Prof. Zenomena Płużek
WPŁYW PODŚWIADOMOŚCI NA ŻYCIE ŚWIADOME
Materiały Komisji ds. Wychowania i Nauki KWPZM, rok 1970
Mam dzisiaj mówić na temat wpływu podświadomości na świadomość. Przyznam, że to jest z wielu względów bardzo trudne zadanie, między innymi i dlatego, że chciałabym to omówić w kontekście celibatu, jak to jest w programie. Z drugiej strony nie chciałabym mówić zbyt teoretycznie o relacji między świadomością a podświadomością, w którą, nota bene, nie bardzo wierzę. Dlatego więc wybrałam drogę pośrednią: chcę się podzielić po prostu kilkoma refleksjami na temat wpływu, jaki ma podświadomość na życie świadome i oprzeć się na przykładach, które mogą związać ten temat z interesującym nas na tym spotkaniu problemem.
Jak wiemy, psychologia jest nauką zarówno bardzo starą, sięgającą starożytności, jak i nauką bardzo młodą, sięgającą swoim początkiem przełomu 19-go i 20-go stulecia. Chcę mówić o tej nowej psychologii stosowanej. Rzecz bardzo dziwna, dawniej psychologowie podejmowali problematykę, która była bardzo daleka od życia i zasadniczo w bardzo małym stopniu dotyczyła człowieka jako jednostki, czy człowieka w grupie. Interesowała się bardziej problemami z pogranicza psychologii filozofii, nie zawsze traktując zresztą tę filozofię w sposób naukowy, bo ograniczając się bardziej do spekulacji. Dopiero w ostatnich czasach nastąpiło zetknięcie się psychologii z prawdziwym życiem, z życiem jednostki, z przeżyciami człowieka, z jego rozwojem, trudnościami, klęskami, jego radościami. To zainteresowanie idzie z kliniki psychiatrycznej od psychoanalityków – od psychiatrów, którzy się interesowali przede wszystkim nerwicami, interesowali się psychicznie chorymi i oni to zwrócili uwagę na jednostkę, na człowieka indywidualnego z jego praktycznymi życiowymi problemami. Potem dopiero pojawia się psychologia kliniczna, która przejmuje niektóre problemy kliniki psychiatrycznej. Nie znaczy to, że psychologia kliniczna zajmuje się tylko człowiekiem chorym. Owszem, zajmuje się jego leczeniem, ale zajmuje się również człowiekiem zdrowym, jak to mówimy – normalnym i zajmuje się tym człowiekiem gdy ma on jakieś kłopoty, trudności, frustracje czy konflikty.
Psychoanaliza, której twórcą jest – jak wiemy – Zygmunt Freud, rozwija się w bardzo szybkim tempie i zjednuje sobie niesłychanie dużo zwolenników, a także zresztą fanatycznych przeciwników, których ma zresztą każdy wielki człowiek. Jeżeli ktoś ma dużo wrogów i dużo przyjaciół, to znaczy, że jest wielki. To samo można by powiedzieć o psychoanalizie. Pewnie, że w tych sprawach wiele jest postaw emocjonalnych, wiele jest sporów kompetencyjnych o to, kto ma rację, tym bardziej, że bardzo wiele twierdzeń, które nam podaje psychoanaliza, to są po prostu twierdzenia podane do wierzenia. Nie ma dowodów, które by potwierdzały hipotezy, nie ma też dowodów, które by te hipotezy falsyfikowały. Po prostu są one przedmiotem „wiary”. Psychoanaliza jest zarówno pewną teorią osobowości, to znaczy ma pewne uporządkowane twierdzenie na temat natury ludzkiej jak i pewną koncepcję człowieka, wprawdzie pesymistyczną, ale dość ciekawą i dość rozwiniętą. Psychoanaliza jest również pewną metodą leczenia zaburzeń psychicznych, szczególnie nerwic, jest i metodą badania osobowości, dysponuje długim szeregiem metod dość zresztą specyficznych. Jest także pewnym ruchem umysłowym, który kształtuje – jak to się mówi – świadomość, kształtuje światopogląd. Bardzo wielu specjalistów, nie tylko w dziedzinie psychiatrii czy psychologii przyznaje się w jakiś sposób do psychoanalizy. Mamy wśród jej zwolenników socjologów, mamy pisarzy i, o dziwo, mamy teologów. Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że nie ma możliwości dojść do porozumienia pomiędzy czystym freudyzmem, czystym Jungiem a teologią chrześcijańską. Sam Jung mówi, że się dziwi, dlaczego teologowie tak pałają miłością do niego, skoro Bóg, o których on mówi jest zupełnie inny niż Bóg teologów. Mówi się o Bogu w psychoanalizie czy w psychoterapii, bo służy to wykorzystaniu ludzkich potrzeb, ludzkiej tęsknoty do czegoś, co nie jest osiągalne. Zresztą Stolica święta miała zastrzeżenia przeciw zajmowaniu się psychoanalizą przez duchownych. Później jednak widzimy wielkich psychoanalityków nawróconych, widzimy instytuty psychoanalityczne zarówno freudowskie jak i jurgowskie, zatrudniające i kształcące teologów, którzy później uprawiają prywatną praktykę w zakresie psychoanalizy. Szkoli się już księży, duchownych różnych ugrupowań do pracy w poradniach psychologicznych. Otrzymują oni bardzo gruntowne wiadomości i przeszkolenie w zakresie psychoanalizy. Ale ten pewnego rodzaju mariaż między teologią a psychoanalizą dokonał się dopiero później, gdy pewne twierdzenia psychoanalizy zostały złagodzone, jak to się czasem mówi – „ochrzczone”.
