnie należy przewidzieć wszystko co pozytywnie pozwoli na formację w czterech punktach, o których mówiliśmy.

Zebrania apostolskie

Wśród inicjatyw wspierających i wspomagających odnowienie apostolskie należy podkreślić organizowanie zebrań między-zakonnych. Ich wyłącznym celom będzie pobudzić każdego do wysiłku, by coraz wspaniałomyślniej odpowiadał na wymagania apostolskie współczesnego Kościoła. Nawet tę zasadę zebrań powinny Konstytucje potwierdzić, a Dyrektorium i Zwyczajnik określić ich sposób.

W istocie integracja działalności apostolskiej powinna znaleźć oficjalne miejsce w życiu zgromadzenia. Ta działalność nie może pozostawioną być losowi ani traktowaną jak ubodzy krewni. Nie można jej traktować po amatorsku, a jeszcze mniej sprzeniewierzać się posłuszeństwu. Przeciwnie, potrzeba by ten dział pracy był wcielony w normalne życie zgromadzenia, a nie pozostawał na jego marginesie. Te „zastrzeżone godziny” powinny stanowić część normalnego życia i być włączone w inne obowiązki, jako ćwiczenie duchowne innego typu, ale takim samym duchem ożywione. Całe Zgromadzenie ma być w tym zaangażowane; jest normalne, że ujmuje się w stałe ramy, okresowe uregulowane zebrania apostolskie. Te zebrania, przewidziane w rozkładzie dnia i pracy zaliczy się do zwykłej działalności apostolskiej, uwzględniając zespołową wzajemną kontrolę i harmonię przy rozdzielaniu zajęć. Nietrudno zrozumieć konieczność zebrań zgromadzenia w pewnych odstępach czasu, dla wyznaczenia i określenia kierunku, w którym powinny być zorientowane wysiłki każdej, by śledzić realizację i ją koordynować. Inaczej ryzykujemy, że będziemy się kierować zachciankami i sporadyczną inicjatywą. Zgromadzenie nie dorośnie do nowych wymiarów swego apostolstwa, jeżeli każdy z członków nie będzie miał określonego zadania odsłaniającego nowe możliwości akcji zakonnej z obowiązkiem sprawozdania. Te zebrania są konieczne dla zwartości pracy i rozwoju ducha. Można by je porównać do ćwiczeń duchownych, określonego, ale niewyłączonego czasu modlitwy, przeciwnie modlimy się w określonym czasie celem lepszego przyzwyczajenia się do życia w klimacie modlitwy. Zebrania apostolskie o których mówimy są potężnym środkiem utrzymującym duszę w ciągłej czujności apostolskiej.

Jeżeli Zgromadzenie jest liczne, wskazane jest podzielić je na grupy po 10-12 zakonnic pod nazwą „ekipy apostolskie”. Ten podział zapobiegnie zbyt długim zebraniom, zwaloryzuje oddanie każdej i zapewni maksimum osobistej odpowiedzialności.

Aby zapobiec rozproszeniu, okresowe zebrania koordynacyjne mogą gromadzić wszystkich członków lub tylko przedstawicielki. Naturalnie, że to wszystko powinno się odbywać pod egidą posłuszeństwa: do przełożonych należy wskazać odpowiedzialnych za członków każdej grupy i do kontroli ich działalności.

Te ekipy dostarczą zgromadzeniu wszystkich korzyści, która przynosi psychologia grupy w porządku ludzkim. Korzystając z dyskrecji pozwolą zakonnicom oddać ogółowi to co mają najlepszego. Po udanym eksperymencie, będzie zależało od Kapituły Generalnej danie temu „prawa obywatelstwa”.

Bylibyśmy szczęśliwi, gdybyśmy się dowiedzieli o inicjatywach, by móc pobłogosławić doświadczeniom będącym w toku[17].

