Kłoczowski Jan Andrzej OP, Rola studiów w życiu zakonnym dziś na tle doktryny św. Tomasza

Jan Andrzej Kłoczowski OP

Rola studiów w życiu zakonnym dziś /na tle doktryny św. Tomasza/

Zebranie Plenarne Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich – Jasna Góra, 15-16.X.1974 r.

Tomistyczne myślenie wymaga wyjścia od najbardziej podstawowych przesłanek. Przesłanką najważniejszą dla naszych rozważań będzie stanowił cel instytutów zakonnych. Znamy go doskonale, ale warto może raz jeszcze pokusić się o jego sformułowanie.

Wszystkie istniejące zakony świata mają wspólny jeden podstawowy cel: jest nim życie dla Boga. On jest najwyższym Bytem i Absolutem. On cały byt utrzymuje w każdej chwili w istnieniu. Żyć dla niego, to istnieniem samym głosić powagę Jego bytu, prawdę tego że On jest. Nie chodzi jednak w tym wypadku o prawdę teoretyczną, z rzędu pewników matematycznych obojętnych na los człowieka. Bóg jest, to znaczy człowiek nie jest pozbawiony Ojca, jego istnienie nie jest gestem nad przepaścią. Bóg jest, to znaczy człowiek ma szanse nadania sensu swemu bytowi, sensu nie tylko w wymiarze doczesnego przekształcania świata, nie tylko w sensie czynienia ziemi poddanej coraz bardziej człowiekowi, ale w sensie przekraczającym śmierć. Tajemnica, jąka się kryje za pozornie oswojonymi rzeczami naszej codzienność nie jest tajemnicą pełną przerażenia i grozy, lecz tajemnicą absolutu, który „sam w sobie mieszka w niedostępnej światłości, Jego pokój przekracza wszelkie uczucia, mądrość Jego nie zna miary, a wielkość kresu i człowiek nie może Go oglądać i nie umrzeć. Ale to wszystko nie znaczy, żeby On był daleko od każdego z nas; On, który jest bytem każdego bytu i bez którego wszystko jest nicością” /św. Bernard. De consideratione, PL, 182, 796a/. Żyć całym sobą dla Tego, który jest tak nieuchwytny dla człowieka, a jednocześnie bliższy mu od jogo własnego ja – to pierwsze zadanie wszystkich zakonów świata.

Jednak absolut nie jest dla człowieka obecny jedynie bytowo. W swej nieskończonej miłości zechciał być dla człowieka obecny jako Osoba. Odkrył nam istotę najgłębszą, do jakiej nie mogli dojść najwięksi filozofowie i mistycy, że Jego ostateczne Imię to Miłość. Taka jest tajemnica chrześcijaństwa – Dobra Nowina o Bogu, którego obecność stała się dla nas czytelna na ludzkiej Twarzy Chrystusa: „Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” /2 Kor 4, 6/. Jeżeli Bóg dał nam się poznać w człowieczeństwie Jezusa, to nie możemy w naszej drodze do Boga pominąć drugiego człowieka, Ewangelia spotkaniu z drugim człowiekiem, szczególnie upośledzonym i potrzebującym – nadaje sens spotkania z Bogiem /Mt 25/

Wymiar absolutnego spotkaniu z Bogiem jest własnością wszystkich religii, specyfiką chrześcijaństwa jest to, że nie wolno w drodze do Boga pominąć drugiego człowieka – wynika to z prawdy o Wcieleniu. Stąd i zadaniem każdego zakonu, obok wyłącznego oddania się Bogu, jest służba człowiekowi. Charakter tej służby może być bardzo różny, w tym odbija się specyfika poszczególnych rodzin zakonnych, ale istotnie cel ten jest wszystkim wspólny.

Studium należy do porządku środków, umożliwiających osiągniecie tego celu, i to środków zasadniczych. Nie można bez studium zrealizować żadnego z celów, jakie stawia sobie życie zakonne. Dlatego odgrywa ono tak zasadniczą rolą w formacji zakonnej.