We freudowskiej koncepcji człowieka, chcę zwrócić uwagę tylko na to, co nas dzisiaj interesuje, mianowicie na sprawę stosunku życia świadomego do podświadomego. .Freud daje ładne porównanie, że życie psychiczne człowieka podobne jest do góry lodowej: tylko bardzo nieznaczna część tej góry wystaje ponad powierzchnię oceanu, a większa jej część jest pod powierzchnią oceanu. Ma to obrazować życie psychiczne człowieka, w którym tylko nieznaczna część jest świadoma, większa część jest nieświadoma. Nie mniej jest i ona prawdziwą ludzką rzeczywistością. Tylko niewiele treści, jeśli chodzi o zakres, czy też przeżycia, które się znajdują w podświadomości przechodzi do świadomości i odwrotnie. Istnieje pewien – że tak powiem – ruch czy pewna przepuszczalność między tymi dwoma poziomami: świadomym i nieświadomym. Niemniej to, co właśnie determinuje nasze życie, dosłownie determinuje, to, co ma wpływ na naszą motywację, co fałszuje obraz nas samych, co fałszuje spojrzenie na innych, co fałszuje naszą koncepcję Boga, naszą religijność, to właśnie jest podświadomość, to są treści zepchnięte do podświadomości czy tkwiące w niej na zasadzie represji. Tak twierdzi Freud. Nam się tylko wydaje i to jest tylko złudzenie, że świadomie kierujemy własnym życiem. Kiedy pytamy się dlaczego tak czy inaczej postępujmy, to odpowiadamy, że z całej plejady możliwych motywów wybieramy tylko te, które nam się wydają najbardziej społecznie właściwe. Ale jesteśmy w błędzie, bo kierują nami pragnienia, do których się nie chcemy przyznać. Któż bowiem przyznaje się do tego np., że kieruje się zazdrością. Przecież nie tylko nie chcemy, żeby inni to wiedzieli, ale nie bardzo jest przyjemnie mieć samemu dla siebie taką świadomość, że się kieruje zazdrością i niszczy się przeciwnika. To przecież można tak pięknie ubrać w jakąś inną motywację, że postępujemy dla dobra bliźniego, dla dobra sprawy itd. i w pewnym sensie tak się uspakajamy, wtedy właśnie bierze górę motyw nieświadomy i w pewien sposób zafałszowany.
Dla celów badawczych, dla dalszych opisów Freud podzielił osobowość człowieka na trzy elementy, na trzy systemy, które są wprawdzie tylko teoretycznymi konstrukcjami, ale oddają wielkie usługi w opisie i zrozumieniu człowieka. Najniższy poziom w sensie zarówno rozwojowym jak i w sensie hierarchii to jest cała sfera popędowa tzw. „id” – „to”. Popęd jest tu rozumiany bardzo szeroko. Nie chodzi tylko o „libido”. W pierwotnej koncepcji Freuda, gdy używał on pojęcia „libido” było ono jednoznaczne z popędem seksualnym. Właśnie dlatego stawiało się szereg zarzutów freudyzmowi i nie chciano go uprawiać, uważano go za jakąś teorię panseksualistyczną. Zarzut jest niesłuszny, ponieważ tylko na początku w koncepcjach Freuda wszystko się tłumaczyło pojęciem „libido”, rozumianym jako „sex”. Dzisiaj są i takie interpretacje, że „libido” to po prostu „caritas”, a tylko jednym z elementów składowych tak pojętego „libido” jest popęd seksualny. Wracając jednak do koncepcji osobowości w najniższej sferze w „id” mieściła się cała sfera popędowa, którą poznajemy tylko poprzez działanie, ale jej samej nie uświadamiamy sobie.
Najwyższym piętrem jest poziom tzw. „super ego” – „nad ja”. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, stanowi go cały system przekazanych nam sądów wartościujących, system przekonań, których się nauczyliśmy i chcemy być im posłuszni, chcemy być im wierni. Najczęściej ten system wartości zostaje narzucony przez rodziców, przez najbliższe otoczenie, czy też przez społeczeństwo. I właśnie dlatego – sądzi Freud – że ten cały system wartości, jak się zdaje, jest raczej czymś narzuconym, to nie jest coś, co my dobrowolnie wybieramy. Człowiek nie ma możliwości ucieczki przed – w dosłownym sensie – presją środowiska. To też ten system wartości może być czynnikiem, który po prostu terroryzuje człowieka i nerwicuje. Człowiek, który ma silny system wartości to jest według Freuda potencjalny neurotyk, bo po prostu nie dochodzą u niego do głosu i nie mogą być zaspokojone niższe sfery, niższe popędy. „Super ego” nie dopuszcza do tego, bo karze wyrzutami sumienia. Tutaj właśnie powstaje problem odpowiedzialności i Freud właściwie zwalnia człowieka od odpowiedzialności za swoje zachowanie. Człowiek usprawiedliwia się tym, że to nie on, bo to jego rodzice, to jego środowisko tak go wyuczyło itd. Niebezpieczeństwo psychoanalizy leży głównie w tym usprawiedliwiającym podejściu do człowieka. Albo przypisanie sferze popędowej wywieranie zbyt silnej presji z jednej strony, albo tłumaczenie trudności niemożnością zaspokojenia na skutek oddziaływania „super ego”. Zwraca na to uwagę – między innymi – kard. Sheen w swoich wykładach na temat psychoanalizy. Środkowym elementem w sensie rozwoju, czymś, co leży pomiędzy sferą popędową „id”, a systemem wartości – „super ego” jest tzw. „ego”, czasami tłumaczone przez „jaźń”. Jest ono mediatorem pomiędzy sferą popędową a sferą wartości. Od siły jaźni zależy, czy człowiek ulegnie i w jakim stopniu naporowi od strony popędowej i w jakim stopniu będzie posłuszny zasadom, które przyjął dobrowolnie czy też w sposób narzucony. W „ego” właśnie mieści się to, co dawniej nazywano silną wolą, a o czym teraz chętniej mówimy w psychologii jako o sile „ego” albo o sile motywacji. To, czy człowiek potrafi czy nie, zaspokoić niższe, że tak powiem, popędy i w jaki sposób to uczyni, zależy z jednej strony od tego, jaki ma system wartości, a z drugiej strony od siły „ego”, to znaczy od tego, czy stać go na to, żeby być wiernym systemowi.
