Kempny R. Ks., Novo Millennio Ineunte odczytane przez osoby konsekrowane

1. „Na nowo rozpoczynać od Chrystusa” – to podstawowe hasło programu duszpasterskiego Jana Pawła II na nowe tysiąclecie.

Chrystus w centrum: naszego powołania, naszej modlitwy, naszego życia wspólnotowego. Oznacza to odkrywanie Jezusa z kart Ewangelii. Przyjęcie Ewangelii Chrystusa oznacza przyjęcie tej Miłości, która ostatecznie nadaje sens ludzkiemu życiu i śmierci, pracy i modlitwie, cierpieniu i chwilom radości.

Dlatego też człowiek, który chce zrozumieć siebie, musi ze swoim niepokojem, słabością i grzesznością przybliżyć się do Chrystusa. Stanąć przed Nim i powtórzyć na nowo swoje przyrzeczenia chrzcielne: „wyrzekam się” oraz „wierzę”. Bóg Syna swego Jednorodzonego dał, ażeby człowiek nie zginął, ale miał życie wieczne (por. J 3,16). Trzeba nieustannie wczytywać się w Ewangelię, Dobrą Nowinę o Jezusie z Nazaretu. Niech nam stale towarzyszy wezwanie Autora Listu do Hebrajczyków: „Patrzmy na Jezusa, który w wierze nam przewodzi i ją wydoskonala” (Hbr 12,2).

Już w pierwszej encyklice Redemptor hominis Jan Paweł II pisał: Ku Chrystusowi kierujemy nasze spojrzenie powtarzając wyznanie św. Piotra: «Panie, do kogóż pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego», bo tylko w Nim, Synu Bożym, jest nasze zbawienie.

W Nim są wszystkie skarby mądrości i wiedzy. Kościół jest Jego ciałem. Jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego którego źródłem jest On! On  sam: Odkupiciel. Kościół nie przestaje słuchać Jego słów, odczytuje je wciąż na nowo. Każdy szczegół Jego życia odtwarza z największym pietyzmem (…). Przemawia Jego życie, Jego człowieczeństwo, Jego wierność prawdzie, Jego miłość wszystkich ogarniająca. Przemawia Jego śmierć na Krzyżu, zdumiewająca głębia cierpienia i oddania. Kościół nie przestaje przeżywać Jego śmierci na Krzyżu i Jego Zmartwychwstania”.

Wśród nieustannych napięć, wśród wojny nerwów, wśród tylu kryzysów, a nawet przelewu krwi, człowiek dzisiejszy ustawicznie szuka pokoju i źródeł prawdziwego szczęścia. To najgłębsze pragnienie ukazuje Ewangelia, zwłaszcza według św. Łukasza. Ukazuje drogę człowieka wszystkich czasów, a także drogę Kościoła w świecie współczesnym. Dlatego też przenika ją atmosfera głębokiego pokoju i radości, która ma tylko jedno źródło, Jezusa Chrystusa: „Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan” – ogłaszał anioł wszystkim ludziom dobrej woli (Łk 2,10 – 11). Nie jest to tylko fakt odległej historii, wydarzenie z nocy Bożego Narodzenia. To trwa „dziś” i dosięga każde-go człowieka. Rzeczywistość zbawienia, którą Jezus niesie, jest obecna wśród nas.

Gdy Jezus „pełen mocy Ducha” przychodzi nawiedzić rodzinny Nazaret (Łk 4,16), odczytuje jako program swego życia słowa proroctwa: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim głosił dobrą nowinę, więźniom wolność, a niewidomym przejrzenie (…), abym obwoływał rok łaski od Pana (…). Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli” (Łk 4,18-21).

A więc i dziś Jezus ogłasza rok łaski, dziś spełniają się dla nas te słowa Pisma, o ile zechcemy je przyjąć. Mieszkańcy Nazaretu nie chcieli, i dlatego Jezus, „przeszedłszy pośród nich, oddalił się od nich” (Łk 4, 30). Jest to największe nieszczęście, jakie może spotkać człowieka.

Jezus jest zawsze taki sam. Czy wędruje wraz z apostołami kamienistymi szlakami Palestyny, dążąc do Jerozolimy, by tam dopełnić dzieła zbawienia człowieka, czy to po zmartwychwstaniu, gdy towarzyszy w drodze ciężko strapionym ludziom małej wiary i nadziei. Stale służy człowiekowi, nachyla się nad jego nędzą i słabością, szuka zbłąkanej owcy (Łk 24,13-41).