Nie ma kontemplacji Boga bez studium. Ono jakby dostarczało pokarmu modlitwie. Naturalnie – nie należy mieszać porządków – kontemplacja jest darem Boga, prawdziwa kontemplacja jest kontemplacją wlaną, jest łaską w której Bóg uzdalnia nasze władze poznawcze do kontaktu z Nim. Dlatego kontemplacja może być udziałem każdego chrześcijanina. Ale jeśli gratia supponit naturam, należy przygotować się, niejako otworzyć na działanie Boga. Tu jest miejsce na studium. Od strony człowieka patrząc – nie ma miejsca na kontemplacje tam, gdzie nie ma głębokiej kultury. Nie chodzi tutaj o tanią erudycję, którą można zdobyć na każdym kursie, ale o wewnętrzne otworzenie się na sferę rzeczy najważniejszych. Kultura – to rozbudzenie człowieczeństwa do udziału w najważniejszych problemach, jakie przed człowiekiem stają. Bez żywego kontaktu z nurtem duchowego życia ludzkości – nie ma kontemplacji. Nie ma też kontemplacji bez zdziwienia światem otaczającym człowieka, bez żywej świadomości, że istniejemy w kręgu rzeczy, które bytują, choć istnieć nie muszą. Nie ma kontemplacji bez świadomości tajemnicy, jaką jest człowiek i byt całej rzeczywistości. Tajemnicy, która jest pytaniem o sens. Kontemplacja chrześcijańska karmi się słowami Pisma Świętego, które jest Bożą odpowiedzią na pytanie, jakim jest człowiek. Karmi się również doświadczeniem wieków – tymi odwiecznymi tajemnicami nie żyjemy tylko my, są one własnością ludzi od pokoleń. Kościół, żywa wspólnota ludzi złączonych jednym duchem, karmi nas i wzbogaca doświadczeniem tych, którzy nas uprzedzili w drodze. Istotne dla kontemplacji jest nie tyle zdobycie szeregu wiadomości, informacji – lecz otwarcie się egzystencjalna na same te tajemnice, przed jakimi staje człowiek.

Konkretny przykład: Mali Bracia Jezusa, których celem istnienia jest prowadzenie życia kontemplacyjnego w warunkach życia najuboższych i pracujących, otrzymują solidne wykształcenie filozoficzne i teologiczne – nie dlatego, że mają potem kogokolwiek nawracać czy apostołować – po prostu dlatego, że do ich zadań należy godzina dziennej adoracji Najświętszego Sakramentu.

Charles de Faucoult pisał: „modlić się, to myśleć o Bogu z miłością”. Aby myśleć, trzeba mieć co myśleć, trzeba modlitwę karmić. Studium świętej prawdy jest warunkiem modlitwy pełnej, rozwijającej się. Modlitwa nie jest tylko porywem uczucia czy wyobraźni, jest postawą całego człowieka i gdy ma stać się czynnikiem wyróżniającym – a właśnie modlitwą mają się wyróżniać zakonnicy spośród innych chrześcijan – musi zostać podbudowana metodycznie. Studium daje po temu najsolidniejszą podstaw.

Obok jednak kontemplacji – praca dla innych ludzi należy do celów każdego instytutu zakonnego, rozmaite są odcinki tej pracy – ale możemy powiedzieć, że wspólny im wszystkim mianownik należy określić jako szeroko rozumianą pracę duszpasterską, która przecież jest udziałem nie tylko zgromadzeń o charakterze kleryckim. Znowu – praca duszpasterza czyli wychowawcy wiary musi być podbudowana solidną znajomością prawdy: Biblii, tradycji czy klasycznych doktryn teologicznych, ale również i filozofii, która jest podstawowym narzędziem dialogu z ludami o innych przekonaniach, bez filozofii nie ma dialogu, bo nie ma wspólnego języka z ludźmi innych przekonań. Współczesna obecność Kościoła w świecie wymaga przygotowanych apostołów. Uważam, że do tego – zgodnie ze starą tradycja kościelną – powołane są głównie zakony. Kler świecki, pomocniczy w stosunku, do posługiwania biskupiego, jest zespołem ludzi pracujących na pierwszej linii. To są oficerowie liniowi i na nich spoczywa być może główny ciężar „walki”. Ale każdy dowódca wie, że przegra wojnę, jeżeli będzie miał tylko dobrych oficerów liniowych, konieczne są sztaby, konieczni eksperci. Konieczni są przynajmniej z dwu względów: by służyć pomocą, radą tym, którzy zajęci są na pierwszej linii, mają dostarczyć im materiału mają zająć się wydzielonymi odcinkami, do których nie docierają „siły główne”

