s. Immakulata J. Adamska OCD
ŻYCIE ŚW. TERESY BENEDYKTY OD KRZYŻA. EDYTY STEIN
Od wiary do niewiary (1891 – 1904)
Pani Augusta Stein z domu Courant (1849-1936), matka Edyty, oraz mała Edyta.
Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu, jako jedenaste dziecko średniozamożnej rodziny kupieckiej. Po wczesnej śmierci ojca (Edyta miała zaledwie dwa lata) wychowywały ją przeważnie starsze siostry, gdyż matka prowadziła przejętą po mężu składnicę opału. Mimo zapracowania, znajdowała zawsze dla najmłodszej córki czas i serdeczną tkliwość matczyną, o których Edyta mówi z wyraźnym wzruszeniem w swej autobiografii.
Matka była dla niej ideałem prawości, uczciwości i probierzem wartości, jakie należało w życiu obierać. Ta szczerze wierząca żydówka, mocna duchowo, niezmiernie uczynna, dzieląca z biednymi ostatni kęs chleba, własnym przykładem ukazywała wrażliwemu dziecku piękno dobra i szpetotę zła. Przestrzegała skrupulatnie mozaistycznych praktyk religijnych – modlitw, postów, obchodów świątecznych – i w tym duchu wychowywała sporą gromadę swych synów i córek. Nie ustrzegła ich jednak od kryzysów religijnych i młodzi Steinowie, jeden po drugim, stopniowo odchodzili od wiary.
Okres dzieciństwa ustala zazwyczaj zasadnicze rysy osobowości człowieka. Edyta Stein pisze o sobie:
„Od wczesnego dzieciństwa grono naszych krewnych określało mnie głównie na podstawie moich dwóch cech: uważano, że jestem ambitna (i to słusznie) oraz dawano mi przydomek ta mądra Edyta. Jedno i drugie bardzo mnie bolało. Zwłaszcza to drugie, dlatego, że brzmiało, jakbym z tego powodu była zarozumiała i – tylko była mądra; od najwcześniejszych lat wiedziałam, że dużo lepiej być dobrą niż – mądrą”.
„Byłam mała i delikatna, i zawsze blada, mimo że o mnie tak troskliwie dbano. (…) Wyglądałam na młodszą, niż byłam w istocie. Kiedy zaczynałam mówić, dziwiono się – co to za wścibska osóbka”.
Rodzeństwo Edyty uważało, że starsza od niej siostra Erna jest dla nich przejrzyta jak „czysta woda”, natomiast Edyta – „księgą zamkniętą na siedem pieczęci”.
Pierwsze karty autobiografii rzeczywiście ukazują wcale nie cudowne dziecko, chociaż rodzina Edyty za taką ją uważała. Nerwowa, przewrażliwiona, kapryśna, uparta; „mała ambicjuszka” – jak pieszczotliwie ją nazywała ciotka Cilla. „Ambicjuszka”, gdy czegoś chce dopiąć, wszystkich zmusza, aby się nią zajmowali, urządza np. awantury, ponieważ nie chce chodzić do przedszkola; nieustannie nagabuje, aby wcześniej, razem ze starszą Erną, zacząć naukę w „prawdziwej szkole”. Wady tego dziecka zdają się w tym okresie zagłuszać jej zalety: czułość serca, wrażliwość na cierpienie innych, głębię przeżyć i duchowe magis, czyli niegodzenie się na przeciętność. „Mała ambicjuszka” zawsze pragnęła być lepsza niż inne; nie tyle dla przyjemności ubiegania się o jakieś wyróżnienie, ale chciała zdobyć własną ocenę spraw i rzeczy, których wartość moralną ceniła najwyżej.
Stopniowo dokonywała się w niej przemiana wewnętrzna. Pomogła tu dobrze prowadzona szkoła, która przewrażliwionemu dziecku dawała pole do pracy dostosowanej do jego wieku, łącznie z wysiłkiem skierowanym na zdobycie osiągalnego dla niego dobra.
Lata – od siódmego do trzynastego roku życia Edyty – zamykają nowy, ważny okres rozwoju jej osobowości. Wspomina:
„Pierwsza wielka przemiana dokonała się we mnie, gdy miałam około siedmiu lat i to bez żadnej zewnętrznej przyczyny. Nie umiem tego wyjaśnić inaczej, jak po prostu dojściem do rozumu. Przypominam sobie, że od tamtego czasu powzięłam przekonanie, iż matka i moja siostra Freda wiedzą lepiej niż ja, co jest dla mnie dobre i dzięki temu zaufaniu ochotnie ich słuchałam. Znikł dawny upór i w następnych latach stawałam się dzieckiem łatwym do kierowania. (…) Wybuchy gniewu zdradzały mnie coraz rzadziej; już wcześnie tak panowałam nad sobą do tego stopnia, że prawie bez walki mogłam zachować równowagę. Jak się to stało, nie wiem; myślę, że uleczyły mnie wstręt i wstyd, jakie odczuwałam, gdy inni irytowali się i złościli, a także świadomość, że to poniża człowieka. Stopniowo robiło się coraz widniej i jaśniej w moim wewnętrznym świecie. To, co widziałam i słyszałam, czytałam i przeżywałam, dostarczało impulsywnej wyobraźni materiału do snucia najśmielszych marzeń”.
Marzenia tak wypełniały jej myśli, że traciła poczucie miejsca i czasu. „Przede wszystkim jawiła mi się zawsze wspaniała przyszłość – wspomina. – Marzyłam o szczęściu i sławie. Byłam przekonana, że jestem przeznaczona do czegoś wielkiego i zupełnie nie mieszczę się w ciasnych, mieszczańskich ramach, w jakich się urodziłam. O tych marzeniach mówiłam równie niewiele, jak o męczących mnie przedtem lękach. Spostrzeżono jedynie, że bywam zadumana; często mnie przestraszano, kiedy nie zauważałam, co się wokół mnie dzieje”.
Ten świat dziecięcych marzeń druzgoczą ciosy: rok po roku, najpierw wuj, potem stryj popełniają samobójstwo z powodu bankructwa finansowego. Edyta jest wstrząśnięta. Pisze: „Uświadomiłam sobie, że samobójstwo jest czymś okropnym, zupełnie inaczej okropnym niż sama śmierć”.
Kryzys wiary (1904 – 1912)
Uniwersytet Wrocławski – Edyta rozpoczęła tutaj studia w 1911 roku jako jedna z nielicznych kobiet.
Życie trzynastoletniej Edyty nagle utraciło swój powab i sens. Czuła się bezbronna wobec nawałnicy nasuwających się problemów i pytań. Najtrudniejszym z nich było pytanie o wiarę w Boga osobowego. Starsze rodzeństwo – z wyjątkiem siostry Fredy – od dawna zaniechało praktyk religijnych i deklarowało się jako ateiści. Edyta, uczulona na prawdę, zawsze wobec siebie uczciwa, popadła w duchowy konflikt. Nie uznając kompromisu między osobą i prawdą, a także nie chcąc przyjąć jakichś cząstkowych rozwiązań problemu, nie chciała praktykować rygorystycznej – jak się zdawało – religii swej matki, skoro nie mogła uznać wiary w Boga osobowego; dlatego oświadczyła, że jest ateistką.
Czy rzeczywiście był to ateizm w pełni świadomy, czy raczej kryzys wiary dziecięcej, połączonej z utratą jakiegoś szczególnego jej kształtu, kryzys przygotowujący do wiary prawdziwej i głębokiej? Odrzuciła wiarę w Boga według pojęć religijnych mozaizmu, lecz nie zaprzeczyła sensu szukania prawdy. Tęsknota za prawdą – oto jej relacja – stała się jej modlitwą; formą modlitwy kształtującej życie. Przeżywała swoiste załamanie duchowe. Nie miała już – jak dawniej – sił, by przechodzić nad przykrymi zdarzeniami szybko do porządku. Później dostrzeże w wielu faktach logiczne powiązanie i sensowną całość, jednak w trakcie przeżywania nie umie się z nimi uporać. Cierpi. Tym boleśniej, że ma chorą, zbolałą duszę, że jest zupełnie sama, całkowicie bezradna wobec tego wszystkiego, co godzi w nią z zewnątrz i duchowo kaleczy. Pragnie bronić prawości swego życia i dochować wierności poznanej prawdzie, lecz brutalność sytuacji życiowych często podważa samą prawdę. W 1905 roku, w stulecie śmierci Schillera, rozdawano w szkole nagrody. Edytę Stein pominięto, ponieważ była Żydówką. Widziała w tym jawną niesprawiedliwość; nie uznano ani jej pracy, ani rzeczywistej wiedzy. Życie kryło w sobie tyle obłudy i kłamstwa. Uporczywie nasuwały się pytania o prawdę; dorastającej dziewczynie niełatwo na nie odpowiedzieć. Potrzebowała czasu, aby odzyskać wewnętrzną równowagę; przerwała naukę w szkole z nadzieją, że znajdzie wytchnienie.
Psychiczne napięcie powoli ustępowało, ale ból, gdzieś na dnie duszy, trwał nadal. Podjęte samodzielnie decyzje dotyczące wiary i dalszej nauki tylko ją łudziły posmakiem wolności dorosłego człowieka. Cóż robić w rodzinnym domu, gdzie każdy spełnia określone obowiązki i musi się z nich sumiennie wywiązywać? Ustalono, że wyjedzie do Hamburga i pomoże w opiece nad dziećmi swej siostrze Elzie. Edyta tak to wspomina:
„Czas spędzony w Hamburgu – tak, jak to teraz widzę – był pewnym stadium przepoczwarzania się. Żyłam w ciaśniejszym gronie niż w domu i bardziej jeszcze w swym wewnętrznym świecie. Uporawszy się z pracami domowymi – czytałam. Czytałam, a także słyszałam o sprawach, które nie przynosiły mi nic dobrego. Specjalizacja zawodowa mojego szwagra wymagała posiadania w bibliotece książek nie nadających się zupełnie na lekturę piętnastoletniej dziewczyny. Ponadto Max i Elza byli zdecydowanymi ateistami, nie dopuszczającymi w domu nawet śladu jakiejkolwiek religijności. Tutaj także całkiem świadomie i z własnej woli przestałam się modlić. O przyszłości raczej nie myślałam, ale żywiłam nadal przekonanie, że czeka mnie coś wielkiego”.
W Hamburgu spędziła Edyta osiem miesięcy. Rozwinęła się fizycznie; ze szczupłego dziecka wyrosła na dojrzałą dziewczynę, jednak nie bez pewnego zahamowania wewnętrznego. Stwierdza krótko: „W porównaniu do okresu wcześniejszego oraz także późniejszego, mój rozwój umysłowy zdawał się być wtedy nieco przytłumiony”.
Z Hamburga odwołała ją matka dla pielęgnacji chorego bratanka Haralda. Po kilku dniach dziecko zmarło i Edyta pozostawała bez szczególnych obowiązków, co w tej patriarchalnej, pracowitej rodzinie było rzeczą nie do pomyślenia. Zaczęła znów czytać, przeważnie dramaty. „W tym odmalowanym we wspaniałych kolorach świecie wielkich czynów i wielkich namiętności czułam się bardziej zadomowiona niż w szarym życiu codziennym. Kiedy jednak pewnego dnia przyniosłam do domu Schopenhauera Die Welt als Wille und Vorstellung, starsze rodzeństwo energicznie się temu sprzeciwiło, obawiając się o moją równowagę psychiczną. Musiałam więc oba tomy, nie czytając ich, odnieść z powrotem do biblioteki”.
Tymczasem rodzina czekała niecierpliwie na jej decyzję dalszej nauki. Postanowienie powzięła Edyta nieoczekiwanie, w momencie gdy matka rozczesywała jej bujne włosy. Na pytanie, czy nadal na nic nie ma ochoty, odpowiedziała szczerze, iż żałuje, że jednak nie poszła do gimnazjum. Matka ją uspokoiła, że są ludzie zaczynający naukę w trzydziestym roku życia, więc i dla niej, nie mającej jeszcze lat szesnastu, nic nie jest stracone.
Tak Edyta zaczęła prywatne intensywne przygotowania do egzaminu do tzw. obersekundy, co zdawało się przywracać jej radość życia: „To półrocze wytężonej pracy wspominam jako pierwszy do głębi szczęśliwy okres mego życia. Przyczyna leżała zapewne w tym, że pierwszy raz moje siły duchowe były całkowicie pochłonięte czymś, co im bardzo odpowiadało”.
Trzy lata nauki gimnazjalnej przeżyła bez większych niespodzianek zewnętrznych i wewnętrznych, nadal deklarując się wyraźnie jako ateistka i feministka. Komers pomaturalny zapisał się w jej pamięci „proroctwem” dyrektora gimnazjum, który tak ją scharakteryzował, czyniąc aluzję do jej nazwiska: „Uderz w kamień, a wytrysną skarby!”
W roku 1911 zaczęła Edyta Stein studia uniwersyteckie w rodzinnym Wrocławiu. Wybrała przedmioty humanistyczne: germanistykę, historię oraz psychologię, która wkrótce zajęła w jej zainteresowaniach pierwsze miejsce. Ufała, że znajdzie w niej rozświetlenie swych duchowych udręk, ale się zawiodła. Odprężenie znajdowała w gronie dobranych przyjaciół, gdzie czuła, że jest rozumiana: „Nie pamiętam już szczegółów tego, cośmy miały sobie do powiedzenia w tych wielu przeciągających się rozmowach. W każdym razie tematu nigdy nam nie brakło i nie istniało dla nas nic piękniejszego nad takie wzajemne otwarcie serca. Często mówiło się (…) o planach na przyszłość, o kształtowaniu własnego życia i o ideałach, do których zwycięstwa chciałyśmy się przyczynić przez naszą działalność w świecie”.
Wszystkie te sprawy, choć bardzo ją angażowały, nie zaspokajały jednak wewnętrznego niedosytu: „W moim czwartym semestrze odnosiłam wrażenie, że Wrocław nie może mi już dać nic więcej, że potrzebuję nowych impulsów. Obiektywnie nie było to słuszne, gdyż istniało tu jeszcze wiele możliwości, które mogłabym wykorzystać i bardzo dużo się nauczyć. Mnie jednak coś popędzało”.
Opracowując referat z psychologii myślenia, Edyta Stein natknęła się na Logische Untersuchungen Husserla. Doznała wielkiej radości; była pewna, że znalazła wreszcie klucz do rozwiązania wielu zagadnień wiedzy o człowieku. Zdawało się jej, że psychologia Sterna jest nauką bez metody i podstaw, natomiast fenomenologia Husserla miała wypracowaną metodę i zadowalające wyniki: „Całe moje studia psychologiczne doprowadziły mnie do przekonania, że ta nauka tkwi jeszcze w powijakach, że wciąż jej brak koniecznego fundamentu jasnych pojęć oraz że ona sama nie zdoła pojęć tych wypracować. To zaś, co dotąd poznałam z fenomenologii, zachwycało mnie tak bardzo właśnie dlatego, że fenomenologia w całkiem swoisty sposób opierała się na tego rodzaju pracy badawczej, że pozwala od początku wykuć samemu potrzebne narzędzia myślowe”.
Bardziej jednak niż pragnienie wiedzy gnał ją do Getyngi wewnętrzny niepokój, potęgowany pragnieniem znalezienia prawdy.
W okresie studiów we Wrocławiu przeżyła skrajną depresję: „Słońce zdawało się gasnąć, nawet w pełnym, jasnym dniu. (…) Straciłam zupełnie zaufanie do ludzi, z którymi na co dzień obcowałam; chodziłam jakby zmiażdżona strasznym ciężarem i nie umiałam niczym się cieszyć”.
Kiedyś przez niedopatrzenie byłaby się wraz z siostrą zatruła gazem; odzyskawszy przytomność, pomyślała: „Jaka szkoda! Dlaczego w tej głębokiej ciszy nie pozostawiono nas na zawsze”.
Pisze też, że z ostatecznego przygnębienia wyrwało ją oratorium Bacha, ściśle mówiąc, rozbudzona chęć walki z mocami zła, nie samotnie, ale we wspólnocie: „Świat może być zły, lecz gdy w małym gronie moich przyjaciół, na których mogę liczyć, dołożymy wszystkich sił – na pewno damy radę nawet wszystkim diabłom”.