Naturalnie koncepcja, która w ten sposób usprawiedliwia człowieka, uczyniła go tak mocno zdeterminowanym zarówno społecznie jak i biologicznie, że obudziła ogromnie wiele kontrowersji. Może przytoczę tu inne skrajne podejście prezentowane przez jedną ze szkół behavioralnych, przez Maurera, który przeciwstawia się w tej dziedzinie Freudowi. O ile Freud podkreślał, że zbyt silny system wartości jest przyczyną nerwicy, o tyle Maurer dowodzi w swoich dziełach, że to właśnie za słaby system wartości prowadzi do nerwicy, dlatego, że z jednej strony jest za słaby i nie jest zdolny, by postępować zgodnie z przyjętym przez siebie systemem wartości, a z drugiej strony, że nie umie przeżyć winy w sposób dojrzały. Jeżeli człowiek zgrzeszył, używa tego sformułowania, ma szansę być świętym albo chorym psychicznie. Świętym, jeżeli przeżyje winę w sposób dojrzały, jeżeli akceptuje, uzna i przyjmie jakąś formę ekspiacji, a neurotykiem, jeżeli ukryje, nie przyzna się, będzie chciał sprawę w jakiś sposób zatuszować. Zresztą tam przytacza przykład pierwszych neurotyków, którymi mieli być Adam i Ewa, bo oni właśnie nie umieli przeżyć winy, oni zrzucają odpowiedzialność na drugiego, ukryli się i nie uznali winy.
Problem winy pojawia się często w psychologii klinicznej, zresztą również w systemach terapeutycznych. Jak widzimy, poglądy psychoanalizy zwalniają od poczucia winy i odpowiedzialności, podczas gdy prawie wszystkie, zaryzykowałabym takie powiedzenie, współczesne kierunki psychologiczne raczej podkreślają odpowiedzialność człowieka za własne życie, odpowiedzialność nawet za swoją nerwicę.
W innym kierunku psychoanalitycznym reprezentowanym przez Junga, który był wprawdzie uczniem Freuda, ale niewiernym w sensie poglądów, spotykamy się z rozbudowaną teorią życia podświadomego. Jung wprowadza bardzo ciekawe i istotne odróżnienie tzw. podświadomości indywidualnej, jaką każdy z nas zdobywa w swoim życiu od podświadomości kolektywnej w pewien sposób dziedziczonej od dawnych pokoleń, a nawet od naszych przodków – zwierząt. Człowiek pewne cechy dziedziczy po prostu od zwierząt. Chodzi tutaj przede wszystkim o takie cechy osobowości jak agresja, złośliwość, niszczenie itd. Ale dziedziczy się również kolektywnie różne idee, które się powtarzają w doświadczeniu pokoleń tzw. archetypy. Między innymi dziedziczy się również ideę Boga. Jak widać jest to zupełnie naturalna słynna interpretacja życia religijnego. Wprawdzie Jung pisze książkę na temat psychologii i religii, gdzie dużo mówi na temat religii, ale to jest koncepcja absolutnie naturalistyczna. Są te same słowa, ale została im nadana zupełnie inna treść. Ale w systemie Junga – jeżeli chodzi o czynniki podświadome – jest ważna i bardzo ciekawa koncepcja rozwoju człowieka.
Dawniej w psychologii rozwojowej mówiło się o rozwoju człowieka od dziecka i gdzieś się to mniej więcej kończyło na 20-tym roku życia tak, jak gdyby już wtedy właściwie wszystko było gotowe, a później już było tylko jakąś kontynuacją. Inaczej jest u Junga, który sądzi, że człowiek zbliża się asymptotycznie do pełnej dojrzałości i właściwie ma szanse do końca życia, niezależnie od tego, jak długo miałby żyć. Te możliwości rozwoju dotyczą zarówno poszerzenia pewnych cech osobowych i jakiejś ich dojrzałości. Chodzi np. o emocje, zainteresowania itp. Otóż wg koncepcji Junga w tym rozwoju osobowości od niemowlęcia aż do starca pewne jej elementy rozwijają się dzięki uświadamianiu, dzięki świadomej pracy, ciągłemu poznawaniu siebie. Właściwie człowiek nigdy nie skończy poznawać siebie. To nie jest tak, jak to kiedyś psycholog mówił, że ktoś tam jest sangwinikiem, czy cholerykiem i sprawa znajomości siebie na całe życie była odfajkowaną. Wg Junga poznawanie siebie nie skończy się nigdy, dopóki się człowiek jakoś rozwija, przy czym różne aspekty, różne sfery osobowości mają różny przebieg rozwoju.
Nie wnikając w szczegóły tej bardzo interesującej teorii, zwrócę tylko uwagę na dwa elementy, mianowicie na tak zwaną „personę” i „cień”. Persona – to jest ten zespół cech osobowości, który mamy dla bliźnich, który świadomie pokazujemy. Inaczej się pokazujemy przełożonym, inaczej podwładnym, inaczej w środowisku „x”, inaczej w środowisku „y”. To jest to, z czego nas ludzie znają i to, co mamy ochotę im pokazać. Mam się wydaje, że pokazujemy tylko część naszej persony, gdy na ogół bliźni lepiej nas znają niż my sami siebie. Właśnie, jeżeli persona jest nieuświadomiona choćby tylko częściowo, jeżeli staje się pewnym stylem życia, tak że człowiek jest, jak się to mówi potocznie, dwulicowy, ma różne sposoby zachowania, to taki stan rzeczy oczywiście nie może sprzyjać zdrowiu psychicznemu ani pełnemu rozwojowi.