Kontrole apostolskie

To wszystko dotyczy do ruszenia z miejsca sprawy odnowienia. Gdy raz powzięto postanowienie, może być pożyteczne przygotowanie kwalifikowanych przewodniczących, które mogłyby równocześnie pobudzać do inicjatywy i pomagać wprowadzać w życie zgromadzenia zebrania apostolskie, o których wyżej mówiliśmy. Tego rodzaju zadanie mogłoby być powierzone wizytatorkom apostolskim, to znaczy zakonnicom specjalnie obowiązanym do tego w życiu zgromadzenia, które mogłyby się dzielić z innymi swoim doświadczeniem. Można by wybrać je z grona zakonnego danej kongregacji lub zaprosić jako współpracownice z innego zgromadzenia o większym doświadczeniu. Ta pomoc ułatwiłaby bardzo ruszenie z miejsca, ochroniłoby to od chodzenia po omacku i przed fałszywymi krokami. Tysiące pytań rozwiązuje się najlepiej ustnie, sama obecność tych wizytatorek byłaby cenną zachętą, by stawie czoło szeregowi niemożliwości, które jedna po drugiej dadzą się rozwiązać, jeżeli się ma odwagę wierzyć w ich rozwiązalność.

Rozdział XIII
Jak przyśpieszyć odnowę od zewnątrz?

Dla dojścia do pełnej waloryzacji apostolskiej musi się współczesną zakonnicę wspierać od zewnątrz – wzywać wszelką możliwą współpracę i podnosić autorytet.

Zdarza się wyjątkowa okazja zaznaczająca decydujący zwrot w rozwoju życia zakonnego pod względem apostolskim. Tą okazją jest ni mniej, ni więcej jak Ekumeniczny II Sobór Watykański, który odbywa się w Rzymie ze szczególnym celem popierania odnowy duchowej Kościoła na wszystkich szczeblach.

Sobór

Biskupi wypowiedzieli i przesłali tysiące życzeń. Zachodzi obawa, że przełożeni naszych Kongregacji nie dali dostatecznie poznać swego zdania i swoich pragnień, dotyczących tego, co krępuje lub hamuje ich promieniowanie i żywotność. Lecz jeszcze nie jest za późno: to czego nie zrobiło się przed Soborem, można zrobić później. Byłoby rzeczą naturalną, by na kilku komisjach doradczych posoborowych znalazło się miejsce dla nich, by nie zostawić samym duchownym troskę o rozstrzygnięcie tysięcy różnych kwestii tyczących życia zakonów żeńskich. W każdym razie jest pożądania godnym, by była możność dialogu.

Ale to sprawa przyszłości.

Tymczasem obecnie Sobór mógłby czynić krok decydujący w kierunku promocji apostolskiej zakonnic stwarzając komisję poświęconą specjalnie zbadaniu tego problemu. Mógłby ustalić kilka podstawowych dyrektyw przygotowując w ten sposób komisję na zbadanie Kodeksu prawa kanonicznego, która przystąpi do dzieła zaraz po ukończeniu Soboru. Naturalnie, że Kodeks Kanoniczny podlega okresowym reakcjom, gdyż nadawanie prawa musi mieć oparcie o życie a nie odwrotnie. Jest naturalną rzeczą, że kodyfikacja jest trochę w tyle za wymaganiami życia, które domaga się adaptacji. Dla dodania odwagi projektodawcom szczęśliwych pomysłów, jeden z kanonistów rzymskich lubił powtarzać: „Bądźcie rzeką, a my kanoniści przygotujemy wam koryto rzeczne”. Lecz by kanoniści mogli użytecznie pracować, trzeba przedstawić im dezyderaty, by dodać im odwagi. W tej nadziei można by się starać z szacunkiem, ale usilnie, by Ojcowie Soboru zechcieli wypowiedzieć:

  • potwierdzenie zasady nowej roli zakonnic jako ożywiającej laikat żeński tak dorosłych jak i młodzieży.
  • życzenie by dano odpowiednie przygotowanie do tego zadania młodym zakonnicom przez teoretyczne i praktyczne wprowadzenie do apostolstwa.
  • życzenie by nie było w Konstytucjach niczego co by hamowało konieczność apostolstwa w obecnym świecie i by pod tym kątem dokonać rewizji Konstytucji.
  • życzenie, by życie zakonne było w ten sposób zorganizowane, by to nowe zadanie weszło w pełni w życie zgromadzenia, miało tam przyznane miejsce, pełne prawo, przez organizowanie zebrań ad hoc, które by kontrolowały i pobudzały specjalną działalność.

