Franciszkanie – Czechy: potrzeba Boga

O głoszeniu Ewangelii w Czechach, jednym z najbardziej ateizowanych krajów Europy, opowiada pracujący w Brnie franciszkanin – o. Adam Wolny.

 

Zacznijmy od podstawowego pytania: czy Czechy są krajem misyjnym? Może się wydawać, że misje prowadzi się na odległych kontynentach, a nie tuż za granicą…Niewątpliwie jest to kraj misyjny, bo żyjemy otoczeni ludźmi niewierzącymi i poganami. Niedawno słuchając jednego kazania kolejny raz uświadomiłem sobie, że mamy być świadomi swojego powołania i że św. Paweł głosił Ewangelię wśród pogan. Można powiedzieć, że my też głosimy Dobrą Nowinę w podobnym środowisku.

Dowodem na to może być fakt, że gdy w 2011 r. był spis ludności w Czechach, zaledwie kilka procent ludzi przyznało, że są wierzący. Gdy sprawuję pogrzeby czy celebracje sakramentu małżeństwa, to wiem, że połowa, albo przynajmniej 30% obecnych nie jest wierząca. I muszę mieć to na uwadze, by tak głosić Słowo Boże, żeby oni zrozumieli.

Jak scharakteryzowałby Ojciec to europejskie pogaństwo, o którym Ojciec wspomniał?Na pewno zauważa się na ulicy, zwłaszcza wtedy, gdy człowiek idzie w habicie przez miasto. Widać wtedy w oczach ludzi ciekawość, zainteresowanie. Często ludzie zaczepiają, pytają o coś. Oni czasem znają Kościół Katolicki i mają o nim jakieś nikłe wyobrażenie.

Widać jednak pewien kontrast: z jednej strony, jeśli chodzi o sprawy wiary, często panuje ignorancja, a z drugiej widać, że jeśli w życiu nie ma Boga, to ludzie szukają jego namiastek. U nas w Polsce rzadko się zdarza, by ludzie w domach mieli czarownice, albo żeby były na wystawie w co drugim sklepie. A w Czechach zdarza się to często.

Figurki czarownic?Takie maskotki, kukiełki.

Ludzie wierzą w jakieś ich moce?Nie wiem, czym się ludzie kierują, kupując sobie takie czarownice, ale słyszałem przynajmniej jedno świadectwo osób, które spały w pokoju z taką czarownicą i wiem, że to nie była tylko figurka. Opowiadający o tym zdarzeniu mówili o negatywnym doświadczeniu obecności złych duchów.

 

 

Ateizm Czechów jest na pewno w jakimś sensie nieznajomością Boga. To czasem też doświadczenie ludzi, którzy być może coś kiedyś słyszeli o Bogu i Kościele, ale albo po prostu nie doświadczyli Bożej obecności, albo mają o Nim jakieś złudne, często fałszywe wyobrażenie.

Gdzie w takim razie ci ludzie kształtują swoje spojrzenie na Boga czy na Kościół, skoro Czesi uchodzą za jeden z najbardziej zateizowanych narodów świata?Ten obraz bardzo często kreują i utrwalają media, które niestety są nieprzychylne Kościołowi na każdym kroku.

Tak jak widać na przykładzie głośnej ostatnio sprawy restytucji kościelnych?Tak. Są takie hasła, które media powtarzają, a ludzie łykają je jak dzieci cukierki. Takim przykładem jest hasło „majątek Kościoła”, o którym mówi się, poruszając kwestię restytucji. Podaje się przy tym pewną sumę, ile pieniędzy Kościół otrzyma. Tak naprawdę chodzi o budynki, często już mocno zniszczone, które Kościół ma odzyskać. Mówi się przy tym często – dlaczego my mamy coś dawać Kościołowi…? Nie mówi się o wracaniu własności do prawdziwych właścicieli, ale o tym, że państwo ma coś podarować Kościołowi. Stąd też w ludziach pojawia się opór. Poza tym te wszystkie wartości budynków sumuje się i w telewizji podają przekaz, że Kościół nagle dostanie mnóstwo pieniędzy, które wcale mu się nie należą.

