Mieczysław Bednarz SJ
ZAKONY DZISIAJ I ICH PRZYSZŁOŚĆ
Dni Skupienia Mistrzów Nowicjatów i wychowawców kleryków, Kraków, 27-29 kwietnia 1971 r.
Materiały Komisji ds. Wychowania i Nauki KWPZM 1971 r.
Jest rzeczą powszechnie znaną, że życie religijne w Kościele, a tym samym w zakonach, przeżywa ostry kryzys. Dowodem tego jest rosnący brak powołań, duża ilość zakonników porzucających swe rodziny zakonne, a niekiedy i służbę kapłańską, nadto osłabienie jedności, rażące różnice zdań co do odnowy i reformy, brak wspólnego języka między młodymi i starszymi pokoleniami, radykalizm zmian lub stagnacja i lęk przed konieczną adaptacją. Niekiedy zakwestionowany jest sam sens, cel i wartość życia zakonnego.
Wszyscy widzą konieczność ponownego przemyślenia istoty powołania i życia zakonnego. Kontestatorzy zacieśniający życie zakonne do „twórczego działania miłości”, odrzucają wszystko inne, nie wyłączając ślubów, struktur i instytucji, zmuszając tak przełożonych, jak i ogół zakonników do poważnego zastanowienia się nad przyszłością zakonów.
Żyjemy w czasach tak ciągłych i szybkich zmian w każdej niemal dziedzinie, że wielu gubi się, popada w popłoch lub pokusę relatywizmu i sceptycyzmu, bo już prawie nic nie wydaje się jasne, pewne i stałe, ani samo przez się zrozumiałe i niekwestionowane. Brak niekiedy wyraźnego rozeznania między tym, co zdrowe, słuszne i zgodne z Duchem Chrystusa, który jest Duchem Kościoła, a tym, co dorywcze, modne, sensacyjne, samowolne i pod różnymi pretekstami więcej światowe niż ewangeliczne. Zagubienie jakby we mgle, bez jasnych kryteriów, nadto lęk, skrępowanie i nieśmiałość przedstawicieli władzy kościelnej i zakonnej w obliczu hałaśliwych, często zuchwałych protestów, kontestacji i żądań oraz zjadliwej krytyki wszystkiego co tradycyjne.
Jest to okres prób, doświadczeń albo zbyt śmiałych albo zbyt nieśmiałych, okres dialogu, który nierzadko przeradza się w presję, w dyktat, albo kończy się nieporozumieniem i zamknięciem się w sobie, czymś tępym i jałowym, niepozbawionym goryczy czy urazy. Jest to okres pluralizmu w świeci i w Kościele, a zatem i w zachowaniach; ale pluralizm ten często nie respektuje jedności, powoduje rozdarcie i niezgody. Próby odnowy kończą się często fiaskiem albo na skutek przesady i samowoli albo źle pojętej wierności tradycji i lęk przed nowością sytuacji i potrzeb żądających przystosowania. Wielu zatraciło świadomość charyzmatu i celu swego zakonu, nie zna swej zakonnej tożsamości, szuka nowości poza swoją drogą, poza duchem założyciela, poza wskazaniami Kościoła, Soboru, Papieża, uważając je za przestarzałe, spóźnione, nieaktualne.
Świat cały, Kościół i zakony wołają o jedność, ale w praktyce więcej jest rozbicia niż jedności, więcej sporów o kryteria i środki odnowy niż samej odnowy. Sytuacja jest niepokojąca, niezdrowa i nie wystarcza zdecydować się na jej przeczekanie. Trzeba ją przemyśleć, przeanalizować i za wszelką cenę próbować uzdrowić.
Przyszłość nie przedstawia się optymistycznie. W wielu środowiskach tradycja, opinia społeczna, atmosfera ogólna nie podtrzymują już ani wiary, ani pobożności, ani życia zakonnego. Pluralizm ideologiczny będzie raczej narastał, będą się tworzyć różne style życia, różne mentalności, a nawet różne kultury. Spontaniczność jako oddolna inicjatywa, jako swobodna twórczość, jako krytyka, niezadowolenie i bunt przeciwko temu, co do tej pory było praktykowane i respektowane, będzie coraz silniej dawała znać o sobie. Kryzys wiary, autorytetu, władzy, wolności będzie ustawicznie powracać. Życie będzie wymagało coraz więcej samodzielności i osobistej odpowiedzialności, ale czy zawsze będzie więcej dojrzałe, bardziej godne zaufania? Człowiek przyszłości będzie żył w masie, ale będzie coraz bardziej samotny, zdany na siebie w dziedzinie najważniejszej, w dziedzinie oceny dobra i zła, wyboru drogi życia w świetle uznanych, wybranych i pokochanych wartości. Odnalezienie własnej identyczności, swego prawdziwego „ja” będzie coraz trudniejsze. Środki masowego przekazu w rękach potężnych aparatów państwowych będą sytuację raczej pogarszać przez wywieranie presji i utrudnianie samodzielnego myślenia.
Nasz świat jest i będzie światem wielkich miast, przemysłu i techniki; jest i będzie światem pluralizmu i będzie żądał od ludzi samodzielnej decyzji, a tym samym dojrzałości i odpowiedzialności, a równocześnie będzie to utrudniał. Ale jeśli taki jest i taki będzie świat, to trzeba poważnie rozważyć, co zakony mają do powiedzenia, do dania takiemu światu. Od odpowiedzi na to pytanie zależy odnowa, adaptacja i przyszłość zakonów.