Zgoda Soboru na te życzenia miałaby nieobliczalne skutki i dałaby decydujący impuls.

Unia Wyższych Przełożonych

Adaptacja w łonie każdej Kongregacji mogłaby znaleźć silne poparcie z zewnątrz, dzięki współpracy organizacji już ustalonych. Federacje diecezjalne zakonnic oraz federacje narodowe mogą być wskazanymi narzędziami odnowienia, podobnie jak Unia Przełożonych Wyższych, które za impulsem Stolicy św. niemal wszędzie powstały. Do nich należy zwyciężać inercję, rutynę, lenistwo duchowe lub intelektualne, które we wszystkich domenach dążą do statu quo. One ułatwiają zakonnicom konfrontować ich problemy, wymieniać zapatrywania, wypracowywać konkretne propozycje poddając je wyższym władzom. Te okresowe rozdroża nasuwają wybitne możliwości postępu. Stolica św. zresztą je wywołuje celem koniecznych adaptacji, niewątpliwie część problemów, które mogą być rozważone tyczy wewnętrznego trybu życia zakonnic, lecz większość to sprawy apostolskie. Należy je rozważać wytrwale szczególnie idąc naprzeciw potrzebom apostolstwa – uwzględniając własny kierunek każdej instytucji.

Można się cieszyć widząc pełny rozkwit całego szeregu Unii, grupujących zakonnice uczące, pielęgniarki i wychowawczynie parafialne. Została podjęta praca, która bardzo uzasadnia nadzieje. Książki i publikacje, kongresy, posiedzenia naukowe przystępują odważnie i obiektywnie do problemów życia zakonnego.

Stolica św. nie szczędzi zachęty. Kwestia sytuacji zakonnic jest wystawiona na światło dzienne. Można tylko pragnąć czynnego udziału zakonnic kwalifikowanych w poszukiwaniu konkretnych dróg i środków. Nie wystarczy słuchać konferencji, Trzeba urządzać ankiety, podsuwać praktyczne wnioski, krótko, zaprząc się do dzieła może na wielką skalę, ale które zasługuje na wszelkie poświęcenie.

Szczególnie trzeba się cieszyć widząc organizowanie zebrań dla formacji przełożonych.

Zebrania dla formacji przełożonych

U podstaw każdej poważnej reformy spotykamy istotnie problem formacji przełożonych. Do lat ostatnich wybór musiał wszystkiemu wystarczyć. Jesteśmy w trakcie zdawania sobie sprawy, że trzeba napełnić przepaść: mnożą się zebrania formacji dla przełożonych. Jesteśmy na dobrej drodze. Tym bardziej, że te zebrania nie obejmują tylko dosłownie samych przełożonych, lecz także asystentki, mistrzynie nowicjatów, te wszystkie, które z jakiegokolwiek tytułu mają w rękach losy zgromadzeń zakonnych. Trzeba, by przełożona umiała stanowić ze swojej Radą ekipę i by dała przykład kolektywnego wzięcia ciężaru zgromadzenia, powiedziano „na to by być rozumnymi musi być ich wiele”. Musi być wielość także by być mądrym i by harmonizować uzupełniające aspekty, a także by uniknąć materializmu przywiązującego do osoby i zbyt tłumiącego. Władza zyskuje podnosząc znaczenie współpracowniczek jej przydzielonych. Poza tym Kościół w swym prawodawstwie podkreślił rolą władzy w kierowaniu domów zakonnych. Każda formacja, która dąży do pouczenia przełożonych jak działać wspólnie ze swoją Radą, będzie wybitnie dobroczynna.

