Sujak Elżbieta, Świadectwo życia

Redakcja
Dr Elżbieta Sujak

ŚWIADECTWO ŻYCIA

Materiały Komisji Duszpasterskiej KWPZM 1978

 

 

  1. Świadectwo uwierzytelnieniem słowa

Świadectwo jest zawsze uwierzytelnieniem słowa, nawet w najprostszych relacjach międzyludzkich.

Świadectwo życia –to potwierdzenie czynem – łańcuchem życiowych decyzji, aktów wyboru – wyznawanej wewnętrznej prawdy: przykazań, światopoglądu, wiary – a przede wszystkim hierarchii wartości. Świadectwo życia jest przekonywujące, gdy życie człowieka trwa w harmonii z jego słowem, gdy stanowi z nim jedność.

  1. Świadectwo Chrystusa

Można by sądzić, że Słowo Boże nie potrzebuje uwierzytelnieni. Tak zostało przyjęte przez uczniów Chrystusa: „Ty masz słowa życia”. Jednakże i Jego słowo zostało uwierzytelnione świadectwem życia oddanego za nie: „Ja się na to urodziłem i przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”.

W Chrystusie jedność słowa i życia osiągnęła swoją pełnię. Ta jedność była świadoma: tylko On mógł powiedzieć z całym spokojem: „Kto z was dowiedzie mi grzechu?” – a także: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół”. To właśnie te słowa zostały zweryfikowane ofiarą z życia, złożoną na krzyżu. 

  1. Jedność słowa i życia powołaniem chrześcijanina

Słowo chrześcijanina to wyznawana przez niego wiara, przyjęta w wierze hierarchia wartości, światopogląd. Czy jedność słowa i życia jest człowiekowi dostępna? Tu budzi się wątpliwość. Wystarczy wziąć pod uwagę egocentryzm człowieka, ciążenie w kierunku subiektywnego dobrego samopoczucia – to wszystko, co nazywamy ludzkim wewnętrznym rozdarciem, skażeniem ludzkiej natury. Byli i są w Kościele ludzie, którzy osiągnęli tę jedność w znacznym stopniu, których świadectwo życia zostało przyjęte przez Kościół i potwierdzone wyniesieniem na ołtarze. Czcimy ich jako świętych.

W życiu każdego człowieka ujawnia się psychologiczna potrzeba harmonii, niesprzeczności słowa i życia. Doznajemy niepokoju, gdy wewnętrzna konfrontacja wykazuje istnienie sprzeczności między słowem a życiem. To właśnie stanowi zjawisko dezintegracji, wyzwalające spontaniczne dążenie do scalenia wewnętrznego, do integracji. Spontanicznie dążymy do tego, żeby taką sprzeczność z naszego życia wyrugować. Dokonuje się to na różny sposób.

Pierwsza droga realizacji niesprzeczności słowa i życia to dostosowanie życia do przyjętego i wyznawanego słowa, prawdy objawionej, zasad moralnych otrzymanych, przyjętych, zaakceptowanych. To jest droga najtrudniejsza i na pewno żmudna i długa.

Druga tendencja zlikwidowania dysharmonii, jaką przynosi sprzeczność słowa i życia w człowieku, to usiłowanie dostosowania słowa do konkretnego realnego życia. Tutaj mamy jak gdyby redukcje treści słowa, aby uniknąć męczącej i niemiłej człowiekowi sprzeczności. Sprawdza się to przeważnie do tego, że słowo głoszone przez Kościół, przez Ewangelię, ocenia się jako wygórowane, jako „nieżyciowe”, czy wręcz nieludzkie. To droga wielu, którzy usiłują zachować w sobie choćby cząstkę prawdy i wartości religijnych, a natomiast nie są w stanie osiągnąć swoim życiem tej harmonii.