Z góry należy wykluczyć wszelką formę afazji, ucieczki od świata. Jest ona niezgodna z sama genezą i wewnętrzną celowością zakonów, które powstały z pragnienia naśladowania Chrystusa i współpracowania z Nim w dziele zbawiania świata; zakony wszystkie, każdy na swój sposób są apostolskie. Ucieczka byłaby nadto czymś z goła anachronicznym i wprost śmiesznym. Ojcowie pustyni, eremici, szukali na pustyni nie tylko samotności, ile raczej życia trudnego, walki ze złem, protestowali przeciwko konformizmowi i kompromisom zbyt łatwego życia chrześcijańskiego swoich czasów. Na pustyni mogli oddać się Ewangelii z całym radykalizmem. Dziś natomiast z miast na łono przyrody, w sielskie ustronia uciekają masy ludzkie, żeby tam szukać odpoczynku, odprężenia a nie trudu i walki, relaksu a nie Ewangelii. I dlatego zakonnicy żyjący w cichej samotni, z dala od miast i ludzi, mijaliby się dziś z istotą swego powołania, dawania świadectwa Ewangelii i pomagania ludziom w powrocie do Boga. A przecież nasze czasy to czasy narastającego pogaństwa, gdzie świadectwo apostolskie staje się paląco potrzebne. Konstytucja „Gaudium et spes” przypomniała całemu Kościołowi, a więc i zakonom, obowiązek życia wśród ludzi i dla ludzi, obowiązek apostolstwa wśród świata na wzór Jezusa, który „rozbił swój namiot między nami”.
Nasz świat wielkich miast, przemysłu i techniki potrzebuje /może nie zdając sobie z tego sprawy/ ukazania mu innych, niematerialnych wartości, świadectwa żywego o czymś, co nie jest z tego świata, świadectwa o transcendencji Bożej świadectwa eschatologicznego, będącego odpowiedzią na tłumione pytania: Ku czemu zdążamy? Co nas ostatecznie czeka? – W tym świecie przytłaczającej materii, pieniądza, używania, komfortu i przyjemności zakony mają świadczyć o umiłowaniu szczęśliwym Absolutu Boga, czystego Ducha, dóbr duchowych i postawy nie nastawionej tylko na konsumpcję.
W świecie bogatych i biednych, gdzie niesprawiedliwy podział dóbr krzywdzi i rodzi bunt skrzywdzonych, zakony mają przykładem ubogiego życia stanąć po stronie biednych, mają w miarę możności nieść im pomoc materialną, mają budzić zaufanie do Opatrzności Bożej i mają walczyć o sprawiedliwość społeczną, nie uciekając pod opiekuńcze skrzydła kapitału możnych tego świata. Żyć z Bogiem i ludźmi, pracując z nimi i znosząc z nimi niedostatek i niepewność jutra, a równocześnie świadczyć dobrowolnym wyborem takiego życia, że się ukochało jedyne Dobro – Boga, który jest Miłością, to dzisiaj jest apostolstwem zakonów w wielkich miastach wśród ludzi pracy. Natomiast uciec z miast, to pozostawić je zarazie pogaństwa i materializmu, a zarazem utracić ogromną i aktualną szansę apostolstwa.
Nasz świat jest omotany erotyzmem i seksualnością. Nawet pornografia przestała się kryć po ciemnych kątach i z podniesionym czołem wystawia się na pokaz i na sprzedaż. Zakony w takim świecie, w takich miastach mają przez życie czyste, skromne, przez celibat Bogu poświęcony, przez wstrzemięźliwość i umiarkowanie głosić prymat ducha, prymat czystej, niesamolubnej miłości, prymat krzyża i ofiary dla zbawienia świata.
W świecie, gdzie praca i czas wolny pochłaniają ludzi bez reszty, gdzie równocześnie brak umiejętności właściwego dozowania pracy i czasu wolnego i dobrego wykorzystania godzin wolnych od pracy, zakony mają swoim stylem życia, pracy, modlitwy i rozumnego odpoczynku – ukazywać możliwość powiązania pracy i kontemplacji, odpoczynku i kultury, potwierdzającej na nowo zdanie Nietzschego, że „bez wolnego czasu nie ma kultury”.
W świecie nas ludzi, obojętnych i niedających obrony przed samotnością, zakony mają świadczyć o wartości braterskiej wspólnoty, przyjaźni, interpersonalnej komunii w najwyższej miłości Bogu ogarniającej ludzi i świat.
W świecie walki o bogactwo, znaczenie i prestiż w świecie, gdzie panuje „pycha żywota”, zakony ubogie i pokorne, rezygnując dobrowolnie z doczesnego znaczenia i prestiżu, mają ujawniać błogosławieństwo cichych, mają świadczyć o innych dobrach, o które warto zabiegać bez walki – prócz walki z własną pychą i samolubną miłości.
Wszystkie te świadectwa, wszystkie te zadania zakonów w naszym świecie wymagają, by zakony były blisko ludzi, z ludźmi, nie stając się folklorystycznym zabytkiem – reliktem dawnych epok. Dziś w świecie nas ludzi, często na poły spoganiałych, zakony mają dawać żywe, na serio przeżywane świadectwo o Jezusie Paschalnym, który umarł za świat, zmartwychwstał w chwale i przyjdzie sądzić świat z miłością i oddać każdemu według jego uczynków.