W tym samym roku 1912, przed opuszczeniem Wrocławia, doznała nader bolesnego „olśnienia”, które ją skłoniło do poważnej rewizji swych ideałów i wysiłków etycznych. „Trwałam w naiwnym złudzeniu, że wszystko jest we mnie w porządku, co zdarza się często ludziom niewierzącym, wyznającym zasady idealizmu etycznego. Jeżeli ktoś zachwyca się tym, co dobre, wierzy, że sam jest już dobry. Uważałam, że mam prawo potępiać bezlitośnie wszystko, co wydało mi się negatywne, a więc słabości, pomyłki i błędy innych, czasem nawet w sposób drwiący i ironiczny. Były osoby, które mnie nazywały uroczo-złośliwą„. Z tego naiwnego złudzenia wyrwał ją kolega Hermsen, którego bardzo ceniła. Jego twarde słowa były pierwszą naganą, jaka ją spotkała w gronie osób, o których sądziła, że ją kochają i podziwiają. Słowa Hermsena odczuła boleśnie, ale przyjęła dojrzale: postanowiła je przemyśleć i skorygować swoją postawę.
Poszukiwanie Boga w filozofii (1913 – 1919)
Edmund Husserl – „duchowy” mistrz Edyty Stein, Max Scheler, Martin Heidegger i Roman Ingarden.
1913
Pragnienie, aby dowiedzieć się czegoś więcej o duchowym życiu człowieka, miało wpływ na wybór kierunku studiów Edyty Stein we Wrocławiu; później „pognało” ją do Husserla, do Getyngi. Odtąd Edmund Husserl i Leopold Ranke, którego pamięć w Getyndze otaczano wielką czcią, stali się jej „duchowymi” mistrzami. Oni to uczyli poważnego i trzeźwego traktowania zarówno zdarzeń historycznych, jak i każdego fenomenu ze sfery życia duchowego. Młoda studentka, wychowana i kształcona we właściwej tej epoce negacji ducha, tu, w Getyndze, czuje się ogromnie szczęśliwa. Jest pewna, że znajdzie wreszcie odpowiedź na coraz natarczywiej niepokojące ją pytania: Co to jest dusza? Kim i czym jest człowiek? W jakich wzajemnych relacjach wobec siebie znajdują się dusza, duch, osoba, universum? Jak ma się podmiot poznający do obiektywnego świata?
„Psychologia bez duszy” i mechaniczna metoda psychologii eksperymentalnej rozczarowały Edytę Stein – i to tak, że orientację fenomenologii Husserla podjęła z ogromnym osobistym zaangażowaniem. Husserl nie opierał się jedynie na doświadczeniu zmysłowym, jak empiryści, ale chciał zgłębić istotę rzeczy poprzez intuicję. Uważał, że naoczność, przedstawiając fenomeny rzeczy, nie tylko jest doświadczeniem zmysłowym, lecz stanowi akt duchowy. To stwierdzenie otwierało przed Edytą, poszukującą prawdy, nowy świat poznania.
„Ponowne odkrycie ducha i wysiłki skierowane ku stworzenia prawdziwej wiedzy [humanistycznej] duchowej, należą z pewnością do największych przemian dokonanych w ostatnich dziesiątkach lat w dziedzinie nauki. Nie tylko duchowość i pełnia sensu życia duszy odzyskały znów swoje prawa, lecz odkryto na nowo realność ich podłoża”.
Od Husserla Edyta Stein uczyła się uwalniać myślenie od arbitralności i zarozumiałości; dzięki temu poznanie stawało się „proste”, „posłuszne rzeczy” oraz „pokorne”. Taka postawa pozwalała jej bez uprzedzeń słuchać wykładów Schelera; nader sugestywnie przedstawiał on słuchaczom świat Boży w aspekcie zarówno augustiańskim, jak i scholastyczno-zhierarchizowanym aksjologicznie. Ośrodkiem wartości ziemskich jest – zdaniem Schelera – osoba. Jej typem doskonałym – osoba świętego; wybierając najwyższą Wartość, samego Boga, najpełniej urzeczywistnia on swoje istnienie. Edyta Stein była głęboko poruszona Schelerowskim światem wartości; zagadnienia pokory, skruchy, świętości odtąd stały się ośrodkiem jej zainteresowania. Scheler ukazywał bezpośrednio wiarę katolicką. „Jego wpływ wykraczał daleko poza ramy filozofii. Pierwszy raz spotkałam się z dotąd nie znanym mi światem. Nie doprowadziło mnie to jeszcze do wiary, lecz otwarło pewien zakres fenomenu, obok którego nie mogłam przejść jak ślepiec. Nie na darmo wpajano nam stale zasadę, abyśmy do każdej rzeczy podchodzili bez uprzedzeń, odrzucając wszelkie obawy. Jedne po drugich opadały ze mnie więzy racjonalistycznych przesądów, w których wzrastałam, nie wiedząc o tym; nagle objawił mi się świat wiary. Przecież codziennie spotykani ludzie, na których patrzyłam w podziwie, tą wiarą żyli. A więc musiała ona stanowić wartość godną co najmniej przemyślenia. Chwilowo byłam aż nadto pochłonięta innymi sprawami i nie mogłam się zająć systematycznie problemami wiary. Zadowalałam się tylko bezkrytycznym wchłanianiem w siebie impulsów, pochodzących z mego otoczenia; prawie niepostrzeżenie przekształcały mnie wewnętrznie”.
Do ludzi podziwianych przez Edytę należało młode małżeństwo Reinachów. Żyli oni na co dzień tym, co Scheler głosił. Już pierwsze spotkanie z Adolfem Reinachem wywarło na niej niezatarte wrażenie: „Byłam bardzo szczęśliwa i pełna głębokiej wdzięczności. Zdawało mi się, że dotąd żaden człowiek nie podszedł do mnie z taką bezinteresowną dobrocią serca. (…) Jakbym pierwszy raz ujrzała zupełnie nowy świat”.
1914
Husserlowskie „otwarte spojrzenie na duchową osiągalność wszelkiego istnienia” – jak Jadwiga Conrad-Martius nazywa metodę analizy fenomenologicznej – oraz „ethos rzeczowej czystości” wskazały Edycie Stein nowe, zasypane przedtem źródła. Poruszona przy tym głęboko Schelerowskim światem wartości, po raz pierwszy ośmieliła się myśleć bez uprzedzeń o takich sprawach, jak świętość, pokora, skrucha. Te impulsy duchowe pogłębił w niej wstrząs związany z wybuchem pierwszej wojny światowej w 1914 r.: „Gdy wróciłam do domu, wycofałam się z grona rodzinnego, bo nie mogłam znieść rozmów na tematy obojętne (tzn. osobiste); ujrzałam wtedy nagle jasno: dziś wygasło moje życie osobiste; jeżeli przeżyję wojnę, podejmę je jako dar”.
Pytania o prawdę otwarły przed Edytą Stein nowe horyzonty ducha, świat poznania i wartości, z którym musiała podjąć konfrontację. Zrozumiała z całą oczywistością, że nie tylko metodycznie albo jako postulat, lecz także realnie, poza granicami ratio, świat ducha jest co najmniej możliwy. Jeżeli ta uznana możliwość stanie się oczywistością doświadczenia religijnego, wtedy już nie wystarczy „filozofia jako nauka ścisła”. Tak więc powoli załamywał się jej idealizm fenomenologiczny, aby ustąpić miejsca nowym poszukiwaniom prawdy.
Czuje się przynaglona do „współcierpienia z cierpiącymi”. Chce służyć ofiarom wojny. Czekając na wezwanie do służby sanitarnej, przygotowuje się do państwowego egzaminu pro facultate docendi.
1915
Egzamin złożyła w styczniu 1915 r. summa cum laude. Na ponawiane kilkakrotnie prośby o pracę w szpitalu na froncie, wreszcie nadeszła odpowiedź: zaangażowanie w szpitalu zakaźnym dla rannych z frontu karpackiego w Hranicach na Morawach. Obowiązki podjęła niezwłocznie. Wyjechała w kwietniu, pracowała do sierpnia. Szpital wojenny okazał się twardą szkołą życia. „Cały niemal dzień biegałam i wieczorem nie mogłam już utrzymać się na nogach. Często po pracy szłam zaraz do naszego pokoju, a Alwina czy ktoś litościwy przynosił mi kolację, abym już nie musiała wstawać. Cóż to za dobrodziejstwo, gdy mogłam od razu wskoczyć do łóżka i pozwolić odpocząć zmęczonym nogom. Przynajmniej nogom – gdyż wkrótce sama przestałam sypiać. Siedziałam bezsenna na wysokim łóżku… Myślałam o moich chorych i cieszyłam się nadejściem poranka, kiedy mogłam im usługiwać…”
Ta praca wyczerpała jej siły. Gdy front się cofnął i rannych było coraz mniej, wróciła do Wrocławia.
1916
Po powrocie Edyta Stein zabrała się od razu do pisania dysertacji doktorskiej. „W tym właśnie okresie, gdy tyle różnych ludzkich spraw angażowało mnie wewnętrznie, skupiłam wszystkie siły około pracy doktorskiej; od przeszło dwóch lat przygniatało mnie to jak ciężar. (…) Z trwogą siadałam każdego ranka przy biurku. Byłam jakby małym, nikłym punkcikiem w bezkresnej przestrzeni. Czy przyjdzie z niej do mnie coś, co mogłabym uchwycić? (…) Po chwili jakby wynurzało się światło. (…) Zapisywałam stronę za stroną. Dostawałam wypieków i gorączki od pisania; przenikało mnie niezmienne uczucie szczęścia. Kiedy wołano mnie na obiad, wracałam jakby z innego świata i szłam wyczerpana, ale radosna. Byłam zdumiona tym, co odkrywałam, sprawami, o których przed paru godzinami nie miałam pojęcia. (…) Każdy taki twórczy dzień uważałam za nowy dar nieba”.
Jeszcze przed Bożym Narodzeniem wyruszyła do Getyngi, aby omówić swoją pracę z Reinachem, który na święta przybył z frontu do domu. Wróciła tu po rocznej prawie nieobecności. W samo Boże Narodzenie wybrała się na pasterkę do kościoła katolickiego. Wskazówki Reinacha i samego Husserla oraz pozytywna ich ocena jej pracy dodały Edycie nowych sił. W sierpniu broniła dysertacji, wkrótce potem została asystentką Husserla.
W tym okresie życia odczuwa coraz większy głód Boga. Godzina łaski wiary, wiary wlanej, jeszcze nie nadeszła. Pewność rozumowa nie jest pewnością, na której wiara się opiera. Czuje się przytłoczona prawdą, jednak jeszcze nie umie przyjąć Prawdy Objawionej.
Między rozumowym i naturalnym przeświadczeniem a przedmiotem wiary, przekraczającym naturę i rozum – nie ma proporcji. Edyta Stein musi się cierpliwie przygotować do wyznaczonej przez Opatrzność godziny.
1917
Nieoczekiwanie prawda religijna staje przed nią w postaci Ukrzyżowanego Chrystusa. Znowu przez ludzi. Adolf Reinach padł na froncie. Jego żona prosiła Edytę Stein o uporządkowanie spuścizny naukowej męża. Edyta bała się spotkania z młodą, tak ciężko doświadczoną wdową, gdyż nie wierząc w życie pozagrobowe, nie znajdowała niczego, co by jej mogła powiedzieć na pocieszenie. Tymczasem pani Reinach, która niedawno przedtem przyjęła wraz z mężem chrzest w Kościele protestanckim, powitała ją pełna pokoju, nawet pogody. Taka postawa była dla Edyty Stein niezaprzeczalnym dowodem prawdziwości religii chrześcijańskiej, czerpiącej moc z krzyża Chrystusowego, i spowodowała w niej przełom duchowy: „Było to moje pierwsze spotkanie z krzyżem i Bożą mocą, jakiej udziela on tym, którzy go niosą. Ujrzałam pierwszy raz w życiu Kościół w jego zwycięstwie nad ościeniem śmierci. W tym momencie załamała się moja niewiara i ukazał się Chrystus w tajemnicy krzyża”.
W Chrystusie ukrzyżowanym objawiła się Edycie Stein zasadnicza różnica zachodząca pomiędzy teoretycznym przemyśleniem fenomenu religijnego, a przyjęciem porządku świata i wartości leżących poza ratio.
1918
Rozpoczyna się walka na śmierć i życie. Kryzys duchowy pogłębia się. Edyta Stein jeszcze nie uklękła przed krzyżem, jeszcze nie wyznała wiary w Chrystusa, ale Jego moc już ją prowadziła. O własnych siłach nie podołałaby rozczarowaniom i klęskom życiowym, które w tych latach nieprzerwanie na nią uderzały. Nie uzyskała habilitacji; współpraca z Husserlem układała się jak najgorzej. Wszystko, co upragnione, zostało jej zabrane. Lecz doświadczane klęski umacniały ją duchowo i ma się wrażenie, że postępuje wiernie według znanego tylko sobie prawa, które konsekwentnie prowadziło ją do celu.
Odeszła od Husserla. Darząc go do końca serdeczną przyjaźnią i wdzięcznością za doprowadzenie jej do tego etapu poznania, uważała jednak, że Amicus Plato, sed magis amica veritas (Bardziej niż Platon naszym przyjacielem winna być prawda). Już wtedy nabierała przekonania, które później wyraziła w słowach brzmiących jak ostrzeżenie: „Studium filozofii jest nieustannym chodzeniem nad przepaścią”. Jeżeli chodząc nad przepaścią nie wpadła w otchłań krańcowego sceptycyzmu agnostycznego, zawdzięczała to wielkiej uczciwości wewnętrznej, duchowemu zdyscyplinowaniu, czystości serca, słowem – życiu w prawdzie. Dla niej gotowa była na wszelkie wyrzeczenia, na nałożenie sobie najcięższych rygorów, aby tym swobodniej przebijać się do coraz większej jasności i wewnętrznej równowagi. Powiedziała kiedyś do swej mistrzyni w Karmelu: „Życie naukowe zobowiązuje. Żyłam zawsze jak zakonnica”.
Zupełnie wyraźnie daje się powodować impulsem łaski uprzedzającej. Nie jest jednak tego świadoma i nadal myśli, że właśnie poznanie otwiera przed nią horyzonty wiary. W swej pracy doktorskiej stwierdza: „Poznanie jest wartością, i to wartością mającą stopnie według swego obiektu. Nie tylko zdobyte, lecz także (może nawet w szerszym zakresie) nie zrealizowane jeszcze poznanie wyczuwa się jako wartość i ta intuicja wartości jest źródłem wszelkiego wysiłku poznawczego, sprężyną całej woli poznania”.
Zgoda rozumu na przyjęcie wiary – to dopiero połowa drogi. Spotkała już Chrystusa i znalazła prawdę, której tak namiętnie szukała, jednak ostatni impuls do pełnej wiary, będącej zawierzeniem Bogu, nie mógł pochodzić tylko od jej wysiłku poznawczego. W bólu i wewnętrznych ciemnościach dojrzewała do przyjęcia łaski wiary i bezkompromisowego pójścia za Panem, jak wykazało dalsze jej życie. Nie umiała się jeszcze modlić; nie umiała wyprosić sobie tej łaski. Powie później: „Tęsknota za prawdą to była moja jedyna modlitwa”. Gdy wreszcie nauczyła się modlić, gdy jej stosunek do Boga stał się bezpośredni, osobowy, odległość między nią a Nim zaczęła się szybko zmniejszać. W niej samej dokonała się radykalna przemiana poglądów i postaw etycznych:
„Zmieniło się zupełnie moje ustosunkowanie do ludzi i siebie samej. Nie zależało mi, jak ongiś, na tym, by zawsze mieć rację i w każdym przypadku pokonać przeciwnika. Pozostała mi wprawdzie bystrość w dostrzeganiu słabości ludzi, jednak nie wykorzystywałam już jej, aby ranić bliźnich w najczulsze miejsca; mimo moich skłonności wychowawczych raczej starałam się ich oszczędzać. Przekonałam się bowiem, że tylko wyjątkowo ludzie poprawiają się z błędów, gdy mówi się im słowa prawdy; pomaga to jedynie wówczas, gdy sami na serio pragną być lepszymi i upoważniają nas do takiej krytyki”.
Pasją Edyty było nie zaprzepaścić żadnej wartości i każdej dać należne jej miejsce. Dzięki temu umiała wyprowadzić właściwe wnioski z przesłanek i drobnych faktów własnego życia. Stanowi typ naukowca, a przecież jest prosta i pokorna w swoich poszukiwaniach i odkryciach, i zdolna zawsze dokonać korekty, gdy dostrzeże pomyłkę. Nie szuka też już prawdy na własną rękę i według własnego rozumienia, bo przekonała się, że widzenie tylko strony zjawiskowej, zmysłowej i wzrokowej faktów dalekie jest od poznania ich strony duchowej.
Wśród kłopotów i beznadziejnej – jak się zdawało – sytuacji życiowej znamienny jest jej optymizm i wiara w rozwój ducha:
„Tyle mogę powiedzieć, że po tym wszystkim, co mnie spotkało w ostatnim roku, afirmuję życie bardziej niż kiedykolwiek. (…) Nie wolno nam się ograniczać jedynie do tego odcinka życia, który jest nam dostępny, szczególnie zaś do tego, co leży na powierzchni i co tak jasno rzuca się w oczy. Jest rzeczą oczywistą, że stoimy w punkcie zwrotnym rozwoju życia duchowego i nie powinniśmy się uskarżać, że kryzys trwa dłużej, niż to niektórym odpowiada”.
W tym czasie Edyta Stein nie ma już wątpliwości, że świat ducha jest rzeczywiście możliwy; tę możliwość potwierdza doświadczenie religijne, a zatem „filozofia jako nauka ścisła” okazuje się niewystarczająca. Także metoda analizy fenomenologicznej podjęta przez nią z entuzjazmem – i tyle obiecująca, jak się na początku zdawało – już jej w pełni nie zadowalała. Nie wiadomo kiedy ustąpiła miejsca impulsom religijnym, które z dużą siłą nacierały na nią z zewnątrz i wewnątrz. Nie będziemy dalecy od prawdy przypuszczając, że w latach studiów w Getyndze i Fryburgu Edyta Stein znajdowała się już pod wpływem łaski Bożej. Świadczą o tym wyraźne aluzje zarówno w autobiografii, jak i w Beiträge zur philosophischen Begründung der Psychologie und der Geisteswissenschaften. Już wówczas, aczkolwiek jeszcze niepewnie, ośmiela się swoje nieustępliwe poszukiwania prawdy identyfikować z szukaniem Boga. Znamiennie to później określa w zdaniu: „Kto szuka prawdy – szuka Boga, choćby nawet tego sobie nie uświadamiał”. Pewne wypowiedzi w Beiträge mogą nam rozświetlić nieco jej zmagania wewnętrzne. Edyta Stein nie wspomina tu wprost o sobie; omawia proces zmian zachodzących we wnętrzu człowieka przed podjęciem decyzji. Ewolucję duchową, zakończoną decyzją, określa mianem fiat, co mogłoby samo z siebie świadczyć o jakości i gatunku bodźców, jakie w owym czasie kształtowały jej myślenie.
Wiedziała już wtedy, że wiara jest dobrowolnym aktem człowieka: „Wiary mogę nie przyjąć, uczynić ją nieskuteczną. (…) Np. ateista w jakimś przeżyciu religijnym dostrzeże istnienie Boga. Nie może zaprzeczyć wierze (w znaczeniu przyjęcia postawy), ale nie staje na gruncie wiary; nie pozwala jej w sobie działać, pozostaje nieporuszony przy swoim światopoglądzie naukowym”.
Z rozważań Edyty Stein możemy wyczytać, że łaska i wolność człowieka, a także wezwanie i odpowiedź przebiegają na kształt zjawiska dialogowego, podobnego do rozmowy dwóch osób. Dla zaistnienia takiej rozmowy i jej owocnego przebiegu trzeba, aby obie zwracały się do siebie w sposób wolny, nie tylko gotowe do dawania, lecz także do brania. By wolna wola mogła przyjąć Boże wezwanie, musi ze swej strony, drgnąć wewnętrznie i wypowiedzieć swoje fiat, które dopiero spowoduje wspomniane wyżej zjawisko dialogu.
Tej argumentacji nie można pominąć rozpatrując wewnętrzny proces jej dochodzenia do wiary. Swoje ostateczne fiat – jak dowiemy się później – pokryła milczeniem. Jej fiat nie było na pewno wydarzeniem jednorazowym, ale jednym z ogniw, jakie złożyły się na to życie, pozostające potem pod tak zupełnie szczególnym działaniem łaski. Nie będzie może bez znaczenia przytoczenie tu jej własnej wypowiedzi, znacznie późniejszej, jednak nawiązującej do tych chwil. Czytamy w Endliches undewiges Sein: „Bóg, który nas stworzył bez nas, nie chciał nas bez nas zbawić, więc nie tylko uzależnił przyjęcie łaski od dobrowolnej zgody i współdziałania poszczególnego człowieka, lecz nawet od człowieka uzależnił samo wcielenie Zbawiciela, Dawcy łaski”.
Tak więc ziarno wiary już kiełkowało: oczywiste stawało się przede wszystkim istnienie Boga.
1919
Edyta Stein doświadcza w sobie działania sił, które nie pochodzą od niej. Przekonuje się niezawodnie, że łaska działa, kiedy i jak chce, a ona sama nie zdoła jej sprowadzić ani jej zatrzymać: „Ustosunkowanie się do jakiejś sprawy, po przyjęciu jej do wiadomości, jest rzeczą dość prostą, nie stawiającą człowieka jeszcze przed wyborem; taka postawa jakby sama brała mnie w posiadanie. Lecz, z drugiej strony, nie mogłabym spowodować ustosunkowania się do czegoś, gdyby mi się samo z siebie nie pojawiło. Mogę tęsknić do religijnej wiary, mogę się o nią starać wszystkimi siłami, a mimo to nie muszę jej otrzymać. Mogę zgłębiać wspaniałość czyjegoś charakteru, a nie zdobyć się na podziw, jaki się mu należy… Nie mam w tym względzie żadnej swobody”.
Doświadczenie wiary samo z siebie, bez udziału łaski Bożej, nie mogło otworzyć granicy oddzielającej poznanie od decyzji. Edyta Stein czuła wyraźnie, że tylko pomoc „z wysoka” zdoła ją przenieść przez przestrzeń niedostępną czysto przyrodzonej mocy. Znała niedostateczność i kruchość własnych sił: „Układam plany na dalsze moje życie i ze względu na nie obmyślam życie obecne. Jestem jednak w głębi przeświadczona, że zdarzy się coś takiego, co wyrzuci na śmietnik całe moje planowanie”.
O falowaniu stanów psychicznych i wewnętrznych, o doświadczeniu bliskości i oddalenia od Boga pisze w Beiträge: „Istnieje stan uciszenia w Bogu, całkowitego odprężenia wszystkich sił duchowych, w którym niczego się nie planuje, o niczym nie decyduje, nic nie działa, lecz przyszłość stawia się do dyspozycji woli Bożej, poddając się zupełnie losowi. W takim stanie znalazłam się po pewnym przerastającym moje siły przeżyciu; zużyło ono całkowicie moją duchową moc życiową, pozbawiło mnie wszelkiej aktywności. Ten spoczynek w Bogu, w porównaniu z ustaniem aktywności na skutek wyczerpania sił życiowych, jest czymś zupełnie nowym i jedynym”.
Dotknięcia łaską (1920 – 1921)
Hedwig Conrad-Martinus, najlepsza przyjaciółka Edyty. W jej domu, po lekturze Życia św. Teresy od Jezusa, Edyta przeżyła swoje nawrócenie w 1921 r.
1920
„Cały ten rok spędziłam we Wrocławiu. Ziemia paliła mi się pod nogami. Przeżywałam kryzys wewnętrzny, ukrywany przed moimi najbliższymi i nie do rozwiązania w naszym domu. Jednakże nie mogłam odejść, dopóki nie rozstrzygnął się los Erny”. Jej siostra Erna miała wyjść za mąż za Hansa Bibersteina, lekarza-dermatologa, jedynaka bardzo przywiązanego do swej matki, wcześnie owdowiałej. Matka i syn nie mieli łatwego charakteru i Edyta Stein bywała najczęściej rozjemcą pomiędzy powaśnionymi nieustannie Steinami i Bibersteinami.
Przygotowania do ślubu Erny nasuwały jej niepokojące pytajniki o własną przyszłość. „Mimo wielkiego oddania się pracy, żywiłam w sercu nadzieję, że zaznam wielkiej miłości i szczęścia w małżeństwie. Nie znając zupełnie zasad wiary i moralności katolickiej, byłam jednak całkowicie przeniknięta katolickim ideałem małżeństwa”.
„Najprawdopodobniej wskutek przeżywanych walk duchowych, które staczałam w ukryciu, bez jakiejkolwiek ludzkiej pomocny, czułam się w tym czasie bardzo niedobrze”. Odetchnęła, gdy Erna z Hansem wyjechali w Karkonosze w podróż poślubną. „Teraz spokojna i wolna mogłam się zatroszczyć o siebie”.
Narzuca się pytanie, dlaczego Edyta tak długo nie podjęła decyzji nawrócenia. Zapewne i ona sama zadawała je sobie po fakcie. Pewne wypowiedzi jej pracy Ontische Struktur brzmią jak swoiste wyjaśnienie. Pisze: „W podstawowym akcie religijnym jednoczą się poznanie, miłość i czyn. Wyrażenie poznanie należy tu brać w znaczeniu ścisłym, bez poprawek. Dlatego mówiliśmy raczej o rozumieniu i określiliśmy je jako dotknięcie ręką Boga, mocą którego to, co nas dotyka, jest przed nami obecne. Temu dotknięciu w żaden sposób nie można umknąć, gdyż nie ma tu miejsca na jakieś współdziałania naszej wolności. Tak stoi przed nami Bóg, jako niechybna moc, jako Bóg mocny i potężny, któremu należy się cześć i bezwarunkowe posłuszeństwo. To najpierwsze zrozumienie kształtuje wolną postawę. Uchwycę się ręki, która mnie dotyka, a znajdę absolutne oparcie i absolutne zabezpieczenie. Wszechmocny Bóg jest Bogiem dobroci, naszą ostoją i twierdzą. Przenika nas miłość do Niego i czujemy się przez tę miłość niesieni. Uchwycić rękę Bożą i trzymać ją jest to czyn, który współkonstytuuje akt wiary. Kto tego nie uczyni, kto pozwoli przebrzmieć pukaniu bez wpływu na swe doczesne życie, u tego akt wiary nie rozwinie się, a przedmiot wiary zostanie przed nim zakryty”.
Dotknięcie łaską nie jest jeszcze równoznaczne z jej przyjęciem, podobnie jak nie wyzwoli duszy z więzów niewiary opanowanie duchowych sfer w dziedzinie poznawczej. „Jak długo człowiek przyjmuje obce sobie rejony tylko duchowo, może się psychicznie nie angażować, tak jak może z natury czerpać znajomość i poznanie, lecz w duszy pozostać dla nich zamkniętym. Gdy coś jest już widoczne dla ducha, nie znaczy to, że przenika także do duszy. Duch może coś widzieć, ale dusza może pozostać nietknięta. Póki duch innego królestwa nie opanuje duszy, ona także nie ma w nim swego udziału”.
Z dalszych wywodów Edyty wynika, że na przyjęcie łaski dusza musi być dostatecznie rozbudzona duchowo. „Podmiot, budząc się do wolnej duchowości, znajduje się w rejonie rozumu naturalnego. Samego przebudzenia nie można uważać za sprawę jego wolności, również nie za przynależność do tego królestwa oraz tendencję, by się rządzić jego prawami. Istnieje przecież wolność sprzeciwienia się tej tendencji i każdemu pojedynczemu, konkretnemu prawu rozumu. Podmiot może się nim nie kierować”.
Wspomnieliśmy, że w Beiträge cały proces dochodzenia do wiary – wezwanie Boga i odpowiedź człowieka – Edyta Stein określiła jako dialog łaski i wolności. Inicjatywa tego dialogu należy do Ducha Świętego i wiara jest Jego darem. Bóg się objawia, człowiek – aktem całej swej ludzkiej osoby – Objawienie Boże przyjmuje. W chwili nawrócenia, także w chwili chrztu otrzymuje nadprzyrodzony dar wiary wraz z nadzieją i miłością.
W tym dialogu Bóg nie tylko objawia się człowiekowi, ale oddziałując na niego wewnętrznie, pociąga go ku sobie.
„Łaska, zanim dusza ją dobrowolnie podejmie, musi już w niej uprzednio zadziałać i aby móc działać, musi mieć w niej jakieś początkowe miejsce. Duch światła, Duch Święty, biorąc duszę w posiadanie, dokonuje w niej – podobnie jak duch ciemności – przemiany jej naturalnych reakcji. Niektóre wyklucza, nawet te dyktowane rozumem naturalnym, jak: nienawiść, żądza zemsty itd.; uzdalnia do aktów duchowych i postaw duszy będących specyficzną formą jego aktualnego życia, jak: miłość, miłosierdzie, przebaczenie, pokój szczęśliwość, nawet tam, gdzie nie ma ku temu żadnych motywów według rozumu naturalnego”.
„Człowiek, w którym działa łaska i który się ku niej skłania, toczy zwykle długą walkę, aby stopniowo wyrwać się ze świata naturalnego i z siebie. (…) Łaska musi sama przyjść do człowieka. Z siebie samego może on w najlepszym wypadku dojść do jej bram, ale nigdy nie zdoła sforsować wejścia”. „Zejście łaski do duszy człowieka jest wolnym aktem boskiej miłości i jej wylew nie zna granic. Jakie drogi wybiera dla swego działania, dlaczego o jedną duszę zabiega, a drugiej każe zabiegać o siebie, czy, jak i kiedy czynna jest również tam, gdzie nasze oczy nie dostrzegają jej działania, wszystko to są pytania wymykające się poznaniu rozumowemu. Dla nas istnieje tylko poznanie zasadniczych możliwości, i dzięki nim możemy zrozumieć dostępne nam fakty”.
Jedno jest pewne: „Boska wolność nie złamie ani nie wygasi, ani nie przechytrzy wolności ludzkiej”.
1921
„Faute de mieux, sama udzieliłam sobie veniam i prowadzę w moim mieszkaniu wykłady z ćwiczeniami (wprowadzenie do filozofii na gruncie fenomenologii), na które uczęszcza przeszło 30 osób”.
Brała w nich udział Gertruda Koebner, studentka filozofii uniwersytetu wrocławskiego. Nie można pominąć wielokrotnie sprawdzonych, rzetelnych jej relacji dotyczących życia religijnego Edyty Stein.
„Mniej więcej w drugim roku naszej znajomości (datującej się od r. 1918) Edyta Stein zaczęła lekturę dzieł św. Teresy – jako przeciwstawienie dla Kierkegaarda Einübung im Christentum, które jej nie zadowalało… Powiedziała mi też, że chodzi regularnie do kościoła na ranną mszę św. i wraca, zanim domownicy się zbudzą, aby nikt tego nie zauważył. Kiedyś znów pokazała mi brewiarz; strzegła go jak skarbu. Nie przypominam sobie, skąd go miała. W każdą niedzielę czytała mi i tłumaczyła jego treść, łaciną władając tak dobrze jak niemieckim; nie da się wprost opisać, z jakim nabożeństwem, czcią i głęboką radością odmawiała te modlitwy brewiarzowe papieża Grzegorza… Mówiła, że nie znajduje tego w Kościele protestanckim, toteż nigdy się w nim nie ochrzci, choć wie, że krok taki łatwiej by jej «wybaczono»”.
Trudno jest dziś ustalić, czy działo się to przed, czy też po powzięciu decyzji chrztu w Kościele katolickim. Edyta podjęła ją w Bergzabern, po przeczytaniu Życia św. Teresy. Wszystko wskazywałoby na to, że fakty podane przez Gertrudę Koebner miały miejsce w miesiącach od sierpnia do października, jedynych, jakie Edyta w 1921 roku spędziła we Wrocławiu. Jej siostra Erna wspomina:
„We wrześniu 1921 r. urodziło się nasze pierwsze dziecko, Zuzanna. Edyta, przebywająca właśnie w domu, pielęgnowała mnie ze wzruszającą dobrocią. Jednakże na ten tak szczęśliwy czas kładł się cień; Edyta oznajmiła mi swoją decyzję przejścia na katolicyzm, prosząc, abym naszą matkę oswoiła z tą myślą. Wiedziałam, że czeka mnie jedno z najtrudniejszych zadań, jakie kiedykolwiek w życiu miałam do spełnienia. Matka nasza była bardzo wyrozumiała i nam dzieciom, z pełnym zaufaniem pozostawiała swobodę decyzji we wszystkich sprawach. Wszakże postanowienie Edyty – dla niej, prawdziwie wierzącej Żydówki – było wielkim ciosem; przyjęcie innej – poza mojżeszową – religii oznaczało dla matki apostazję. Nam również było ciężko, ale ufaliśmy wewnętrznemu przekonaniu Edyty. Gdy więc daremnie usiłowaliśmy – ze względu na matkę – powstrzymać ją od tego kroku, poddaliśmy się losowi z bólem serca”.
Wymienione okoliczności świadczyłyby, że bezpośrednie przygotowanie do chrztu Edyty Stein trwało pół roku. Jej entuzjazm do modlitwy brewiarzowej pochodził zapewne z inspiracji ks. Józefa Schwinda ze Spiry, o którym powiedziała: „Ze świętą radością odmawiał brewiarz. Chętnie wprowadzał do tej modlitwy także ludzi świeckich, gdy spotkał się u nich ze zrozumieniem piękna liturgii i pragnieniem włączenia się w życie Kościoła”.