Druga niejako część osobowości, tak zwany „cień” to jest zespół negatywnych cech, który człowiek posiada. Na skutek działania mechanizmów obronnych istnieje naturalna tendencja, ażeby te negatywne cechy ukrywać zarówno przed bliźnimi jak i przed samym sobą, ale tak długo, jak długo to pozostaje w cieniu ukryte, nie ma możliwości zadziałania na te cechy, nie ma możliwości ani poprawy, ani rozwoju. Wiąże się z tym problem tak zwanych kryzysów osobowościowych, które się pojawiają w różnym okresie życia.
Według Junga pełna dojrzałość występuje około czterdziestego roku życia. Wtedy człowiek rzeczywiście jest świadom tego, czego chce i jeżeli wtedy „cień” dojdzie do poziomu świadomości, można zaplanować określoną terapię, zaplanować jakiś system wychowawczy. Tak długo jak cień jest ukrywany noc nie można zrobić, a przecież oddziałuje on na życie świadome. Czyli w systemie Junga interesuje nas ten właśnie ważny problem dążenia do nazywania pewnych rzeczy po imieniu, zdawania sobie sprawy z różnych „person”, które człowiek w stosunku do innych pokazuje, ale również i nieukrywania „cienia”, co jak za chwilę pokażę, jest właśnie przyczyną tworzenia się cech patologicznych.
Późniejsze kierunki psychoanalizy min. tak zwana neopsychoanaliza, która rozwija się głównie na terenie Stanów Zjednoczonych, zrywa z tym przyznawaniem prymatu życiu podświadomemu, zrywa z tym jakimś zdeterminowaniem człowieka przez jego siły biologiczne, przez jego indywidualną historię życia. Przyjmuje się istnienie życia podświadomego i jego oddziaływanie, ale w stopniu nieznacznym. Większy nacisk położony jest na stosunki społeczne, na stosunki interpersonalne i w nich szuka się źródeł trudności konfliktów, kryzysów osobistych, społecznych itd. Teoria życia człowieka indywidualnego i jego biografia rozważane są raczej w kontekście społecznym, w kontekście stosunków interpersonalnych, początkowo rodziny, a później – coraz to szerszego kręgu społecznego.
Niezależnie od tego jaki się ma stosunek do psychoanalizy: krytyczny, fanatyczny czy obojętny, trzeba jednak przyznać, że wpływ psychoanalizy jest znaczny i pozytywny na rozwój zarówno psychologii, psychiatrii jak i nauk społecznych.
Bardzo wiele twierdzeń, chociaż nadal nieudowodnionych, przeszło do innych systemów, a nawet do szkół eksperymentalnych, behavioralnych itd. Jeżeli chodzi o problem podświadomości i jej roli w rozwoju człowieka, dziś trudno byłoby znaleźć taki kierunek, w którym by się o tym nie mówiło. Różnica polega tylko na stopniu, jaki się przypisuje roli podświadomości, to znaczy przyznaniu świadomości mniejszego lub większego stopnia zdeterminowania. Allport np., który się głównie zajmował ludźmi zdrowymi uważa, że człowieka zdrowego psychicznie, jego motywację można w pełni wytłumaczyć tylko na poziomie świadomym. Po prostu pytamy kogoś, dlaczego tak czy inaczej postępuje, dlaczego to czy tamto wybrał i wtedy odpowiedź podobno ma być prawdziwa. We współczesnych kierunkach przed Allportem nie spotyka się tak radykalnego stawiania sprawy. Mnie się również wydaje, że to jest trochę zbyt śmiałe stwierdzenie. Oczywiście, jeżeli człowiek jest, jak to się mówi „w dobrym wydaniu”, jeżeli nie ma jakichś trudności, kryzysów itd., to być może, że będzie sobie mógł wytłumaczyć na poziomie świadomym wszystkie swoje doznania i będzie mógł siebie zrozumieć tylko interpretując swoje świadome przeżycia. Natomiast tam, gdzie natrafia się już na jakieś trudności, wyda je mi się, że wytłumaczenie ich wyłącznie na tej drodze będzie chyba rzeczą trudną.
W jakich dziedzinach przejawia się najbardziej działanie i wpływ podświadomości? Ujmując zagadnienie raczej syntetycznie, jako że szczegóły trzeba by w różnych innych teoriach rozpatrzeć inaczej, działalność podświadomości i jej wpływ przejawia się – tak mi się zdaje – najbardziej w koncepcji samego siebie, to znaczy w poznawaniu samego siebie i uzyskaniu obiektywnego obrazu siebie.