Na szczęście można stwierdzić, że jedną z głównych tendencji w nowych prądach życia zakonnego jest tendencja do zerwania z izolacją, z separatyzmem, z jakimś źle pojętym, obojętnym czy lękliwym dystansem do świata prawdziwych ludzi. Nie być kastą, nie mieć osobnych przywilejów, nie dać się zepchnąć i samemu nie zejść na margines życia, ale żyjąc z ludźmi i dla ludzi zaangażować się w służbę dla ich dobra duchowego i doczesnego, pragnąc wraz z nimi pokoju, wolności, równości, braterstwa, sprawiedliwości; zakony na swój sposób winny walczyć o te prawdziwe dobra ludzkości wraz z całym Kościołem
Inną tendencją w ewolucji życia zakonnego jest dzisiaj dążenie do tworzenia raczej małych grup, zespolonych przyjaźni, bardzo żywych, spontanicznych, bo wolnych od rutyny instytucjonalizmu czy paternalizmu. Ale zauważmy od razu, że grupom tym grozi jałowość, jeśli oderwą się od całości zakonu, jeśli dadzą się opanować jakiejkolwiek formie introwertyzmu, zamknięcia się w sobie, jeśli będą grupami „nieprzenikliwymi”, separatystycznymi, uparcie broniącymi swej autonomii i odrębności. Wtedy będzie to tylko nowa forma skostnienia i samolubstwa.
Ale z drugiej strony mniejsze lub większe grupy, a nawet całe klasztory, zdające sobie dzisiaj sprawę ze swego powołania i łaski stanu /charyzmaty/, a jest nim całkowita służba Ewangelii i w duchu Ewangelii służba Kościołowi, ludziom i światu, winny też wiedzieć, zwłaszcza po Konstytucji „Gaudium et spes” i „Apostolicam actuositatem”, że ten charyzmat nie jest ich monopolem, że jest udziałem wiernych wszystkich stanów, nie wyłączając małżonków. Dlatego też grupy zakonne mogą i powinny stanowić żywe i promieniujące ośrodki, wokół których mogliby się skupić ludzie dobrej woli, świadomi podobnego charyzmatu. Wtedy nastąpiłoby takie pożądane zbliżenie, uczestnictwo, wymiana, duchowa wspólnota i lepsza organizacja bardziej owocnej pracy wewnętrznej i apostolskiej. Byłoby to z pożytkiem zarówno dla zakonników, jak i dla osób świeckich. Być może byłaby to swoista nowa, świeża i bardziej pociągająca postać tzw. trzecich zakonów – bez tej nazwy.
Merton wyraźnie w tym widzi przyszłość zakonów. Z jednej strony zakony winny świadomie chcieć być zakonami wiernymi swemu powołaniu i celowi w wierze, w modlitwie, w zaparciu się siebie, w życiu ubogim i pokornym, a z drugiej strony winny otworzyć się na świat, zwłaszcza świat najbardziej żywych ludzi, na świat nauki, kultury, sztuki. Pogłębić życie wewnętrzne i podnieść poziom intelektualny w zakonach – oto dwa warunki konieczne do nawiązania owocnych dla obu stron kontaktów zakonników i świeckich. To może przesądzić o przyszłości zakonów.
Ale wróćmy do naszego świata. Jest to świat pluralistyczny jak nigdy przedtem. Ten pluralizm jest coraz bardziej widoczny i w Kościele. Czasy uniformizmu i monolitu przeminęły, zdaje się, bezpowrotnie. Jednych to przeraża, innych raduje, bo widzą w tym więcej bogactwa, spontaniczności, inicjatywy i wolności. Być może pluralizm ten jest swoistą formą bogatszego czerpania z pełni Chrystusowej, ze skarbca rzeczy starych i nowych.
Co zakony mają wnieść w nasz pluralistyczny świat? Życie wielkich wspólnot przeżywa obecnie kryzys. Ludzie skarżą się na stadne życie, mało zróżnicowane, zbyt ciasno ujęte w ramy jednolitego modelu czy stylu, zbyt ubogie w wielostronne aspekty życia ludzkiego. Na świecie obok więzi rodzinnej tyle innych więzi wspólnotowych bogaci ludzi. Nikt prawie nie jest skazany na jeden tylko rodzaj konfliktów z ludźmi. Każdy należy do wielu grup – religijnych, ideowych, politycznych, zawodowych, sportowych, rozrywkowych itp. Od pewnego czasu i w zakonach pojawiła się tendencja do przełamania zbyt ciasnych modeli życia, chęć otwarcia się na wile form, na pluralizm, który by ubogacił i zróżnicował życie zakonne, a to przez doświadczenie innych tak religijne, jak i zwyczajne ludzkie, a zwłaszcza kulturalne.
Trzeba zatem rozważyć problem życia wspólnego w zakonach. Problem podjęcia kontaktów z ludźmi spoza zakonu, problem poszerzonych zainteresowań, pewnych form zdrowego ukazującego nowe horyzonty pluralizmu. Oczywiście, różne formy życia wspólnego i kontaktów z ludźmi spoza zakonu trzeba dostosować do różnych okresów formacji zakonnej, bo co dobre dla zakonników starszych, już uformowanych, to może być szkodliwe lub ryzykowne dla nowicjuszów lub młodych scholastyków. Wydaje się, że małe wspólnoty apostolskie lepiej spełniają zadanie, o którym tu mowa, niż zbiorowiska zakonne. Jedno jest pewne: tryb i styl życia zbyt zamknięty i ujednolicony nie sprzyja rozwojowi osobowości bogatej ani ducha apostolskiego, nie bogaci zdobyczami kulturalnymi, które się tworzą i rozwijają poza zakonem.