Z tych letnich miesięcy spędzonych w Bergzabern pochodzi też wspomnienie cytowane przez filozofa o. Eryka Przywarę TJ:
„Edyta Stein powiedziała mi, że jeszcze jako ateistka znalazła u swego księgarza książeczkę Ćwiczeń ignacjańskich. Zainteresowała się nią wyłącznie jako psycholog. Po przejrzeniu jej zauważyła, że Ćwiczeń nie można jedynie czytać; należy je wprowadzać w czyn. Rozpoczęła więc przy pomocy tej książeczki rekolekcje i skończyła je po trzydziestu dniach z postanowieniem nawrócenia. Ten fakt rzuca podwójne światło na duchowe oblicze Edyty Stein: na prawdziwie suwerenną samotność w kosmosie i radykalne «tak» na głupstwo i zgorszenie skandalem krzyża (mówiąc językiem pierwszego listu do Koryntian); także na samotną suwerenność ducha w przepaści poniżenia, «dzieląc z Jezusem Jego urągania» (Hbr 13, 13)”.
W pismach autobiograficznych Edyta Stein zaznacza wyraźnie, że gdy latem 1921 r. wpadło w jej ręce Życie św. Teresy z Awila, położyło to kres jej długiemu szukaniu prawdziwej wiary. A więc św. Teresa i św. Ignacy mieli wielki wpływ na jej życie wewnętrzne i pomogli w powzięciu ostatecznej decyzji przyjęcia chrztu w Kościele katolickim. Przypatrzmy się zewnętrznym ramom tego faktu.
We wszystkich biografiach Edyty Stein cytuje się jej odpowiedź, daną serdecznej przyjaciółce Jadwidze Conrad-Martius, w której gościnnym domu przeżyła swoje nawrócenie. Rozmowę na temat podjętej wówczas decyzji i jej wewnętrznych motywów Edyta ucięła krótko: Secretum meum mihi! Aby nie ulec skłonności do mistyfikowania tej wypowiedzi, przytaczamy ją w całym jej kontekście. Jadwiga Conrad-Martius wspomina:
„Podczas ostatniego swego wielomiesięcznego pobytu u nas, Edyta – i ja także – przechodziłyśmy kryzys religijny. Było to tak, jakbyśmy szły po wąskiej krawędzi, blisko siebie, gotowe w każdym momencie przyjąć Boże wezwanie. Nadeszło ono, lecz powiodło każdą z nas w kierunku innego wyznania. Były to decyzje, które dla oczu ludzkich spinały nierozłącznie ostateczną wolność człowieka (…) z wezwaniem Bożym, któremu powinien być posłuszny. Nie było wykrętu. I jak to bywa u początkujących, gdy ich pochwyci łaska, w naszym osobistym obcowaniu zaczęła się uwidaczniać cicha wzajemna agresywność, wyrażana krótkimi zdaniami czy słowami. W takim kontekście padło wspomniane: secretum meum mihi. Stanowiło ono trochę ostry gest obronny przede mną”.
Dopiero po czterech latach nawiązała Edyta Stein do ówczesnych przeżyć w licie do fenomenologa Fryderyka Kaufmana: „Proces, o którym wspomniałam, zaczął się już wcześniej, ulegał przemianom i ciągnął się przez kilka lat, wreszcie doprowadził mnie do miejsca, gdzie każde niespokojne serce znajduje uciszenie i pokój. Jak to się stało, niech mi dziś będzie wolno jeszcze zamilczeć. Nie dlatego, że lękam się o tym mówić; na pewno, skoro nadejdzie odpowiednia pora, opowiem Panu; musi się to jednak wyłonić, o tym nie mogę informować„.
Tyle Edyta Stein. Fakt ostatecznej decyzji chrztu w Kościele katolickim, powziętej po całonocnej lekturze Życia św. Teresy, nie jest podany bezpośrednio przez nią; jest echem rozmowy z mistrzynią Karmelu, matką Renatą Posselts, która w biografii Edyty Stein cytuje ją z pamięci, tak jakby te słowa wypowiadała Edyta:
„Sięgnęłam do biblioteki po jakąś książkę, na chybił trafił. Wyciągnęłam pokaźny tom. Nosił tytuł: Życie św. Teresy od Jezusa napisane przez nią samą. Zaczęłam czytać. Lektura urzekła mnie. Czytałam jednym tchem, aż do końca. Gdy ją zamknęłam, powiedziałam sobie: to jest prawda!”.
Być może Edyta wyraziła swoje przeżycie w zupełnie innych słowach. Jedno jest pewne: św. Teresa odegrała tu rolę decydującą. Dowiadujemy się o tym wiele lat później z tekstu zapisanego przez nią w kronikach Karmelu w Kolonii, przed jej ucieczką do Karmelu w Holandii.
W dziele Endliches und ewiges Sein, w którym myślenie Edyty jest na wskroś przepojone wiarą, ona sama interpretuje fakty ze swego dawnego życia, gdy rozważa istnienie istotnościowe i wieczne.
„Obieram określony kierunek studiów i poszukuję w tym celu uniwersytetu, który zapewni mi specjalne kształcenie w moim zawodzie. Powiązanie obu spraw jest tu sensowne i zrozumiałe. Ale w fakcie, że właśnie w tym mieście uniwersyteckim poznaję człowieka, który przypadkiem tu także studiuje i któregoś dnia poruszam z nim przypadkiem zagadnienia światopoglądowe, nie dostrzegam na razie wcale związku dla mnie zrozumiałego. Kiedy jednak po latach myślę o moim życiu, widzę jasno, że ta rozmowa miała na mnie decydujący wpływ, chyba nawet bardziej istotny aniżeli całe moje studia; i przychodzi mi na myśl, że może właśnie dlatego musiałam do owego miejsca pojechać.
Co nie leżało w moich planach, leżało w planach Boga. I im częściej coś takiego mnie spotyka, tym żywsze jest we mnie przekonanie płynące z wiary, że – gdy się patrzy od strony Boga – nie ma przypadków i że całe moje życie, aż do najdrobniejszych szczegółów, zostaje nakreślone w planach boskiej Opatrzności i przed oczyma wszystko widzącego Boga prezentuje się jako doskonałe powiązanie sensu (Sinnzusammenhang). Wtedy to zaczynam radować się na światło chwały, w którym także mnie ma się kiedyś odsłonić tajemnica tego powiązania sensu. Dotyczy to nie tylko pojedynczego życia ludzkiego, ale również życia całej ludzkości, co więcej całości wszystkich jestestw. Ich powiązanie w Logosie jest powiązaniem całości sensu (Sinn-Ganzen), doskonałym dziełem sztuki, gdzie każdy poszczególny rys ma swoje miejsce wytyczone według najczystszej i najściślejszej prawidłowości, we współbrzmieniu z całą strukturą. To, co z sensu rzeczy udaje się nam uchwycić, co przyswajamy sobie intelektem jest w stosunku do owej całości sensu jak pojedyncze, niesione przez wiatr, zagubione tony rozbrzmiewającej w oddali symfonii”.
To jest prawda! (1922)
Doktor nauk przyrodniczych Anna Reinach, przyjaciółka Edyty. Ks. J. Schwind, spowiednik Edyty w Spirze.
Dla osiągnięcia autentycznej wiary chrześcijańskiej nie wystarczy wiara nabyta, zrodzona z badań historycznych Ewangelii i potwierdzających ją „znaków” ani też naturalna dobra wola. Potrzebna jest łaska wiary wlanej, uzdalniającej do przyjęcia Ewangelii, w sposób nadprzyrodzony i do uznania w niej słowa Bożego. Takie dotknięcie łaską stanowi moment olśnienia: człowiek w poczuciu swojej grzeszności pada przed Bogiem na kolana i adoruje Jego miłość i miłosierdzie. Z oczu jakby spadają łuski, w duszy dopełnia się tajemnica, która go całkowicie przemienia. Staje się bardzo pokorny, cichy i spokojny. Posiadł prawdę! Tak było z Pawłem pod Damaszkiem, tak z uczniami z Emaus. „Wtedy oczy się im otworzyły i poznali Go”.
Cały proces nawrócenia Edyty Stein można by streścić zdaniem: szukałam, rozumowałam, studiowałam, pragnęłam i nic nie mogłam osiągnąć, aż pewnego dnia, nagle, sama nie wiedząc w jaki sposób, uwierzyłam. „To”, co w tej jedynej chwili się dokonało, jest czymś zupełnie różnym od tego wszystkiego, co było przedtem.
„W tej chwili, gdy coś pojmuję, zaczyna mnie to przenikać. Dotyka mnie w moim osobowym centrum i ja się mocno tego trzymam. Wyrażenie w tej chwili należy wziąć dosłownie. Nie ma tu żadnego najpierw i potem, ani tego, co czasowe lub rzeczowe. To, co tu nazywamy następstwem i analizujemy, jednoczy się w jednym niepodzielnym akcie; żaden moment nie wyprzedza drugiego, żaden bez drugiego nie jest możliwy. Im głębiej jestem poruszona, tym mocniej się tego trzymam i tym więcej także pojmuję. Można też odwrócić. Wszystko, co jest zwykle rozdzielone, względnie jedno drugim motywowane, stapia się tu w jeden akt: poznania, miłości i czynu”.
Ta wypowiedź Edyty Stein tłumaczy jej długą, niemal dziesięć lat trwającą drogę do wiary, jej pozorne zahamowania i przestoje, udręki i uniesienia religijne. Wszystko, co – na pierwszy rzut oka – wydaje się w jej życiu duchowym niezrozumiałe i chybione, ma swój głęboki sens i odbywa się według rządzących życiem wewnętrznym praw. Bóg, który pragnie duszę oczyścić, umocnić i silniej do siebie pociągnąć, dopuszcza na nią próby, dobrze znane tym, co chcą prowadzić świadome, głęboko religijne życie duchowe. Ma ono swój rytm, polegający na regularnych następstwach dwóch różnych okresów – ciemności i światła. Nie mając żadnego doświadczenia, nie wiedząc o konieczności przeplatania się tych dwóch okresów – Edyta wpada często w popłoch i pogłębia swój wewnętrzny kryzys, o którym tak plastycznie wspomina w Beiträge.
„Bóg tu pobudza i Bóg dokonuje, ale wymaga współpracy człowieka, jego własnego czynu duchowego. Duch musi być pozbawiony wszystkiego, co go zajmuje zgodnie z jego naturą, a wychowany do tego, by Boga poznać i Nim samym się radować”.
Dotknięcie łaską dokonało się u Edyty Stein – jak wiemy – przy czytaniu Życia św. Teresy od Jezusa. Inni przeżywają te decydujące o całym życiu chwile w innych okolicznościach: w domu, na ulicy, w polu. „Duch tchnie, kędy chce”. Edyta zachowała dla św. Teresy ogromną wdzięczność: przyjęła na chrzcie jej imię, wstąpiła do terezjańskiego Karmelu. Wspominając swe nawrócenie, pisała: „Oddziaływanie św. Teresy nie zacieśnia się tylko do Kościoła, ale promieniuje również na tych, którzy stoją od niego z dala. Siła jej wyrazu, prawdziwość i naturalność opisu otwierają serca i wnoszą do nich życie Boże. Liczba tych, co zawdzięczają jej drogę do światła, ujawni się dopiero na Sądzie Ostatecznym”.
Szukała prawdy, a Teresa przemówiła do niej autentyzmem swojej wiary. Okrzyk Edyty „To jest prawda!” trzeba zapewne rozumieć jako krzyk radości z odkrycia prawdy przeżywanej, realizowanej w czynach, stopionej „w jeden akt poznania, miłości i czynu”: to była prawda serca żyjącego w przyjaźni z Bogiem.
Chrzest nastąpił 1 stycznia 1922 r. Wyciąg z księgi metrykalnej brzmi: „W roku Pańskim 1922, w dniu 1 stycznia została ochrzczona Edyta Stein, lat 30, doktor filozofii, urodzona 12 października 1891 r. we Wrocławiu, córka Zygfryda Stein i Augusty Courant. Po dobrej nauce i przygotowaniu przeszła z judaizmu na łono Kościoła i otrzymała na chrzcie świętym imiona Teresa – Jadwiga. Matką chrzestną była dr Jadwiga Conrad z domu Martius, zamieszkała w Bergzabern, co niniejszym poświadczam: Eugeniusz Breitling, proboszcz”.
Imię Teresy przybrane na chrzcie św. jest znakiem o szczególnej treści. Data chrztu w swoim obchodzie liturgicznym ma również wymowę znaku. Dziś jest to uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, wówczas święto Obrzezania Pańskiego. Akt obrzezania jest dla Żydów aktem włączenia w wybrany naród izraelski. Na dzień bierzmowania Edyta wybrała 2 lutego – święto Oczyszczenia Najśw. Maryi Panny, mający również odniesienie do uroczystości żydowskich.
Zakończmy te rozważania o drodze Edyty Stein do wiary jej stwierdzeniem: „Nie ulega wątpliwości, że przy odrodzeniu z Ducha dusza doświadcza całkowitej przemiany. (…) Duch Światła nie niszczy indywidualności człowieka, lecz ją poślubia i dzięki temu człowiek doświadcza nowych narodzin”.
„Dusza, która Ducha Pańskiego przyjmuje, zostaje przez Niego wypełniona i zatrzymuje Go u siebie; nawet gdy Nim promieniuje – im bardziej Go wypromieniowuje, tym bardziej On w niej trwa. (…) Pokój Boży przewyższa wszelki rozum i dlatego królestwo Boże musi wydawać się głupstwem wszystkim, którzy stoją poza nim”.
Dla szukających prawdy Edyta Stein ma jedną prostą radę, tę samą, którą dała swemu koledze Fryderykowi Kaufmanowi:
„Argumentacja nie zda się na nic. Tylko ten może Panu pomóc, kto od niej zdoła Pana uwolnić. Coś doradzić? Już Panu poradziłam: stać się dzieckiem, a życie razem ze wszystkimi poszukiwaniami i całym filozofowaniem, złożyć w ręce Ojca. A jeżeli się Pan na to jeszcze nie może zdobyć – prosić nieznanego, budzącego wątpliwości Boga, by dopomógł. Teraz Pan na pewno popatrzy na mnie zdumiony, że śmiem zalecać Panu taką prostą, dziecięcą mądrość. To jest mądrość prawdziwa dlatego, że jest prosta; w niej ukryte są wszystkie tajemnice. Jest to też droga, która bezpiecznie prowadzi do celu”.
Czyniąc prawdę w miłości (1922 – 1931)
Ojciec Erich Przywara, spowiednik Edyty.
Konsekwencje chrztu streszczały się dla Edyty Stein w słowach św. Pawła z listu do Efezjan, szczególnie wymownych w przekładzie Wujka. „Czyniąc prawdę w miłości, żebyśmy rośli we wszystkim w Nim, który jest Głową, Chrystus” (4, 15). Po nawróceniu pragnęła ona gorąco poznać podstawy praktyczne i intelektualne katolicyzmu. Z pomocą przyszedł jej ks. kanonik Schwind ze Spiry, który też został jej kierownikiem duchowym. Zaproponował jej pracę dydaktyczną u św. Magdaleny, w najstarszym dominikańskim klasztorze w Niemczech. Wykładała w seminarium nauczycielskim, gdzie pobierały naukę zarówno dziewczęta świeckie, jak i postulantki oraz siostry zakonne. Mogła tu kształtować według najlepszych wzorców swój katolicyzm praktyczny, mogła też pracować naukowo.
O jej działalności dydaktycznej o. Eryk Przywara, jezuita, mówi w samych superlatywach, natomiast Hilda Graef – autorka biografii Edyty Stein – wyraża się dość krytycznie. Osiem lat pracy nauczycielskiej w Spirze nie mogło zapewne u wszystkich uczennic zaowocować z równym wynikiem. Studia filozoficzne i szczególna zdolność do „wczuwania się” nadawały jej lekcjom swoistej głębi, która jednak przemawiała przede wszystkim do uczennic najzdolniejszych. Wszystkie jednak – zdolne i mniej zdolne – znajdowały zawsze u niej pomoc i zrozumienie. Zrównoważona i opanowana, uczyła z przekonaniem i miłością. Jej lekcje nie były nudne. Chociaż nie każdy podążał za wzniosłymi myślami nauczycielki-konwertytki, każdy był przecież przekonany o ich głębi i prawdziwości.
Jej dewizą było: „Jestem dla moich uczennic, a nie odwrotnie”. Oddana całym sercem wszystkim bez wyjątku, ich rozwój duchowy przedkładała ponad rozwój umysłowy. Serdeczna i dostępna, umiała jednak zachować właściwy dystans. Sobie i innym wykładowcom stawiała często pytanie, jak właściwie winno przebiegać kształcenie dziewcząt zgodnie z naturą, powołaniem i specyficznymi zadaniami kobiety.