Centra formacji

Może bardzo sprzyjać odnowieniu tworzenie centrum formacji dla zakonnic. Powstały już niektóre celem umożliwienia dostatecznie przygotowanym zakonnicom bardzo ważnego wykształcenia filozoficznego i teologicznego. Dlaczego miałoby być wykluczone, by zakonnice w ten sposób wykształcone dawały rekolekcje i dni skupienia lub kierowały zebraniami duchownymi i apostolskimi dla młodych dziewcząt i dorosłego laikatu żeńskiego.

„Regina Mundi”, Instytut Papieski dla zakonnic założony w Rzymie, gdzie wykłady odbywają się w 4 językach, wskazuje przez własne swoje istnienie w jakim kierunku Stolica św. prowadzi zarys studiów. Niewątpliwie dojdzie do tego, że osiągnie on pełny kształt przez dodanie wprowadzenia apostolskiego.

Należy sobie życzyć, że powstaną także „Centra metodologii apostolstwa”, gdzie będą wykładać teoretycznie i praktycznie wszystko co może udzielić apostolstwu mocy przenikliwości.

Trzeba się nauczyć praktyki apostolstwa i jak innych w nie wprowadzać: wymaga to umiejętności odkrywania apostołów, przekonywania i wciągania. To wymaga umiejętności organizowania i koordynowania różnorodnego apostolstwa. Tego nie można dokonać bez praktycznych wiadomości, spraw wewnętrznych z pomocą stażu, głównych ruchów apostolskich, uważanych przez hierarchię za konieczne w danym okręgu.

Dla zbadania problemów teoretycznych zużyto całe bogactwo refleksji: trzeba użyć tej samej energii w konkretnym poszukiwaniu dróg i środków w porządku praktycznym. Nie wystarczy znać posłannictwo i dokładnie sformułować jego treść. Trzeba nauczyć się praktycznie – bo tego się uczy – jak naturalnie i nadprzyrodzenie umieć je drugim przekazać. Tego rodzaju szkoły, autonomiczne lub przyłączone do istniejących Instytutów oddałyby dla formacji zakonnic nieocenione zasługi. Powinny się stać dla apostolstwa tym czym dla katechizacji są centra takie jak „Lumen Vitae”. Lecz powtarzamy, te centra powinny być skierowane ku wprowadzeniu praktycznemu: trzeba się oprzeć pokusie, by cię nie ograniczać do konferencji i kursów teoretycznych.

Całkiem naturalnie marzy się o roli, którą mogłyby w tej dziedzinie odegrać Szkoły Normalne, które kształcą nauczycielki „jutra”. Gdyby można tam wypracować program metodologii apostolstwa i udzielić dyplomu tego rodzaju, powstała by jakby szkoła ramowa i zrobiono by krok w kierunku intensywnego oddania apostolskiego dla naszych instytutów nauczających.

Pragniemy podjęcia inicjatywy, by powołać te punkty metodologii i postarać się o programy i realizację. Doświadczenie wydobędzie najlepsze metody odpowiednie do tego nowego typu nauczania, wymaganego dziś rozległością problemów apostolskich narzucających się i szczególnie dotyczących zakonnic, dzięki roli jaką mają odegrać jako zelatorki laikatu, który je otacza.

Zgrupowania

Potężnym środkiem poparcia ich oddania się jest zgrupowanie rozproszonych sił: rozproszenie i rozdrobnienie sił są przede wszystkim powodem osłabienia energii, daje się żywo odczuć konieczność zgrupowania nielicznych zgromadzeń: Stolica św. zasadniczo bardzo temu sprzyja i mnoży zatwierdzenia form zgrupowań. Jedną z takich form jest federacja wprowadzona dla mniszek: Federacja zapewnia autonomię, przewidując równocześnie wzajemne świadczenia. Poza Federacją powstały ważne ugrupowania np. Unia, która łączy kongregacje tego samego typu. Jest cała gama możliwych odcieni, w różnych stopniach łączą one zjednoczenie z autonomią. Mogą się złączyć albo dwie kongregacje lub większe przyjmie do swego grona mniejszą. Niewątpliwie te zgrupowania mogą przyśpieszyć w sposób cenny upragnione reformy i umożliwić odpowiednie formacje. Każdy wypadek jest w swoim rodzaju i nie podobna rozważać wszystkich aspektów tej kwestii. Chodzi tylko o to, by zaznaczyć rolę zgrupowań w perspektywie odnowienia. Nie można tego lekceważyć i a priori zasługuje ona na życzliwy osąd i zbadanie zgromadzeń rzeczywiście ograniczonych.

Nietrudno dostrzec dobrodziejstw o których słyszymy w podobnej fuzji: szerszy wybór na ważne posterunki kongregacji, uniknięcie podwójnych urzędów, uwolnienie sił, zużytkowanie nieruchomości i dóbr, które mogą zwiększyć pole działania.

Rzeczywiście miłość dusz połączona z prawdziwym oderwaniem od siebie, prowadzą przełożone generalne z całą Radą, do zapomnienia o sobie, przeciwstawienie się zbyt naturalnym skłonnościom i przewagę poglądów pełnych wiary dla spraw Boga, by rozważyć możliwości takiej fuzji.

Nie trzeba biernie czekać aż władza kościelna poweźmie inicjatywy albo dojdzie do takiej sytuacji, że Fuzja nie będzie już możliwa. Niech wszystkie przełożone generalne mają odwagę zrobienia pierwszego kroku, przekroczenia granic i przygotowania zbawiennej dla wszystkich Unii. Skoro stworzą klimat i ukończą prace zbliżające, rola władz kościelnych będzie uproszczona: pozostanie jej tylko sankcjonowanie Unii już w sercach zrealizowanej.

Tam, gdzie zgrupowania podobnych zgromadzeń okażę się niemożliwe, jest wskazane jak już powiedzieliśmy, by zjednoczyć siły celem założenia wspólnego nowicjatu dla szeregu Kongregacji, które pozostaną nie zależne, lub także zorganizować drugi nowicjat, o czym już wspomnieliśmy: nasze kongregacje zyskają wiele uwalniając się z izolacji i partykularyzmu. Coraz częściej wchodzą w szczęśliwy zwyczaj wspólne rekolekcje i dnie skupienia międzyzakonne. Doświadczenie potwierdza, że taka, wymiana między kongregacjami jest dla wszystkich bodźcem i źródłem owocności.

Zgrupowanie jest praktycznym sposobem do korzystania z wartościowych prelegentów i kaznodziei. Ci są zbyt nieliczni w stosunku do różnorodnych zgromadzeń zakonnych, by mogli zadośćuczynić w obecnej sytuacji ich potrzebom.

Ta gwałtowna zmiana poziomu wskazuje, że przeróżne drogi mogą prowadzać do upragnionego i tak doniosłego odnowienia w szerokiej mierze.

Obietnica na przyszłość

Na zakończenie tych stronic pozostaje nam zwrócić nasz wzrok ku przyszłości i zobaczyć co wnosi promocja apostolska zakonnic w nadzieje rechrystianizacji.

Można powiedzieć, że przyszłe społeczeństwo będzie takie jakie będą rodziny chrześcijańskie, a te będą obrazem zakonnicy, która wykształciła przyszłe narzeczone, matki, chrześcijanki świadome swych obowiązków apostolskich.

Ogromna odpowiedzialność, lecz powołanie o tyle wspanialsze, że tkwi w sercu życia naturalnego i nadprzyrodzonego.