A więc cały przekaz opiera się na kłamstwie, bo tak naprawdę nie jest to podarowanie czegoś Kościołowi, ale oddanie, oparte na zasadzie sprawiedliwości, że jeżeli komuś coś zabrano, należy oddać.Dokładnie. A przez używanie w mediach haseł typu „majątek Kościoła” czy też „bogactwo Kościoła”, stwarza się właśnie taki obraz. Spotykam się z tym na co dzień, rozmawiając z ludźmi niewierzącymi. Kiedyś jedna pani podczas „Nocy kościołów” powiedziała do mnie: „ja tak nie rozumiem tego bogactwa Kościoła” . Pytam więc, o co konkretnie tej pani chodzi. A ona mówi – „No, na przykład ten kościół”. Nasz kościół w Brnie jest co prawda bardzo ładny, ale też jest dość zniszczony. Mówię do niej: „Proszę Pani, ja jestem obcokrajowcem, tutaj przyjechałem i stąd wyjadę, przecież tego ze sobą nie wezmę. To jest bogactwo tej ziemi, ludzie chcieli kiedyś ten kościół zbudować, ofiarowali na to swoje pieniądze. To ich pieniądze, mogli przecież z nimi zrobić co chcieli, jeśli to godziwe. Chcieli wybudować piękną świątynię Bogu – nie wolno im? A to jest ich majątek, to zostaje u nich, w tej ziemi…” Ale media mówią cały czas o majątku i bogactwie Kościoła. Dlatego gdy ktoś spojrzy później na piękny kościół to od razu jest zgorszony. Niektórzy tak reagują, bo chyba uważają, że ubogi Bóg nie ma prawa do pięknych świątyń.

Czy obecna sytuacja religijna w Czechach powiązana jest z przeszłością, z historią? Skąd aż tylu niewierzących ludzi?Na pewno to efekt komunizmu, ale to już zaczęło się wcześniej – w okresie reformacji i za czasów Husa. Spowodowały to różne spory religijne oraz dezinformacja, która już wówczas istniała i pogłębiała podziały. Jednak ogromny wpływ na obecny stan rzeczy miał okres komunizmu, który zasiał wielkie spustoszenie. W Czechach było kilka miejsc, do których nagle wywieziono wszystkich księży i zakonnice. Czekano, aż tam poumierają. To były getta, w których żyli, m.in. w miejscowości Bila Voda., Gdy więc zabrano ludziom pasterzy, to trudno było zachować wiarę. Wiadomo, że mimo to, ludzie starali się wierzyć, ale na pewno w Czechach prześladowania za wiarę w czasie komunizmu były surowsze i dużo poważniejsze niż w Polsce. Wyrzucanie z pracy za wiarę, trudności z dostaniem się na wyższe uczelnie dlatego, że jest się katolikiem – to tylko niektóre z form prześladowań. I to wszystko przyniosło owoc.

Kiedy mówił Ojciec o czasach Husa i reformacji, pomyślałam o kwestii życia z innymi religiami, które przecież też istnieją w Czechach. Jak się układają wspólne relacje między katolikami a protestantami?Dzisiaj już nie występują takie antagonizmy jak w przeszłości. Czasem pojawia się nawet współpraca. Zwłaszcza gdy chodzi o czeskie dzieło charytatywne. U nas działa „Charita”, która jest odpowiednikiem polskiego „Caritasu”. Angażują się w nią zarówno katolicy jak i protestanci oraz inne osoby. Oczywiście oprócz tego Kościół w Czechach również stara się pomagać misjom. Organizujemy też różne spotkania modlitewne w stylu Taize. W niektórych miastach nawet co miesiąc. Wiemy też, że tradycyjne europejskie spotkanie z Taize, które odbywa się na przełomie roku – w tym ma odbyć się w Pradze.