Za sugestią filozofa i teologa o. Eryka Przywary przygotowała do druku przekład pism kardynała Newmana, publikowany w latach 1928-29. O. Przywara wspomina, że długo szukał tłumacza, który by spełniał wymagane warunki. Chodziło mu nie tylko o dobrą znajomość języka angielskiego, ale o tłumaczenie ściśle rzeczowe, słowo po słowie, aż do zachowania rytmu budowy zdań i następstwa słów. Edyta poszła z radością za jego sugestią, gdyż tak samo pojmowała pracę przekładowczą. Sławne jest jej powiedzenie – jeszcze z czasów gimnazjalnych – gdy uzasadniała swój nieprzychylny sąd o pewnym zbyt swobodnym przekładzie: „Tłumacz musi być jak szyba, która przepuszcza każde światło, ale sama nie jest widzialna”.
Newman przed swoim przejściem do Kościoła katolickiego był w czołówce ruchu oksfordzkiego w Kościele anglikańskim; odwracając się od racjonalizmu, całą nadzieję złożył w osobistym przeżywaniu wiary. A wiara – jak rozumował – to nie tylko przyjęcie prawdy, ale określony styl życia, uznający we wszystkim supremację Boga i dążący do zjednoczenia z Nim. Wyznanie prawdy jest dla Newmana wyznaniem Boga – źródła wszelkiej prawdy. Edyta Stein znajdowała tu potwierdzenie własnych myśli i dążeń, by respektować każdą prawdę, gdyż ma ona moc jednoczącą.
Zagłębiając się w pisma Newmana i poznając lepiej osobowość wielkiego kardynała-konwertyty, przyswajała sobie równocześnie egzystencjalne myślenie chrześcijańskie, które nigdy nie pozostaje w sferze abstrakcji, ale zmierza do konkretu, do kształtowania autentycznej, Bożej postawy w życiu, do uświęcania każdej chwili i każdej sytuacji. Świętość bowiem nie jest jakimś bezosobowym ideałem, ale postawą osoby; przenika ją, pociąga do najwyższych wartości i jest motorem jej działania.
Zapewne już wówczas zaczęły się kształtować zasadnicze rysy świętości Edyty Stein, które nieustannie rozwijała i udoskonalała. O. Przywara twierdzi, że „typem jej świętości” – mówiąc językiem filozoficznym – to „świętość oddania się Czystej Prawdzie” albo po prostu „świętość oddania się Bogu Czystej Prawdy”. Rozwiniemy to zagadnienie w osobnym rozdziale; warto jednak już teraz zwrócić uwagę, że Edyta w swym życiu wewnętrznym połączyła bezbłędnie czystą prawdę z czystą miłością. I tylko miłości dała prawo supremacji i prowadzenia do prawdy.
W Spirze podjęła się jeszcze jednej, dużej pracy przekładowczej, również za sugestią o. Eryka Przywary. Przetłumaczyła św. Tomasza z Akwinu Quaestiones disputatae de veritate. Praca ta nie ograniczyła się jedynie do przekładu, lecz była fenomenologicznym komentarzem tomistycznej metafizyki. Ukazała się w dwu tomach w latach 1931 i 1932. Słowo wstępne napisał Marcin Grabmann, stwierdzając rzeczowo, że Edyta Stein „nie tylko orientuje się doskonale w świecie myśli scholastycznej, lecz także zna język dzisiejszej filozofii”. Natomiast o. Eryk Przywara pisał w „Stimmen der Zeit” w 1931 r.: „Rewelacyjne w tym przekładzie jest to, że po raz pierwszy podejmuje on jedynie słuszną drogę: po jednej stronie język niemiecki, przez który niemal namacalnie przeziera prostota i jasność łaciny Akwinaty, po drugiej – cała reszta, przekształcona w żywą filozofię nie tylko dzięki obfitym przypisom, ale i dzięki samemu sposobowi przekładu”.
A jak swój przekład oceniała sama tłumaczka? Do o. Piotra Wintratha, benedyktyna, jednego z najbardziej krytycznych recenzentów pisze:
„Nikt głębiej ode mnie nie może być przekonany, że inni byliby bardziej do tej pracy powołani niż ja. Gdybym poprzednio była świadoma wszystkich trudności, z pewnością zabrakłoby mi odwagi. Do Tomasza zabrałam się jako prawdziwa nowicjuszka w scholastyce (jeśli w ogóle nie w filozofii). Fakt, że dzieła dokonałam i że – mimo wszystkich braków – jest takie, jakie jest, uważam niemal za cud. Powstało bowiem w godzinach po absorbującej mnie pracy nauczycielskiej i obok innych obowiązków, bez wskazówek i pomocy. Do obszerniejszych objaśnień zabrakło mi kompetencji. Tak zapewne nieświadom niczego mały Dawid dobierał się Goliatowi do skóry, aby porazić tego ciężko zbrojnego wojownika. Gdybym była 15 czy 20 lat młodsza i swobodna w działaniu, studium filozofii i teologii zaczęłabym jeszcze raz od samego początku. Lecz jestem już w wieku, gdy to, co się posiada, musi owocować; braki mogę uzupełniać tylko ubocznie – tyle, ile się da. Przy okazji niech mi będzie wolno prosić o radę i memento dla moich prac”.
W przekładach ujawniła się nie tylko wiedza Edyty Stein, ale również jej talent literacki i zdolności językowe. Oprócz języka angielskiego, łaciny i greki (występującej przede wszystkim w jej dużej pracy filozoficznej Endliches und ewiges Sein), znała też hebrajski (cytuje go w artykułach teologicznych) oraz francuski i hiszpański. Dobra znajomość francuskiego pozwoliła jej na kompetentny udział w kongresie filozoficznym w 1932 r. w Juvisy pod Paryżem, hiszpańskiego – na opracowanie dużego studium o św. Janie od Krzyża.
Do przekładu De veritate przygotowała się sumiennie. Świadczy o tym choćby nie publikowane dotąd jej tłumaczenie Tomaszowego dzieła De ente et essentia.
Zauważmy, że Edyta Stein oscyluje zawsze wokół zagadnienia prawdy. Czuje się, że dotyka tu zasadniczego nerwu swego życia. Chce, by wszelki ludzki wysiłek zmierzał tylko do prawdy. Człowiekowi potrzebny jest punkt oparcia, prawda uchwytna, bogata w treść, sprawdzająca się w życiu, słowem – prawda jako filozofia życia. Taką filozofię znalazła u św. Tomasza. Jej ośrodkiem jest Bóg, a nie własne „ja”.
W Spirze powstała również porównawcza analiza Fenomenologia Husserla i filozofia św. Tomasza z Akwinu. Czytamy tam na temat prawdy: „Tomasz nigdy by nie podawał, że prawda nie jest niczym innym niż tylko ideą, która w niekończącym się procesie, a więc nigdy pełnym, musi się urzeczywistniać. Istnieje pełna prawda, jest poznanie, które ją całkowicie obejmuje, które nie jest nieskończonym procesem, lecz jest nieskończoną, spokojną pełnią: to jest boskie poznanie”. W r. 1932 na konferencji w Juvisy, poświęconej tym problemom, była jedyną kobietą wśród światowej sławy filozofów.
Jak praktycznie wyglądała jej „prawda w miłości”? Opieką ks. Schwinda cieszyła się niedługo. Po jego śmierci o kierownictwo duchowe poprosiła o. Rafała Walzera, opata benedyktyńskiego z Beuron. Na jego ręce złożyła prywatne śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Od chwili chrztu odmawiała brewiarz kapłański. Wspomagała biednych, załamanych wspierała, pomagała konwertytom z judaizmu pogłębiać swoją wiarę, niejednego doprowadziła do chrztu. W seminarium nauczycielskim wywierała przemożny wpływ na studentki i siostry. Jej osobowość krzepła, przechodziła coraz głębszą przemianę. W autobiografii wyznaje, że jako dwudziestoletnia dziewczyna była weredykiem; uważała, że miała prawo drugich sądzić, poprawiać, mówić im w oczy „gorzką prawdę”. Dla swych studentek i podopiecznych stała się teraz uosobieniem macierzyństwa, które uważała za najwyższy dar kobiety.
Od r. 1928 nazwisko Edyty Stein zaczęło nabierać rozgłosu. Przez cztery lata jeździła z wykładami i odczytami o „Istocie kobiety”, które dziś możemy znaleźć w 5. tomie jej Dzieł pt. Die Frau. Nazywano ją wówczas głosem i „nadzieją” katolickich Niemiec. Zajmowała się szczególnie formacją kobiet, uwzględniając zwłaszcza to, czym ona powinna być według natury i łaski. Jej prelekcje wychodziły z założenia, że najlepszym wychowawcą jest Bóg, a Chrystus doskonałą osobowością i wzorem, według którego powinna się kształtować osobowość człowieka. Ponieważ przemawiała w okresie wybujałego często feminizmu, jej głos budził echa, czasem bardzo kontrowersyjne. Lecz nawet wobec ostrej krytyki nie odstąpiła od zasadniczego programu, który nakreśliła w liście do s. Adelgundis: „W istocie, zawsze mam do powiedzenia tylko jedną małą i prostą prawdę: jak rozpocząć życie, trzymając za rękę Pana. Jeżeli zaś żąda się ode mnie zgoła czegoś innego i proponuje mi mądre tematy, bardzo mi dalekie, mogę się nimi posłużyć jedynie jako punktem wyjścia, aby w końcu dojść do mego ceterum censeo„.
„Edyta Stein – wspomina taż siostra – miała specyficzny sposób mówienia: stanowczy, porywający, pełen osobistego zaangażowania i wewnętrznego poruszenia. Nigdy jeszcze nie spotkałam człowieka, który by podczas rozmowy potrafił w taki sposób łączyć najgłębszą powagę z tak uroczym i uszczęśliwiającym uśmiechem. Gdybyż wszyscy ludzie, których powołaniem jest przekazywać Boga i Jego prawdy, zechcieli czerpać dar przekazywania ze studni takiej miłości Boga i człowieka i przyoblec go, jak uczyniła to Edyta Stein, w szatę cichego, uśmiechniętego wdzięku! Tak, cała była samą miłością, łaską i urokiem”.
Dzięki przekonującej argumentacji swoich wywodów była zrozumiała tak dla prostych, jak i katolickiej „elity”. Zawsze uważała intelekt za narzędzie służby ludziom.
W Spirze – jak wspomniano – uczyła 8 lat. Praca nad Newmanem, później nad Tomaszem De veritate, wreszcie nad Akt und Potenz, prelekcje, szkice autobiograficzne wyczerpywały jej delikatne zdrowie. Postanowiła odejść z seminarium i zająć się wyłącznie pracą naukową. Do dominikanki, s. Kaliksty Kopf, pisze: „Im głębiej ktoś zanurzył się w Bogu, tym więcej, w tym samym duchu, musiwyjść z siebie, tj. wchodzić w świat, by mu nieść życie Boże. (…) To, że naukę można traktować jako służbę Bożą, zrozumiałam dopiero przy św. Tomaszu. (…) I tylko dlatego zdecydowałam się z całą powagą podjąć na nowo pracę naukową”.
Na pytanie tej samej adresatki listu, co robi, aby podołać tylu obowiązkom i potrzebom osób zwracających się do niej o pomoc, odpowiada:
„Nie stosuję żadnych szczególnych środków dla przedłużenia czasu pracy. Robię tyle, ile mogę. Sprawność wyraźnie wzrasta wraz z ilością koniecznych spraw. Jeśli nie ma nic pilnego, wyczerpuje się wcześniej. Niebo niewątpliwie zna się na ekonomii. Co u Siostry następuje po 9, nie jest już prawdopodobnie konieczne. W praktyce nie zgadza się to często z prawami rozumu, ale tylko dlatego, że nie jesteśmy czystymi duchami. Nie ma sensu się buntować.
O Panie, daj mi, proszę, wszystko,
Co prowadzi mnie do Ciebie.
I weź mi wszystko, Panie Boże,
Co mnie od Ciebie może odwieść.
Zabierz też ode mnie mnie samą
I całą mnie przyjmij na Twoją własność.
Oto trzy łaski, a z nich największa jest ostatnia i zawiera w sobie wszystkie inne. Ale, widzi Siostra, trzeba je sobie wymodlić”.
W Instytucie Pedagogiki Naukowej (1931 – 1932)
Edyta Stein w Münster w 1933 r.
„Postanawiając odejść ze Spiry, wiedziałam, że trudno mi będzie żyć poza klasztorem. Ale że będzie aż tak trudno, jak było w czasie pierwszych miesięcy, tego jednak sobie nie wyobrażałam. Mimo to ani przez chwilę nie żałowałam swego kroku, bo nie wątpię, że jest tak, jak być musi. Ucieszyłam się bardzo, gdy po powrocie z Wiednia znalazłam pozdrowienia od s. Placydy, przesłane mi na widokówce przedstawiającej bramę Waszego klasztoru. Doznawałam w sercu pociechy, patrząc na nią; myślałam, że za kilka miesięcy znajdę tam azyl”.
Cytowany fragment listu do benedyktynki z opactwa fryburskiego, s. Adelgundis Jaegerschmid, dawnej koleżanki ze studiów, jest jakby syntezą pragnień i postaw Edyty Stein. Z natury kontemplacyjna, żyjąca bardziej rzeczywistością nadprzyrodzoną niż sprawami „tego świata”, po klasztornej atmosferze w Spirze usiłuje z trudem wejść w świat, który wówczas wrzał od haseł Herrenvolku. Stara się o habilitację najpierw we Fryburgu, potem we Wrocławiu. Daremnie! Dla osób pochodzenia żydowskiego nie było w Niemczech już etatów.
Na jesieni 1931 r. zamieszkała we Fryburgu, przy klasztorze sióstr benedyktynek. Pracowała tam nad korektą tłumaczenia Tomasza De veritate i nad własną rozprawą filozoficzną Akt und Potenz, o której pisze do filozofa Fryderyka Kaufmana: „Jestem zajęta wielkim dziełem, które mi się niezmiernie rozrasta, bo przecież tyle lat we mnie dojrzewało”.
I jeszcze do s. Adelgundis: „Gdy już tę pracę zaczęłam, stała się ona dla mnie natychmiast ważniejsza od wszystkich celów, którym ewentualnie mogłabym służyć. Bóg wie, co ze mną zamierza i nie potrzebuję się o to troszczyć”.
Z Fryburga wyjeżdżała często z wykładami. „Związek Akademicki zorganizował dla mnie podróż z odczytami po przemysłowych obszarach Nadrenii i Westfalii. Przyjazdu mego oczekuje się w 14 miejscowościach. Do katolików w Heidelbergu mam wygłosić 22 listopada – w wielkiej sali miejskiej – jubileuszową mowę z okazji uroczystości św. Elżbiety. Na drugą połowę stycznia zaangażują mnie do Zurychu na dwie serie wykładów po cztery każda…”.
1. Adelgundis pisze, że Edyta Stein mieszkała w gościnnym pokoiku na poddaszu i wiele czasu spędzała w kaplicy, a jej obecność w ich klasztorze była dla sióstr „cichą radością, a nawet wielką łaską”. Wspomina: „Głęboki pokój otaczał nas. Edyta – podobnie jak nasz mistrz Husserl – nie potrzebowała tego całego aparatu naukowego, tych mnóstwa książek, które nam, zwykłym śmiertelnikom, wydaje się nieodzownym wyposażeniem. Tak więc jej pokoik już wtedy nie sprawiał wrażenia gabinetu naukowca. Tylko krzyż nad biurkiem uczył ją wiedzy najważniejszej. Kiedy ukazywała mi różne drogi duchowe, często nań spoglądała. Nigdy nie zapomnę jej śmiertelnej powagi i jej spojrzenia przepojonego niewypowiedzianym bólem, a skierowanego na Ukrzyżowanego Króla Żydów, gdy kiedyś, przytłoczona nieodpartym przeczuciem nadchodzących okropności, cicho mówiła:O, jak bardzo mój naród będzie musiał cierpieć, zanim się nawróci. Przyszła mi wówczas nagła myśl: Edyta chce uczynić z siebie ofiarę całopalną za swój naród. Nie miałam jednak na uwadze jej strasznej śmierci, ale raczej myślałam o problemie nienawiści do Żydów, która właśnie zaczęła się pojawiać”.
Dyskryminację Żydów rozpętała w Niemczech rasistowska koncepcja narodu. Zamykano żydowskie domy towarowe, bojkotowano sklepy, eliminowano Żydów ze stanowisk publicznych i z życia społecznego. W r. 1931 hasła te nie posiadały jeszcze charakteru ustaw, które zaczęły obowiązywać od dyktatury Hitlera (marzec 1933).