Zakony pełniły zawsze w Kościele tę funkcję ekspertów, czy też specjalistów od wydzielonych odcinków. Takiej koncepcji działalności zakonnej bronił św. Tomasz przeciw Wilhelmowi Z Saint Amour, mistrzowi Uniwersytetu Paryskiego, który w piśmie „De periculis novissimorum temporum” /1255/ atakował zakonników będących mistrzami na tymże uniwersytecie. Przy okazji zacytujmy kompetentnego historyka: „W rezultacie, poprzez rywalizacje instytucjonalne i sprzeczności interesów ujawniło się zjawisko zachodzące periodycznie w Kościele, a zawsze – i dawniej i dziś – zaskakujące dla ludzi przywykłych do form ustabilizowanych: im wyższy jest poziom duchowej i ewangelicznej emancypacji nowych ekip, tym głębsze jest też ich zaangażowanie w świecie ludzkim, w jego konkretnym układzie, w jego kulturze, w jego dążeniach, w jego instytucjach uniwersyteckich i innych” /Chenu – Wstęp do filozofii św. Tomasza, s. 378-9/. Streśćmy ten odcinek naszych rozważań słowami samego Tomasza – contemplare et contemplata aliis tradere.

Tomasz pozostał niedościgłym mistrzem pogłębionej analizy treści Objawienia, i jako taki jest zalecany przez Kościół jako mistrz. Dekret o formacji kapłańskiej Soboru Watykańskiego II mówi: „dla możliwie pełnego wyjaśnienia tajemnic zbawienia, niech się alumni nauczą dębiej w nie wnikać i wykrywać między nimi związek za pomocy spekulacji, mając tu za mistrza św. Tomasza” /DFK, 16/. Z drugiej jednak strony nie jest dla nikogo tajemnicą, że właśnie obecnie tomizm przeżywa kryzys, jest przez wielu traktowany jako szacowny zabytek przeszłości, który jednak obecnie nie może być już Kościołowi użyteczny. Wydaje się, że rozmaite przyczyny takiego stanu rzeczy można sprowadzić do dwu: końca tomizmu jako oficjalnej „ideologii” kościelnej oraz kryzysu myśli metafizycznej wogóle.

Tomizm spełnił w Kościele wielką rolę, szczególnie od końca 19-go stulecia, bowiem dał myśli katolickiej mistrza, który wyzwolił filozofów i teologów katolickich z kompleksu kulturalnej niższości, dał myślowe narządzie pozwalające nawiązać autentyczny dialog z wyślą współczesną. Jednakże drugą stroną tego zjawiska było niejako /instytucjonalne/ związanie tomizmu z pewnymi formami życia kościelnego. Tomizm, bardzo często ciasno rozumiany, stał sią synonimem ortodoksyjności, zamiast pełnienia roli jednej z wielu równoprawnych szkół teologicznych, jak to miało miejsce w dotychczasowej tradycji kościelnej. Każda myśl, określona instytucjonalnymi rygorami – staje się myślą martwą, nie pomogą tutaj najlepsze chęci i intencje. Tomizm, jaki często wykładano w kościelnych instytucjach, stał się symbolem szkolarskiej ciasnoty i ograniczenia i niewiele miał już wspólnego z twórczą i odważną wyślą Akwinaty. Nic też dziwnego, że niektórzy tomiści, ci najbardziej twórczo kontynuujący tradycje tego myślenia wystąpili przeciwka takiemu porządkowi rzeczy. Wymieńmy dla przykładu książkę Gilsona – „Filozof i teologia” czy pracę polskich myślicieli Kalinowskiego i Świeżawskiego – „Filozofia na Soborze”. Ta właśnie koncepcja zwyciężyła na Soborze. Tomizm jest jedną ze szkół teologicznych, może uprzywilejowanych, może zalecanych przez Kościół jako szczególnie dobra ze wzglądów na swoistą pełnię i harmonię – ale nie jedyna, nie ona jest gwarantem wierności nauce Kościoła.

Istotna przyczyna kryzysu tomizmu leży jednak znacznie głąbiej. Jest nią mianowicie kryzys metafizyki, kryzys kontemplacyjnego spojrzenia na świat w aspekcie ostatecznych przyczyn. Istotną cechą współczesnej mentalności jest pragmatyzm czyli postawa; poszukująca praktycznych i doraźnych rozwiązań problemów człowieka. Idzie z tym w parze ogromne zubożenie życia duchowego. By nie ograniczać się do ogólników, powiedzmy kilka słów o sytuacji wśród duszpasterzy polskich. Wydaje się, że duch pragmatyzmu jest największym niebezpieczeństwem naszego czasu właśnie dla duchownych. Liczy się działanie i konkretny efekt, wymierzalny w cyfrach – dusz, wybudowanych kościołów, pielgrzymów. O tym wszyscy wiedze, ale nikt głośno nie mówi. Przeciętny duszpasterz szuka materiałów do kazań, do katechizacji, potrafi zjechać pół Polski, aby zdobyć nienajlepszy maszynopis, ale nie siądzie i nie postudiuje samodzielnie i nie powie kazania czy katechezy z własnej pełni, z własnej, przemodlonej wiedzy. Ginie postawa „podziwu i kontemplacji” /KDK 56/, a gdzie zaniknie postawa podziwu i bezinteresownego, kontemplacyjnego spojrzenia na świat i rzeczywistość Bożą – tam ginie głębsza kultura, a co gorsza, ginie głębsze życie duchowe.