2.  Karmić się słowem, aby być «sługami Słowa» w dziele ewangelizacji

Świat dzisiejszy tonie w słowach, co prowadzi do dewaluacji, stwarza informacyjny szum. Słowa, które winny być środkiem łączności i komunikacji między ludźmi zatraciły swoją istotę, którą jest prawda.

Bóg powierzył swoje orędzie tak kruchemu zjawisku jak słowo, nadał mu moc kreacji, błogosławieństwa i przekleństwa. To, co nie nazwane, nie istnieje, dlatego Adam w raju nazywał po kolei zwierzęta i w ten sposób wyodrębniał ich istnienie.

W Biblii słowo ma wielką kreatywną moc, zaś wiara w Boga była wiarą w rzetelność słowa. Chrześcijaństwo buduje na Słowie przedwiecznym, które stało się Ciałem. Jezus stworzył własny język, był mistrzem narracji, jego wypowiedzi były przeplecione przypowieściami, obrazami, metaforami, był On poetą Boga i człowieka i potrafił nazwać to, co nienazwane. Jego słowo uzdrawiało, wskrzeszało, przebaczało, uśmierzało burze. Nie zapisał swej nauki w księgach – zapisał ją w ludzkich  sercach.

W chrześcijaństwie słowo stało się światem wynajętym przez Boga. Bóg zamieszkał w ludzkim słowie, w Biblii, podobnie jak w Eucharystii. Przychodzi jednak chwila, gdy trzeba zamilknąć – milczenie jest źródłem i finałem sztuki. Dlatego asceza słowa jest konieczna. Nasze współczesne wychowanie każe nam szukać w książkach i mediach informacji. Są one środkiem kształcenia, zapominamy, że Biblia uobecnia Osobę.

Nie można też zapominać, że tam gdzie nie było lub nie ma stałego odniesienia do Biblii i Magisterium, rodzą się formy pobożności uczuciowej, jałowieje myśl teologiczna sprowadzana do spekulacji rozumowych, dochodzi do przeniesienia zainteresowań i uwagi na pochodne lub drugorzędne aspekty orędzia chrześcijańskiego, wzrostu indywidualizmu i utraty poczucia zmysłu wspólnotowego, szukania innowacji za wszelką cenę, utraty życiodajnych soków tradycji, a wreszcie bałwochwalstwa wobec rzeko-mych znaków czasów.

Jeśli ludzie sprawujący w Kościele różne posługi, nie są uformowani na lectio divina i nauczaniu Magisterium, jeśli nie czerpią ze źródeł Słowa, okażą się w swoim kaznodziejstwie, w nauczaniu i w duszpasterstwie „ludźmi podręcznika”, sprawnymi w eseistyce, ludźmi niepewnymi, skłonnymi raczej do rozważania problemów, niż głoszenia Słowa nie jak ci, którzy mają władzę, ale jak uczeni w Piśmie (por. Mt 7,28-29), zubożającymi często Ewangelię, którą  głoszą (por. Rz 1,16; 2 Kor 3,12; 4,2).

Jedynie Słowo słuchane, przyjmowane, zachowywane i rozważane zdolne jest uformować proroków, którzy potrafią dokonywać wyzwalających i pionierskich wyborów, uformować ludzi, którzy będąc wierni tej ziemi i ludzkości, mówiliby nam o Bogu! (Enzo Bianchi, Przemodlić Słowo, s. 22).