W tych warunkach Edyta Stein nie miała szans otrzymania posady w uczelniach państwowych. Ponieważ była znana w kręgach naukowców katolickich, zwrócił na nią uwagę Instytut Pedagogiki naukowej w Monasterze (uczelnia wspierana przez Kościół), cieszący się jeszcze wówczas względną wolnością. Zaproponowano jej pracę dydaktyczną w duchu nowoczesnej pedagogiki opartej na teologiczno-filozoficznych podstawach. Oprócz wykładów i ćwiczeń seminaryjnych miała nadal wyjeżdżać z odczytami oraz współpracować z redakcją czasopisma pedagogicznego „Institut”. Mogła też kontynuować daleko już posuniętą pracę nad Akt und Potenz. Zdawało się, że los się do niej uśmiechnął, ona jednak tęskniła do życia zakonnego. Tylko posłuszeństwo kierownikowi duchowemu wstrzymywało ją od wstąpienia do klasztoru. O. Walzer był ciągle zdania, że jest jeszcze potrzebna katolickim Niemcom raczej w akcji niż w kontemplacji.
Wiosną 1932 r. objęła więc posadę w Instytucie. Przestawiając się na nową specjalizację zawodową, trzeźwo oceniała trudności i własne braki, zwłaszcza w dziedzinie pedagogiki. Pisze do przyjaciółki Jadwigi Conrad-Martius: „Świadomość własnej ograniczoności uczyniła we mnie w ostatnich miesiącach wielkie postępy. Nie wiem, czy pamięta Pani, co mi przed laty powiedziała o braku tej świadomości i trochę naiwnej wierze w siebie. Niewiele wówczas z tego pojęłam. Taką ocenę rozumie się zazwyczaj dopiero wtedy, gdy się otrzyma światło od wewnątrz. Teraz, gdy jestem w ciągłym kontakcie z ludźmi wrosłymi w swoją pracę, odpowiednio przygotowanymi i wykształconymi, widzę, że właściwie niedomagam na każdym odcinku i jestem dla świata nieużyteczna pod każdym względem. Ta świadomość właściwie mnie nie deprymuje. Nie jest jednak łatwo stać na tak odpowiedzialnej placówce z takimi brakami i słabą nadzieją ich wyrównania. Skoro jednak okoliczności przemawiają za tym, że Pan Bóg chce mnie tu mieć, nie wolno mi dezerterować”.
Myśl o wstąpieniu do Karmelu powraca coraz natarczywiej. Krótkie wyjazdy do Beuron czy do klasztoru sióstr urszulanek w Dorsten – dokąd zapraszała ją tamtejsza przełożona, matka Petra Brüning – podtrzymywały ją na duchu. Mówi o tym w liście do matki Petry: „Wiele dla mnie znaczy wyczucie Matki przynależne do corpus monasticum, że suknia zakonna jest w tym nieistotna. Noszę więc już w sobie cząstkę klasztoru. W ostatnich tygodniach szczególnie wyraźnie odczułam znów prowadzenie przez łaskę Bożą, która kieruje moim życiem. Wydaje mi się, że teraz jaśniej i konkretniej widzę swe zadania, oczywiście coraz głębiej świadoma mych niedoskonałości, ale jednocześnie i możliwości stania się mimo wszystko narzędziem”.
Kilkanaście dni później znów zwraca się do Jadwigi Conrad-Martius: „W tym semestrze wykładam antropologię filozoficzną (tyle, ile się da w półtorej godziny na tydzień i wobec audytorium nie mającego najczęściej żadnej formacji filozoficznej). Latem spróbuję ująć problemy od strony teologii. Są to wszystko próby nawiązania do moich dawnych prac, usiłujące dojść do wyjaśnienia założeń pedagogiki.
Przeprowadzam od tygodni z innymi docentami intensywne konfrontacje dotyczące zasadniczych kwestii. Mają oni od dawna umowę z wydawnictwem na zarys pedagogiki, który właściwie jesienią powinien zostać ukończony. Nasz kurs berliński w styczniu miał być tego małą próbą generalną. Ale w czasie kursu, we wstępnych konferencjach, tak gwałtownie podważyłam wszystkie ich podstawowe pojęcia, że postanowiono pracę publikować dopiero wtedy, kiedy wspólnie wyjaśnimy różne problemy. A to nie jest drobnostka. Czy zastanawiała się Pani kiedy nad tym, co to jest pedagogika? Trudno to jasno pojąć, nie znając wszystkich zasadniczych kwestii. Jesteśmy tu ludźmi o zupełnie różnej przeszłości filozoficznej (psycholog nawet bez żadnej). Może więc sobie pani wyobrazić, jak nam trudno się porozumieć. Jednomyślni jesteśmy tylko co do celu, którym jest stworzenie pedagogiki katolickiej; chcemy uczciwie, z dobrą wolą szukać wspólnie rozwiązania.
To coś bardzo pięknego i jestem za to serdecznie wdzięczna. Wiele się przy tym uczę i cierpię nieustannie z powodu mojej okropnej niewiedzy (szczególnie z zakresu pedagogiki oraz historii filozofii) i dlatego, że braków nie mogę uzupełnić. Pocieszam się jedynie, że tej pracy zespołowej mogę dać impulsy, które inni kiedyś owocnie spożytkują, choćby nawet mój własny wkład pozostał zawsze niewystarczający.
Zorientowała się więc Pani trochę w moim położeniu. Co ono znaczy – wewnętrznie – nie da się wyrazić w liście. Tygodnie, które upłynęły od Bożego Narodzenia (raczej od mego powrotu z Berlina), przeżyłam jako wielki okres łaski.
Tak więc gdyby Pani zechciała się tego podjąć i swemu chrzestnemu dziecku udzielić wyjaśnienia jego egzystencjalnego zadania życiowego, chętnie bym Pani przesłała to monstrualne dzieło do ostrej krytyki i bezwzględnej oceny, gdyż nieraz już zapytywałam siebie, czy praca filozoficzna w ogóle nie przerasta moich możliwości. Myślę, że ta wątpliwość pozostała we mnie z czasów, gdy Lipps (jeszcze przed moją pierwszą bytnością u Pani) skrytykował radykalnie moją wielką pracę w V tomie Rocznika, a jednocześnie pani Reinach usiłowała mi wytłumaczyć, że braki w mojej pracy (co do której nie mogła wydać sądu) pochodzą z bardzo wielu głęboko we mnie tkwiących niedostatków osobistych. To wszystko wówczas ogromnie mnie przygnębiło, może z tej przyczyny, że tego nie rozumiałam. W latach, gdy zupełnie nie myślałam o pracy filozoficznej, nie miałam oczywiście z tego powodu niepokoju. I teraz właściwie też ich mieć nie mogę, ale skoro staję przed tak wielkim zdaniem, zależy mi, aby wiedzieć jasno, na co rozsądnie mogę się odważyć”.
W pierwszym półroczu roku akademickiego 1932/33 Edyta Stein omawiała na wykładach zagadnienie nowoczesnego wychowania dziewcząt, w drugim problematykę kształtowania ludzkiej osobowości. Jej wykłady odznaczały się jasnością i naukową precyzją. Przybywali na nie nawet studenci z uniwersytetu, jako wolni słuchacze, co ją szczególnie radowało. Studentki natomiast zapraszały ją do uniwersytetu na wieczory dyskusyjne.
Bardzo boleśnie jednak skończyło się dla niej posiedzenie studentów z Monasteru chcących zamanifestować swoje narodowo-socjalistyczne przekonania. Gdy w czasie ożywionej dyskusji poprosiła o głos, zakrzyczano ją i zmuszono do milczenia. Świat stawał się straszny, nie było w nim dla niej miejsca. Pokorniała we własnych oczach i pogłębiała w sobie świadomość, że wielkość człowieka tkwi w paradoksie jego uniżenia i trwania w pokorze, która jest największą prawdą. Toteż pisała do Jadwigi Conrad-Martius: „Dawno już się z tym pogodziłam, że pozostanę zawsze pełna niewiedzy i że także to wszystko, co jeszcze mogę zrobić, będzie coraz więcej ułomkiem, jakim zresztą musi być samo z siebie każde ludzkie dzieło. Mam jednak nadzieję, że uda mi się ukazać kierunek, w jakim należy postępować, inni zaś wykonają to lepiej. Właśnie teraz, patrząc na moją roczną pracę w Instytucie Pedagogicznym i na drogę rysującą się w przyszłości, doświadczam wyraźnie, że muszę posuwać się krok po kroku i powierzyć się spokojnie Opatrzności”.
Paragraf aryjski (Gesetz zur Wiederherstellung des Berufsbeamtentums) z 7 czerwca 1933 zabraniał pełnienia urzędów i obowiązków publicznych przez osoby pochodzenia niearyjskiego. Tym samym pozbawiał Edytę Stein pracy w Instytucie Pedagogicznym. Zrozumiała „znaki czasów”. Do Jadwigi Conrad-Martius pisała: „Nie ma co żałować, że nie wykładam już w Instytucie. Jestem przekonana, że kryją się za tym wielkie i miłosierne plany Boże. Dzisiaj nie mogę Pani dokładnie powiedzieć, jak ułożę moje sprawy osobiste, lecz w Münster prawdopodobnie długo nie pozostanę”.
Więcej zdradziła swej dawnej uczennicy Annelisie Lichtenberg: „Istnieje powołanie do cierpienia z Chrystusem i przez nie do współdziałania w Jego zbawczym dziele. Złączeni z Panem stajemy się członkami Jego Ciała Mistycznego. W swych członkach Chrystus przedłuża własne życie i On sam w nich cierpi. Cierpienie w zjednoczeniu z Panem staje się Jego cierpieniem, jest włączone w wielkie dzieło zbawienia i dlatego płodne. Jest to zasadnicza idea życia zakonnego, przede wszystkim życia karmelitańskiego; przez dobrowolne i ochotne podjęcie cierpienia wstawiać się za grzesznikami i współpracować w odkupieniu ludzkości”.
2. Walzer tak charakteryzuje jej ówczesną postawę: „Była wolna od siebie (…) zupełnie zatopiona w Bogu. Na zewnątrz nic nie zdradzało głębi jej duchowego życia, poza tym że odznaczała się doskonałą harmonią darów serca i rozumu, powagą wobec problemów chwili i jakimś kojącym współczuciem. Ponad wszystko jednak promieniowało z niej uciszenie i wielki spokój. Stała jakby na zewnątrz spraw”.
Tym razem na jej prośbę nie ociągał się długo z udzieleniem pozwolenia na wstąpienie do zakonu. Nawiązała kontakt z Karmelem w Kolonii, korzystając z pewnego rodzaju protekcji – znającej ją dobrze i jednocześnie zaprzyjaźnionej z karmelitankami – dr Cosack. To pośrednictwo i opinia osoby zaufanej były nieodzowne, gdyż Edyta Stein miała w panujących ówcześnie stosunkach nikłą szansę przyjęcia; przeszkodę stanowił jej wiek (42 lata), brak posagu i pochodzenie żydowskie. Ona jednak ufała wbrew nadziei, że Bóg, gdy zechce, przeszkody sam usunie. Nie zawiodła się!
W Karmelu w Kolonii (1933 – 1938)
Karmel św. Józefa w dzielnicy kolońskiej Lindenthal, zbombardowany w 1944 roku. Siostra Teresa Renata Posselt, mistrzyni nowicjatu, późniejsza przeorysza i biograf Edyty Stein.
Wstąpiła do tegoż Karmelu w Kolonii 14 października 1933 r.; habit zakonny otrzymała po półrocznym postulacie w kwietniu 1934 r. Jej imię zakonne s. Teresa Benedykta od Krzyża wyraża jej duchowy program. Szczęście ze znalezienia swego miejsca w życiu, choć okupione niemałym cierpieniem z powodu bólu zadanego matce i najbliższym, udzielało się przybyłym na obłóczyny przyjaciołom. Podkreśla to szczególnie Jadwiga Conrad-Martius oraz Gertruda von Le Fort, która obłóczynową fotografię Edyty Stein umieściła na biurku i czerpała z niej natchnienie do swej książki Endlisches und ewiges Sain i Frau. A inni? Oto świadectwo wspomnianej już s. Adelgundis, młodej zakonnicy pracującej wśród więźniów w owych niebezpiecznych latach reżimu narodowo-socjalistycznego:
„Edyta pokazała mi, w jaki sposób czerpać moc ze zbawiennych tajemnic wiary chrześcijańskiej, aby wydobyć z tego, co nas otacza, swoje ja i poświęcić siebie, a także wszystkie swoje pragnienia z miłości do drugiego człowieka. Mówiła cicho, ale żądała straszliwie dużo; jeszcze dzisiaj słyszę w uszach łagodny ton jej głosu i czuję w sercu powagę jej słów. Jej spokój był tak doskonały, że zdawałam sobie sprawę, iż oto jest człowiek, który pozbył się już wszystkich marności tego świata, by móc nieść brzemiona innych i w ten sposób wypełnić Prawo Chrystusowe. (…) Z największym zaangażowaniem starała się zrozumieć moją sytuację i pomóc mi. Jej list z 20 marca 1934 roku wspaniale to ukazuje: Nasza działalność dla drugich – pisze – będzie tak długo błogosławiona, dopóki na jej łup nie wydamy pewnych zasad naszej wiary i będziemy postępować zgodnie z sumieniem, bez oglądania się na względy ludzkie. Jeżeli zaś kiedykolwiek już w ten sposób działać nie można, uważam, że trzeba stamtąd odejść. Bóg dysponuje wielu innymi środkami i drogami, aby pomagać duszom. (…) Nie mogę wprost wypowiedzieć, jak dalece mnie to przejmuje, że Siostra ugina się pod ciężarem tej odpowiedzialności. Gdy wyszłam już z rozmównicy, nie miałam możliwości wyjaśnienia tej sytuacji. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak ofiarować za nią wszystko, co przyniesie dzień. Czas i spokój dla przemyślenia sytuacji Siostry miałam dopiero w nocy; od tej chwili nie opuszcza mnie już myśl o Siostrze. Może w ten sposób będę mogła wraz z Siostrą podzielić Jej ciężar. – Siostra Adelgundis dodaje: – Oto zapewne dosyć rzadkie w swej przejrzystości urzeczywistnienie syntezy między actio i contemplatio, między odpowiedzialnością za świat a uwielbieniem Boga. Nie wyczuwa się tu nic z owej samowystarczalności, egoistycznej ciszy klasztorów; ujmuje nas natomiast silnie rozwinięty, nowoczesny zmysł społeczny. (…) Bystry umysł Edyty Stein, jej szczególnie rozwinięta zdolność oceny, osądu i rozstrzygania, a także właściwego podporządkowania i klasyfikowania różnych wartości, w cudowny sposób poddawały się jej energicznej woli”.
Po obłóczynach Edyta Stein – odtąd s. Teresa Benedykta od Krzyża – pisze: „Wierzę mocno, że był to wielki dzień łaski nie tylko dla mnie, lecz także dla wielu innych osób. Gdy spełnia się coś, o co modlę się długo i wytrwale, prawie zawsze wzrusza mnie to bardziej niż prośba wysłuchana natychmiast. Dotąd jeszcze ciągle zdumiewam się tym wspaniałym ziszczeniem pragnień”.
I do rodzonej siostry Erny: „Tak mi wciąż przykro, że Wam znów teraz na pewno ciężko. Matka zaczerpnęła widocznie nowej nadziei, gdyż po wielu tygodniach milczenia – pisuje znowu; za każdym razem – mały atak. Zapewne tak samo mówi do Was, a Wy musicie ukrywać to, co wiecie. Jest mi tak smutno, kiedy widzę, jaki fałszywy obraz wytworzyła sobie nie tylko o naszej wierze i życiu zakonnym, lecz także o moich motywach osobistych; nie mogę nic tu zmienić. Wiem przecież, że każde słowo byłoby daremne i niepotrzebnie by drażniło. Jeżeli będzie Ci ciężko, wykorzystaj spokojną godzinę przyjęć i napisz do mnie. Cieszę się zawsze, ilekroć od Was coś nadejdzie.
Co do adresu, to zapewne stopniowo przyzwyczaicie się do mego nowego imienia (Teresa Benedykta od Krzyża OCD; OCD znaczy: Ordo Carmelitarum Discalceatarum – Zakon karmelitanek bosych). Jeżeli wolicie używać dawnego imienia, każdy to dobrze zrozumie i nie poczyta za złe. Nie pogniewacie się też chyba, gdy się podpiszę tak, jak mnie nazywają moje współsiostry. – W serdecznej miłości, Wasza siostra – Benedykta”.
Edyta Stein – tak będziemy w dalszym ciągu nazywać siostrę Teresę Benedyktę od Krzyża, gdyż pod swym nazwiskiem weszła do historii nauki i Kościoła – z całą prostotą opisuje w listach Karmel i siebie – jedną z wielu zakonnic.