A jak wygląda to procentowo?Katolików jest na pewno więcej, choć wiem, że protestantów też nie ma zbyt wielu. Mimo to próbują coś robić, działać w miarę swoich możliwości. Czasami można spotkać ich na rogach ulic, gdy prowadzą różne formy ewangelizacji. W Jihlavie, gdzie kiedyś pracowałem był zwyczaj, że przedstawiciele lokalnych kościołów uczestniczyli w comiesięcznych spotkaniach, modlili się, rozmawiali o swoich planach, mimo pewnych różnic rozważali Słowo Boże. Ja z kolei kiedy tam byłem, miałem zespół, który wprawdzie nie doczekał się ani jednego koncertu, ale spotykaliśmy się i graliśmy w ekumenicznym składzie.

Jakie metody ewangelizacyjne już podejmuje się w Czechach, a jakie można by jeszcze podjąć?Kilka razy w roku w miastach organizuje się weekendowe akcje ewangelizacyjne, w które aktywnie włącza się młodzież. Widzę bardzo mocną potrzebę ewangelizacji w mediach, bo tak jak mówiłem, pojawia się w nich dezinformacja oraz nagonka na Kościół. Potrzeba więc ludziom dawać również dobre informacje. Staramy się też to robić.

 

 

Istnieją takie dobre media?Kościół Katolicki ma swoją telewizję – „Noe”. Jest też radio „Proglas”, którego słuchają nie tylko wierzący, bo gra ono nie tylko muzykę chrześcijańską, ale też jazz czy inne gatunki, które zachęcają ludzi do słuchania tej stacji. Czasami też staramy się też współpracować przy realizacji filmów o tematyce chrześcijańskiej. Dwa czy trzy lata temu powstał film o św. Franciszku, w którym główną rolę grał nasz gwardian. Co ciekawe film miał swoją premierę w czeskiej „Dwójce” na Boże Narodzenie o godz. 21:00, czyli w bardzo dobrym czasie antenowym. To też jest jakieś ziarenko, które zostało zasiane.

Czasami Czeska Telewizja też pozytywnie nas zaskoczy. Na przykład parę lat temu w okolicach świąt Wielkanocnych emitowano film „Pasja” Mela Gibsona. To było zaskakujące, że akurat wtedy ten film znalazł się na antenie.

Ważne jest więc, żeby takie filmy powstawały i by Kościół miał swoje media, ale był też obecny w mediach publicznych. To, co można jeszcze wykorzystać to posługa w szpitalach, więzieniach, domach dziecka. Gdy pracowałem w Jihlavie, co tydzień chodziliśmy do szpitala. Dzięki temu zarówno ludzie wierzący jak i niewierzący mieli możliwość porozmawiać z księdzem czy przystąpić do sakramentów, jeśli byli ochrzczeni.

Ludzie chętnie korzystali z takiej możliwości?Różnie bywało. Muszę jednak powiedzieć, że czasami ludzie niewierzący sami nas szukają i chcą rozmowy. Można powiedzieć, że my tak bardzo nie musimy wychodzić na ulice, bo ludzie sami do nas przychodzą. Ja bardziej szykuję się na to, by wykorzystywać takie okazje, które już Pan Bóg daje. Podam przykład – parę dni temu przyszedł do mnie do konfesjonału niewierzący człowiek, który zdawał sobie sprawę, że mocno zgrzeszył. Ciekawe, że przyszedł właśnie tam, do kościoła, do konfesjonału – czuł, że to jest to miejsce, gdzie może uzyskać pomoc. To człowiek niewierzący, który nie jest ochrzczony, ale czuje, że ma na sobie wielki ciężar, którego pragnie się pozbyć. Rozmawiałem z nim i powiedziałem też, że jeżeli zostanie ochrzczony, to Pan Bóg przebaczy mu grzechy. Bardzo się z tego ucieszył i był tym zaskoczony. Oczywiście chodzi o przyjęcie chrztu przez osobę wierzącą – tutaj pozostaje kwestia katechezy i „oczekiwania na wiarę”. Dałem mu kilka wskazówek, poprosiłem, aby poszedł do swojego proboszcza i też z nim porozmawiał. Zobaczymy, co będzie dalej.

Tak jak też już mówiłem – podczas głoszenia Słowa Bożego kapłan musi być świadomy, że mówi zarówno do ludzi wierzących jak i niewierzących. Zazwyczaj w tygodniu na mszę świętą do kościoła przychodzą ludzie wierzący, chociaż czasem zdarza się, że na mszę świętą przyjdzie ktoś niewierzący.

Z ciekawości?Tak, właśnie dlatego ludzie przychodzą – albo z ciekawości, albo przy takich okazjach jak pogrzeby czy śluby. To są momenty, w których ja wiem, że przynajmniej 20% czy 30% to ludzie niewierzący i muszę tak głosić Słowo Boże, żeby było dla nich zrozumiałe, a zarazem aby nie zabrakło nauki o Panu Jezusie jako Zbawicielu. Podobnie podczas pasterki. Wtedy na mszy jest obecnych wielu niewierzących. Przychodzą, bo to część tradycji. Nie zawsze uczestniczą w całej mszy. Czasem przyjdą tylko na chwilę, czasem zostaną do kazania, ale czują, że wtedy po prostu muszą być w kościele.

Kiedyś słyszałam takie stwierdzenie, że mimo tego że wiernych w Czechach jest mniej, to katolicy przeżywają swoją wiarę intensywniej, mniej tradycjonalnie i bardziej „na poważnie”. Czy zgodziłby się Ojciec z takim poglądem?Nie lubię generalizowania. Podobnie jak w Polsce wiem, że są ludzie, którzy może przychodzą z obowiązku, ale wiem, że są i tacy, którzy naprawdę kochają Boga i mają z nim osobistą relację. Zarówno jednych jak i drugich można spotkać i w Polsce i w Czechach i pewnie w ogóle na całym świecie. Na pewno trzeba trochę odwagi w wyznawaniu swojej wiary, w przyznawaniu się do Boga i myślę, że w Czechach trzeba tej odwagi jeszcze więcej. Na przykład żeby w Polsce przyjść na procesję w Boże Ciało nie trzeba być wielkim bohaterem, bo w sumie wszyscy idą. Idzie tłum ludzi i jak ktoś chce, może się w niego wmieszać, schować. Natomiast w Czechach – zwłaszcza gdy to procesja Bożego Ciała w mniejszych miastach, gdzie się wszyscy znają, pojawić się na tej uroczystości – w dużo mniejszym tłumie, wymaga więcej odwagi. To dość wymagająca forma dawania świadectwa, szczególnie dla młodego człowieka, który chodzi do szkoły, albo studiuje i obraca się raczej w towarzystwie niewierzących kolegów.

Ciekawe jest to, że w Czechach, w kraju mocno zateizowanym, występują różne zjawiska, których nie widziałem w Polsce. U nas w Polsce, kiedy chłopak poznaje dziewczynę, to rozmawia na różne tematy, ale raczej nie pyta jej od razu, czy jest wierząca. Natomiast w Czechach dla ludzi, którzy się dopiero co poznali, pytanie o wiarę to jedna z podstawowych kwestii, jakie porusza się w czasie pierwszych rozmów.Jako kapłan, pracujący w Czechach od 10 lat, bardzo często zauważam że ludzie, którzy mówią o sobie, że są niewierzący, bardzo często noszą w sobie pewną ciekawość Boga. I widać, że mają w sobie ten niepokój, o którym pisze św. Augustyn. Czasem mam wrażenie, że oni nie potrafią sobie poradzić ze swoją niepewnością, dotyczącą tego, czy Bóg jest. Nie zgadzam się z tym, co wygłasza w Polsce Mariusz Szczygieł, który uważa się za specjalistę od Czech. W swoich książkach i w programach telewizyjnych powtarza, jak Czesi świetnie sobie radzą bez Boga. Prawda jest inna – Czesi sobie po prostu bez Boga nie radzą. I stąd pochodzi ten widoczny w nich niepokój, rozdarcie, czy rzeczywiście mogą powiedzieć, że Boga nie ma? Wiedzą, że nie są pewni swojej niewiary. