Refleksje: W Wigilię pogłaskaj psa

Mam alergię na świąteczne życzenia.  Wystarczy wpisać w internetową wyszukiwarkę hasło „życzenia na Boże Narodzenie” i monitor wyświetli kilkaset tysięcy stron z propozycjami świątecznych gotowców.

Niestety, Stwórca poskąpił mi inteligencji, gdyż nijak nie jestem w stanie zrozumieć tych wszystkich wierszyków, mądrych sentencji, pobożnościowych frazesów. Nawet ukończone filozoficzno-teologiczne studia niewiele tu pomagają. A już ciarki na plecach przechodzą, kiedy czytam coś takiego (na szczęście sam nie dostałem):

Choć w te Święta się nie ujrzymy
wszystkiego dobrego
szczerze życzymy
zdrowia, szczęścia i radości,
stołu sutego i wielu gości. 

Tak się składa, że akurat za sutym stołem nie tęsknię, a w pierwszy dzień świąt najchętniej chciałbym nikogo nie odwiedzać, tylko po przedświątecznej bieganinie, pobyć w ciszy i spokoju. Najlepiej w klasztorze, i w gronie współbraci. Pomarnować czas i zwyczajnie nacieszyć się tym, że pojawiła się na świecie Osoba, która zmieniła jego bieg. Ta sama Osoba sprawiła, że każde życie ma sens i nawet śmierć nie jest dla człowieka już końcem.

***

Kilka lat temu pewien katowicki ksiądz, którego poznałem u dominikańskich mniszek, Jerzy Szymik, podzielił się swoją zasadą, aby odpowiadać na każdy e-mail. „Za każdym listem kryje się konkretny człowiek” – tłumaczył. Mimo, iż sam jest człowiekiem ogromnie zapracowanym, stara się nie zapominać o innych, będąc przekonanym, że tych ludzi postawił na jego drodze sam Bóg.

Przyznaję, w zalewie klasztornych spraw chęć odpisywania na każdego e-maila, to dość karkołomna zasada (jeden ze współbraci, którego ogromnie lubię, z ironią do dziś wyrzuca: „Szymik cię skrzywdził”). Mimo to, ową zasadę staram się realizować w praktyce, będąc przekonanym o jej sensowności. Nie ma ludzi niepotrzebnych i takich, którzy nic nie znaczą. Nie trzeba przecież pisać elaboratów, wystarczy jedno słowo, aby nadawca nie poczuł się zignorowany. Wyjątkiem są przypadki, gdy odpisanie na dany list wiązałoby się z poświęceniem kilku godzin, ale nawet wówczas, można wykrzesać przynajmniej obietnicę modlitwy.

Z nostalgią o tym piszę, gdyż zauważyłem, iż od tej zasady zacząłem powoli odstępować. Widząc zalew świątecznych maili „adresowanych do wszystkich”, moje sumienie staje się coraz bardziej nieczułe. Wiele osób (pewnie i z dobrej woli) hurtowo życzy nam zdrowia, wesołych Świąt, ktoś doda: „Wesołych i Radosnych Świąt”, a co bardziej ambitni: „Wesooooołych…”.

Facebooka nie używam, portale społecznościowe jakoś mnie przytłaczają. Z opowieści jego użytkowników wiem jednak, że i tam rozpoczyna się właśnie festiwal życzeń, które nic nie znaczą. Wszyscy piszą do wszystkich, czyli do nikogo. Na własne życzenie wyjaławiamy święto z wszelkiej wyjątkowości i magii.

Kilkudziesięciu znajomych, a nawet przyjaciół, z pewnością teraz czeka na nasze mądrości. Skopiuję więc kilka banalnych wierszyków i sprawę mam załatwioną. Wiadomo.

To nie wszystkie przygotowane dla nas niespodzianki. Już teraz z niecierpliwością przebieram nogami, nie mogąc doczekać się świątecznych okładek polskich gazet. Ach te zdumiewające i błyskotliwe grafiki. Słowo daję, nie mam żądnych przecieków i strzelam w ciemno, zasada będzie następująca: im mniej symboli raniących moje religijne uczucia, tym bardziej profesjonalne podejście do czytelnika.

Z utęsknieniem czekam więc na nową postać zajączka, bałwanka, choineczki, latającego renifera. Myszka Miki raczej się nie pojawi, choć i ją widziałem dzisiaj na świątecznej pocztówce wraz z wydrukowanym tekstem: „Pogłaskaj psa lub kota w Wigilię, powiedz mu, że wierzysz w szczęście”. Myślę, że sam Paulo Coelho byłby zachwycony ową głębią.

***

Już sam nie wiem co lepsze? Silić się na złudzenia, wysyłając hurtowo schematyczne teksty do osób, których nawet już nie kojarzymy, czy darować sobie i nie zawracać tym głowy? Skłaniałbym się do drugiej opcji, gdyby nie istniała jednak trzecia droga.

***

Jako człowiek prosty, wzrastający na blokowiskach, zostałem wychowany w przeświadczeniu, że więcej niż słowa, znaczą zwyczajne gesty pamięci. Im prostsze, tym cenniejsze.

Mam ogromną słabość do życzeń nieskomplikowanych, krótkich i uczciwych, czyli jak to się mówi „od siebie”. A już zupełnie rozbrajają mnie te, w których nadawca jest w stanie umieścić jakiś osobisty akcent. I na dodatek nie wysyła tego używając opcji: „undisclosed-recipients”.

Do dziś będę pamiętał życzenia jednego ze współbraci, który zawsze potrafił uderzyć w sedno. Gdy zwierzałem mu się ze swoich monastycznych tęsknot, za kilka miesięcy czytałem: „abyś miał tak długą brodę jak kameduła”.

Innym razem znowu strzelił w dziesiątkę, życząc przed Wielkanocą: „aby ananasy w puszce wykradane z klasztornej spiżarni były zawsze soczyste”. Tu proszę o wybaczenie klasztorną kuchnię, ale w chwilach wyjątkowo dokuczliwych traktowałem to jako dowód, że Bóg mnie nadal kocha. Ktoś przecież musiał stworzyć tak cudownie orzeźwiające owoce. Na domiar złego dałbym się pociąć, że słyszałem głos szepczący mi do ucha: „Nie zapomnij tylko poczęstować swoich Braci. Nikt nie widzi”.

Pocieszam się opowieścią benedyktyńskiego kardynała Basila Hume’a, który cierpiał z powodu skrupulanctwa. Kiedy jednak zaczął doświadczać ogromnej dobroci Jezusa wspominał: „Kiedyś ukradłem jabłko i miałem straszne wyrzuty sumienia. A potem jak zacząłem doświadczać ogromnej dobroci Bożej, to teraz sobie myślę, że jakby Pan Bóg tak na mnie patrzył, to by powiedział: Basil, weź dwa!”.

Były też inne życzenia: „abyś nigdy nie musiał uciekać w prześcieradle goły” (odsyłam do Ewangelii Marka) lub: „aby mowa cię zdradzała, że byłeś razem z Nim”.

Zawsze w takich momentach, choć na chwilę udawało się zatrzymać myśli i pomyśleć o nadawcy, przy okazji zastanawiając się, jaki właściwie jest sens zbliżających się świąt? W jaki sposób doświadczam wcielenia?

***

Nie jestem zbyt kreatywny, więc z tym większym podziwem patrzę na czyjąś pomysłowość. Życzenia proste, płynące z serca wzruszają najbardziej.

Kilka dni temu od jednego z podopiecznych, od wielu lat przebywającego w zakładzie karnym, otrzymałem cudowny podarek. Na sztywnej okładce, wyrwanej z zeszytu, został naklejony obrazek z grafiką Jezusa (autor posiada plastyczny talent), na odwrotnej stronie życzenia. Szczere, uczciwe, najcenniejsze. Najpierw się uśmiechnąłem, a potem wzruszyłem. Tak mam do teraz, kiedy o tym piszę.

„Panie Jezu proszę Ciebie, żeby ojciec Krzysztof i Bracia Dominikanie żyli długo w zdrowiu
i żeby wszystko było tak, jak Bracia Dominikanie chcą by było”.

Jasne, można się czepiać, że teologicznie niepoprawnie, że językowo można by lepiej, płynniej. To nie ma żadnego znaczenia. Gest, prostota i serce – to prawdziwa moc. Wydawcy świątecznych kartek mogliby udać się na korepetycje. Jakby co, służę kontaktem.

Tekst pochodzi z bloga o. Krzysztofa Pałysa „Opowieści z betonowego lasu”. Opublikowany został w grudniu 2011 roku na Dominikanie.pl.

Za: www.dominikanie.pl