„Z naszego chóru, niestety, nie widać krat. Gdy podchodzimy do drzwi, spojrzenie pada najczęściej na ogromny krzyż wiszący nad kratą. Skoro Matka wyobraża sobie mnie w chórze, to proszę bez białego płaszcza (wkłada się go tylko do Komunii św. i na uroczyste oficjum I klasy), jedynie w starym, brązowym habicie, całkiem małą, klęczącą na podłodze. Takie są również moje rozmyślania, wcale nie wzniosłe i górnie uduchowione, najczęściej bardzo skromne, proste, jednak pełne wdzięczności, że to miejsce zostało mi darowane jako mój dom rodzinny na ziemi”.
„Zostałam powołana do tego cudownego ukrycia, przed wieloma bardziej niż ja godnymi. (…) Ogromnie mnie zawstydza, że ktoś mówi o naszym życiu ofiary. Życie ofiary prowadziłam w świecie. Teraz został mi odjęty prawie cały ciężar i w tej pełni mam wszystko, czego mi przedtem nie dostawało. (…) I na mnie – spodziewam się – przyjdzie czas bolesnego odczucia powołania do Krzyża; teraz Pan mnie traktuje jeszcze jak małe dziecko”.
„Nie brak mi niczego, co miałam na świecie, mam też wszystko, czego mi w świecie brakowało; nieustannie muszę dziękować Bogu za niezasłużoną, przeogromną łaskę powołania”.
Do matki Petry: „Czułabym się zawstydzona tak wielką dobrocią i miłością Matki, gdybym nie wiedziała, że odnoszą się mniej do mej osoby niż do mego powołania, do którego zostałam wybrana bez żadnej zupełnie zasługi, a co Matka tak głęboko rozumie. Tak więc każdy nowy dowód miłości jest dla mnie bodźcem do zebrania wszystkich sił, aby stać się mniej godnym vas electionis [naczyniem wybrania].
Wiem jak nieudolne jest to wszystko, co do Matki napisałam. Lecz w stosunku do bezmiaru łaski, jaką przynosi każdy dzień, uboga dusza ludzka jest zbyt mała, a w stosunku do tego, co jednak może pojąć, wszystkie słowa są niedostateczne. Kiedy musi się pisać o tym [o szczęściu z powołania, p. m. – J. I. A.] do tylu ludzi, zachodzi obawa spłycenia tego, co najświętsze.
Ucieszyłabym się bardzo, gdyby Matka mogła przyjechać tu kiedyś. Choćby dlatego, że dowiem się może więcej o Jej troskach, o których nie można pisać. Matka nigdy nie przestała być mea res [moją sprawą]. A im obraz jest konkretniejszy, tym mocniej zobowiązuje nas do pomocy modlitewnej naszym siostrom pracującym w świecie. Myślę też, że byłoby dobrze dla Matki, gdyby u nas trochę pobyła.
Wprawdzie nic wspaniałego nie mamy do ofiarowania – ani pięknej liturgii, ani nic w tym rodzaju – jedynie nasze radosne ubóstwo i nasz pokój; lecz możemy go o wiele łatwiej zachować niż ci, którzy borykają się codziennie w nieustannej walce. Toteż cieszę się zawsze, gdy ktoś może zaczerpnąć tu nieco sił”.
Do siostry Adelgundis: „Obecnie właściwa mi służba ludziom w miłości musi przybrać inną, cichszą formę. Jestem przekonana, że w ten sposób Siostrze pomogę wydatniej aniżeli słowami. Oczywiście myśleć w szczegółach o wszystkich sprawach, które z różnych stron bywają mi zlecone, jest prawie niemożliwe. Można tylko starać się, by to obrane życie przeżywać coraz wierniej i czyściej, aby je złożyć jako ofiarę ze wszystkich, z którymi jest się związanym. Zaufanie, jakim się nas darzy, wprost przerażająco wysokie wyobrażenie o naszym życiu, dodaje ciągle nowego bodźca, by jak najlepiej odpowiedzieć powołaniu. (…)
Większość sióstr uważa za pokutę udanie się do rozmównicy, gdyż jest to zawsze przejście w jakiś obcy nam świat. Czujemy się bardzo szczęśliwe, gdy możemy powrócić w ciszę zakonnego chóru i przed tabernakulum powierzyć Bogu polecone nam sprawy. Ten spokój przeżywam codziennie jako nadmiar łaski, którą nikt nie mógłby zostać obdarowany jedynie dla siebie samego. Jeżeli ktoś przychodzi do nas niespokojny i załamany, a wyjdzie choć trochę uspokojony i pocieszony, jestem wtedy bardzo szczęśliwa”.
Po profesji: „W bogactwo łask tego dnia wielkanocnego włączyłam oczywiście wszystkich, którzy na drogę do Karmelu dali mi coś ze swego serca”.
Po złożeniu profesji czasowej na Wielkanoc 1935 r. wyżsi przełożeni Zakonu zlecili jej pracę filozoficzną: miała doprowadzić do końca zaczętą w 1933 r. książkę Akt und Potenz i jak najprędzej przygotować ją do druku. Do matki Petry pisze:
„Przed kilku tygodniami podjęłam na nowo pracę filozoficzną i stoję wobec wielkiego zadania, a brak mi wielu, bardzo wielu najkonieczniejszych do tego rzeczy. Gdybym nie wierzyła w moc posłuszeństwa i w to, że Bóg może wykrzesać coś twórczego nawet z narzędzia całkowicie słabego i nieużytecznego – ustałabym. Tak więc robię, co mogę; ciągle na nowo czerpię odwagę z Tabernakulum, gdy mi ją odbiera uczoność innych”.
W wyniku nowych przemyśleń dawny szkic uznała za niedostateczny. Pisze do Jadwigi Conrad-Martius:
„Z mego rękopisu nie pozostanie chyba wiele. Stwierdzam, że jest bardzo niedoskonały. A więc, nie czytając go, zaoszczędziła sobie Pani tylko czas. Mam nadzieję, że uda mi się to zastąpić czymś lepszym”.
Jak zamierzała pierwotnie, wzięła za punkt wyjścia tomistyczną naukę o akcie i możności. Chciała odpowiedzieć na pasjonujące ludzi wszystkich czasów pytanie o sens bytu, a także „przerzucić mosty” między filozofią średniowieczną i sobie współczesną. Nowy tytuł dzieła brzmi: Endliches und ewiges Sein. Ta „praca jej życia” stanowi ważny wkład we współczesną problematykę ontologiczną i dziś jest punktem odniesienia dla wielu prac magisterskich i doktorskich. Autorka z wielką swobodą przechodzi od filozofii do metafizyki, ma wyjątkową zdolność wczucia się w myśl swoich mistrzów Edmunda Husserla i Tomasza z Akwinu oraz szczególny dar wyrażania własnych poglądów. Książka powstała w ogromnym trudzie, bez pomocy naukowych, bez konfrontacji filozoficznych, poza jedną rozmową z Aleksandrem Koyré z Sorbony i Aloisem Dempfem z Bonn, którzy później napisali recenzję. Zasadnicza myśl Autorki, wyrażona już na pierwszych stronach brzmi: „Filozofia chrześcijańska winna upatrywać swe najważniejsze zadanie w przygotowaniu drogi dla wiary”.
To dzieło – bardziej nawet niż listy Edyty Stein – pozwala nam wglądnąć w dzieje jej duchowości i w proces krzepnięcia jej życia wewnętrznego. Pisała tylko to, co zdobyła w wyniku własnych poszukiwań, przemyśleń i doświadczeń. „Jestem przekonany – powiedział o niej prof. Roman Ingarden, kolega z czasów studenckich w Getyndze i Fryburgu – że nie napisała ani jednego słowa, w które nie wierzyła, nie zrobiła niczego w konformistycznym duchu. Świadczy o tym zresztą to, że wygłasza cały szereg twierdzeń przeciwko Tomaszowi… Po przedstawieniu stanowiska cudzego jest tam wyraźne postawienie własnego stanowiska, bez żadnych – że tak powiem – obaw”.
Praca została ukończona w połowie 1936 r. Rękopis liczył 1368 kart. Nie doczekał się wydania za życia Autorki. Od r. 1933, gdy Narodowosocjalistyczny Niemiecki Związek Studentów spalił manifestacyjnie tzw. Książki „rozkładowe” i pisane przez autorów żydowskich, dzieła żydowskich pisarzy i uczonych uległy konfiskacie. Żaden wydawca nie chciał się pojąć publikacji. Do znajomych, chcących jej pomóc, Edyta pisała ze spokojem: „Uważa się, z pewnością, że czasopismo nie może nie być zagrożone współpracą ze mną, nikt jednak nie ma odwagi napisać o tym szczerze. Całą sprawę zrozumiałam jasno, gdy się dowiedziałam, że nie posiadam już praw wyborczych. Nie mam jeszcze potwierdzenia tej wiadomości, lecz wkrótce się o nie postaram. Proszę się na to wszystko nie unosić. Od dawna jestem przygotowana na rzeczy o wiele gorsze”.
Z całą ofiarnością zabrała się do zleconych jej obowiązków klasztornych, do szycia, sprzątania, pielęgnowania chorej współsiostry, choć w pracach domowych była wyjątkowo nieumiejętna. Do matki Petry pisała: „Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę mogła opracować coś większego. Przyjmuję wszystko, co niesie dzień, proszę tylko Boga, by mi udzielał potrzebnych umiejętności. W każdym razie jest to dobra szkoła pokory; robi się różne rzeczy w wielkim trudzie, a jednak bardzo niedoskonale”.
Bardziej szczegółową kronikę swych prac podaje Jadwidze Conrad-Martius: „Od dłuższego czasu niewiele pracuję [naukowo, p. m. – J.A.]. Od początku września [1937] do połowy grudnia pielęgnowałam naszą dobrą siostrę konwerskę Klarę (rak wątroby według diagnozy lekarskiej). Potem objęłam obowiązki kołowej, to znaczy pośredniczenie w załatwianiu spraw między klauzurą a światem zewnętrznym. Wyobraża sobie Pani, jak dobrych nóg potrzeba do tej funkcji. Mam nadzieję, że 21 kwietnia [1938] złożę profesję wieczystą. Wkrótce potem odbędzie się welacja – wielka zewnętrzna uroczystość – na której nie powinno zabraknąć Kochanej Matki Chrzestnej. Może koszta podróży pokryje Związek Akademicki? Pod koniec września i na początku października [1937] obchodziłyśmy jubileusz trzechsetlecia Karmelu w Kolonii. Nasza Matka zredagowała z tej okazji piękną księgę pamiątkową; myślę, że przy następnej wizycie otrzyma ją Pani w podarku”.
Dwa miesiące później pisze do siostry Adelgundis, pielęgnującej wówczas śmiertelnie chorego Husserla:
„Nasze pozdrowienia idą od jednego łoża śmierci do drugiego. Siostra Klara po roku cierpienia spokojnie przeszła dziś do wieczności. Polecam jej bardzo kochanego Mistrza i uczynię to jeszcze w czasie wigilii przy katafalku. (…) Byłam zawsze daleka od mniemania, że Miłosierdzie Boże mogą wiązać granice widzialnego Kościoła. Bóg jest Prawdą. Kto szuka Prawdy, szuka Boga, choćby o tym nie wiedział. Za każdą wiadomość będę serdecznie wdzięczna”.
Husserl umarł w dniu jej profesji wieczystej. Dwa lata wcześniej rodzona matka odeszła z tego świata w momencie, gdy Edyta uroczyście odnawiała swoje śluby. Modliła się o niebo dla matki i Husserla, a zbieżność faktów odczytała jako odpowiedź Boga. Pisze do siostry Adelgundis:
„W dniu profesji otrzymałam od pani Husserl kartkę, w której mi donosi o wypadkach Wielkiego Czwartku. Już te słowa zrozumiałam jako nadzwyczajny podarek profesyjny. Spodziewałam się ciągle, że w tym czasie nastąpi wyzwolenie. Zdarzyło się tu podobnie jak z moją kochaną Matką, zmarłą w godzinie odnawiania ślubów. Nie przypisuję tego moim modlitwom czy zasługom. Jestem tylko przekonana, że Bóg nikogo nie powołuje jedynie dla niego samego i że rozrzutnie daje dowody miłości, gdy przyjmuje czyjeś życie”.
Edyta Stein byłaby bardzo szczęśliwa gdyby mogła pozyskać dla Chrystusa całą swoją rodzinę, ba, cały świat! Matka pozostała do końca żarliwie wierzącą Żydówką. Przy mozaizmie pozostała również jedna z sióstr Edyty – Freda. Reszta rodzeństwa deklarowała się jako ateiści. Łatwo więc odgadnąć, jaką serdeczną troską otoczyła Edyta swą siostrę Różę, pragnącą przyjąć chrzest w Kościele katolickim. Chrzest odbył się w wigilię Bożego Narodzenia 1936 r. w Kolonii, w obecności Edyty. Dla obu sióstr oznaczał on radykalne podjęcie życia chrześcijańskiego z poświęceniem się Bogu w zakonie. Róża zostanie furtianką karmelitańską i podzieli los Edyty.
Po nocy kryształowej (7 listopada 1938) i pogromie Żydów stało się jasne, że życie Edyty Stein w Karmelu kolońskim jest zagrożone, a jej obecność może na klasztor sprowadzić represje. Przełożeni postanowili przesiedlić ją do Holandii, do Karmelu w Echt, będącego fundacją Karmelu kolońskiego. Wyjazd nastąpił 31 grudnia 1938 r.
W liście pożegnalnym do matki Petry Edyta podsumowała niejako pięć lat swego życia karmelitańskiego w Kolonii. Stwierdza z wielką prostotą, że została wierna Bożemu zamysłowi, którego brzemię nosiła w imieniu zakonnym; że w prześladowaniu Żydów widzi krzyż Chrystusowy, który chce ochotnie wziąć na siebie. Nawiązując do swej zakonnej tytulacji stwierdza: „Dziś bowiem o wiele lepiej wiem, co znaczy być poślubioną Bogu w znaku krzyża. Jednakże w całej pełni nie zgłębi się tego nigdy, gdyż jest to tajemnica”.
Rozumienie krzyża potęgowało w niej nadprzyrodzoną nadzieję. Ta z kolei ukazywała jej nowe horyzonty ślubowanego Bogu ubóstwa. „Nie mamy tutaj trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść” (Hbr 13, 13) – pisała w jednym z listów. Ubóstwo rozumiała jako poszukiwanie i świadomy wybór wartości nieprzemijających. Tak może rozumować tylko ten, kto umie troskę o wszystkie potrzeby życia zawierzyć Bogu ufając, że „Ojciec niebieski wie, czego dzieciom potrzeba”. I więcej! Że On sam wystarcza; że sprawy Królestwa Bożego są nieskończenie ważniejsze niż sprawy ziemskie. Takie ubóstwo ma wymiar nadprzyrodzonej nadziei.
O tej nadziei, która pozwalała Edycie wyrzec się wszystkiego, aby praktycznie doświadczać prawdy, że wszystkim jest Bóg, od Niego wszystkiego oczekiwać i wszystko uważać za dar Jego miłosierdzia, świadczy poniższy list. Napisała go po otrzymaniu wiadomości o aresztowaniu księży i likwidacji domów zakonnych.
„Do ubóstwa zakonnego należy też gotowość opuszczenia nawet ukochanego klasztoru. Zobowiązałyśmy się do zachowania klauzury, ale Bóg wcale nie zobowiązał się pozostawić nas zawsze w jej murach. On ich nie potrzebuje, bo ma inne, aby nas ochronić. Rzecz ma się tu podobnie jak z sakramentami. Są one dla nas przewidzianymi środkami łaski i nigdy dość godnie nie możemy ich przyjmować. Ale Bóg nie jest nimi związany. Z chwilą gdy na skutek przemocy będziemy ich pozbawieni, może w inny sposób powetować stratę. I uczyni to tym pewniej i obficiej, im wierniej je przedtem praktykowaliśmy. Jest więc naszym świętym obowiązkiem ściśle przestrzegać przepisów klauzury, abyśmy bez przeszkód, ukryci z Chrystusem, żyli w Bogu. Jeżeli będziemy w tym wierni, a pewnego dnia wyrzucą nas na ulicę, to Pan pośle swoich aniołów, by rozłożyli się wokół nas obozem, a ich niewidzialne skrzydła osłonią nasze dusze pewniej niż najwyższe i najgrubsze mury. Możemy Go wprawdzie prosić, by nam oszczędził tego doświadczenia, dodając jednak poważnie i szczerze: Nie moja, ale Twoja wola niech się stanie„.
W holenderskim Karmelu w Echt (1939 – 1942)
Karmel w Echt. W jego bramie Edyta Stein i jej siostra Róża zostały aresztowane. Schody, po których Edyta zeszła do czekających na nią gestapowców.