Istnieje jeszcze jedna możliwość, podejmowana najczęściej przez młodych. Jest to zwyczajne odrzucenie słowa w imię indywidualnej wolności /w znaczeniu dowolnego kształtowania własnego życia/. Wówczas ludzka prawda, która się mieni wtedy nawet dosyć dumnie autentycznością, staje się skrajnie egocentryczna, chwiejna, zależna od uczuć, nastrojów, sugestii inny ludzi. To jest droga młodych ludzi, którzy się potykają na szóstym przykazaniu i którzy tak dalece akceptują erotyczną strefę życia, że uważają jakiekolwiek ograniczenia w tym zakresie za rabunek wolności. I wówczas następuje – niekoniecznie tylko w tej dziedzinie, czasem chodzi o inną – złagodzenie, na krótko lub na wiele lat, stanu dysharmonii i niepokoju, jaki w człowieku budzi sprzeczność słowa i życia.

Znając choćby te trzy drogi – nie są to zresztą wszystkie możliwe – można zrozumieć, że trudno przychodzi człowiekowi nawrócenie. Psychologicznie biorąc nawrócenie jest rewolucją wewnątrz człowieka, ponieważ każe mu przekreślić poprzednio podejmowane decyzje i rozstrzygnięcia życiowe. I ta trudność powinna być w świadomości człowieka, który stara się innych doprowadzić do nawrócenia. Przede wszystkim wydaje się nieporozumieniem, jeśli nawrócenie przedstawia się jako pojedynczą decyzję, co określa się „wystarczy tylko …”, „trzeba tylko …” na przykład uwierzyć, zawierzyć, podjąć jakąś praktykę religijną, przystąpić do sakramentu pokuty i wówczas już nawrócenie będzie dokonane. Ta sprawa nie może być bagatelizowana, bo wówczas oddziaływanie stanie się daremne. Zresztą wiemy, że nawrócenie pociąga za sobą tak wewnętrzne głębokie przemiany, że całe życie człowieka musi wtedy ulec przebudowie, musi rzeczywiście w pewnym sensie umrzeć stary człowiek.

Jeszcze jedna droga, dzięki której człowiek nie odrzuca słowa, nie redukuje jego treści, idzie przez życie. Jest to przyjęcie przez człowieka istnienia trwałego rozdziału między słowem a życiem. Jest to pewna postawa rezygnacji, w której akceptuje się całą prawdę Bożą i wszystkie wymagania moralne Kościoła, a jednocześnie przeżywa poczucie niedorośnięcia do nich we własnym życiu; jak akceptuje się sytuacje, w której mówi się z bólem, że „nikt nie jest święty” i „któż może to wypełnić?”. Zresztą podobnie reagowali słuchacze samego Chrystusa. Jest to postawa najczęstsza wśród ludu Bożego. Postawa rezygnacyjna. Dlatego bardzo często rodzice usiłują przekazać prawdy religijne w całości, wiernie i z czcią, mimo że sami ich w swoim życiu w pełni nie są w stanie zrealizować. Zdają sobie z tego sprawę, że wymagania Boże przerosły ich siły, ich możliwości. Wśród ludzi, z którymi duszpasterze spotykają się w swojej działalności, najczęściej mają do czynienia z tymi właśnie. Bo ci, którzy odrzucili Słowo Boże, zrywają kontakt z Kościołem; ci, którzy je zredukowali, najczęściej unikają konfrontacji, aby za każdym razem nie musieli dorabiać coraz to nowych argumentów, umacniających ich własną postawę.

  1. Świadectwo życia chrześcijańskiego

Większość chrześcijan właśnie życiem wyznaje swoją wiarę, swój światopogląd – tylko nieliczni wyrażają je słowami – wyjąwszy powszechny obowiązek przekazywania Słowa Bożego własnym dzieciom. Warto starać się o pełniejsze uświadomienie sobie tego świadectwa, choćby tylko niektórych jego aspektów. Naczelnym będzie niewątpliwie chrześcijańska hierarchia wartości – nie zawsze w pełni świadoma. W hierarchii tej najwyższą wartością jest Bóg i Jego objawienie, prawda, nauka, a szczególnie prawo moralne, lapidarnie wyrażone w przykazaniach. Drugą jest Kościół jako wartość bardziej dostrzegalna niż dostępny tylko przez wiarę Bóg, wartości wyraźniej obecna w życiu człowieka. Tutaj obowiązuje uczestnictwo i udział we wspólnocie wiary.