Nasz świat, zwłaszcza świat zachodni, jest coraz bardziej demokratyczny, a więc coraz bardziej samodzielny, dojrzały i odpowiedzialny. W każdym razie daje szanse w tym kierunku. Młodzież coraz wcześniej się emancypuje, ludy dotąd prymitywne i zacofane uzyskują prawo samostanowienia, kobiety stają się zasadniczo pełnoprawnym partnerem mężczyzny. Okres małoletności ulega wciąż skróceniu.
Cóż w tej sytuacji powiedzieć o zakonach? Czy w nich okres dojrzałości nie jest opóźniony, zahamowany? Czy nie za długo zakonnik, zakonnica, są trzymani w pozycji małoletniego, za którego ktoś inny myśli, decyduje, ktoś inny dla niego pracuje, żywi go i ubiera, ktoś inny ponosi za niego odpowiedzialność, jemu zostawiając życie spokojne, beztroskie, względnie łatwe i wygodne, bo wolne od ryzyka i troski o jutro. Lata mijają, a zakonnik wciąż jest nieprzystosowany do życia w pełni dorosłego i odpowiedzialnego, co odbija się ujemnie na jego modlitwie, pracy i kontaktach z ludźmi. Zakony wciąż jeszcze, zwłaszcza u nas, trapi plaga paternalizmu /maternalizmu/ i niedojrzałości ze szkodą dla samych zakonników i dla ich wpływu apostolskiego w świecie. Często jest to po prostu nieznajomość prawdziwego życia, zamknięcia się w sztucznym świecie poza bogactwem realiów życia naszych bliźnich. Problem ten jest bardzo poważny, zwłaszcza, że dekret Soboru o formacji zakonników i kapłanów żąda z naciskiem wychowania do dojrzałości pod każdym względem i do odpowiedzialności godnej dorosłego człowieka – obdarzonego powołaniem do służby innym
Samo życie w świecie, w Kościele i w zakonach zmusza do refleksji, do szukania nowych stylów współżycia i współpracy. Idą przez świat przemiany i są nieuniknione. Trzeba wobec nich zając postawę otwartą, nacechowaną chęcią poznania i oceny, ufną w duchu wiary żywej i mocnej w działanie Boże w świecie i w kierownictwo Ducha Świętego w Kościele i w duszach. Bez wiary zgubimy się w niejasności i w lęku z powodu braku rozeznania i mocnego oparcia. Coś musi być dla nas pewne i stałe w rwącym nurcie przemian. Pismo święte nazywa Boga, Jezusa Chrystusa, skałą, a Kościół żyjący w czasie i wydany przemijaniu epok i zmianom jest zbudowany na Skale i ma obietnice przetrwania mimo ataków niszczycielskich sił. Wiara w Jezusa Paschalnego, zbawczą rolę Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego w Kościele, mocne przylgnięcie do woli Zbawcy w dziejącej się wciąż Historii Zbawienia, to musi być w nas mocne i musi nas bronić przed sceptycyzmem, relatywizmem i chorym poczuciem frustracji.
Musimy z całą stanowczością zadać sobie pytanie: Kim chcemy być? Ludźmi zwątpiałymi, bez celu i oparcia, czy też pokornymi wyznawcami zbawczej tajemnicy Boga w ludzkim ciele umęczonym i uwielbionym, wyznawcami tajemnicy, która przez Ducha Świętego ogarnia nas w Kościele przez cnoty teologalne, przez życie sakramentalne, przez modlitwę i miłość braterską. To musi być w nas mocne i to musi przetrwać. To trzeba budzić i rozwijać od najwcześniejszych lat życia zakonnego. Ukazywać młodym Boga żywego i prawdziwego, który jest miłością, który jest zawsze większy i żąda od nas zawsze większej wiary, większej nadziei, większej miłości, większej służby i większego daru serca. Prawdziwa miłość rośnie i zawsze żąda więcej i daje więcej. Ale taka miłość jest darem Ducha Świętego w nas, miłość roztropna /caritas discreta/, która nie tylko pragnie więcej, ale musi to „więcej” w konkretnych sytuacjach rozeznać, wybierać i realizować.
Dlatego sprawdzianem reformy i prób odnowy w poszukiwaniu lepszego przystosowania będzie rzetelna odpowiedź na te dwa pytania:
Czy nasza miłość pchająca nas do poszukiwań i prób zmierza do tego, co jest więcej, nagle, co jest większym darem, miłości służebnej, czy może jest umniejszeniem wysiłku i daru, folgowaniem sobie i stawianiem sobie mniejszych wymagań?
Po drugie, czy nasza miłość, ta pragnąca więcej kochać i więcej dawać, czy jest roztropna, czy umie rozeznawać znaki woli Bożej, potrzeby naszych współczesnych, ich braki i ich walory, np. walory tkwiące w młodzieży, w jej poszukiwaniach, tęsknotach, w ich głodzie prawdy i autentyzmu, w ich buncie przeciw zakłamaniu i jałowości życia tylko konsumpcyjnego, bez wielkich celów i porywu twórczości.
Roztropność naszej miłości poznamy po spokoju, opanowaniu, po zdolności do refleksji w wspólnego z innymi szukania dialogu, a nade wszystko po stosunku do krzyża, do kenozy /uniżenia i wyniszczenia/ Chrystusa, konkretnie do ubóstwa, pokory, cichości, posłuszeństwa, czystości, następnie po stosunku do służby, do niesienia pomocy apostolskiej i charytatywnej, dającej Ewangelię, chleb i serce. Wzorem będzie dla nas Jezus karmiący cudownie tłumy na pustyni, Jezus, który nie myśli o tych głodnych tłumach jak świecki filantrop, ale jako Stwórca i Zbawca tych tłumów, karmiący je chlebem i Dobra Nowiną zbawienia i wiodący je do Ojca. Z tą sama miłością i troską o dobro ludzi doczesne i wieczne rozesłał Jezus Apostołów na cały świat i stale ich posyła w Kościele. Zakony uczestniczą na swój sposób w tej misji Jezusa i Apostołów.
Dlatego zakonnicy za wszelką cenę muszą zdecydowanie w duchu wiary opowiedzieć się za życiem zakonnym i wybór ten potwierdzić miłością roztropną – sprawdzona Jezusowym stosunkiem do krzyża i do służby. Trzeba tę miłość roztropną docenić, trzeba rozumieć jej niczym nie zastąpiona rolę w odnowie życia zakonnego, trzeba o nią jako o dar Ducha prosić, a równocześnie przezwyciężać w sobie miłość własną, samolubną, światową roztropność, która się boi ryzyka miłości i wielkiego daru, trzeba mieć odwagę przeżyć życie z Chrystusem, tym dźwigającym krzyż i wiodącym do chwały Ojca. Miłość Jezusa ukrzyżowanego w każdym wieku i w każdym kryzysie była i będzie najpewniejszym sprawdzianem prawdziwej reformy i odnowy: Jesus, amor meus, crucifixus est – zarówno dla Ignacego Antiocheńskiego jak i dla Ignacego Loyoli, jak i dla Jana XXIII, jak i dla wszystkich, którzy miłują przyjście Pana i torują drogę do Niego.
W świetle tego, co dotąd powiedziano, należy spojrzeć nowymi oczami na śluby zakonne. Jak je pojmować i praktykować, żeby były dla nas i większym pogłębieniem miłości do Jezusa ukrzyżowanego i większym udziałem w Jego kenozie, a równocześnie większą służbą dla ludzi i bardziej przekonywującym świadectwem, bardziej dojrzałym i odpowiedzialnym, naszej miłości do Boga i do ludzi?
Ubóstwo należałoby dziś praktykować nie tylko jako zależność od przełożonych i jako wolność serca od przywiązania do dóbr materialnych, ale w duchu odpowiedzialności za mienie wspólne zdobywane wspólną pracą i oszczędnością i chętnie z innymi dzielone. Przez ubóstwo zakonne należy stanąć po stronie biednych, po stronie ludzi pracy zarobkowej, wyzwolić się od sytości łatwej, od wygodnictwa i beztroski o chleb codzienny. Równocześnie zakony ubogie winny walczyć o świat, w którym nie byłoby nędzy i głodu, pogardy i obojętności dla biednych. Nasze ubóstwo powinno być pewnego rodzaju surowym stylem życia, połączonym z szacunkiem dla pracy i dla ludzi pracy, w duchu miłości i sprawiedliwości społecznej, więcej, braterskiej. Nasze ubóstwo powinno być ewangelicznym protestem przeciw społeczeństwu konsumpcji i kultu „złotego cielca”, przeciw społeczeństwu sytych bogaczy niewrażliwych na niedolę Łazarza.
Czystość i życie w celibacie winno płynąć ze świadomej decyzji, wolnej od wszelkiej postaci infantylizmu, ignorancji czy lęku przed ryzykiem, odpowiedzialnością i konsekwencjami miłości. Sobór wzywa zakonników i kandydatów do kapłaństwa, by przed podjęciem decyzji ślubu czystości rozumieli dobrze normalnych i dojrzałych ludzi, mężczyzn i kobiety, by doceniali małżeństwo i płodną ludzką miłość tak od strony sakramentalnej jak i od strony ludzkiej psychologii i fizjologii. Jasno i wyraźnie w duchu wiary podjęty cel wielki – Bóg miłości, Bóg przez Syna Swego wzywający nas do szczególnej służby w dziele zbawienia za cenę ofiary i krzyża, do służby dla wszystkich bez zacieśniania serca, bez skrępowania swobody służenia, Bóg nade wszystko umiłowany ma być najgłębszą motywacją i siłą do podjęcia tej trudnej i brzemiennej w konsekwencje decyzji. Miłość dająca, służebna, ofiarna, uczestnicząca w kenozie Chrystusa-Zbawcy, którego młode ciało marnowało się – mówiąc po ludzku – w męce na krzyżu: pro salute mundi, propter regnum Dei pro omnibus. Taka miłość rozszerzająca, a tym samym uszczęśliwiająca serce winna być u podstaw ślubu czystości i decyzji życia w celibacie.
Nadto trzeba przezwyciężyć ciążący dziś na wielu księżach i zakonnikach mit małżeństwa, jakby ono rozwiązywało wszystkie trudności i problemy ludzkiej psychiki, uczuciowości i fizjologii. To wielkie złudzenie i widzimy to naocznie w wielkim kryzysie małżeństwa. Jest to mit oparty na płytkiej i fałszywej psychologii hedonizmu i na zacieśnieniu miłości do jej aspektu erotyczno-seksualnego, jakby poza tym aspektem nie było dróg rozwoju miłości.