W sercu rodziny

Ks. A. Rijckmans pisał: „Przez kobietę nastąpi reforma społeczeństwa lub całkiem nie nastąpi”. Te słowa sięgają głęboko. Można je zastosować dosłownie do społeczeństwa chrześcijańskiego, które będzie takie jakim go uczyni kobieta chrześcijanka. Gdyż to ona buduje kamień za kamieniem państwo ziemskie i Państw Boże.

Rodzina ta komórka społeczna par excellence, jest także pierwszą komórką Kościoła. Jest pierwszym sanktuarium, zbudowanym z żywych kamieni w którym Bóg urządza sobie mieszkanie.

Kto buduje rodzinę, konstruuje Kościół – to jest podstawa zbawienia świata.

Dla zakonnicy, która zrozumiała te stronice rodzina będzie zawsze ostatecznym celem jej działania. Instynktownie umieści w swoim kontekście rodziny, młodzież, którą wychowuje i chorych powierzonych jej trosce. Każda zakonnica będąc w gruncie rzeczy wychowawczynią – nauczycielka czy pielęgniarka – pozostanie nią do końca – złączona z rodziną, czy będzie chodziło o stworzenie, utrwalenie, uzdrowienie ogniska rodziny chrześcijańskiej. Będzie wychowawczynią także aż do końca wobec laikatu żeńskiego, z którego powinna wydobyć wszelkie możliwości chrześcijańskiego promieniowania.

Zazwyczaj zakonnica pochodzi z głęboko chrześcijańskiego ogniska rodzinnego. Obraz tej ogniska powinien być stale żywy przed jej oczyma jako wezwanie do sprawienia, by Chrystus żył w innych duszach. Nie powinna wpatrywać się w ten obraz jako w przyszłość, lecz jako projekt na przyszłość – na służbę drugim.

Jakim cudem dla ziemi i nieba jest rodzina, która w pełni poddaje się królowaniu Pana!

Razem się w niej modli, a ta modlitwa rodzinna łączy dusze węzłem mocniejszy od węzłów krwi.

Przystępują do Komunii św. ramię przy ramieniu i pozostawia się Panu przeobrażenie na Jego obraz, każdego członka, który się Nim żywi.

Pracują tak w jednym duchu obowiązku, widząc rodziców żyjących po chrześcijańsku na wszystkich sektorach życia, odkrywają nawet tego nie spostrzegając, sens apostolstwa i poświęcenia, podstawy wspaniałomyślnych powołań.

U źródła powołań

Zakonnica strzeże w swym sercu, chociaż niekompletny ten obraz rodziny chrześcijańskiej, by go dać światu. Nawet chociaż jej działalność nie jest bezpośrednia – pracuje wybitnie dla rodzin poprzez wychowywanie młodzieży lub pielęgnowanie chorych. Młodzież, chorzy, starcy, otwierają jej wstęp do rodzin: nie może o niej nigdy zapomnieć i wyciąga z tego wszystkie konsekwencje. Uczestnicząc w chrystianizacji rodziny, zakonnica przygotowuje grunt w którym mogą zakiełkować i dojrzeć wielkie powołania; tę rolę o której mówi Pan Jezus w Ewangelii, która ulegle przyjmuje ziarno i oddaje się by wzeszło żniwo. Te wybrane powołania staną się powołaniami apostolskimi, laickimi, zakonnymi, kapłańskimi.

Powołania laickie

Powołania laickie z jednej strony przygotowuję, podtrzymują i są dalszym ciągiem pracy kapłana, z drugiej zaś chrystianizują przez naturalne i nadprzyrodzone promieniowanie ich życia swój ośrodek pracy.

Któż nie widzi ogromnego pola pracy, które staje przed zakonnicami przygotowanymi do tej misji i powołanymi do budzenia, ożywiania, organizowania laikatu żeńskiego, który, powtarzamy – bez nich nigdy nie dorósłby do wysokości zadania.

