Blog o. Jarosława Kupczaka OP „Nie tylko białe i czarne”: Vaticanum Secundum

Rocznica 50-lecia rozpoczęcia Drugiego Soboru Watykańskiego zaowocowała wieloma publikacjami na ten temat. Przed sobą mam blok tematyczny na ten temat w „Tygodniku Powszechnym” (42/2012). Niestety powierzchowny intelektualnie; smutne potwierdzenie tezy, że Tygodnik już nie inspiruje; nie ma w nim wiele do czytania.

Wstępniak ks. Adama Bonieckiego zrównoważony. W miarę bezstronnie Autor pisze o dwóch interpretacjach Soboru: hermeneutyce zerwania i hermeneutyce reformy. Rozróżnienie znane jest już od kilku dobrych lat; warto by pójść dalej i postawić dalsze wynikające z niego pytania na temat granic otwartości Kościoła, wierności Tradycji, krytycznej funkcji teologii wobec kultury, Kościoła jako „znaku sprzeciwu”, itd. To są jednak takie nie-tygodnikowe tematy… Temat dwóch hermeneutyk Soboru powraca w wywiadzie z ks. Johnem O’Malley „Bardzo zdrowe ćwiczenie”. Niestety, Jacek Prusak napisał o Soborze „na kolanie” tekst w stylu tygodnikowej „poprawności politycznej”: Sobór jako nowy i cudowny początek, otwarcie na świat, wejście w kulturę, etc.

Czego brakuje w tygodniowych tekstach? Jak zawsze – drugiej strony: zwrócenia uwagi na smutne dziedzictwo Vaticanum Secundum, o którym 50 lat po Soborze po soborze wiemy już dość dużo, a w dużej mierze dzięki pontyfikatowi Benedykta XVI potrafimy już zacząć teologiczną refleksję nad tym smutnym dziedzictwem. Napisałem „zacząć”, gdyż na podsumowanie po-soborowej dewastacji Kościoła jest jeszcze za wcześnie. Nadal żyje pokolenie, które się do tego walnie przyczyniło. Jego następcy postawią ważne pytania i napiszą smutną historię. Poniżej tematy tylko niektórych z rozdziałów tej historii.

Jak dekady po Vaticanum II przyczyniły się do dewastacji życia zakonnego i kapłańskiego w krajach, które wprowadzały reformy w sposób bezkrytyczny i entuzjastyczny? W jakiej mierze złe rozumienie otwartości na świat przyczyniło się do tego, że siostry zakonne i zakonnicy w imię integracji ze światem porzucili zwyczaj chodzenia w habicie, sprzedali swoje klasztory, aby zamieszkać w apartamentowcach, zamienili teologię duchowości na psychoanalizę… Upadek zgromadzeń męskich i żeńskich, które poszyły tą drogą i – dla kontrastu – wielość powołań do zgromadzeń, które oparły się powierzchnemu upodobnieniu do świata jest jasną ilustracją tezy o popełnionych błędach.

Liturgia. Tutaj dewastacja była najbardziej widoczna i najbardziej widoczny był teologiczny charakter popełnionych błędów. Począwszy od najbardziej drastycznych przykładów: mszy św. odprawianej na herbatnikach i Coca-coli w imię inkulturacji sakramentu w lokalną kulturę, liturgii mszalnej celebrowanej przez księdza w garniturze i krawacie w na biurku w pracy w imię uświęcenia miejsca, gdzie się pracuje, zastąpienia łacińskiej gregorianki big-beatem, wprowadzenia elementów pogańskich kultur bogini do liturgii feministycznie zorientowanych zgromadzeń zakonnych, zastąpienie trynitarnej formuły przez coś w rodzaju: „w imię Tej, która jest przed wszystkim; Tego, który od Niej pochodzi i Tej, która wszystko przenika”. Można by długo kontynuować spis liturgicznych herezji dokonanych w imię bezkrytycznej i naiwnej otwartości na kulturę.

Zamieszanie w dziedzinie tożsamości seksualnej. Pamiętam, jak moi nieco starsi współbracia z klasztoru w Waszyngtonie wspominali, że wykładowcy i studenci z jednego z lokalnych seminariów duchownych spotykali się wieczorami w lokalnych barach gejowskich, gdzie – zgodnie z zasadą, że najpierw trzeba być człowiekiem, a później chrześcijaninem i kapłanem – zamierzali odkrywać swoją seksualność. W końcu, w latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku uważano, że nie ma istotnej różnicy między orientacją homo-seksualną a hetero-seksualną, jeśli chodzi o kandydatów do kapłaństwa, a nierzadko klerycy w seminarium musieli podpisywać deklarację o tym, że nie są „homo-fobami”, co w praktyce oznaczało, że zgadzają się na to, żeby obok nich w seminarium mieszkały osoby otwarcie przyznające się do tego, że są gejami.

Oczywiście, można twierdzić, że te wszystkie nonsensy, o których mowa jest powyżej, niesłusznie przypisywane są ostatniemu Soborowi. To prawda. Równocześnie jednak, należy zauważyć, że propagatorzy i ideolodzy tej pseudo-reformy w różnych sferach życia Kościoła nieustannie odwoływali się do reformatorskiego „ducha Soboru”, który – jak to zauważa Benedykt XVI – przeciwstawiany był literze dokumentów soborowych. W imię „ducha Soboru” można było być zwolennikiem najbardziej absurdalnych i heretyckich poglądów, bo jesteśmy już po Soborze. Odtąd nic nie miało być takie jak dotąd.

o. Jarosław Kupczak OP

Za: www.dominikanie.pl