Współczesna psychologia bardzo chętnie operuje tym terminem „self – concept”. Zawsze mam kłopoty jak to trafnie oddać po polsku: obraz samego siebie, koncepcja samego siebie czy koncepcja jaźni. Znajomość siebie to nie jest tylko zaszeregowanie siebie do tego czy innego typu. Tego już raczej w psychologii nie ma, natomiast mówi się; posiadam takie a takie cechy, przy czym nie chodzi tylko o ich wymienienie, a przede wszystkim o zrozumienie przyczyn ich występowania. Można powiedzieć, że człowiek zna siebie tylko wtedy, gdy potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jest taki jaki jest. Przynajmniej w jakichś ważniejszych dziedzinach. Np. zauważamy w jakiejś grupie społecznej człowieka, który stoi na uboczu, nie nawiązuje kontaktu z innymi, który bywa smutny, który, gdyby miał wybór chodziłby zawsze sam, nie potrafi nawiązać emocjonalnego kontaktu nawet ze swoimi bliskimi przyjaciółmi. Gdy spytamy się, dlaczego tak jest, moglibyśmy odpowiedzieć: po prostu jest to schizoidalny introwertyk czy też, gdyby ktoś chciał innej terminologii, jest to typ schizoidalny, izolujący się. I sprawa byłaby załatwiona. Ale ta sama izolacja społeczna może być spowodowana kilkunastu innymi przyczynami. Abstrahuję, że to może być człowiek chory na poziomie psychozy, chory na poziomie nerwicy, że to może być ktoś bardzo nieśmiały, ktoś, kto ma trudności w przystosowaniu, ktoś, kto doznał jakiegoś urazu ze strony grupy społecznej, może się po prostu boi, to może być ktoś o wysokich ambicjach albo z poczuciem niższości, boi się kompromitacji itd. Gdyby się chciało tego człowieka w jakiś sposób „ustawić” czy wychować, to nie można wziąć tu pod uwagę samej cechy izolowania się. Konieczną rzeczą będzie rozstrzygnięcie, dlaczego tak jest. A to już trudniejsza sprawa. To nie jest tak po prostu, że zapytamy pacjenta: „dlaczego pan czy pani się izoluje?”. – Otóż nie uzyskamy odpowiedzi nie tylko dlatego, że ktoś ma ochotę kłamać, to znaczy świadomie wprowadzać w błąd, ale może dlatego, że ktoś może mieć fałszywą koncepcję samego siebie.
Właściwe poznawanie siebie jest pewnym procesem, w którym quantum informacji może tylko wzrastać i w miarę upływu czasu same informacje zmieniają się również jakościowo. Jeżeli zaraz na początku spotkań z pacjentem pytamy, dlaczego jest taki, to może on nam jedynie odpowiedzieć, że chce być szczery i otwarty i chciałby dużo o sobie powiedzieć, ale tylko tyle potrafi powiedzieć. Potem na poszczególnych posiedzeniach, jeżeli są umiejętnie prowadzone, stopniowo informacja o nim się zmienia. Powstaje zatem pytanie: kiedy właściwie znamy tego człowieka, czy znamy go już w pierwszym momencie, czy dopiero musimy dążyć do tego, by go poznać? Czyli – na ile można mówić o znajomości gdy się zmieniają informacje ilościowo i jakościowo? I następne pytanie: Od czego to właściwie zależy, czy tylko od tego, czy ktoś się wprawia w analizowaniu? Okazuje się, że nie. Gdybyśmy zrobili następujący eksperyment: jakiejś grupie osób powiedzielibyśmy – należy zastanawiać się nad sobą i przez jakąś refleksję poznawać siebie w tygodniu po godzinie; drugą zaś grupę w tych samych samach czasowych dalibyśmy pod opiekę nie koniecznie nawet psychologa, ale jakiejś drugiej osoby, z którą każdy będzie prowadził jakiś dialog na temat własnej osobowości, to na pewno nie ruszylibyśmy z miejsca z tą pierwszą grupą refleksyjną, a poznanie byłoby dużo lepsze w grupie drugiej. Dlaczego? Bo jeżeli jest się samemu, w samotności, to działają wszystkie mechanizmy obronne. Człowiek właściwie w pewnym sensie jest bezradny wobec siebie. Nie potrafi wiązać niektórych faktów przyczynowo, ma oczywiście silną defensywną postawę w stosunku do swoich jakichś negatywnych cech. W sytuacji poznawania samego siebie człowiek jest bardzo potrzebny człowiekowi jako czynnik obiektywizujący, jako czynnik, który w pewnym sensie panuje nad mechanizmami obronnymi i nad tym, gdzie człowiek ma ochotę się wycofać. Wtedy się go w jakiś sposób podtrzyma pytaniami i dojdzie on do lepszej znajomości siebie. Czynniki, które utrudniają poznanie, dają nam zafałszowany obraz samego siebie, przy czym nie są to błędy introspekcji. Introspekcja jest bezsilna wobec mechanizmów obronnych. Mam zresztą takie doświadczenia ze swoimi pacjentami. Bardzo chętnie mówią o sobie źle. Jest to jakieś przyzwyczajenie, po prostu to im sprawia przyjemność, ulgę. Rzadko kto mówi o sobie pozytywnie. Trzeba bardzo długiego czasu, żeby można było kogoś przekonać o tym, że powinien mówić o sobie również w terminach pozytywnych. Jest to jakieś zahamowanie. Jesteśmy wyćwiczeni w rachunkach sumienia, ale nie wyćwiczeni w mówieniu o sobie dobrze i każdy trochę wstydliwie ukrywa te cechy dodatnie, broni się przed nazwaniem pozytywów, bo ma przeświadczenie, że wtedy będzie niepokorny, zarozumiały lub tym podobnie. To tak, jakby nie można się było cieszyć z własnych sukcesów, z jakichś osiągnięć. Jeśli ma się osiągnięcia, można zwołać przyjaciół i cieszyć się razem z nimi, a raczej jesteśmy do tego nieprzyzwyczajeni. Zdaje mi się, że to jest jeden z podstawowych błędów wychowania, że się montuje w wychowankach postawę obronną.
Trzeba omówić niestety krótko i pobieżnie te właśnie postawy obronne. Zawdzięczamy Freudowi i późniejszym psychoanalitykom opis tych kilkudziesięciu mechanizmów obronnych, które fałszują nam obraz nas samych. Mechanizmy te są nieświadome. Jak sama nazwa wskazuje, mechanizm ma w sobie coś automatycznego. Działa on nie wtedy, kiedy człowiek sobie coś postanawia, ale działa automatycznie. Wydaje mi się, że to jest bardzo ważną rzeczą odczytanie mechanizmu obronnego. U siebie samego nigdy to nie jest możliwe, bo jest to mechanizm nieświadomy. Natomiast drugi człowiek jako obiektywizator pomaga w usunięciu tych podświadomych systemów obronnych. Mechanizmy obronne są powszechne. Spotyka się mechanizmy obronne u wszystkich ludzi, niezależnie od wykształcenia, rasy, szerokości geograficznej. Są mechanizmy silne i słabe, takie, które pomagają w przystosowaniu i takie, które je utrudniają, a wtedy są wręcz patogenne.