Równocześnie trzeba uczyć dobroci, życzliwości, tępić postawy ciasne, agresywne, wychowywać do zdrowej niesamolubnej przyjaźni, stwarzać miłe, duchowo atrakcyjne formy życia wspólnego i wdrażać przeświadczenie, że dobro wspólne – Kościoła, świata, zakonu – warte jest ofiar z naszej strony, o ile nauczymy się współuczestniczyć w tym dobru, przyczyniając się do jego wzrostu. „Czymże jestem, jeśli nie uczestniczę?” – pyta Saint-Exupery …
Czystość zakonna tylko wtedy uniknie niebezpieczeństwa frustracji i wypaczenia, jeśli będzie szła – tak jak i małżeństwo – po linii miłości, daru ze siebie i służby, troski i odpowiedzialności za ukochane osoby i wierności Ukochanemu nade wszystko, którego miłością w naszym sercu kocha się wszystko: Boga, ludzi, świat. Bez takiej miłości, czystość nie będzie ani dość czysta, ani dość zdrowa, ani dość owocna, ani dość szczęśliwa. Trzeba tępić resztki manicheizmu, pogardy ciała, wiązania jakby autentycznej przyjemności z grzechem: tępić przejawy purytanizmu, który jest karykaturą czystości i nosi w sobie ukryty jad niechęci do świata i do radości życia. „Czy dlatego, że ty jesteś pobożny, nie ma już być na świecie ciasteczek i piwa?” – taką daje odprawę purytanizmowi Szekspir w jednej ze swoich sztuk. Zdrowa, pogodna i zwyczajna radość i zdrowa, uzasadniona wymogami miłość, rezygnuje z pewnych form miłości, radości i przyjemności, dobre używanie dobrych Bożych stworzeń jako darów hojnej miłości jest warunkiem zdrowej, pogodnej ascezy, jak uczy o tym Merton i jak wykazuje obserwacja ludzi duchowo żarliwych, zrównoważonych i szczęśliwych we wszystkich zakonach i wśród kapłanów, a jakże często wśród ludzi świeckich.
Od początku należy uczyć młodych kochać Jezusa i Maryję, te dwie najczystsze i najbardziej kochające osoby, ukazywać z miłości zranione Serce Jezusa i bolesne Serce Maryi – symbole prawdziwej miłości, która sprawdza się w ofierze, w cierpieniu i darze z siebie. Zycie ubogie i surowe, życie modlitwy, pracy i dobroci dla ludzi, życie nie nastawione na użycie, ale kierujące się Jezusową zasadą, że „beatius est magis dare quam accipere” /Dz 20,35/, takie życie jest potrzebne, wprost konieczne jako atmosfera czystości. Gdzie braknie motywacji z wiary i miłości, gdzie brak modlitwy i pracowitości, gdzie samolubstwo opanuje serce, tam załamie się czystość albo przerodzi się w oschłość i starokawalerskie wygodnictwo – sine affectione …
Posłuszeństwo. Ze strony przełożonych sprawowanie władzy w imieniu Boga winno nie tylko łączyć się z miłością i szacunkiem dla podwładnych, ale celowo dąży do ich rozwoju, dojrzałości, samodzielności i odpowiedzialności. Czyż nie tak traktuje i wychowuje ludzi Bóg? Bóg nie chce chwały z naszej małości, ciasnoty, z niedołęstwa i przedłużającego się dzieciństwa i małoletności. Boża pedagogia dąży zawsze do urobienia ludzi rozumnych, dobrych, prawych i czystych, w pełni za swe czyny odpowiedzialnych i zdolnych do dojrzałych decyzji. Po tej linii idzie rozwój sumienia i tak prowadzi Bóg swoich świętych, odwodząc ich od zła, od ludzkiej małości i miernoty, a wiodąc ich do pełni dojrzałości Chrystusowej. A pełnia Chrystusa to miłość do Ojca i do ludzi, miłość posłuszna aż do śmierci, świadomie biorąca na siebie krzyż i przyjmująca kielich goryczy. Miłość ta uczy nas mówić: jam jest! gdy trzeba podjąć najcięższe decyzje, stawić czoła wrogom, być wiernym woli Bożej i swemu powołaniu aż do końca, czerpiąc siły z miłowania Ojca i woli Ojca, który jest pokarmem Syna Bożego i synów Bożych.
Dlatego trzeba wychowywać przełożonych i podwładnych do takiego podejmowania władzy i praktykowania posłuszeństwa, by między przełożonymi i podwładnymi realizował się i objawiał – servata proportione – stosunek Boga Ojca do Syna w ludzkim ciele, by władza nie deprawowała ani jej przedstawiciela, ani nie deprawowała podwładnego, by posłuszeństwo władzy nie stawało się abdykacją z własnego sumienia, z własnej odpowiedzialności i nie urabiało ludzi na kukły bezwolne, niezdolne do samodzielnej inicjatywy i współpracy z przełożonym.
Przełożony ludzki nie jest absolutem władzy i nieomylności, bo i on jest podwładnym wyższej władzy, ostatecznie władzy Boga, który nigdy nie rezygnuje ze swej władzy ani wobec przełożonych, ani wobec ich podwładnych. Podwładny przez posłuszeństwo zakonne nie jest wyzuty z ludzkiej natury, z rozumu i wolności, z sumienia i odpowiedzialności przed Bogiem; nie traci prawa i obowiązku rozwoju ku pełni zamierzonej dlań przez Boga, ku pełni miłości, która nigdy nie jest okaleczeniem. Posłuszeństwo nie jest po to, by ludzi umniejszało i dehumanizowało, bo wtedy nie byłoby cnotą, ale wadą, jeśli nie zbrodnią. Nieludzkie posłuszeństwo hitlerowskie rodziło zbrodniarzy i ludzi bez własnego odpowiedzialnego sumienia, ludzi, którzy ukryli się za plecami swych okrutnych i zbrodniczych przełożonych. Natomiast Jezusowe posłuszeństwo w nas jednoczy nas ze zbawczą wolą Boga, który chce chwały z dobra i szczęścia swych ludzi.
Wszyscy, przełożeni i podwładni, są związani obowiązkiem miłowania, szukania, rozpoznawania i pełnienia woli Bożej. Gdy wola Boża będzie pokarmem przełożonych i podwładnych, wtedy we wszystkim objawi się Jezus posłuszny Ojcu i wszyscy będą wzrastać w Chrystusie i w tym, co odnosi się do Boga, i w tym, co odnosi się do ludzi.
Rahner stawia dwa pytania dotyczące posłuszeństwa:
Kiedy przełożeni dobrze rozkazują i rządzą? Wtedy, odpowiada, gdy w ramach swych kompetencji wydają rozkazy i podejmują decyzje rozumnie i sensownie, zgodnie z celem zakonu i dla dobra tak całej wspólnoty, jak i osób. A zatem prawomocnie, rozumnie i dla dobra tych, którym przewodzą.
Jak podwładni mają słuchać przełożonych? Podwładni mają prawo, a nawet obowiązek oceniać moralną wartość i legalność rozkazów, zachowują bowiem w pełni prawa i obowiązki swego sumienia oraz swojej moralnej odpowiedzialności przed Bogiem. Rozkaz uznany w sumieniu za niemoralny, a więc niezgodny w wola Bożą – przełożonego naszych przełożonych – nie powinien być wykonany.
Jednakże jak długo rozkaz nie jest niemoralny, ale budzi nasze zastrzeżenia natury praktycznej /np. mógłby być lepszy, po zdobyciu pełniejszej informacji, ale może nie jest na czasie itp./, wtedy należy przedłożyć przełożonemu swoje racje z szacunkiem i spokojem, nawiązać z nim życzliwy i z chęcią pomocy podyktowany dialog, ale zawsze z gotowością uległości i wykonania rozkazu. Zasada ogólna brzmi: w wypadku nie grzeszności rozkazu, albo niepewności, niejasności, należy przechylić się na stronę posłuszeństwa. Zawsze zaś należy słuchać z chęcią współpracy, współodpowiedzialności, identyfikując się, jak mówi św. Ignacy, z przełożonym w trosce o dobro wspólne. Przełożeni winni budzić w swych podwładnych tego ducha identyfikacji. Wtedy rządy byłyby rozumniejsze i łatwiejsze, a posłuszeństwo bardziej dojrzałe i owocne
W duchu Soboru, zwłaszcza Konstytucji Gaudium et spes, wszyscy dziś podkreślają paląca potrzebę otwarcia się na problemy naszego świata, zaangażowania się w walkę o lepszy, bardziej ludzki, bardziej sprawiedliwy i wolny świat. Ale tu zdaniem K. Rahnera kryje się pewne niebezpieczeństwo sfałszowania perspektywy. Jeżeli to zaangażowanie poziome /horyzontalne/ w sprawy ludzkie i świata pomaga do lepszego zrozumienia i przyjęcia życia zakonnego jako służby Bogu i ludziom, jeśli pomaga do lepszej modlitwy, jeśli czyni nas lepszymi zakonnikami, bo wyzwala nas z samolubstwa, sytej wygody i bezmyślności, na pewno jest z ducha Bożego. Ale jeśli wszystko sprowadza się do walki klas, do socjologii, do laickiej miłości ludzi, tak iż zatraca się kierunek pionowy /wertykalny/ do Boga, do zbawienia eschatologicznego, wtedy takie zaangażowanie wyrywa się z kontekstu Ewangelii, z Kościoła i powołania zakonnego, staje się samo dla siebie celem i to celem tylko doczesnym.
Tu Rahner z całą powagą przypomina, że ludzie jutra będą żądać od zakonników zaangażowania społecznego, ale i czegoś więcej! Świadectwa o Królestwie Bożym, o innym życiu niż ziemskie, o innych wartościach niż wartości tego świata. Świat bowiem obok głodu chleba i pokoju odczuwa głód Boga, głód autentycznego świadectwa o Bogu, o nadziei, która nie zawodzi, o sensie życia i o wartości absolutnej, która zapełniałaby pustkę egzystencjalną wsysającą tylu ludzi w swe jałowe kręgi absurdu.
Dziś podobnie jak ongiś Jezus i Jego apostołowie w pogańskim świecie, zakony muszą głosić Boga Ojca, Stwórcę i Zbawcę, synostwo Boże i braterstwo w Synu Bożym, Królestwo, które nie jest z tego świata. Dziś w świecie produkcji i konsumpcji, przywalonym wartościami i dobrami doczesnymi, a równocześnie rozdartym niezgodą, krzywdą i zagrożonym w swym istnieniu, trzeba głosić sprawiedliwość, miłość i świadczyć o skarbach, których złodziej nie ukradnie, ani rdza nie stoczy.
Kończąc, zapytajmy jeszcze raz, co jest konieczne, by zakony odnawiające się i przystosowujące, pozostały sobą i miały przed sobą żywą, owocną przyszłość. Konieczne jest:
Trzymać się wiernie, w sposób teologicznie pogłębiony i modlitewnie przeżywany, smakowany – gustate et videte …, tego wszystkiego, co jest pewne wśród zmienności i niepewności. Trzymać się Credo, trzymać się Jezusa Chrystusa, Jego Kościoła, uczestnicząc z Jezusem w miłości Boga Stwórcy do całego stworzenia i w miłości Boga Zbawcy do wszystkiego, co jest zbawione. A zatem potrzebna jest odnowa wielkiej duchowości pionowej /wertykalnej/, która wznosi się do Boga, która daje się Jezusowi podwyższonemu na krzyżu podnieść ponad ziemię, ale z jego miłością schodzi do ludzi, aby ich kochać miłością Bożą i pomagać im przejść przez doczesność godnie, sprawiedliwie i w braterstwie do Ojca, u którego Syn Boży przygotował wszystkim mieszkanie. Będzie to zatem wysiłek pogłębienia życia religijnego, życia cnót teologalnych, życia modlitwy i wychodzenia z siebie a przechodzenia w Boga i w Jego wolę /co stanowi samo sedno prawdziwej ascezy i pobożności/. Równocześnie będzie to wysiłek otwierania się i nawiązywania kontaktów ze światem, który nas, świadków Boga, tak bardzo potrzebuje. Głównie chodzi o ludzi tworzących kulturę, o świat intelektualistów, uczonych, artystów, ale bez pomijania tych, co w swym opuszczeniu i w biedzie pragną świadectwa o miłości pokornej, bezinteresownej i pomocnej. Św. Dominik, św. Ignacy posyłali swych synów do wielkich miast uniwersyteckich, kazali im szukać kontaktów z ludźmi kultury i nauki, a równocześnie kazali im katechizować dzieci i lud prosty, nawiedzać szpitale i więzienia, pochylać się życzliwie nad wszelką ludzką biedą.
Po drugie, wobec kryzysu jedności w zakonach trzeba dziś za wszelką cenę umożliwić zakonnikom odnalezienie i przeżycie wizji duchowej ich założyciela, umożliwić ponowne odkrycie ich charyzmatu przekazanego zakonowi i realizowanemu w życiu i działalności zakonu. Z tej wizji zrodzi się współuczestnictwo, duchowa komunia z założycielem, żywy nawrót do źródła, z którego powstał zakon obdarzony swoim szczególnym celem w Kościele. Tę wizję i to współuczestnictwo trzeba dziś przekazać zrozumiałym językiem, wprowadzić w ich przeżywanie, bo dopiero z tego zrodzi się w łonie każdego zakonu wspólnota prawdziwa, mocniejsza niż różnice pokoleń, narodowości, rasy czy kultury. Jeżeli w zakonnikach ożyje wizja i charyzmat założyciela, jeśli zespoli ich poczucie wspólnego powołania do wspólnego zadania i celu, we wspólnej komunii, wtedy zdrowy pluralizm w zakonie oprze się na mocnym fundamencie jedności i ubogaci tę jedność, nie grożąc jej rozbiciem. Wtedy też duch ożywiający dany zakon potrafi uelastycznić struktury i formy instytucjonalne życia, przez co uniknie się obu krańcowości: bezdusznego skostnienia w sztywnych ramach instytucji i lekkomyślnego wyrzucania za burtę instytucji jako rzekomo krępującego balastu. Umiar, mądrość i ład, będący charyzmatem założyciela i ożywczym czynnikiem stworzonego przez niego zakonu, zdoła ponownie przywrócić równowagę ducha i litery, twórczego zespołu i roztropnych ram instytucjonalnych.
Zakończmy to rozważanie słowami A. de Saint-Exupery, piewcy mocnej osobowości zespolonej mocną przyjaźnią i wspólnotą ze wszystkimi, co podążają wspólną drogą. W „Ziemi – ojczyźnie ludzi” tak pisze: „Możemy oddychać pełną piersią tylko wtedy, gdy zjednoczymy się z naszymi braćmi w jednym wspólnym celu. Doświadczenie uczy nas, że miłość nie polega na wzajemnym wpatrywaniu się w siebie, ale na patrzeniu razem w tym samym kierunku. Towarzyszami są jedynie ci, co wiążą się jedną wspólną liną dla zdobycia tego samego szczytu, na którym wszyscy chcą się spotkać … Dla tych z nas, którzy poznali bezmierną radość wzajemnego ratowania się na Saharze, każda inna przyjemność musiała wydać się nikła i błaha” /Wa-wa, Pax 1957, s. 192/. Słowa te odnajdują swe żywe echo w duchowości Soboru Watykańskiego II i w nowych prądach pod tchnieniem Ducha miłości w naszych czasach. Słowa te ułatwiają nam zrozumienie ogromnej potrzeby chwili obecnej: Mimo wszystko być razem, nie wpadając ani w anarchizm indywidualizmu, ani w przytłaczającą wolność i oryginalność osoby kolektywizmu. A zawsze chodzi o jedność i wspólnotę dla ratowania przez związanie się z tym, który jest Zbawcą wszystkich – Jesus Redemptor omnium.
Opracowano w oparciu o następujące artykuły:
Oliver du Roy ,OSB Das monastische Leben heute, w: Geist ind Leben, Juni 1970, s. 194-205.
Fridrich Wulf, SI Die Zukunft des Ordenslebeb, tamże, s. 226-230.
Karl Rahner, SI Die Zukunft der Orden in Welt und Kirche von heute, Geist und Leben, November 1970, s. 338-354.
Thomas Merton, OCR Notatki o przyszłości monachizmu, w: Tygodnik Powszechny, 6-13.IV.1969, s. 6.
John Carroll Futrell, SI La perspective ignationne. „Ce qui unit”, w: Christus nr 69, Janvier 1971, s. 125-133.
Archiwum KWPZM