Za następną w hierarchii wartość uznać trzeba wspólnotę narodową jako nadrzędną wobec losu jednostki, zobowiązującą do postawy nazywanej patriotyzmem, a także uczestniczeniem w jej życiu poprzez pracę zawodową i społeczną.

Po wspólnocie narodowej kolejną wartością w hierarchii wartości stanowi rodzina, wobec której obowiązuje lojalność, miłość i odpowiedzialność za los każdego z jej członków.

Następną wartość stanowi wspólnota zawodowa, która w życiu współczesnego człowieka ma bardzo duże znaczenie. Tu znowu zobowiązuje człowieka twórczość, służba, etyka zawodowa.

Równolegle w chrześcijańskiej hierarchii wartości stoi los jednostkowy człowieka, jego subiektywnie ostro przeżywane „prawo do szczęścia”, które do swej realizacji potrzebuje tak wiele od innych ludzi, lecz nie ma prawa przekreślać praw drugiego człowieka czy wspólnot ludzkich do realizacji własnych dążeń.

Istotnym świadectwem życia jest wierność tej hierarchii wartości, wyrażająca się zwłaszcza w węzłowych momentach życia, ale także i w codziennie podejmowanych decyzjach życiowych, konfrontacjach, aktach wyrzeczenia, czasem ofiary z wartości osobistych na rzecz tych, które stają w hierarchii wartości ponad losem jednostkowym człowieka. Czasem, w sytuacjach trudnych, gdy wartości zdają się stawać naprzeciw siebie, potrzebnie bywa pomoc drugiego człowieka, by nawet w trudnej chwili rozterki przyjąć je zgodnie z ich przyjętą hierarchią.

Drugim przekonywującym świadectwem życia jest ludzkie zaangażowanie w to, co się przyjmuje jako swoje życiowe zadanie, swoje uczestnictwo czy nawet swoje powołanie. Zaangażowanie każe człowiekowi podporządkować siebie podjętemu zadaniu. Jest to najczęściej praca, twórczość, służba w określonym czasie i zakresie. Kobieta angażuje się w swoje macierzyństwo na czas od poczęcia dziecka, aż do jego społecznego usamodzielnienia się. Pracownik podejmuje swoje obowiązki w określonych godzinach i dniach, w ustalonym zakresie. Czasem popełnia się istotny błąd. Bywają matki, które tak daleko zaangażowały się w swoje macierzyństwo, że nie pozwalają swoim dzieciom dojrzewać ani dojść do ich własnego powołania, starając się to dziecko utrzymać zależnym, niesamodzielnym, niezdolnym do bytowania poza środowiskiem rodzicielskim. Człowiek zaangażowany ma wejść w swoje zadanie w określonym ściśle czasie i zakresie, to znaczy, że przez te osiem godzin ma naprawdę być tylko zajęty swoją pracą. Zaangażowanemu zależy na prawdę na tym, co robi i to ze względu na sam przyjęty przedmiot tej pracy, a nie ze względu na zapłatę, nagrodę, sukces czy satysfakcję. Zaangażowanie stanowi wobec tego wyjście z egocentryzmu, z postawy dzisiaj bardzo popularnej: co ja z tego będę miał? Nie jest to to samo, co koncentracja uwagi na celu. Fascynacja celem gromadzi niebezpieczeństwem załamania się człowiekowi, jeżeli jego cel okaże się nieosiągalnym. Wszystkie dzieci rozpoczynają naukę szkolną z przekonaniem najświętszym, że będą przynosić rodzicom do domu same piątki – to jest nastawienie na cel. A potem, kiedy piątki okazały się nieosiągalne, to wówczas wszystko traci sens i bywa, że zaczynają się wagary. Nie jest to także postawach Herkulesa, który zmaga się dla zwycięstwa. Kult zwycięstwa i dojście do celu ma swoje ujemne strony, ma swoje zagrożenia załamaniem człowieka i jego rezygnację idącą znacznie dalej aniżeli to byłoby konieczne. Czasem większym zwycięstwem życia będzie pokornie przegrać aniżeli być zwycięzcą. Zwycięzców się podziwia, ale niezwykle rzadko naśladuje.