Omówimy pobieżnie tylko kilka podstawowych mechanizmów obronnych.
Na mechanizmie tłumienia czyli represji oparł się cały fundament psychoanalizy. To jest po prostu spychanie do podświadomości tego, czego się nie chce przyjąć. Bywa też, że ze świadomości do podświadomości przechodzą tylko pewne motywy, których człowiek sam nie chce uznać i przyjąć. I na odwrót zdarza się, że z podświadomości do świadomości powraca tylko to, co może zostać przyjęte. Oto np. człowiek coś przeżył, powiedzmy postąpił niezgodnie z przyjętym systemem wartości. I to jest treścią przeżycia. Wiąże się z nim stan emocjonalny – powiedzmy – odczucie winy. Na skutek działania nieświadomego mechanizmu, represji, zostaje całe przeżycie zepchnięte do podświadomości. Potem może powrócić do świadomości tylko stan emocjonalny. Nie wraca natomiast treść przeżycia. W wyniku ktoś – nie wiadomo dlaczego – ma nieokreślone poczucie winy. Wiadomo na pewno, że mógłby w sobie odszukać jego przyczyny. Jeżeli to jest sprawa w poważniejszym wymiarze, może się stać jednym ze źródeł skrupułów. Doświadczając poczucia winy bez uświadomionego powodu, człowiek szuka jego przyczyn i przyczepia to poczucie do rozmaitych przeżyć. Jeżeli to jest czynnik silny emocjonalnie, to może człowieka gnać po świecie, powodować nomadyzm ucieczki z miejsca na miejsce, połączony z nieokreślonym niepokojem. Dopiero w procesie psychoterapii, a czasami w głębokiej psychoanalizie można ujawnić właściwe źródła tego stanu.
Bardzo często jest tak, że ludzie referując swoje życie leczącemu, wspomnę nawet ten fakt, w którym tkwi źródło urazu, wiedzą, że tam było coś bardzo poważnego, jednocześnie będą mówili o swoim obecnym stanie psychicznym, ale nie połączą tych dwóch faktów ze sobą, nie są świadomi, że to poczucie winy związane jest z tamtym faktem. Czyli obronność polegałaby nie tylko na tym, że jakaś treść została zepchnięta do podświadomości, a przeżycia mogą tkwić w świadomości, lecz i na tym, że chociaż nie zapomni się faktu to jednak zapomni się, że to z nim jest w jakiś sposób związane poczucie winy.
Bardzo ważnym i interesującym dla ras mechanizmem może być mechanizm racjonalizacji, który polega na reinterpretacji motywów. Człowiek nie zmienia zachowania, jest taki, jaki chce być, tylko wobec tego, że po prostu staje mu się za ciasno z określonym systemem wartości. Nie wytrzymując tego, podważa ten system wartości. Tak jest na przykład z problemem celibatu. Ktoś, kto kiedyś go przyjął, w jakiejś chwili nie może tego znieść z tego czy innego powodu. Dlatego zaczyna podważać wartość celibatu: „po co to?”. Albo mówi się o obrazie kwaśnych winogron. To jest okazja do starej bajki, jak to sobie lis chciał zjeść winogrona, które jednak wisiały za wysoko, tak, że ich nie dosięgnął. Wtedy powiedział sobie: „są kwaśne, nie warto się wysilać”. Mówi się też o obrazie słodkiej cytryny. Wprawdzie cytryna jest kwaśna, ale wmawiamy w siebie – to jest właśnie mechanizm racjonalizacji – że cytryna jest słodka. Zatem nic się nie zmienia w zachowaniu, ale się zmienia motywy. Może się pojawić również motywacja patologiczna, której nie chce się przyjąć i nadaje się jej bardzo piękny sens. Gdy z kimś się rozmawia, w pierwszym etapie wydaje się, że kieruje się on bardzo piękną, wzniosłą motywacją. Patologiczna motywacja wygląda wspaniale i ona jest prawdziwa, ale prawdziwa na zasadzie racjonalizacji. Niektóre formy kryzysów religijnych czy zmiany światopoglądu też mogą być podyktowane racjonalizacją. Czasami te osoby, które zmieniają światopogląd, stają się niesłychanie agresywne. Ostatecznie jeżeli nie wierzy, to co go obchodzi, że inni wierzą? Ale często niewierzącemu to przeszkadza, że inni wierzą, zaczyna się złość i agresja. I tu jest właśnie wynik racjonalizacji, wcale nie przekonań. Mamy wtedy do czynienia z zafałszowanym poznaniem własnej motywacji.
Jest i projekcja – bardzo niebezpieczny mechanizm, który polega na przerzucaniu na innych swojej winy, swojego niepokoju, swoich ujemnych cech. Człowiek nie znosząc w sobie pewnych wad czy trudności pociesza się, że inni są źli. Stąd podejrzliwość, uprzedzenia, nieufność.