3.  Działanie zakorzenić w kontemplacji i w modlitwie

Istotą medytacji w rozumieniu chrześcijańskim jest trwanie w miłości Trójcy świętej.  Podstawową szansą medytacji w ujęciu chrześcijańskim jest więc jedność – komunia z Osobami Trójcy świętej. Brak medytacji w naszym życiu stwarza niebezpieczeństwo płytkości duchowej. Bez medytacji, czyli – mówiąc nieco inaczej – bez przedłużonej modlitwy osobistej tak naprawdę nie można założyć fundamentów głębszego, systematycznie prowadzonego życia duchowego. To stwierdzenie wypływa z prostego faktu, że człowiek potrzebuje czasu, aby móc doświadczyć miłości. Jeżeli ludzie, którzy siebie nawet głęboko kochają, nie mają dla siebie czasu, to ich miłość, choćby największa i najpiękniejsza, stopniowo będzie zamierać, stawać się coraz płytsza. Istotą życia duchowego jest miłość. Doświadczenie miłości Boga wymaga czasu. Właśnie dlatego do życia duchowego konieczna jest przedłużona modlitwa – medytacja. A więc pierwszą szansą medytacji chrześcijańskiej jest coraz głębsza jedność z Bogiem. Z owej jedności z Bogiem wynikają: wewnętrzna spójność człowieka oraz jedność z bliźnimi.

Medytacja chrześcijańska integruje człowieka wewnętrznie, czyni go coraz bardziej spójnym, ponieważ podporządkowuje to, co psychiczne i zmysłowe wartościom duchowym. Medytacja wprowadza w ludzkie życie harmonię i jedność wewnętrzną. „Ta szansa” medytacji chrześcijańskiej jest  niezwykle ważna w naszych czasach.

Zauważmy, iż podstawowym problemem współczesnego człowieka jest życie w ciągłym stresie, który tworzy w wielu ludziach trwałe zachowania nerwicowe. Dzisiaj – nie bez racji – stwierdza się, iż wszyscy jesteśmy znerwicowani. Bardzo łatwo i szybko dochodzimy do naszych granic psychicznych i emocjonalnych. Na skutek „dotykania naszych granic” stajemy się nierzadko przemęczeni, łatwo popadamy w zniechęcenie i stany depresji lub też stajemy się bardzo drażliwi i agresywni wobec naszych bliźnich. Jesteśmy wówczas kuszeni, aby oskarżać „cały świat” za przeżywany „stan swojego nieszczęścia”. Stan większego czy mniejszego znerwicowania zawsze wynika z rozbicia wewnętrznego, które polega głównie na braku minimalnej choćby harmonii i jedności pomiędzy sferą emocjonalną i zmysłową, a światem ducha.

Człowiek, który powierza się Bogu i czyni Jego miłość najważniejszym kryterium wszystkich ludzkich decyzji, jeżeli nawet posiada pewne skłonności do znerwicowania, to jednak skłonności te nie decydują o jego zasadniczych wyborach życiowych. Umie bowiem powierzać Bogu swoje życie, także w stanach zagubienia emocjonalnego, psychicznego i innego rodzaju ludzkich cierpieniach.

Drugim owocem medytacji jest jedność z bliźnimi. Możemy nawiązać prawdziwą jedność z drugim człowiekiem tylko wtedy, kiedy doświadczamy jedności w nas samych, kiedy jesteśmy pogodzeni z naszym własnym życiem. Jezus odwołując się do wielkiej tradycji starotestamentalnej ukazuje miłość siebie samego, jako zasadnicze kryterium miłości bliźniego: „Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego”.

Medytacja chrześcijańska wprowadzając nas w doświadczenie miłości Boga, które staje się zasadniczym źródłem miłości siebie samego, uczy nas także miłować bliźniego. Podstawą rozwiązywania wszystkich konfliktów międzyludzkich jest otwarcie na Boga. Często nie możemy przezwyciężyć wielu problemów wzajemnego współżycia w relacjach międzyludzkich, właśnie dlatego, iż nie posiadamy wspólnej płaszczyzny porozumienia. Odwołujemy się do zróżnicowanych wartości i dlatego mówimy do siebie „różnymi językami”.

Aby móc rozwiązać najtrudniejsze problemy wzajemnego współżycia, konieczna jest taka płaszczyzna porozumienia, która przekracza „ludzki” jedynie wymiar konfliktu. Odwołując się do „wspólnej płaszczyzny” spotkania, tworzymy także wspólny język porozumienia. Najgłębszą, ostateczną płaszczyzną jedności międzyludzkiej może być tylko Bóg, ostateczne źródło ludzkiego życia. Kiedy człowiek buduje życie wspólnotowe bez Boga, wznosi miasto „poza Bogiem, to będzie ono nie tylko miastem areligijnym, ale także miastem nieludzkim” (Jean Daniélou). 

4.  Budować Komunię!

Czynić Kościół domem i szkołą komunii: oto wielkie wyzwanie, jakie czeka nas w rozpoczynającym się tysiącleciu, jeśli chcemy pozostać wierni Bożemu zamysłowi, a jednocześnie odpowiedzieć na najgłębsze oczekiwania świata.

Co to oznacza w praktyce? Także tutaj można by bezpośrednio przejść na płaszczyznę działania, ale błędem byłoby ulec tej pokusie. Zanim przystąpimy do programowania konkretnych przedsięwzięć, należy krzewić duchowość komunii, podkreślając jej znaczenie jako zasady wychowawczej wszędzie tam, gdzie kształtuje się człowiek i chrześcijanin, gdzie formują się osoby konsekrowane,  gdzie powstają wspólnoty.

Duchowość komunii to przede wszystkim spojrzenie utkwione w tajemnicy Trójcy Świętej, która zamieszkuje w nas i której blask należy dostrzegać także w obliczach braci żyjących wokół nas. Duchowość komunii to także zdolność odczuwania więzi z bliźnim w wierze dzięki głębokiej jedności mistycznego Ciała, a zatem postrzegania go jako «kogoś bliskiego», co pozwala dzielić jego radości i cierpienia, odgadywać jego pragnienia i zaspokajać jego potrzeby, ofiarować mu prawdziwą i głęboką przyjaźń.

Duchowość komunii to także zdolność dostrzegania w drugim człowieku przede wszystkim tego, co jest w nim pozytywne, a co należy przyjąć i cenić jako dar Boży: dar nie tylko dla brata, który bezpośrednio go otrzymał, ale także «dar dla mnie».

Duchowość komunii to wreszcie umiejętność «czynienia miejsca» bliźniemu, wzajemnego «noszenia brzemion» (por. Ga 6, 2) i odrzucania pokus egoizmu, które nieustannie nam zagrażają, rodząc rywalizację, bezwzględne dążenie do kariery, nieufność, zazdrość.

Nie łudźmy się: bez takiej postawy duchowej na niewiele zdałyby się zewnętrzne narzędzia komunii. Stałyby się bezdusznymi mechanizmami, raczej pozorami komunii, niż sposobami jej wyrażania i rozwijania.

Teologia i duchowość komunii pobudzają do uważnego słuchania siebie nawzajem i z jednej strony jednoczą nas we wszystkich kwestiach istotnych, a z drugiej sprawiają, że także w sprawach podlegających dyskusji udaje nam się zwykle uzgodnić wspólne, przemyślane stanowisko.

Z myślą o tym powinniśmy przyswajać sobie odwieczne zasady mądrości, która, nie podważając bynajmniej autorytetu przełożonych, zachęca do jak najszerszej konsultacji ze wspólnotą.

Znamienna jest wskazówka, jakiej św. Benedykt udziela opatowi, zalecając mu, aby zasięgał rady także u najmłodszych: «Często Pan objawia komuś młodszemu, co jest najlepsze». Zaś św. Paulin z Noli wzywa: «Wsłuchujmy się w słowa wychodzące z ust wszystkich wiernych, bo w każdym z nich tchnie Duch Boży».

Jeśli zatem mądre prawodawstwo, ustanawiając ścisłe reguły współdziałania uwypukla hierarchiczną strukturę Kościoła oraz zabezpiecza przed pokusą samowoli i bezpodstawnymi żądaniami, to duchowość komunii ożywia właściwą sobie treścią formę instytucjonalną, zalecając postawę zaufania i otwartości, która respektuje w pełni godność i odpowiedzialność każdego członka wspólnoty. 

5.   Poznać Chrystusa – zadanie duszpasterskie na rok 2002 

Wpatrywać się w oblicze Pana (NMI 16)

Człowiek współczesny pyta: „Co robić, aby spotkać Boga?”. Gdy Kościół na progu trzeciego tysiąclecia za-daje pytanie, podobne do tego, które postawiono świętemu Piotrowi w Jerozolimie zaraz po jego mowie wy-głoszonej w dniu Pięćdziesiątnicy: „Cóż mamy czynić?” (por. Dz 2, 37), Ojciec Święty Jan Paweł II odpowiada krótko: „Na nowo rozpoczynać od Chrystusa” (por. NMI 29).

Nieco dalej Papież wyjaśnia: „Nie trzeba zatem wyszukiwać «nowego programu». Program już istnieje: ten sam, co zawsze, zawarty w Ewangelii i w żywej Tradycji. Jest on skupiony w istocie rzeczy wokół samego Chrystusa, którego mamy poznawać, kochać i naśladować, aby żyć w Nim życiem trynitarnym i z Nim przemieniać historię, aż osiągnie swą pełnię w niebiańskim Jeruzalem” (NMI 29).

Aby poznawać, kochać i naśladować Chrystusa, aby żyć z Nim w komunii i z Nim przemieniać historię, trzeba w Chrystusa się wpatrywać, trzeba kontemplować Jego postawy, trzeba zapatrzeć się w Jego oblicze.

My  też chcemy ujrzeć Jezusa

Święty Jan Ewangelista w IV Ewangelii wspomina o kilku Grekach, którzy przybyli na święta, aby oddać pokłon Bogu. Pragnęli oni spotkać się z Jezusem, Nauczycielem z Nazaretu i dlatego prosili Apostoła Filipa: „Chcemy ujrzeć Jezusa” (por. J 12, 21).

To pragnienie, któremu dali wyraz pobożni Grecy przed dwoma tysiącami lat, trwa i nieustannie powraca w dziejach człowieka i ludzkości. „Także ludzie naszych czasów, choć może nieświadomie, proszą dzisiejszych chrześcijan, aby nie tylko «mówili» o Chrystusie, ale w pewnym sensie pozwolili im Go «zobaczyć»” (NMI 16).

Aby odpowiedzieć na tę prośbę, trzeba, abyśmy sami byli tymi, którzy kontemplują oblicze Chrystusa. Tylko wtedy również wypełnimy „program” nakreślony dla całego Kościoła przez Jana Pawła II, aby coraz lepiej Chrystusa poznawać, kochać i naśladować. Tylko ten, kto wpatruje się w oblicze Chrystusa będzie Go coraz lepiej poznawał, bardziej kochał i wierniej naśladował; tylko wtedy możliwe będzie życie w komunii z Nim i tylko wtedy z Nim będziemy przemieniać historię, bo nasze świadectwo będzie przejrzyste i pełne.

Najpierw więc trzeba, abyśmy sami ożywiali w sobie pragnienie widzenia Jezusa; abyśmy znajdowali radość we wpatrywaniu się w Jego Boskie oblicze. 

Jezus, na Którego patrzymy

Od najwcześniejszego dzieciństwa patrzymy na Jezusa. Nasi rodzice pokazując na krzyż lub obraz, mówili: „To jest Pan Jezus”. I było to pierwsze «wpatrywanie się» w oblicze Jezusa, które w tajemniczy sposób zapisywało się w świadomości dziecka. Pojawiała się wówczas również pierwsza odpowiedź miłości wyrażana prostym, dziecięcym wyznaniem: „Ja kocham Pana Jezusa” lub pocałunkiem składanym na krzyżu lub obrazie.

Potem były lata katechezy szkolnej i systematyczne, już bardziej świadome, «patrzenie» na Jezusa. Także osobiste szukanie Jego oblicza. To szukanie uwarunkowane jest oczywiście naszą polską kulturą religijną i pobożnością.

A jaki wizerunek Jezusa jest najpowszechniejszy w naszej polskiej religijności? Na jaki obraz Jezusa trafiamy najczęściej w naszej pobożności? Podobizna Ukrzyżowanego na ścianach naszych mieszkań, a melodia Gorzkich Żali i pieśni wielkopostnych, w naszych sercach, zdają się dominować wśród obrazów Jezusa i w naszej pobożności. W ten ton wpisują się liczne krzyże i kapliczki przydrożne z Jezusem Frasobliwym. Nie bez znaczenia jest także adoracja Dzieciątka Jezus w Bożonarodzeniowej szopce i na obrazach Matki Bożej z Dzieciątkiem oraz niepowtarzalny urok polskiej kolędy.

Trzeba także wspomnieć, że często dawniej spotykane obrazy Najświętszego Serca Pana Jezusa, zda się dziś zastępować obraz Pana Jezusa Miłosiernego z objawień świętej Siostry Faustyny. Wpatrywanie się w tę podobiznę Jezusa, powtarzane często wezwanie „Jezu, ufam Tobie” i recytacja Koronki do Miłosierdzia Bożego malują w naszych sercach emanujące dobrocią i łagodnością oblicze Jezusa.

Jezus, którego ukazuje nam Kościół

Kościół ukazuje nam najpierw okryte nieprzeniknioną tajemnicą Trójjedynego Boga oblicze Syna. Jest to oblicze oglądane przy pomocy pojęć teologicznych terminów wypracowanych w refleksji Ojców Kościoła i burzliwych debatach Ojców pierwszych siedmiu Soborów powszechnych, począwszy od Soboru Nicejskiego w 325 r. Jednorodzony Syn, jest „Światłością ze Światłości, Bogiem prawdziwym z Boga prawdziwego, zrodzonym a nie stworzonym, współistotnym Ojcu” (por. Symbol Nicejsko-Konstantynopolitański).

Ale trzeba sięgnąć jeszcze głębiej. To Nowy Testament, zwłaszcza Ewangelie i Listy św. Pawła, jest świadectwem pierwszej kontemplacji Pańskiego oblicza. Wieczne Słowo stało się ciałem, a my oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca (por. J l, 14). „To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy słyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli… ” (l J l, 1-2).

Bardzo znamienne – i komplementarne w istocie, jak wyjaśnia Raniero Cantalamessa (por. Il mistero delia tras figur azione. Quale immagine di Cristo per l’ uomo del duemila?, Ancora, Milano 1999, s. 123-129) – jest obraz-oblicze Chrystusa kontemplowane na Wschodzie i Zachodzie. Świadectwo pobożności tych Kościołów biegnie przez całą Tradycję i sięga swymi początkami św. Jana Ewangelisty oraz św. Pawła, Apostoła Narodów.

W Kościele Wschodnim – za Ewangelistą Janem – kontempluje się przede wszystkim Bóstwo Jezusa Chrystusa, podczas gdy Kościół Zachodni kontempluje przede wszystkim Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa. Ten wybór stawia również odpowiednio w centrum zainteresowania misterium Wcielenia (na Wschodzie) i misterium Paschy (na Zachodzie).

W sztuce, najbardziej charakterystycznym obrazem Chrystusa Wschodu jest Pantokrator, Chrystus chwalebny. Oczywiście sztuka bizantyjska zna Ukrzyżowanego, ale jest to Chrystus tryumfujący, uwielbiony na krzyżu. Podobnie i w przeżywaniu misterium paschalnego Wschód akcentuje nie tyle uniżenie się Chrystusa, ile Jego zmartwychwstanie i  Jego chwałę.

W sztuce Zachodu, natomiast, najbardziej charakterystycznym obrazem Chrystusa jest Ukrzyżowany, który doświadcza prawdziwego bólu i udręki. Jest to Chrystus Pawłowy, który na krzyżu stał się za nas „grzechem” i „przekleństwem”. Kenoza Chrystusa, Jego uniżenie się oraz Misterium Paschalne zajmuje pierwsze miejsce w pobożności Zachodu.

Różnice te widoczne są już w odmiennej interpretacji tajemnicy Przemienienia. Zachód wyjaśnia to wydarzenie w ścisłym związku z Paschą, Wschód natomiast jako podkreślenie Bóstwa i chwały Chrystusa.

Jezus, którego rozpoznajemy na Obliczu Kościoła

Oblicze Jezusa jaśnieje na obliczu Kościoła. Światło Chrystusowego oblicza odbija się najwyraźniej na obliczu świętych. Święci są dla świata obliczem Chrystusa. Podobnie, a jednak nie tak samo, świeci światło Chrystusa w świętych. Rozpoznajemy to oblicze w świętych apostołach i pasterzach, doktorach Kościoła i wyznawcach, męczennikach i dziewicach, w świętych mężach i niewiastach.

Warto spojrzeć znów – za Raniero Cantalamessą – na dwie wielkie Tradycje Kościoła, które w ścisłej łączności z własnymi akcentami chrystologicznymi wypracowały także własne ideały świętości.

Szczytem świętości na Wschodzie jest przekształcenie świętego na podobieństwo Chrystusa uwielbionego. W tej Tradycji jest widziany jako ktoś, kto upodobnił się w swym życiu do Jezusa z Góry Tabor i Jezusa poranka wielkanocnego. Zachód natomiast akcentuje bardziej naśladowanie człowieczeństwa Chrystusa i Jego uniżenia. Święty jest więc widziany jako ktoś, kto upodobnił się do Jezusa z Golgoty. W konsekwencji -Wschód nie zna więc świętych stygmatyków, podczas gdy zna świętych przemienionych. A Zachód odwrotnie. Święty Symeon, Nowy Teolog ze Wschodu, to święty, który upodobnił się do Chrystusa Przemienionego. Święty Franciszek z Asyżu, należący do tradycji zachodniej, to święty, który upodobnił się do Chrystusa Ukrzyżowanego.

Oblicze Chrystusa uwielbionego i oblicze Chrystusa ukrzyżowanego kontemplujemy także dzisiaj na obliczu wielu dzieci Kościoła. Chorzy i biedni, potrzebujący i opuszczeni, starsi i umierający, matki i ojcowie, dzieci i młodzież są często obecną wśród nas ikoną Jezusa. Tyle pięknych twarzy wokół nas. Pięknych dobrocią, wewnętrzną pogodą, radosną czystością, przyjętym cierpieniem, wytrwałą wiernością, oddaniem i poświęceniem.

Człowiek staje się tym, na kogo (na co) patrzy

Dzisiaj prawdy o tym, że człowiek staje się tym, na co patrzy, co kontempluje, nie trzeba chyba nikomu udowadniać. Żyjemy przecież w epoce obrazu. I codziennie niemal doświadczamy, jaka jest potęga języka opartego na obrazie. Obraz ma moc wnikania poprzez psychikę nie tylko w ciało człowieka, lecz także w jego duszę. Tą zasadą kierowali się wielcy architekci barokowych bazylik i kościołów. Człowiek – poprzez wpatrywanie się w chwałę nieba, świętych, Matki Najświętszej, Jezusa – „porywany” był w tę rzeczywistość; wychodził z kościoła z głębokim pragnieniem – ja też tam chcę się znaleźć.

Czy ja chcę wpatrywać się w Jezusa? Czy pragnę widzieć Boga? Czy pragnę Go spotkać?

Opowiadają o świętym Janie Marii Vianneyu, że zaciekawiony podszedł pewnego razu do człowieka, który godzinami trwał przed Najświętszym Sakramentem, nie wypowiadając przy tym ani jednego słowa. Na pytanie: Co tu robisz, tak siedząc?, usłyszał prostą odpowiedź: Nic, ja patrzę na Niego, a On patrzy na mnie. Patrzeć na Jezusa. Wpatrywać się w Niego, aby się do Niego upodabniać. Aby światło Jego oblicza jaśniało na naszych twarzach, jak jaśniała twarz Mojżesza, gdy schodził z Góry, po spotkaniu z Bogiem (por. Wj 34, 29).

Podczas Mszy świętej odprawionej 6 stycznia 2001 roku, podczas uroczystości zamknięcia Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, Jan Paweł II mówił: „Najwybitniejsi artyści Wschodu i Zachodu mierzyli się z tajemnicą tego Oblicza. Jest to jednak nade wszystko Oblicze rysowane przez Ducha Świętego, Boskiego «ikonografa», w sercach tych, którzy je kontemplują i miłują” (nr 8).

Szukamy oblicza Pana. Pragniemy się w nie wpatrywać. Obok figur Ukrzyżowanego przed naszymi oczami pojawia się coraz częściej ikona Chrystusa Uwielbionego; coraz częściej obok pobożności pasyjnej pojawia się pobożność, której głównym wymiarem jest uwielbienie. Ważne jest, abyśmy potrafili łączyć rozważanie przejścia przez ziemię Jezusa Chrystusa, który dobrze czyni i rozpamiętywanie Jego uniżenia się aż do śmierci, z kontemplacją Jego wywyższenia i chwały. On jest Synem i Panem, Sługą i Bratem. Pozwólmy Duchowi Świętemu malować w nas Jego Święte Oblicze.

Znamy to wydarzenia, gdy Mojżesz wraca z rozmowy z Bogiem. Natchniony autor dodaje, że z twarzy jego biły promienie. Podobnie jaśniał blaskiem przemieniony, na Górze Tabor Chrystus.

Podobne owoce ma wnosić w nasze życie kontemplacja oblicza Jezusa. Ona ma rzutować na całą naszą aktywność.

6.   Idźmy naprzód z nadzieją!

W Liście Jana Pawła II czytamy: „Idźmy naprzód z nadzieją! Nowe tysiąclecie otwiera się przed Kościołem niczym rozległy ocean, na który mamy wypłynąć licząc na pomoc Chrystusa. Syn Boży, który z miłości do człowieka przyszedł na świat dwa tysiące lat temu, także dzisiaj prowadzi swoje dzieło: musimy mieć przenikliwy wzrok, aby je dostrzec, a nade wszystko wielkie serce, abyśmy sami stawali się jego narzędziami”.

Przeszkodą w rozwoju życia chrześcijańskiego jest gaszenie, utrata nadziei czyli „bez – nadzieja”. Człowiek bez nadziei jest beznadziejny. W samym słowie „nadzieja” jest wpisane „wytrwanie”. Istotnym elementem nadziei jest wytrwałość. Żyć w nadziei to – oczekiwać, to przeżywać czas w otwarciu, to upewniać się, to róść w coraz pełniejszym dostrzeganiu dobra, które się rodzi. My widzimy tylko to dobro w początkowej fazie. Ono jest przez nas realizowane, doświadczane w inicjalnym kształcie, we wstępnym stadium. A człowiek nadziei widzi już to dobro w pełnym wymiarze, poszerzonym o wymiar nadprzyrodzony i wieczny. Widzi je w spełnieniu ostatecznym.

Nadzieja chrześcijańska jest otwarta na zwycięstwo ostateczne. Ona bazuje na Chrystusie, na pewności zbawienia człowieka. Bóg jest wierny swoim obietnicom i nigdy nie zawiedzie. Tak jednoznacznie zapewnia Bóg człowieka o swojej trosce: „Nie lękaj się, bo ja jestem z Tobą; nie trwóż się, bom Ja twoim Bogiem. Umacniam cię, jeszcze i wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą (…) Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą (Iz 41,10.13) Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu:   tyś moim” (Iz 43,1). Pan zapewnia każdego z nas o swej tkliwej macierzyńskiej miłości: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta która kocha syna swego łona! A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja  nie zapomnę o Tobie (Iz 49,14-15).

Ta obietnica uzyskała swoje urzeczywistnienie w dziele Jezusa Chrystusa. Nasze oczekiwanie z nadzieją nie jest postawą bierną. Nadzieja rośnie, mobilizuje, wyzwala w człowieku coraz większy dynamizm.

Nadzieja jest widzeniem dobra, które w chrześcijaństwie ma wymiar ponadczasowy, eschatologiczny. Kiedy człowiek mądrze przewiduje, kiedy oddaje siebie do dyspozycji Boga i włącza wszystkie swoje sprawy w Boże zamiary, nie przeżywa rozczarowania, nie poddaje się wahaniu. Nie wycofuje swego wkładu nawet w czasie niepowodzeń, przeciwnie, wtedy jeszcze bardziej inwestuje i jeszcze bardziej ufa. Gdyby człowiek w takiej sytuacji zwątpił, zaczął się wycofywać, wtedy oddałby wszystko na pastwę ślepego losu. Wtedy rzeczywiście „nadzieja jest matką głupich”.

Nadzieja jest dalekosiężnym widzeniem dobra. Nie jest działaniem pod nastrojem chwili. Nadzieja pozwala widzieć każdą rzeczywistość ze spokojem. Pozwala człowiekowi stanąć ponad. Dzień dzisiejszy bez jutra staje się nocą!

W nadziei, która jest spełnieniem ostatecznym człowiek inaczej żyje! Nadzieja jest wyzwoleniem energii w człowieku, mobilizacją. Ona przynagla, zobowiązuje, stawia mocno  na  nogi!  Nadzieja uświadamia, że człowiek musi z prawdą zawrzeć stałe i trwałe przymierze. Inaczej będzie człowiekiem okaleczonym, sponiewieranym i zagubionym

Wyprowadza człowieka ze zniechęcenia. Człowiek jest przecież skierowany ku pełni! Nadzieja jest nobilitacją ludzkiego życia. Pozwala widzieć dalej. Uspakaja, wycisza, scala i człowiek prostuje swoją postawę pochyloną, zalęknioną, wewnętrznie skrzywioną.

Trzeba  nam podjąć wezwanie Ojca Świętego: Duc in altum! Wypłyń  na głębię!