Charakterystyczne dla zaangażowania jest to, że rozgrywa się zawsze w teraźniejszości, to jest przyjęcie zadania na dziś: być w pełni zaangażowanym w to, co robię. Nie mogę powiedzieć, będę zaangażowany i nie mogę powiedzieć: byłbym zaangażowany; jeżeli stawiam warunki, to znaczy, że moje zaangażowanie nie istnieje. Zaangażowanie obejmuje zarówno intelekt, traktując zadania życiowe jako problemy i szukając sposobów ich rozwiązania, ale także i uczuciowość, która sprawia, że działalność ludzka, każda twórczość nabiera swoistej barwy, ciepła i staje się w jakiś sposób udzielająca jak płomień, który zapala wszystko z czym się zetknie.

Wydaje się niesłusznym utożsamianie zaangażowania z poświęceniem. W poświęceniu człowiek całkowicie podporządkowuje siebie temu, na rzecz czego podejmuje działanie, jakiego przekreśla siebie. Poświęcająca się swym dzieciom matka, staje w obliczu pustki, gdy dzieci się usamodzielnią i nierzadko jej poświęcenie zmienia się w dążenie do zatrzymania dziecka przy sobie i dla siebie. Podobnie człowiek poświęcający się jakiemuś dziełu, niepostrzeżenie się z nim utożsamia, a nie umiejąc je, gdy trzeba, oddać je w ręce innych ludzi, uważa je za swoją własność – lęka się utraty treści swego życia. Wydaje się, że poświęcenie jest potrzebne wyjątkowo i tylko wyjątkowe sprawy tego wymagają, a poza tym, że wzywa do poświęcenia wyraźnie Boże powołanie. Tylko wtedy człowiek nie zgubi się w swoim poświęceniu, nie straci zdolności ostrego widzenia, oceniania.

Trzecim elementem świadectwa życia jest caritas – życzliwa miłość. Chodzi o tę miłość wobec innych, która nie jest miłością uwarunkowaną biologicznie, a więc nie miłość erotyczna, nie miłość macierzyńska. Zwróćmy uwagę, że nigdy nie trzeba było formułować przykazania: będziesz miłował swoje dzieci. Natomiast trzeba było sformułować przekazanie miłości rodziców: „czci ojca swego i matkę swoją”. Widocznie ta miłość nie jest zapisana w nas biologicznie jak miłość do potomstwa. Caritas obejmuje szerszy zakres ludzi, jest zwrotem ku innym, służbą cudzemu dobru, łagodzeniem cudzej niedoli, działaniem dla czyjegoś rozwoju, udzielaniem ze swego, nie tylko w znaczeniu materialnym. Tę miłość podejmuję także jako ofiarę czasu, ofiarę obecności i szczególnie na nasze czasy potrzebną ofiarę szacunku i akceptacji. Istnieje głód tych właśnie wartości, bardziej niż wartości materialnych, które oczywiście są pierwsze, jeżeli mamy do czynienia z biedą, nędzą, którą trzeba koniecznie złagodzić.