Może być i tak, że nieświadomy mechanizm obronny doprowadzi człowieka, który nie może znieść swojej sytuacji konfliktowej do takiej postaci obrony, że zaczyna przerzucać, transponować trudności na język somatyczny. Nazywany to konwersją, w wyniku której występuje ślepota, głuchota, różne dolegliwości. To jest zdumiewające, do czego mogą prowadzić takie mechanizmy konwersyjne. Znalazła się w szpitalu zakonnica, która miała taką koncepcję świętości, że musi być absolutnie posłuszna tak dalece, że może jeść tylko na wyraźne polecenie przełożonej. Polecenie jednak musiało być sformułowane w ten sposób: „ugryź, pogryź, połknij”. Inaczej nie jadła. Miało to być doskonałe posłuszeństwo. I wreszcie postanowiła „zamknąć” mowę i oczy. Zamknęła mowę i oczy. Przez dwa lata przeleżała w szpitalu w takim pseudokataleptycznym stanie, karmiona sondą przez cały czas. Nastąpiło wyniszczenie, zanikały mięśnie. Pewnego dnia po dwóch latach – zbudziła się. Orientowała się we wszystkich szczegółach i nazwiskach osób. A potem długo to trwało zanim zmieniła koncepcję świętości. Wytłumaczyło jej się. Dlaczego ona ma być świętą kosztem tylu innych ludzi? Uważała za wielkie umartwienie, że czasem salowe na nią pohukiwały, jeśli ona się zanieczyszczała. Ona pragnęła być czymś, coś znaczyć, a bardzo ją bolało, że jej nie dostrzegano, więc pragnęła być sławną w inny sposób, to jest świętą, co tak szybko nie da się zrobić. Ten mechanizm nie wygląda tak, że ona sobie postanowiła świadomie, że to tak będzie. Cały ten proces jest właśnie nieświadomy.
Wspomnę jeszcze o agresji i autoagresji. Agresja w stosunku do innych niekoniecznie przejawia się np. biciem, może równie ujawniać się w ostrym krytycyzmie, w niszczeniu przeciwnika słowem, zwłaszcza, jeśli jest silniejszy. Mówi się wtedy: „jest bardzo mądry, wielki, ale …”. Chodzi o to, by uznanie nie było bez „ale”. Jest to perfidna forma agresji, ale elegancka. Wypływa z niepokoju czy z zazdrości, ale to nie jest świadome tak, by człowiek mógł powiedzieć o sobie: „Acha, jestem agresywny dlatego, że jestem zazdrosny”. W jego świadomości jest jakaś piękna forma motywacji. Agresja zawsze się łączy z racjonalizacją. Ale agresja ma czasem formę samoukarania, jest tendencją do samoukarania, przybierającą nieraz dramatyczne formy. Np. pewien architekt włożył prawą rękę do ognia i spalił ją do kości. Bolało go to strasznie, ale w ten sposób pokutował. Ktoś może wyjąć sobie oczy, zadać sobie bardzo bolesne rany. Niekiedy formą autoagresji jest nadmierna asceza, której nadaje się np. piękną formę, ale pod tym bynajmniej się nie kryje dojrzałość religijna, lecz autoagresja.
Przytoczyłam nieliczne przykłady, ale można by je mnożyć. Chciałam na nich pokazać, jak nas zwodzi podświadomość. Powiedziałam na początku, że nie bardzo wierzę w działanie podświadomości. Nie wierzę w ten determinizm, który proponował Freud w pierwotnej swojej koncepcji. Nie mniej jednak nie można nie liczyć się z faktami, jakich przykłady widzieliśmy. Klinicznie są to fakty pewne, choć nie zawsze rozpoznawalne. Trzeba dobrego fachowca, żeby je rozpoznał. Ponieważ mechanizmy obronne są nieświadome, przeto człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że one wpływają na jego zachowanie. Ktoś drugi to lepiej zaobserwuje. Wprawdzie nam się wydaje, że znamy nasze skryte motywy, ale jakie są te motywy? Czy są one zracjonalizowane, czy to są te prawdziwe? Nieraz nasze motywy są bardzo piękne, bo tak je nam jest lepiej przyjąć.
Mechanizmy obronne nie zawsze są negatywne. Nieraz fałszują one rzeczywistość, ale pomagają. Pomagają również i w przeżywaniu rozmaitych trudności, kryzysów itd. Przy tym mechanizmy obronne jawią się szczególnie w momentach trudnych. Nazywamy je obronnymi, bo bronią one przed czymś, mianowicie przed zagrożeniem w znaczeniu psychicznym, ale pomagają również przetrwać trudności.
Freud zwraca uwagę na taki właśnie mechanizm obronny: sublimację. Psychologowie jeszcze dyskutują, czy to rzeczywiście jest mechanizm obronny, czy nie, ale w koncepcji Freuda, a zwłaszcza u jego córki, Anny Freud, pojawia się sublimacja jako jedyny mechanizm obronny spośród plejady innych, który jest charakterystyczny dla osobowości dojrzałej. Sublimacją może się posługiwać tylko człowiek dojrzały i zdrowy. Sublimacja należy do tych mechanizmów obronnych, które pomagają człowiekowi w przystosowaniu dzięki tak zwanemu przeniesieniu potrzeb czy przeniesieniu celów. Przenosimy potrzebę z jednej na inną w zakresie tego samego poziomu, jeżeli np. nie może ktoś iść do teatru, to sobie idzie do kina. To dzieje się na skutek tak zwanej substytucji czy kompensacji. Sublimacja natomiast jest mechanizmem psychicznym, który podnosi potrzebę na poziom wyższy. Zatem niezaspokojona potrzeba niższa zostaje zaspokojona czy uspokojona poprzez wyższe formy życia społecznego, religijnego itd. Sublimacji przypisuje się bardzo dużą rolę. Jednak z punktu widzenia ściśle psychologicznego czy psychoterapeutycznego nie można od razu proponować dojrzałego przeżycia religijnego, bo trzeba do niego w pewnym sensie dorosnąć, tak też do sublimacji trzeba w jakimś sensie dorosnąć.
Na koniec spróbujmy nawiązać do sprawy celibatu i rozważając możliwość wystąpienia tutaj mechanizmów obronnych, czy też pewnego wpływu podświadomości na świadomą decyzję w tym przedmiocie.