Przeniesienie Edyty Stein do Holandii – upozorowane względami zdrowotnymi – nastąpiło w noc sylwestrową 1938 r. Prosta, taktowna, o ujmującej pokorze i serdecznej dobroci s. Teresa Benedykta scaliła się szybko z nową rodziną karmelitańską. Znana już przedtem siostrom ze swych publikacji i listów, teraz potwierdzała w pełni dewizę, jaką opatrzyła pamiątkowe obrazki ze swej profesji: „Moim jedynym powołaniem jest kochać coraz więcej”.
Takie też usposobienie odzwierciedlają jej listy. Do m. Petry pisze: „Doznałam tu wiele dobra i jestem ogromnie wdzięczna. Bez wątpienia przyprowadziła mnie tutaj wola Boża; jest ona najpewniejszym portem pokoju”. Kilka miesięcy później potwierdza to przekonanie:
„Odkąd tutaj przybyłam, duszę moją wypełnia wdzięczność za to, że mogę tu być i że dom jest taki, jaki jest. Zarazem pewna jestem, że nie mamy tu miasta trwałego. Nie pragnę niczego innego nad to, by wola Boża wypełniła się na mnie. Od Boga zależy, jak długo mnie tu pozostawi i co będzie potem. In manibus tuis sortes meae. Wówczas wszystko jest dobrze i nie potrzeba się niczym martwić. Niezbędna jest zawsze modlitwa, ażebym w każdym położeniu umiała być wierną. Najpierw oczywiście należy się modlić za tych, którzy więcej cierpią niż ja i nie są tak zakotwiczeni w wieczności. Dlatego wszystkim, którzy mi w ten sposób pomagają, jestem serdecznie wdzięczna”.
Z listów dowiadujemy się również, że wydawnictwo zaczęło druk jej dzieła filozoficznego Endliches und ewiges Sein, ale go nie skończyło.
„To wielkie opus spoczywa. W pierwszych miesiącach mego tu pobytu otrzymałam odbitki szpaltowe II tomu i pierwsze złamane arkusze t. I. Jednak potem wszystko utknęło, bo wydawca stracił odwagę. Wszelkie starania spełzły na niczym. Nie mogę nic zrobić nad to, jak tylko pozostawić sprawę temu panu. Skoro nie mam już pracy związanej z korektą, poprosiłam o zajęcia domowe. Było to konieczne. Jest nas tylko 18 sióstr (jedna zmarła w lipcu na bardzo bolesnego raka); tylko parę sióstr jest jeszcze młodych i sprawnych, ale dlatego przeciążonych pracą. Od połowy czerwca pełnię obowiązki drugiej kołowej i dbam o refektarz. Do tego dochodzą jeszcze prace wspólne, złączone z wielkim, wiejskim gospodarstwem (wielkie pranie, zrywanie owoców – w tym roku obrodziły przeobficie – przetwory owocowe, sprzątanie domu itd.). Poza tym siedem godzin przeznaczamy na modlitwę; rzadko, więc pozostaje trochę czasu na korespondencję.
Napisałam w ostatnich miesiącach mały żywocik karmelitanki, s. Marie-Aimée de Jésus (z Karmelu paryskiego) do pracy zbiorowej, którą ojciec Eugen Lense wydał u Benzigera. Pierwszy tom wyszedł w ubiegłym roku (Die in Deinem Hause wohnen). Przygotowałam dla niego życiorys założycielki drugiego Karmelu kolońskiego (matki Franciszki – Katarzyny Esser).
Teraz Siostra rozumie, dlaczego tak długo muszę pozostawiać listy bez odpowiedzi. W modlitwie jestem ze wszystkimi serdecznie złączona”.
Wkrótce potem przełożeni zlecają s. Teresie Benedykcie opracowanie studium o św. Janie od Krzyża z okazji czterechsetlecia jego urodzin. Książka Wiedza krzyża powstawała w wielkim trudzie twórczym, przy nieustannej detonacji dział i drżeniu szyb od przelatujących angielskich i niemieckich bombowców.
Zachowało się kilka listów mówiących o genezie tej książki i przeżyciach Autorki w czasie pisania.
„Zabieram się właśnie do gromadzenia materiału do nowej pracy, ponieważ nasza Matka życzy sobie, bym znów pracowała naukowo, o ile to możliwe w naszych warunkach i w obecnej sytuacji. Jestem w ogóle wdzięczna, że wolno mi jeszcze coś zrobić, zanim mi mózg całkiem nie zardzewieje.
Od kilku tygodni muszę się też starać o materiał do rozmyślania i biorę teraz – jako przygotowanie do uroczystości św. Jana od Krzyża – krótkie fragmenty Drogi na Górę Karmel. Było to też tematem mych rozmyślań w czasie rekolekcji przed obłóczynami. Każdego roku posuwałam się o krok wyżej w tomach dzieł naszego św. Ojca Jana; nie w tym sensie, jakobym dotrzymywała mu kroku; znajduję się stale bardzo nisko, u podnóża Góry” (17 listopada 1940).
„W nowej dziedzinie pracy poruszam się jak małe dziecko, stawiając pierwsze kroki. Pomoc Ducha Świętego jest nie tylko potrzebna w pracy, lecz również w przezwyciężaniu nowych trudności, które mogą tu łatwo powstać. Żadne dzieło duchowe nie rodzi się bez cierpienia. Praca wciąga i pochłania całego człowieka, a temu przecież nie można się poddać. Dobrze jest, że plan dnia i codzienne obowiązki stawiają tamę takiemu oddaniu się na pożarcie. Nie osiągnie się jednak równowagi, jeśli nie będzie się nad tym czuwać. Cieszyłabym się bardzo, gdybyśmy mogły jeszcze kiedyś porozmawiać. Na pewno nie przypadkiem jesteśmy pozbawione tej przyjemności. Dziękujemy Bogu za ścisłą łączność w tym królestwie, które nie zna granic ani barier, rozstania i oddalenia. Od czasu gdy mamy w domu postulantkę, myślę często o naszej młodości zakonnej i o cudownym działaniu łaski, która kieruje każdym powołaniem do Karmelu. Zapewne dzieje dusz w Karmelu są jeszcze cudowniejsze” (16 maja 1941).
„Jeśli chodzi o studium o św. Janie od Krzyża, muszę wszystko bardzo mozolnie wypracować. Plan budowy został mi oczywiście dany, tzn. stopniowo się odsłania. Ale muszę sama tłuc kamienie, obciosywać i znosić. Poza tym w chwili wielkiego wyczerpania miałam często uczucie, że w ogóle nie umiałam przedrzeć się do tego, co chciałam powiedzieć i wyrazić. Myślałam już, że tak będzie zawsze, lecz teraz znów czuję w sobie przypływ twórczych sił. Św. Jan od Krzyża dał mi też impuls do kilku wywodów na temat symbolu. Kiedy ukończę rękopis, chciałabym jeden egzemplarz posłać ojcu Heribertowi dla powielenia go na użytek klasztorów. Piszę tak mało, bo potrzebuję czasu dla św. Jana od Krzyża. Siostra to rozumie. Proszę przyjąć moje rozprawy za listy, jak ja biorę listy Siostry za rozprawy” (9 kwietnia 1942).
Wiedza Krzyża (Kreuzeswissenschaft) otwiera trzeci i ostatni okres twórczości filozoficznej s. Teresy Benedykty. Rozpatruje centrum osoby ludzkiej – stały cel jej poszukiwań i badań naukowych – z nowego punktu widzenia: jako miejsce zjednoczenia z Bogiem. Idąc śladami św. Jana od Krzyża, przeżywała wspaniałość Bożego daru w kontemplacji. Ta praca opisuje poniekąd jej własną drogę duchową i jest zarazem świetną analizą Drogi na Górę Karmel, Ciemnej nocy, Pieśni duchowej i Żywego płomienia miłości.
3. Teresa Benedykta łączy w sobie harmonijne predyspozycje intelektualisty i mistyka, docierając do najgłębszych pokładów świadomości. Wyniki badań – poznana prawda – wskazują jej najwyższą i najczystszą rzeczywistość – Boga. Twierdzi, że doświadczenie wewnętrzne Boga mieszkającego w ludzkiej duszy daje duchową siłę, którą można potężnie oddziaływać na innych. Tylko ten, kto żyje w swym wnętrzu i posiada tę moc, może sądzić i rozeznawać prawdziwie, czyli „czynić prawdę w miłości”. Modlitwę „człowieka wewnętrznego” uważa za życiodajną „krew Kościoła”, która przynosi ostateczne zbawienie świata. „Głębia duszy jest ośrodkiem jej życia osobistego, miejscem spotkania z innym Osobowym Życiem. (…) Gdy dusza (…) doświadcza w sobie przepływu Boskiego Bytu w swój własny byt, gdy doświadcza go jako podniesienia własnego bytu – wtedy wchodzi w Byt Boski”.
Ostatni rozdział Wiedzy krzyża urywa się na wizji św. Jana od Krzyża odchodzącego w wieczną światłość. Przy tej pracy, w dniu 2 sierpnia 1942 r., aresztowano ją wraz z jej rodzoną siostrą Różą i wywieziono do Roermond, a później do zbiorczego obozu w Amersfoort, wreszcie do Westerbork, skąd pochodzi jej ostatni list do przeoryszy w Echt, datowany 6 sierpnia 1942. „Jutro wcześnie idzie pierwszy transport (na Śląsk albo do Czechosłowacji?). Prosiłabym o następną część brewiarza (do tej pory mogłam się wspaniale modlić)…” Przesyłkę otrzymała. Do paczek dołączono obrazek znaleziony w jej celi, na którego odwrocie napisała akt ofiarowania życia za nawrócenie Żydów. Za eufemistyczną nazwą Śląsk lub Czechosłowacja krył się obóz zagłady Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu lub żydowskie getto w Terezinie. Deportacja odbywała się w najgorszych warunkach sanitarnych, o głodzie, w zamkniętych wagonach, których zasuwy otwarto dopiero w Brzezince, na rampie kolejowej pod krematorium. Skazani musieli rozebrać się w brzezińskim lasku – rzekomo dla kąpieli – i szli na zagazowanie do przerobionych na ten cel domków gospodarczych „białego” i „czerwonego”. Badania pozwalają ustalić, że było to 9 sierpnia 1942 r.
W życiu s. Teresy Benedykty liczyła się przede wszystkim wiara. Ona też nadaje jej śmierci nowe wymiary. Wiara Edyty Stein każe nam widzieć w tej śmierci znak: znak prawdy o człowieku i jego urzeczywistnieniu, znak wolności kochania. „Miłość jest najbardziej wolna ze wszystkiego, co istnieje”. Słowa Edyty zgadzały się zawsze z jej czynami. Powiedziała: „Każdy człowiek musi cierpieć i umierać, lecz jeśli jest żywym członkiem Mistycznego Ciała Chrystusa, jego cierpienie i śmierć nabierają mocy odkupieńczej dzięki boskości Tego, który jest jego Głową. Oto istotny powód, dla którego każdy święty tak pragnął cierpienia”.
Jej życie pozwala ufać, że w komorze gazowej osiągnęła szczyt czystej miłości i doskonałego zawierzenia Bogu. Poszukiwanie i realizowanie prawdy przez miłość znalazło swoje uwieńczenie w „oddaniu własnego istnienia Umiłowanemu i w zjednoczeniu z Nim”.
Chronologia życia Edyty Stein
12 X 1891
Urodziła się we Wrocławiu jako córka Zygfryda Stein i Augusty z domu Courant.
12 X 1897
Rozpoczęła naukę w szkole im. Wiktorii we Wrocławiu.
1908-1911
Uczęszczała do liceum przy szkole im. Wiktorii we Wrocławiu.
1911
Zdała z odznaczeniem maturę.
1911-1913
Studiowała na Uniwersytecie Wrocławskim germanistykę, historię i psychologię.
1913-1915
Studiowała na Uniwersytecie w Getyndze filozofię (u Husserla) oraz historię i germanistykę.
styczeń 1915
Zdała w Getyndze z odznaczeniem egzamin państwowy pro facultate docendi z propedeutyki filozofii, historii i języka niemieckiego.
1915
Ochotnicza Służba w Czerwonym Krzyżu, w szpitalu dla zakaźnie chorych, w Hranicach na Morawach.
1916
Uczyła w szkole średniej we Wrocławiu. Zdała egzamin doktorski na Uniwersytecie we Fryburgu Bryzgowijskim summa cum laude.
1916-1918
Asystentka Husserla we Fryburgu.
1917
Ogłosiła drukiem swą pracę doktorską na temat: O zagadnieniu wczucia(Zum Problem der Einfüuhlung) Halle 1917.
1919-1923
Prywatne prace naukowe, starania o habilitację, bez sukcesu.
1921
Lektura Życia św. Teresy z Awili w domu Conrad-Martius w Bergzabern w Palatynacie i decyzja konwersji.
1 I 1922
Chrzest w kościele parafialnym św. Marcina w Bergzabern i pierwsza Komunia święta.
2 II 1922
Bierzmowanie w kaplicy domowej biskupa Spiry.
1923-1931
Wykłady w liceum żeńskim i w Instytucie Kształcenia Nauczycieli Sióstr Dominikanek u św. Magdaleny w Spirze.
1925
Opublikowała rozprawę Eine Untersuchung über den Staat (Studium o państwie) w „Roczniku Husserla”.
1928
Wydała przekłady listów i dziennika J. Newmana po jego przejściu do Kościoła katolickiego.
1928-1931
Prelegentka na zjazdach i kongresach pedagogicznych w Niemczech i innych krajach (Praga, Wiedeń, Salzburg, Bazylea, Paryż, Monastyr, Bendorf).
1929
Opublikowała pracę pt. Husserls Phänomenologie und die Philosophie des hl. Thomas von Aquino (Fenomenologia Husserla a filozofia św. Tomasza z Akwinu). Księga pamiątkowa ku czci Husserla.
1931
Pracowała nad swym wielkim dziełem ontologicznym Endliches und ewiges Sein (Byt skończony, a byt wieczny), które pierwotnie nosiło tytuł Akt und Potenz (Akt i możność).
1932
Opublikowała wiele prac dotyczących zagadnienia kobiet.
1931-1932
Wydała we Wrocławiu dwutomowy przekład dzieła Quaestiones disputatae de veritate św. Tomasza z Akwinu.
1932-1933
Docentura w Niemieckim Instytucie Pedagogiki Naukowej w Monasterze.
14 X 1933
Wstąpiła do Karmelu w Kolonii.
15 IV 1934
Obłóczyny i przybranie zakonnego imienia Teresy Benedykty od Krzyża.
21 IV 1935
Profesja; złożyła śluby czasowe na trzy lata.
1935-1936
Kontynuowała pracę nad rozpoczętym w świecie dziełem Akt und Potenz, które po przeredagowaniu nosiło tytuł Endliches und ewiges Sein (Byt skończony, a byt wieczny).
21 IV 1938
Profesja wieczysta.
1 V 1938
Przyjęła czarny welon z rąk biskupa sufragana dra Strockumsa.
31 XII 1938
Pożegnanie z Karmelem kolońskim i przeniesienie do Karmelu w Echt w Holandii.
1940-1942
Pracowała nad studium o św. Janie od Krzyża, które nosiło tytuł Kreuzeswissenschaft (Wiedza Krzyża).
1934-1942
Pisała swe najważniejsze dzieła oraz wiele prac mniejszych (hagiograficznych, teologicznych, antropologicznych i mistycznych).
2 VIII 1942
Aresztowanie przez gestapo i wywiezienie do Amersfoort.
4 VIII 1942
Przeniesienie do obozu zbiorczego w Westerbork w Holandii.
7 VIII 1942
Transport z Westerbork na wschód do Auschwitz-Birkenau.
9 VIII 1942
Śmierć w komorze gazowej w Auschwitz-Birkenau.
4 I 1962
Otwarcie procesu informacyjnego przez biskupa Kolonii kardynała Józefa Fringsa.
25 VII 1962
Rozpoczęcie badania pism Edyty Stein.
7 VII 1971
Zakończenie badania pism w Kolonii.
7 VII 1972
Otwarcie procesu de non cultu.
9 VIII 1972
Zakończenie procesu na terenie diecezji przez kardynała Hoffnera oraz przewiezienie akt procesowych do Rzymu. W Kolonii uroczystości z okazji 30-lecia śmierci Edyty Stein.
1 V 1987
Beatyfikacja w Kolonii przez Ojca Świętego Jana Pawła II dr Edyty Stein – Siostry Teresy Benedykty od Krzyża, karmelitanki bosej – filozofa, Żydówki i męczennicy.
11 X 1998
Błogosławiona Edyta Stein – siostra Teresa Benedykta od Krzyża została w Rzymie ogłoszona przez Ojca Świętego Jana Pawła II świętą Kościoła katolickiego.
Za: www.karmel.pl