Caritas jest dzisiaj trochę inna niż w dawnych czasach, a może tylko nam się wydaje. Pewnie, że dzisiaj nie są już potrzebne bractwa zajmujące się wykupem niewolników z rąk niewiernych, że może nie potrzeba domów podrzutków, a sierocińce już nie muszą być fundowane przez miłosierdzie chrześcijańskie, ponieważ materialną troskę o opuszczone czy osierocone dzieci przejęło na siebie państwo, ale przecież istnieją jeszcze grupy ludzkie, które dzisiaj szczególnie łakną świadectwa miłości. To przede wszystkim samotni starcy, których jest coraz więcej i w miarę rozwoju społeczeństwa i medycyny będzie coraz więcej i dla których w przyszłości najbardziej smutne jest gromadzenie ich w domach starców, bo to gromadzenie ludzi starych jest sprzeczne zupełnie z kondycją psychologiczną człowieka. To młodzież lubi być skoszarowana, starzy nie, im też najbardziej potrzeba szacunku i akceptacji; czują się niepotrzebni po skończonej aktywności zawodowej, lekceważeni z powodu narastającej niesprawności.

Do ludzi wymagających aktywnego świadczenia im miłości należą ludzie psychicznie chorzy, których miejsce nie jest wcale w żadnych zakładach, lecz miejsce ich jest społeczeństwie, także we wspólnocie parafialnej. Zwłaszcza dotyczy to niedorozwiniętych umysłowo w stopniu nieznacznym, tych, którzy są zdolni skończyć szkołę specjalną i których można włączyć w zawodową twórczość społeczną, w życie zawodowe, są jednak skazani przez swoje upośledzenie na brak sukcesów, na spychanie stale na ostatnie miejsce, na upokorzenia ze strony wszystkich, którzy sobie ich kosztem poprawiają samopoczucie. To też są ludzie, których nie należy gromadzić osobno, nie należy ich wyłączać ze wspólnoty, natomiast trzeba ich zauważyć, trzeba okazać im akceptację, życzliwość, aby doświadczyli i oni, że są istotami zasługującymi na szacunek.

Do odchodzących, a także pozbawionych pełni sprawności psychicznych, wielka potrzeba uznania i pomocy charakteryzuje najbardziej obciążonych obowiązkami: rodziny a zwłaszcza matki wielodzietne. Uznanie dzietności za sprawę wyłącznie „prywatną”, zależną od woli jednostki, sprowadziło za sobą przekonanie, że wielodzietność jest lekkomyślnym działaniem na szkodę własną i szkodę dzieci – a to przyniosło tym matkom powszechne lekceważenie i upokorzenia na każdym kroku” „sama jesteś sobie winna”, zdaje się mówić matką tłum z ulic, sklepów, pociągów i wszystkich innych instytucji, nie wyłączając szkół.

Tymczasem to one właśnie zasługują na szacunek i życzliwą pomoc, by mogły nie ulegać przemożnej presji otoczenia, która każe im wstydzić się swego macierzyństwa. Trzeba, żeby tym matkom publicznie choć wyrazić, chociażby w ramach zwykłych wspólnot parafialnych. Kobiety dzisiaj wstydzą się wielodzietności, która jest traktowana jako dowód upośledzenia. Niepostrzeżenie przyjął się przesąd głoszący, że tylko ludzie niepełnowartościowi mają dużo dzieci. Może nie byłoby tylu skazanych na śmierć przed urodzeniem, gdyby nie lęk przed upokorzeniem, a każdy lęk w jaki sposób stępia sumienie, czyni decyzje mniej wolnymi. Pomoc udzielona matce wielodzietnej, każdy publiczny wyraz uznania i czci dla jej trudu i przeciążenia jest świadectwem życia wspólnoty parafialnej – a także każdej innej – przemawiający silniej niż jakiekolwiek deklaracje, to świadectwo nie potrzebuje słów. „Patrzcie jak oni się miłują” – to były świadectwo pierwotnego Kościoła.