Jako ogólną zasadę przyjmuje się, że jak najwięcej przeżyć trudnych należy utrzymać na poziomie świadomym. Jeżeli trudności ujawnią się na poziomie świadomym, można się łamać, jak to się mówi, nawet popłakać, ale dzięki temu, że proces przebiega na poziomie świadomym, coś z tym można zrobić. Natomiast jeżeli człowiek zaczyna się bronić przed trudnością w sposób niedojrzały i zaczyna uruchamiać mechanizmy obronne, to wtedy właściwie powstaje pewnego rodzaju kalectwo.
Stosunkowo dużo miałam do czynienia z klerykami, którzy przychodzili z prośbą o pomoc psychologiczną tak, że mówię w oparciu o długoletnie doświadczenie w tego typu rozmowach psychologicznych. Otóż zdawało mi się zawsze, że istnieje jakaś wadliwa forma wychowania, szczególnie względem tych, którzy zaczynali od małego seminarium. Mam na myśli wychowanie w pewnej negatywnej postawie do kobiet oraz o stawianiu relacji z kobietą i w ogóle małżeństwa czy rodziny jako sprawy nie wartej zachodu, bo się idzie do wyższego celu. Wspominaliśmy już o procesie racjonalizacji, który prowadzi do wniosków w rodzaju: „kwaśne są te winogrona” lub „słodka ta cytryna”. Rzadko się spotyka taką formę wychowania, w której się mówi jasno, że małżeństwo i rodzina są autentycznymi wartościami, ale z tego czy innego powodu wybieramy inną drogę życia. Uznanie pozytywnej wartości życia małżeńskiego, pozytywnej wartości kobiety jest konieczne, bo ostatecznie po tym kleryk widzi kobiety i spotyka się z nimi, a one nie zawsze są takie godne – że tak powiem – odrzucenia i po tym zaczynają się tragedie. Natomiast jeżeli kleryk dojdzie do wniosku, że owszem – mogą być kobiety atrakcyjne, ale to jest wartość, którą z trudem bo z trudem, ale zostawił dla innych, wartości, to jest inna sprawa, ponieważ wtedy z punktu widzenia psychologicznego mamy do czynienia z postawą dojrzałą człowieka, który akceptuje swoją trudność. Tego się nie załatwi oczywiście najuroczystszymi ślubami zakonnymi, bo to powinien być trud podjęty na całe życie, ale bez poczucia klęski. W takim wypadku już nie ma powodu do fałszywej postawy, a prawdziwa postawa w życiu kapłana jest szczególnie potrzebna. Dlatego, że nawet jeżeli się nic nie stanie w jego życiu osobistym, da sobie tak czy inaczej radę, to niemniej jego postawą rzutuje na innych. Ksiądz nie jest tylko dla siebie. Jest jak najbardziej osobą społeczną w tym sensie, że ma największy wpływ. Jeśli ktoś inny się załamie, to jest mniejsza szkoda, niż gdy się załamie ksiądz. I jeśli to kapłan jest jakiś niespokojny, działa w nim ten mechanizm obronny, to oddziałuje to również na innych, rozsiewając wokoło siebie niepokój. Natomiast żaden kryzys, który przeżywany jest na poziomie świadomym, który się nie kryje, czy jak by nam powiedział Jung – nie wejdzie w cień, czy jak nam powiedzą inni psychoanalitycy – nie zracjonalizuje się, nie wyrządzi szkody. Wszelkie rozwiązania niedojrzałe natomiast są ogromnie szkodliwe. Dlatego wydaje mi się, że trzeba jak najbardziej bronić kleryków przed inwazją podświadomości w tej dziedzinie, przed inwazją mechanizmów obronnych. Niejednokrotnie trudności tych kleryków są naprawdę nikłe, a robi się z nich wielkie problemy, które pozostają, bo jest to temat „tabu”. Np. spodobała mu się w szpitalu pielęgniarka, a że jest już po decyzji życia w celibacie, to mu się wydaje, że nie wolno nawet w sposób dojrzały o czymś takim myśleć.
W katedrze na KUL-u prowadzimy długofalowe badania kilku seminariów duchownych w Polsce również pod kątem patologii. Otóż mamy takie seminaria, gdzie wnikliwe badania dają bardzo pomyślny obraz zdrowia psychicznego alumnów. Są jakieś lekkie nerwice, to wszystko. Może trudności w klasztorach są większe. Dlatego mówiąc o ludziach tak zwanych normalnych, czy mających lekkie nerwice /które ostatecznie mogą dotyczyć niesłychanie pozytywnych i cennych jednostek/ – trzeba stwierdzić, że wykorzystanie psychologii w zakresie podświadomości prowadzi do wniosku, że istotną rzeczą do pełnego rozwoju jest właściwa znajomość siebie, którą może być fałszowana na zasadzie różnych mechanizmów obronnych. Doświadczenie psychoterapii uczy, że należy dążyć do utrzymania wszystkich przeżyć, jak długo się da, na poziomie świadomym. Jeżeli jest bardzo trudno i bardzo ciężko, trzeba dążyć do zaakceptowania tego stanu, a nie usprawiedliwiać, że przejdzie, bo może nie przejdzie. Natomiast dana jednostka musi się zgodzić, że będzie miała taką trudność. To jest problem akceptacji na poziomie świadomym. Potem można sobie wymyślać różne formy pomocy, w różnym okresie życia, próbować nie tej do tamtej metody, ale jeżeli to zejdzie w podświadomość i w jakiś sposób się zracjonalizuje, to wtedy utrzymanie dojrzałości psychicznej staje się sprawą bardzo trudną, o ile w ogóle możliwą.
Archiwum KWPZM