Powołanie zakonne

Pan nie daje się prześcignąć we wspaniałomyślności: na wspaniałomyślność czynnych zgromadzeń odpowie zapewnieniem zmian, których potrzebę boleśnie odczuwamy. Będą pierwszymi pobłogosławionymi nowymi powołaniami. Przyciągnie je potężnie widok odwagi apostolskiej zakonnic.

To odnosi się też do powołań kontemplacyjnych niezbędnych w Kościele, dla dostarczania prądu o wysokim napięciu, dla wzmocnienia wszystkich wysiłków apostolskich. Zakonnice kontemplacyjne wybrały milczenie i całkowite odsunięcie się od świata z miłości ku Bogu, na wzór Świętych. Zakony czynne wybrały słowo i przekazywanie Boga w tym samym porywie miłości, milczenie jednych karmi nauczanie drugich, klęczące wypraszają moc dla chodzących. Liczbę zakonnic kontemplacyjnych ocenia się około 60 tysięcy. W porównaniu z milionem zakonnic są garstką, jak napisano. Przedwieczny Pan zatrzymuje dla Siebie Samego z kapitału ludzkiego.

Powołania kapłańskie

W końcu to samo odnosi się do powołań kapłańskich, wyrazu najwyższego upodobania Boga. Bez kapłaństwa, widzialnego pośrednictwa Chrystusa wśród nas, znikłby zapał powołań apostolskich, załamałby się z braku ożywienia i oparcia, życie sakramentalne zostałoby zatamowane. Bez kapłaństwa nie byłoby Eucharystii – bez kapłaństwa ludzkość zginęłaby z niedożywienia duchowego.

Niewątpliwie te wszystkie łaski zależą od Boga, ale też i od współpracy ludzi i najpierwszą odpowiedzią człowieka Bogu jest odpowiedź ogniska rodzinnego.

Poświęcając swoje życie młodzieży i chorym, a przez nich zbawieniu rodziny, zakonnica tkwi w samym sercu przyszłości religijnej i moralnej kraju.

Ona dzierży klucze królestwa. Kościół może do niej odnieść słowa Pisma św. mówiąc: „Mój los spoczywa w twoich rękach”.

Pod znakiem radości

Przyjmując promocję apostolską, o której była mowa na tych stronach – zakonnica nie tylko oddaje nieocenione usługi światu, lecz znajduje w tym także dla siebie tajemnicę najpełniejszego rozkwitu religijnego.

Godząc się być do głębi wychowawczynią będzie praktykować w większym stopniu cnoty teologiczne wiary, nadziei i miłości. Nic nie będzie bardziej sprzyjało ich pełnemu rozbojowi. Serce musi się rozprzestrzeniać, gdy w miarę rozszerzania się horyzontu płuca wdychają ożywcze powietrze. Owocem przejęcia będzie wielka radość. A w Kościele obudzi się wielka ufność. Niech się nie obawiają!

Gdy Jezus wezwał św. Piotra, by przeszedł doń po falach, wszystko było dobrze tak długo jak wzrok Piotra był zatopiony w oczach Mistrza. Z chwilą gdy Piotr odwrócił swoje oczy by zmierzyć fale u swych stóp, przeląkł się i zaczął tonąć. I Nasz Pan musiał mu rzec: „Człowiecze, małej wiary, czemuś zwątpił? Ta strona Ewangelii, ta specjalnego tytułu ma wielkie znaczenie dla władz zakonnych do pobudzenia zapału apostolskiego naszych czynnych Kongregacji.

Jeszcze dziś mówi Mistrz do nich poprzez tych, którzy w jego imieniu przemawiają: „Idźcie naprzód po falach, nie zważając na przeciwne wiatry ani spiętrzone fale”.

Pan będzie blisko, by wzmocnić ich kroki i zwyciężać „niemożliwości” biednej mądrości ludzkiej. Będzie z nimi, by je wspomagać uśmiechem dodającym odwagi, łaską, która wzmacnia i wszechmocą, dla której zabawką jest świat i szatan. Będzie z nimi, by w miarę ich żywej i rzeczywistej wiary – dawać im do rąk zasługi Swego Zmartwychwstania.