Chciałbym jeszcze – już trochę na marginesie – poruszyć sprawę „dawania dobrego przykładu”, ponieważ jest to sformułowanie, z którym spotykamy się bardzo często. Mówi się o tym chyba zbyt wiele, a dlatego zbyt wiele, że bezowocnie. Nie trzeba nawet utożsamiać się tutaj z młodymi, którzy to „dawanie dobrego przykładu” przyjmują jako fałsz, faryzeizm i zakłamanie. Kiedy jednak właśnie ten „przykład” jest motywem postępowania, to to jest z reguły odbierane jako fałsz. Namawia się ciągle rodziców, żeby dawali swym dzieciom dobry przykład wobec tego chodzą oni na niedzielną Mszę św. nie dlatego, że chcą oddać cześć Bogu, nie dlatego, że to uczestnictwo jest dla nich wartością, ale tylko żeby dać dobry przykład dzieciom. Tymczasem dzieci to bezbłędnie rozróżniają. Niestety, wtedy ten dobry przykład jest już czczy zupełnie, bez żadnej siły oddziaływania. Zresztą słowo „przykład” może być niejednoznaczne. W ewangelicznej scenie umycia nóg Apostołom przed ostatnią wieczerzą Chrystus powiedział: „Dałem wam przykład, abyście i wy tak czynili”. Jest nawet słowo „przykład”, ale czy to było „dawanie przykładu”, o jakim my często mówimy? Sądzę, że to było coś innego, to była ilustracja do słów, po prostu uzupełnienie słowa. Chrystus tylko raz umył nogi Apostołom, nie robił tego stale, i właśnie dlatego tak byli tym zaskoczeni, dlatego była tak żywa reakcja Piotra. To była po prostu lekcja poglądowa, to nie był przykład w znaczeniu świadectwa życia.

Bardzo często w tym nieporozumieniu między dawcami dobrego przykładu i świadectwa życia tkwi źródło konfliktu pokoleń. Kiedy rodzice zbyt demonstracyjnie udzielają swoim dzieciom „dobrego przykładu”, muszą nieraz później doświadczyć, że te dzieci zupełnie odchodzą od wiary. Ci rodzice autentycznie cierpią. Przecież zadali sobie tyle trudu, żeby dawać dobry przykład, tak akcentowali swoją katolickość, ale dzieci nie odczytały tego jako świadectwo o przeżywaniu wartości; odczytały to tylko jako morał i pouczenie. Dlatego w konflikcie pokoleń często dochodzi do traktowania całej moralności jako „umownej”, jako nierealnej zasady, podczas gdy „życie jest życiem”.

  1. Świadectwo życia ludzi głoszących Słowo Boże.

Życie kaznodziejów, rekolekcjonistów jest zakryte przed oczami ludzi. Słucha się wygłaszanych nauk, przeżywa się słyszane słowo, natomiast świadectwo życia pozostaje ukryte. O wiele więcej mówi świadectwo życia miejscowego proboszcza, jego wiernych, bo oni są widoczni na co dzień, z nimi ludzie się kontaktują poza murami kościoła. Jednak w jakiejś formie świadectwo życia jest także dostępne przez głoszenie słowa, ponieważ słuchasz bezbłędnie odczytuje – poprzez sposób głoszenia, przez język, styl, treść.

Świadectwem życia są zawarte w wypowiedziach niosących słowo Boże treści, których się wyraża nie w słowach nawet, ale które się ujawniają w sposób – trudno powiedzieć jaki. Cześć dla głoszonego Słowa ujawnia się zawsze. Można także zrozumieć, czy ktoś służy Słowu, czy posługuje się słowem. I także to, czy mówca ma szacunek dla słuchających i wreszcie, czy jest zaangażowany w realizację tego głoszonego słowa, czy stara się, aby to słowo nie było tylko powiedziane, lecz aby słuchacze je naprawdę zrozumieli. Wreszcie w samym doborze treści, prawd głoszonych, przejawia się miłość tego, który głosi Słowo Boże, gdy przynosi je ludziom – zawsze jako Dobrą Nowinę.

Archiwum KWPZM

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda