Bryja Bronisław SChr
POSŁUSZEŃSTWO ZAKONNE W ŚWIETLE DYSKUSJI W LATACH SOBORU WATYKAŃSKIEGO II
(naświetlenie różnych poglądów i ich wpływ na posłuszeństwo zakonne oraz o praktyczne środki zmierzające do pogłębienia posłuszeństwa zwłaszcza w młodym pokoleniu)
Materiały Komisji ds. Studiów i Wychowania KWPZM, rocznik 1965.
W roku 1539 św. Ignacy Loyola i jego pierwsi towarzysze stwierdzili, że „słowa posłuszeństwo zakonne – brzmią niemile w uszach ludu niechrześcijańskiego”. W wieku XX jesteśmy świadkami tej samej trudności. Ubóstwo ewangeliczne posiada przedziwny urok, któremu nie zdoła się oprzeć, nawet poza chrześcijańskim nikt, kto posiada wrażliwość na wartości religijne. Nawet zrozumienie celibatu, choć napotyka na pewne trudności i często zostaje zaciemnione, w znakomitej jednak większości wiernych znajduje należytą cześć.
Natomiast nie wielu znajdziemy piewców zakonnego posłuszeństwa, głoszących bez „ale” jego pochwałę.
Najczęstsze zarzuty
Całość zarzutów można sprowadzić do dwóch:
W pierwszym wypadku chodzić będzie o niedoskonałe wykonywanie posłuszeństwa w zakonach oraz
O niezrozumienie posłuszeństwa zakonnego i jego wartości duchowej.
Ad 1. Czy przełożeni zakonni dziś rozkazują gorzej niż dawniej, trudno rozstrzygnąć. Niemniej trzeba pamiętać, iż kryzys autorytetu wtargnął i w mury klasztorne, i na pewno w dużej mierze rzutuje na stosunek członków zakonu do przełożonego. Oto najczęściej spotykane zarzuty: „ma za wielkie poczucie swojej władzy”; „daje odczuć swe panowanie”; „nie liczy się wcale ze zdaniem mającego wypełnić rozkaz”, „traktuje członków jak pionki na szachownicy, nie uwzględnia żadnej inicjatywy”, „zawsze ma rację”, „nie szanuje wcale godności ludzkiej” itd., itp.
Ktoś wyraził to w słowach: „Ja wiem sam najlepiej /nieomylny/. Wszystko mi wolno /wszechmocny/ i jestem doskonalszy od reszty /święty/”. Owocem zaś takich rządów są różnego rodzaju krzywizny psychiczne i duchowe jak trudno uleczalny infantylizm, chorobliwe donosicielstwo, pochlebstwo, zgorzknienie i bunt.
Ad 2. Czy dziś zakonnicy są mniej ulegli? Trudno jednym zdaniem odpowiedzieć. Faktem natomiast jest, iż jeżeli mówimy o trudnościach w posłuszeństwie, to należy podkreślić, że nie chodzi tu o pewien kryzys w praktykowaniu posłuszeństwa, lecz o silnie zakorzenienie przekonanie odrzucające posłuszeństwo, podkreślające natomiast dojrzałość.
Współczesna młodzież w posłuszeństwie zakonnym widzi amputację własnej woli. Młodzież zachwycona szczerością i rozmachem dojrzałej osoby, obawia się, by tradycje, formalistyczne przepisy i drobiazgowe nakazy nie tamowały jego rozwoju. „Razi mnie – pisze student – bezwzględne posłuszeństwo przełożonemu”. „Posłuszeństwo zakonne – stwierdza inny – ogranicza swobodę życiową”. „Człowiek zatraca samodzielność i indywidualizm” /ankieta ks. Woźnickiego/. W słynnej ankiecie wiedeńskiej na temat „Wizerunku księdza i motywów wyboru powołania” /T. Lindner, L. Lentnej, A. Holl „Priesterbild und Berufswahlmotive”/ młodzież podkreśla, że ksiądz nie ma możliwości urządzenia sobie życia prywatnego zależnie od spełniania funkcji. To wydaje im się w życiu bardzo ważne tak, iż nie biorą pod uwagę kapłaństwa w planach życiowych. Młodzież obawia się w kapłaństwie braku miejsca na samodzielność i inicjatywę.
Papież Pius XII stwierdził, że właśnie obawa przed posłuszeństwem wstrzymuje młodych ludzi od obrania życia zakonnego. Jest rzeczą niewątpliwą, że młodzi ludzie, którzy chcieliby poświęcić się całkowicie służbie Bożej w ubóstwie i doskonałej czystości, nie wchodzą dziś w życie zakonne z obawy przed posłuszeństwem. Lękają się, by nie żądano od nich mechanicznego podporządkowania się dziecinnej uległości. Chcą iść za Chrystusem po męsku. Zakonne posłuszeństwo w ich mniemaniu jest cofnięciem się do fazy dziecinnej uległości, jest infantylizmem. Jednostki wstępujące do zakonu to właśnie te, które wychowanie zatrzymało na poziomie psychologicznym dziecka, to jednostki obawiające się wysiłków i odpowiedzialności wieku dojrzałego.
Zakonnik musi przyjmować na ślepo, bez dyskusji sądy i rozkazy przełożonych. Wymaga się od niego tylko tego, by był giętkim i sprawnym narzędziem jak kij w ręku starca lub siekiera w ręku drwala. Taka właśnie bierność, taki pasywizm życiowy zdejmuje z człowieka odpowiedzialność za błędy. Nawet jeśli przełożony błądzi i skazuje się na potępienie, posłuszny zakonnik w żadnym wypadku nie potrzebuje żałować, że słuchał. Taka rezygnacja może tylko skrupulatów, szukających bezpiecznej przystani, pociągać do życia zakonnego. Ale czyż nie jest poniżająca w oczach człowieka dorosłego, który chce żyć i służyć Bogu po męsku?
Nie jest to oczywiście pełny rejestr zarzutów odnośnie posłuszeństwa zakonnego. Przyznajmy otwarcie; nie warto by nawet dyskutować z niektórymi z nich, gdyby nie to, że zarzuty te znajdują oparcie w nieszczęśliwych wyrażeniach prasy, a niekiedy nawet w literaturze dewocyjnej, czy w wypowiedziach nieudolnych kaznodziei. Dziecinna uległość, którą się bierze za posłuszeństwo zakonne jest tylko jego karykaturą. Posłuszeństwo żąda uległości ale zupełnie innego typu. Nie ma nic wspólnego z lękliwą i gnuśną abdykacją z praw dojrzałego człowieka.
Duchowe oblicze świata i jego wpływ na problem posłuszeństwa zakonnego
Aby znaleźć odpowiednie lekarstwo na bolączki, trzeba sięgnąć do przyczyn, do podłoża, z którego wypływają; w przeciwnym bowiem razie skazani bylibyśmy na terapię naskórkową, powierzchowną, tym samym nie rokującą pożądanych rezultatów.
Podłoże warunkujące te czy inne objawy jest bardzo zróżnicowane. Dlatego nie wdając się szczegółową analizę oblicza współczesnego świata, wskażemy na niektóre prądy filozoficzne, czy procesy socjologiczne, a także postawy młodzieży, które tworzą czynniki kształtujące oblicze dzisiejszego człowieka, a więc i zakonnika.
Trzeba tu przede wszystkim wymienić egzystencjalizm w wydaniu Sartre’a. Pomijając jego zasługi w mocnym zaakcentowaniu wagi ludzkiego istnienia interesuje nas jego krańcowe ujęcie wolności człowieka. „Właściwą treścią ontyczną osoby jest absolut na wolność”. Przyjęcie jej oznacza zaprzeczenie osoby drugiej, tej, która chce ją ograniczyć. Wolność, jeśli uważa się za absolutną, nie może złączyć się z drugim w miłości, wręcz odwrotnie wchodzi z nim w konflikt, by doświadczyć nieodwołalnie, że każdy jest sam, oddzielony od drugiego. Sartre ubóstwia wolność bez żadnych więzów, Głoszona przez niego teza jest bardzo rozpowszechniona. Studenci francuscy po zapoznaniu się z jego tezami, na ogół podtrzymują je. Ta wywyższona twórcza wolność czynić ma z człowieka coś w rodzaju boga.
Wielką niewątpliwie zasługą personalizmu jest podkreślenie niezwykłej godności osoby ludzkiej, jej wyjątkowości i niepowtarzalności. Nie to jednak miałoby znaczny wpływ na stosunek do posłuszeństwa, są to bowiem niezaprzeczalne wartości pozytywne i jak najbardziej pożądane, ale idzie tu raczej o prymitywnie pojęty personalizm spod znaku: „wszystko jest możliwe dla człowieka, wszystko jest dozwolone człowiekowi i wszystko jest dozwolone wobec człowieka”.
Wiele mówi się dziś o emancypacji młodzieży. Przez pojęcie emancypacji rozumiemy wyrwanie się gwałtowne i wyzwalanie się siłą spod zależności. Proces emancypacji przejawia się w różnych dziedzinach życia. Można mówić:
O emancypacji społecznej jako dążeniu do wyzwolenia się od kontroli i nadzoru wychowawców, który młodzież pojmuje jako ograniczenie swobody;
O emancypacji ekonomicznej jako dążeniu do uwolnienia się od wpływów finansowych rodziców i osiągnięcie niezależności materialnej;
Godna szczególnej uwagi jest emancypacja w zakresie idei. Emancypacja ideowa bowiem to odrzucanie jako skarlałych pojęć wszelkiej filozofii, pogarda dla tradycji, akceptacja postawy laiserfairyzmu i użycia. Henri van Lier zauważa, iż „stwierdzić można upadek społecznego zafascynowania ideałami”. W takiej sytuacji żaden ideał nie może liczyć na aprobatę i powszechne uznanie.
Inną cechą młodego pokolenia jest postawa konsumpcyjna. Badania przeprowadzone wśród młodzieży warszawskiej wykazały, że „młodzież nie pragnie władzy ani znaczenia, ani sławy, lecz przyjemności, wygody, atrakcji, bezpieczeństwa, zmienności. Pracą najbardziej atrakcyjną i godną zabiegów jest praca dobrze płatna”.
W charakterystyce współczesnej młodzieży – bardzo dużo mówi się o jej postawie autentyzmu, czyli wręcz o głodzie autentyczności. Ten głód autentyczności w dziedzinie etyki przejawia się jako niechęć i pogarda do wszelkiej postawy strażników porządku moralnego czy społecznego, to odrzucanie spełniania obowiązku /antyformalizm/. Autentyzm w zrozumieniu młodzieży to protest przeciwko frazeologii i werbalizmowi. To niechęć do wielkich słów bez pokrycia, do bezbarwnych zwrotów: „słów bez korzeni”, a zamiłowanie do języka rozsądku i rzeczywistości. Autentyzm dalej to niechęć do tego wszystkiego, co tchnie „celebrą”, koturnami, reżyserowaną wielkością, suchymi paragrafami, a docenianie prostoty, głód okrutnej szczerości, otwartości i prawdy bez głaskania faktów. Autentyzm to pogarda tradycji, przeszłości, a kult teraźniejszości i postępu. To niechęć do generaliów a czułość na ważność szczegółów. Najbardziej nienawistnym człowiekiem nie jest grzesznik, ale faryzeusz.
Nie potrzeba chyba wykazywać, jak wielkie znaczenie posiada taka postawa w materii posłuszeństwa. Współczesna młodzież nie chce przyjąć porządku, którego sama nie rozumie. Powoływanie się na autorytet czy tradycję nie czyni żadnego wrażenia. Uczciwość i szczerość jest dla niej wszystkim. Młody człowiek żąda uzasadnienia polecenia czy rozkazu /najczęstsze życzenia kleryków/.
Nie może zapomnieć o braku zaufania ze strony przełożonego i to go bardzo mocno boli. Postawa zaś konsumpcyjna, bierna, akceptująca, jest rażącym zaprzeczeniem ducha ofiary, bez którego nie ma doskonałego posłuszeństwa. „Świat współczesny – mówił Papież Pius III na rozpoczęcie Międzynarodowego Kongresu Światowej Federacji Katolickiej Młodzieży Żeńskiej – przesiąknięty jest wpływami materialistycznymi, zwrócony ku łatwiźnie i rozrywkom i nie rozumie tego wymagania /tj. ofiary/ i zaprzecza mu swą postawą”.
Trudno jest postawić diagnozę, jakim jest świat i człowiek obecnie. Każdy osąd jest mniej lub więcej jednostronny. Płynie bowiem z subiektywnych podstaw sądzącego. Chrześcijanin zauważa dziś przede wszystkim ogromną dechrystianizację świata. Temu zjawisku nie można zaprzeczyć. Człowiek przeciętny zadowala się naskórkową religijnością albo rezygnuje chwilowo z wiary i moralności objawionej. W takiej sytuacji Kościół łatwo może się stać ostoją tylko dla tych, którym dokucza męka szukania nieskończoności. Niedostępnym zaś może być dla nich, którzy nie stawiają sobie żadnych wyższych zagadnień.
Rozmieniając na drobne pojęcie dechrystianizacji, należy wskazać za Kongresem Zakonnym na:
Insensibllitas religiosa – brak wewnętrznej otwartości i wrażliwości na Boga. Guardini wspomina, iż człowiek średniowiecza był „capax Dei”. Człowiek zaś dzisiejszy, zafascynowany gigantycznymi wprost rozmiarami powstającej cywilizacji, znakomicie „immunizuje” się od Boga i nadprzyrodzoności. Całą bogatą rzeczywistość chciałby zredukować do tego, co da się zobaczyć, zmierzyć, dotknąć, przetworzyć. Chciałby całą rzeczywistość określać w terminach matematyczno-fizykalno-chemicznych. Dzisiejszy człowiek chce powiedzieć Bogu, iż nie potrzebuje Go do tego, aby być dobrym. Postawa taka egzorcyzmuje ze świata wszelkie „sacrum”. Kardynał Suhard pisał o „defectus sensus Dei”.
Dechrystianizacja dalej to defectus sensus Christi, defectus sensus Ecclesiae – Simone Weil – niektórzy widzą w niej typ współczesnej, antykościelnej pokusy. Pogłębia swoje życie w Bogu, tęskni za świętością – pozostaje jednak poza Kościołem. „Czuję z ostateczną pewnością – pisze – że podołanie moje zobowiązuje mnie do pozostania poza Kościołem”, Widzenie w Kościele tylko instytucji jest zawsze niebezpieczne, gdy tymczasem Kościół to wielka tajemnica.
Dechrystianizacja to defectus sensus peccati. Czy w ogóle można mówić o grzechu, czy to raczej nie pomyłka, potknięcie się, zachwianie ideologiczne?
Czy trzeba dodawać, iż taki naturalizm stoi w niepokojąco tragicznej sprzeczności z posłuszeństwem zakonnym, które nie jest tylko „regulacją ruchu” ani też nie wypływa w pierwszym rzędzie z potrzeby kierownictwa w grupie bezpośredniego kontaktu, ale którego wewnętrzna istota może być zrozumiała tylko w święcie żywej wiary?
Wydaje się, iż potrzeba było takiego spojrzenia dzisiejszego świata, ponieważ nasi współbracia zakonni są ludźmi z „tego” właśnie świata. Są w najdosłowniejszym znaczeniu dziećmi swej epoki – „ex hominibus assumpti”. Zaciągają się w szeregi sług Chrystusa z całym swoim bogactwem doczesności. Z takich właśnie trzeba tworzyć wspólnotę zakonną w najwyższej wolności oddającą się do dyspozycji Chrystusa i Kościoła.
Ktoś powiedział żartobliwie, iż sytuacja przełożonych podobna jest do dyrygenta, który z grupy ludzi bez słuchu muzycznego ma stworzyć chór, wykonujący obfitujące w półtony utwory.
III. Myśl teologiczna o posłuszeństwie zakonnym
Znając zarzuty wytaczane przeciwko posłuszeństwu zakonnemu a także źródła, z których płyną, zapytajmy, co mówi myśl teologiczna na temat posłuszeństwa i jakie należy wysunąć postulaty i sugestie, aby posłuszeństwo zakonne było ochotne i radosne.
Karl Rahner, najwybitniejszy współczesny teolog, fundamentalnie i pierwiastkowo wychylony ku teraźniejszości, w artykule na temat posłuszeństwa, uprzystępnionym także czytelnikom polskim w miesięczniku „Znak”, mocno zastrzega się, aby posłuszeństwa zakonnego nie uważać za posłuszeństwo dzieci, gdzie przełożony pełni funkcję „wielkiego Taty”. Posłuszeństwo nie jest też sprawą zwykłej „regulacji ruchu”. Człowiek nie może nikomu i to nie jest celem posłuszeństwa, odstąpić swojej osobowości, nawet w życiu zakonnym.
Jakimś fundamentalnym przypomnieniem w posłuszeństwie wg Rahnera, to włączenie się dobrowolne w określony sposób życia związanie z formą stałą życia zorientowanego ku Bogu, życia zgodnie z radami ewangelicznymi. Posłuszeństwa, zdaniem Rahnera, nie należy rozpatrywać w perspektywie pojedynczego rozkazu, ale w perspektywie wspólnego sposobu życia, które jest naśladowaniem Chrystusa. „Może więc nie trzeba – twierdzi autor – tyle mówić o posłuszeństwie?”. „Powinniśmy raczej myśleć o rzeczywistości, której służymy. Ona powinna dla nas stać się oczywistością. Ona, czyli osoba, warta całej naszej miłości i wszelkiej służby. Bo prawdziwie posłuszny, bezwarunkowo posłuszny może być tylko ten, kto kocha; wtedy poświęcenie i oddanie się nie jest goryczą, lecz upragnionym szczęściem”. Czy ujęcia o służbie rzeczywistości nie są z rażone ujęciem totalistycznym? Nie mniej chyba jest prawdą, iż służba rzeczywistości, niebezpośrednie podporządkowanie swojej woli przełożonemu brzmi bardziej pociągająco w uszach dzisiejszego człowieka.
Kard. Suenens twierdzi, że „posłuszeństwo zajmujące centralne miejsce w życiu zakonnym domaga się szczególnie ważnej formacji”. Jego zdaniem, posłuszeństwo musi być przeżywane jako cnota pozytywna, mobilizująca, a nie jako zachęta do bierności. Posłuszeństwo – zdaniem Prymasa Belgii – nie jest tylko ćwiczeniem się zaparciu, choć ta ofiara i zaparcie się siebie kryją się w posłuszeństwie. Posłuszeństwo to „przede wszystkim przylgnięcie do dobra wspólnego, wyrazu woli Bożej. To służba na usługach woli Bożej, by Mu lepiej służyć według wykreślonej przez władzę – interpretatorkę Bożą. W pewnym więc miejscu koncepcja Rahnerawska spotyka się z ujęciem kardynała Suenens’a. Czy nie warto zastanowić się nad tym ujęciem i czy nie przedstawiać zagadnienia posłuszeństwa jako dobrowolnego włączenia się, włączenia pełnego, jako pełne zaangażowanie się całego człowieka w dzieło realizacji Królestwa Bożego, w dzieło realizowania rad ewangelicznych w formie określonej i zinterpretowanej przez Władze Kościelne i Zakonne. „Jedyną rzeczą, mającą wartość w oczach Bożych – zauważa Montcheuil – jest wolność, która pełni władzy nad sobą, oddaje się z miłości”.
„Doskonały zakonnik to nie ten – pisze O. Besret w dziele „Les religieux au jourd hui et demain” – co nie ma własnej woli /byłaby to jakaś amputacja istotnej wartości człowieka, jaką jest wola/, ale ten, którego wola całkowicie oddana jest Bogu”. Od każdego Bóg wymaga pełnienia woli.
To pełnienie woli Boga znajduje swój niedościgły wzór w osobie Syna Bożego. „Qui obediens factus est usque ad mortem”, którego „pokarmem było pełnienie woli Ojca”. Aby się wypełniło dzieło Ojca, w którego realizację zaangażował się On bezgranicznie i bezkompromisowo „ad mortem”. Posłuszeństwo Jezusa leżało w centrum Jego misji, Jego codziennego życia, było Jego stałą troską i to bolesną, w której streszczało się dla nas dzieło odkupienia. Trzeba krok z krokiem śledzić w Ewangelii rozwój tego zewnętrznego dramatu, którym jest realizacja posłuszeństwa, to cierpliwe i bolesne w ciągu całego życia przywarcie Jego woli do woli Ojca. Popatrzmy na trwogę, która Go ogarnia w chwili ostatniego przyzwolenia /J 12,27/ i ostateczną rozpaczliwą walkę w agonii Ogrójca /Mt 26,57 nn/. Jezus odkupił ludzkość z grzechu przez posłuszeństwo i dlatego żaden udział w dziele odkupienia nie jest możliwy bez posłuszeństwa /Voillaume, „Au coeur des masses”/.
Narzucające się wnioski i sugestie
W problemie posłuszeństwa chodzić będzie przede wszystkim o praktykę. Truizmem jest twierdzenie, że właśnie praktyka jest najtrudniejsza. Stąd też w dalszym ciągu naszego opracowania chcemy zaakcentować narzucające się wnioski i sugestie zmierzające do pogłębienia praktyki posłuszeństwa zakonnego. Wnioski nasze pójdą po linii zarzutów:
odnośnie wykonywania władzy przez przełożonych,
oraz praktyki posłuszeństwa przez podlegających rozkazom.
Wydaje się, że dziś więcej niż kiedykolwiek przełożeństwo traktować trzeba jako służbę. Bardzo wyraziście zaakcentował tę myśl Papież Paweł VI w swoim przemówieniu koronacyjnym:
„Im większa władza, tym większy obowiązek służenia. Władza dana jest dla dobra drugich. Dobry przełożony nie dąży do tego, aby panować dla panowania. On nie posługuje się ludźmi, lecz pomaga im i służy w wypełnianiu zadań. Rozkazywać to służyć. Służyć Bogu, w imię którego się rozkazuje, służyć ludziom, którym się rozkazuje. Władza jest służbą, ale służbą wspaniałą, zaszczytną. Zadaniem przełożonego jest prawdziwa służba społeczna. Przełożony jest na służbie społeczności. Taki jest duch trwającego Soboru”.
Liegè pisał: „Władza ustanowiona jest nie po to, aby zaprowadzać porządek, lecz po to, aby otworzyć drogę Bogu. Władza nie jest celem, lecz środkiem. Władza nie powinna nigdy przestać być braterska i wychowawcza …”.
Służba ta dalej winna być bardzo pokorna. Duchowi obecnych czasów nie przypada do smaku jakakolwiek wyniosłość, punktem wyjścia dla przełożonych musi się stać wezwanie Zbawiciela: „Stańcie się uczniami moimi, bo jestem cichy i pokornego serca” /Mt 11,29/. „Jestem wśród was jako sługa” /Łk 22,27/.
Apostołowie i wszyscy, którzy reprezentują przełożeństwo Kościele, muszą przede wszystkim odróżniać się od starszyzny w żydostwie i pogaństwie swoim nastawieniem na pokorne usługiwanie. „Między wami niech tak będzie” /Mt 20,26/. „A kto wśród was pierwszy, niech będzie …”. Rządzenie to służba społeczna, trzeba się do niej przygotować, wyzbywając się egoizmu. Ani kaprysy, ani interes, ani pycha nie powinny dyktować żadnej decyzji. Bez pokory siła staje się gwałtem. Napisał kiedyś Foerster, że „wszelka władza, która nie jest pokorna, staje się groteską”. Przełożony winien z wdzięcznością i spokojem przyjmować słowa krytyki, choćby nie były miłe. Wyrazem pokory jest także praca z myślą o następcy.
Przełożeństwo dalej winno cechować bardzo głębokie, szczere i fundamentalne poszanowanie godności ludzkiej. Przełożony nie powinien nigdy zapominać, że jego współbracia, którym rozkazuje, są ludźmi. Człowiek jest osobą, a więc należy do samego siebie i do Boga. Dyscyplina jest środkiem do celu a nie samym celem. Każdy chce być traktowany jako człowiek. Człowiek chce służyć, ale nie chce być niewolnikiem. /Service, non servitude/. Jakieś niezgrabne słowo, zbyt mocne wyrażenie lub poniżające, może zasiać urazę, a jutro zrodzić gniew. Im więcej przełożony ma poszanowania dla ludzkiej godności, tym większy wpływ wywiera na drugich. Szanować ludzką godność duszy tego, któremu rozkazuje, to znaczy do niego mówić, jak to sami czynimy w stosunku do naszych przełożonych. Courtois wspomina o badaniach przeprowadzonych we Francji, które wykazały, że w tych fabrykach nie było strajków, w których przełożeni okazywali jak największe zainteresowanie swoimi ludźmi, których nie traktowali jak maszyny do produkcji. Trzeba służyć naszym współbraciom takim, jakimi są, a nawet wykorzystywać ich błędy, które bez przesady są często jakąś zaletą. Pewną rację należy przyznać. O. Chevignard, który pisze: „Mało jest grzechów, które by nam się wydawały tak ciężkie jak owo nadużycie władzy, którym przełożony w imię ślepego posłuszeństwa czyni osobowość ludzką niewolnikiem swej samowoli i pychy” /La Vie Spirituelle, Sierpień-wrzesień 1947, O. Chevignard OP, „Et il leur ètait soumi”/.
Dzisiejsze sprawowanie przełożeństwa winno w większej mierze uwzględnić inicjatywę oddolną. Suenens mówi, iż „do przełożonego należy ostatnie słowo, ale nie przedostatnie”. Jest rzeczą jak najbardziej wskazaną, aby przełożony pytał o radę. Rahner zauważa, iż „przełożony nie powinien próbować czynić wrażenia, jakoby działał z bezpośredniej inspiracji Ducha Świętego, lecz powinien mieć dość odwagi, by uzasadnić swoje polecenia racjonalnymi przesłankami”. Jest rzeczą niepojętą, jak można uważać takie traktowanie swych dorosłych i ukochanych braci i sióstr w Chrystusie jako zagrożenie autorytetu przełożonego, który ma wszak według zasad Ewangelii traktować powagę swego urzędu przede wszystkim jako poważne zobowiązanie do bardziej gorliwego służenia innym. Nie jest prawdą, pisze ten sam, że wszelka inicjatywa w zakonie pochodzić musi wyłącznie od przełożonych. Współbracia słuchający nie są jedynie odbiorcami rozkazów, gdyż byłoby to po prostu niemożliwe. Celem posłuszeństwa nie jest bowiem ćwiczenie bierności. Taki stan nazywa Rahner nierealną chimerą i uzurpacją mocy twórczej, którą posiada jedynie Bóg.
Cała wspólnota zakonna musi szukać woli Bożej. Przełożony musi oczekiwać i wymagać czynnej współpracy od swoich współbraci w poszukiwaniu woli Bożej. Tego wymaga właściwe zrozumienie posłuszeństwo, nie tylko obawa infantylnego traktowania tych, którym się rozkazuje. Bardzo znamienna jest w tym względzie instrukcja św. Ignacego, którą przesłał w 1549 r. do Ingolstadt: „Niechaj każdy dba o to, by samemu myśleć nad rzeczami, które warto by podjąć dla osiągnięcia celów, jakie sobie wszyscy wyznaczyli. Niech wszyscy rozprawiają o tym po bratersku i niech przełożony rozstrzyga co należy i czego nie należy robić”. Święty Ignacy zanim wyznaczył komuś zadanie, polecał mu modlić się, opanować wszelkie egoistyczne chęci, pragnąć jak najlepszej chwały Bożej, badać do czego nakłania go Duch Święty. „Nie darmo – stwierdza słusznie O. Mersch – Kościół ustanowił odwołania. Nie są to tylko ustępstwa dla słabości ludzkiej. Bóg chce mieć nas całych, nie amputuje, ale oczyszcza. Bóg, który chce, abyśmy byli czynni, żąda od nas, byśmy w pełni rozwinęli inicjatywę w Jego służbie i w zależności od Jego łaski. Nasze odwołania, nasze dezyderaty, nawet nasze reklamacje, oczywiście gdy idzie o sprawę o sprawę wartą takich zabiegów, są częścią tej współpracy, której Bóg od nas oczekuje, są czynnikiem posłuszeństwa. Posłuszeństwo, które nie reaguje, może być znakiem oziębłości w służbie Bożej, a doskonałość może wymagać tego, aby nie zostawiono ostatniego słowa przełożonym”. Słusznie zauważa ks. Biessonier: „Któż bowiem nie żywiłby przekonania, że większej chwały przysparzają Bogu osobowości mocne i bardziej świadome siebie, zdolniejsze do podejmowania inicjatywy, do wolności, a co za tym idzie, do prawdziwej miłości” /„Initiative et obèissance dans la vie religieuse”, dzieło zbiorowe „L’Obèissance”, Paris 1951/.
Nakreślona postawa duchowa współczesnej młodzieży każę jeszcze w wykonywaniu posłuszeństwa zakonnego uwzględnić bardzo wyraźnie znajomość człowieka. Dzisiejsza bowiem postawa młodego człowieka wymaga od przełożonych bystrego umysłu, szerokiego spojrzenia, daru wczuwania się a także stałości. Wychowanie religijne jest wzrostem prawdziwie witalnym, podlegającym stałemu rozwojowi. Między punktem wyjścia i dojścia istnieje wiele faz i stopni przejściowych. Trzeba w wychowaniu zadowolić się doskonaleniem prawie że nie dostrzegalnym. Chęć niezależności w młodym pokoleniu nie kryje w sobie samych tylko negatywnych momentów. Sprzyja ona odwadze, oryginalnemu rozwojowi, bystrości umysłu, zakładając oczywiście, że ma się do czynienia z naturą szczerze oddaną Bogu i Zakonowi. Trzeba oczywiście pamiętać, że czasy się zmieniają i ludzie razem z nimi. Istnieją metody na pewne dziś nieodpowiednie. „Podlewanie suchej gałęzi nie budzi entuzjazmu u młodych”. Tych dawnych orientalnych praktyk nie można dziś unowocześniać, trzeba je zastąpić nowymi metodami, opartymi na głębokiej znajomości człowieka i na miłości. To, co znajduje zastosowanie we współczesnym wychowaniu, musi znaleźć zastosowanie i w zakonie. Inaczej młodzież przeżywa szok. Czy w zakonie nie mówi się za wiele o obowiązkach tego, który przyjmuje rozkazy, a za mało o tych, które odnoszą się do rozkazującego? Przełożony musi posiadać głęboką znajomość ludzi, ma bowiem postawić każdego człowieka na jemu właściwym miejscu, a to nie jest łatwe. To uplasowanie człowieka na właściwym miejscu czyni nieraz z niebudującego zakonnika, bardzo dobrego. Nie osądzajmy zbyt szybko kogoś za niezdolnego. Courtois twierdzi w książce „D’art d’etre chef”, iż „głęboka znajomość ludzi, to sekret wielkich przywódców”.
Na pewno nie jest celem niniejszego opracowania wyliczanie wszystkich cech dzisiejszego przełożonego. Dlatego pomijając takie momenty jak fundamentalne poczucie sprawiedliwości, roztropność, prawość, chcę podkreślić jeszcze ducha wiary, który leży niewątpliwie u podstaw dobrego sprawowania przełożeństwa. Tę właśnie głęboką wiarę należało umieścić na początku wymagań wysuwanych pod adresem przełożonych. Bez wiary posłuszeństwo stanie się nonsensem. Wiara ta obejmuje nie tylko nasz stosunek do Boga, ale także głębokie przekonanie i zawierzenie sprawie, której się służy. Przełożony, który nie wierzy w sprawę, której służy, nie jest godny tego, aby być przełożonym. Tym duchem przełożony ma natchnąć innych. Przełożony przygnębiony – pisze Courtois – pozbawiony jest wszelkich szans. Przełożony sceptyczny, jakakolwiek byłaby jego forma, jest gwałcicielem zapału w sobie i w innych. Ludwik XIV powiedział kiedyś: „Pierwszym krokiem w osiągnięciu celu jest wiara w jego możliwość”.
Kończąc te uwagi, jakże dobrze nam znane, trzeba podkreślić, że posłuszeństwo może się rozwijać tylko w atmosferze całkowitego zaufania i prostoty, w atmosferze prawdy i bezwzględnej szczerości. Wszelki fałsz, w jakiejkolwiek występuje formie, zatruwa śmiertelnie życie zakonne. Zakonnicy wybaczą przełożonemu wiele błędów, od których i sami nie są wolni, ale nie wybaczą nigdy fałszu, nieszczerości. Wychowanie do posłuszeństwa łączy się bardzo ściśle z wychowaniem do miłości. Bez miłości, bez życzliwości umysłu, bez dobroci serca dom zakonny staje się koszarami. Monteigne powiedział kiedyś: „Wszelka władzą, w której nie ma dobroci, jest szkodliwa”. Przełożony nie myli się nigdy w nadmiarze dobroci. Chwytem można otworzyć skórę niedźwiedzia, ale nie serce człowieka.
Nie obawiajmy się mówić o posłuszeństwie, pisze O. Voillaume. Żądać posłuszeństwa. Jest ono największą siłą zjednoczenia w miłości. Jest ono koniecznym jej wyrazem.
Słuchając tych rozważań można by sądzić, że cały problem posłuszeństwa zakonnego będzie rozwiązany, jeśli przełożeni będą dobrze, z poszanowaniem godności ludzkiej wydawali swoje polecenia i rozkazy. Tak jednak nie jest. Niewątpliwie, przez umiejętne rozkazywanie, przez umiejętne sprawowanie przełożeństwa uniknie się wielu zarzutów, rozwiąże się wiele problemów, ale nie wszystkie. Schodzi tu bowiem w rachubę drugi człowiek, wielka niewiadoma – tragiczny paradoks wielkości spętanej z nędzą, tęsknoty za dobrem, ze skłonnością do zła. Posłuszeństwo zakonne jest nie do pomyślenia bez zaangażowania się w nie woli człowieka. Tylko ten, kto miłuje posłuszeństwo, będzie szczęśliwym przez posłuszeństwo. Absolutna zaś wartość posłuszeństwa polega według Ewangelii na oddaniu i ofierze. Chcąc zatem ukazać wartość posłuszeństwa, trzeba wprowadzać ducha Ewangelii. Trzeba dusze przepoić entuzjazmem do tego, co wiecznie prawdziwe. Nie można dzisiejszego człowieka przekonywać argumentami, które posiadały wartość 20 czy 50 lat temu. Czy nie trzeba doprowadzić młodych do zrozumienia, że jeden tylko jest nauczyciel przemawiający przez reguły i regulaminy – Jezus? Zasada dawania wszystkiego lub niczego realizowana i przypominana w codziennym życiu, apel do honoru, godność posłuszeństwa Chrystusowego na Krzyżu, wszystko to pomaga do ukazania wartości posłuszeństwa.
Nade wszystko zaś w wychowaniu do posłuszeństwa, choć dziś raczej mówi się o wychowaniu przez posłuszeństwo, należy w naszych braciach zakonnych rozwijać ducha wiary, wiary, która jest nie tyle przyjęciem prawd obiektywnych, ale przyjęciem Osoby i życiem na co dzień, życiem Drugiej Osoby.
Czy za zbyt intelektualistyczne pojęcie wiary nie jest w jakimś stopniu odpowiedzialna za nas dogmatyka przekazywana alumnom w naszych seminariach? Chyba jakąś bardzo godną okazją pogłębionego spojrzenia na zagadnienie wiary i zakonnego posłuszeństwa daje probacja, jak również tirocinium. To ostatnie należałoby jeszcze w większym zakresie niż dotychczas wykorzystać pod tym względem.
Drugim ważnym momentem w naszej materii będzie kształtowanie ducha ofiary. Chodzi tu o coś więcej aniżeli o ofiarę poszczególnych aktów. Czy nie warto poświęcić specjalnego studium wychowaniu do posłuszeństwa na poszczególnych etapach życia zakonnego?
Można by oczywiście mnożyć sugestie, ale nie o to w pierwszym rzędzie chodzi. Czyńmy wszystko, co leży w naszej mocy, ale zostawmy także miejsce na łaskę, na działanie Boże. Sekretem przełożonego jest sam Bóg, który przyrzekł dopełniać pracę tych, którzy działają w Jego Imieniu, Complevit labores illius.
Archiwum KWPZM