Rola studiu w życiu zakonnym musi być w naszych czasach taka, że uczy postawy kontemplacji i podziwu. Nie ma studium, nie na głębszej kultury bez rozwoju głębszych postaw duchowych. Inaczej studium stanie się okazją do robienia osobistej kariery, zaspakajania ambicji czy też leczenia osobistych bądź zbiorowych kompleksów. Nie jest to klimat zdrowy. Wydaje się, że św. Tomasz może być dla nas w najgłębszym sensie mistrzem, gdyż uczy właśnie takiej postawy. Na ostatnim kongresie tomistycznym Ojciec Święty nazwał tomizm alpinizmem intelektualnym. Zapytany przez dziennikarzy zdobywca Mount Everestu, dlaczego chodzi po górach, odpowiedział: „dlatego że są”. Podobnie z metafizyką – jej uprawianie nie może być „po coś”. Myśli się o świecie, o człowieku i o Bogu dlatego, że jest. Alpinizm jest szkołą bezinteresowności – taką samą szkołą w dziedzinie życie duchowego ma być studium, pogłębione studium. Gdy nie ma postawy bezinteresowności, nie ma również mowy o kontemplacji, a gdzie nie ma kontemplacji, tam życie duchowe karleje i zanika, pozbawione organicznej gleby, na której wyrasta.
Postawa, o której mówiliśmy, jest typowym przejawem przenikania ducha świata do Kościoła. Źle rozumie się reformę Kościoła, gdy pojmie się ją jako przejecie przez Kościół ducha tego świata. Zakonnicy – jak dawni mnisi uciekający na pustynię – muszą być inni i ta inność musi zostać mocno ugruntowana. Studium ma dać tej inności mocną podstawę, ugruntować ją intelektualnie. Wydaje się natomiast, że możemy obserwować postawy akurat przeciwne takim właśnie. Uwspółcześnienie rozumie się jako przystosowanie, a pewien sposób tego przystosowania jest po prostu rozmyciem.

Jedną z oznak kompleksu niższości, jaki pojawia się u niektórych ludzi Kościoła wobec „świata” jest kult „naukowości”. Cała atmosfera, jaka się wokół tego wytwarza, nie jest wolna od dwuznaczności. Trzeba odróżnić „naukowca” od „uczonego”. Różnica ta polega nie tyle na różnicy osiągnięć, co na postawia moralnej – „naukowiec” to ten, który pnie się w górę hierarchii tytułów naukowych po to, by zdobyć lepszą pozycję społeczny. Dla „uczonego” istotną pasją życiowy jest poznanie prawdy. Tomasz bynajmniej nie jest „naukowcem”, przez całe życie szukał prawdy dla niej samej. W tym względzie powinien być dla nas wszystkich wzorem uczciwości intelektualnej. Wreszcie sprawa najważniejsza – odróżnienie nauki od mądrości. Odróżnienie, które jest czynione tylko po to, aby połączyć, aby przedstawić całość. Dla pełnej znajomości spraw Bożych potrzebna jest tak doctrina jak i sapientia. Jednak różne, są drogi ich zdobywania; doctrina per studium acquiritur, sapientia autem per infursionem habetur /1,1, ad 6/. Naukę (doctrina) osiąga się drogą studium, drogą zdobywania informacji, drogą własnego intelektualnego wysiłku. Tutaj trzeba stosować wszystkie reguły poznania naukowego. Dlatego nie tylko potrzebni, ale wręcz konieczni są ci, którzy oddają się wyłącznie nauce, pracują badawczo, twórczo rozwijając refleksję wiary nad depozytem Objawienia. Bez intelektualistów kultura katolicka ubożeje i traci szanse współtworzenia kultury naszego czasu.

Musimy jednak pamiętać, że mądrość zdobywa się na innej drodze – per modum connaturalitatis et unionis. Człowiekowi współczesnemu potrzebna jest przede wszystkim mądrość. Gubimy się we fragmentach i szczegółach poznawanej rzeczywistości – potrzebna jest całościowa wizja świata. Tej oczekuje się od filozofów i teologów, taka jest żywa i paląca potrzeba. Tomasz na taką potrzebę odpowiedział, czy dzisiaj to potrafimy powtórzyć?