Święte niewiasty, które w poranek wielkanocny zbliżały się do Grobu Zbawiciela zapytywały się jak usunąć kamień, który przywalał grób. Wybrały się w drogę nie rozwiązawszy problemu, a Pan podjął się rozwiązać się go dla nich w sposób wspaniały.

Mamy prawo i obowiązek liczyć na łaskę Boga, który nie rozkazuje niemożliwości i który daje to czego się domaga.

Istotne jest wybrać się w drogę, wierząc.

Opowiadają, że Blériot przed swoim pierwszym lotem umieścił w kabinie swego samolotu na wprost siebie figurkę Matki Bożej z wyrytym na niej napisem: „Patrz i leć!”.

Tym samym zleceniem chcemy zakończyć. Niech także nasze zakonnice utkwią swój wzrok w Najświętszej Dziewicy. Niech odważnie przyjmą konieczne adaptacje, pozbywając się balastu. I niech ofiarują się przekazywać światu współczesnemu macierzyństwo duchowe Matki Bożej, pod której opieką Sobór Watykański tak szczęśliwie rozpoczął swoją pracę odnowienia duszpasterskiego w Kościele Bożym.

Przypisy:

[1] Leçon de droit naturel. t. III. La Famille, rozdz. VI. str. 395.

[2] E. Benard. La Mere Alix de Clerc, Paris 1935, str. 292.

[3] Św. Wincenty a Paulo. Correspondence. Entretiens, Documenta. Paris. Librairie Lecoffre, J. Gaballe 1923, t. IX. str. 533, t. X, str. 658.

[4] L’Episcopat et l’Eglise Universelle. Ed. Le Corf. Paryż 1962, str. 427, 430, 433.

[5] L’Eglise en etat de mission, rozdz. 8, „Le commendement du Seigneur”.

[6] Cytat z „Equilibre et adaptation” str. 238.

[7] L’Eveque et son Eglise, str. 152-153. Cahiers de la Pierre-quivire.

[8] B. Bazatole. L’Episcopat et l’Eglise Universelle: L’Eglise au sein de l’Eglise locale, str. 344.

[9] Vie spirituelle de la religieuse aujourd’hui. Desclée De Bruver, 1960, str. 12, 13.

[10]  R. Carpentier SJ. La vie religieuse, „Qu’en pense l’Eglise”, Paris, 1956, str. 212.

[11]  Ibid. str. 215.

[12]  Ibid. str. 45.

[13]  Oczywiście, wszystko jest łaską, wszystko może służyć Odkupieniu – pisze O. Courtois. Ale w chwili, gdy taki brak robotników na roli Ojca wobec ogromu potrzeb apostolskich domagających się wysiłku ze strony wszystkich, nie jest rzeczą obojętną, czy większa część czasu, którym rozporządza zakonnica będzie obrócona – z posłuszeństwa oczywiście – na ewangelizację we właściwym tego słowa znaczeniu. L’Heure de Jesus. Ed. Florus, str. 133.

[14] Wielki Juvenat wg. Ducha i wymagań Stolicy św. w art. A. O. Gambari w dodatkach do Vie Spirituelle, nr. 54, 1960.

[15]  Dom. O. Lottin. Etudes de Morale, Histoire et Doctrine, Duculot, Gembloux 1961, str. 255.

[16]  Voillaume: „Wśród mas”, str. 376-377.

[17] Kto by pragnął dokładniejszych informacji na temat tej integracji zebrań apostolskich i ich organizacji – Rada duszpasterska zakonnic Archidiecezji Malines-Bruxelles z radością ich dostarczy. Wystarczy zwrócić się do niej adresując do Arcybiskupstwa w Malines.

 

Archiwum KWPZM

 

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda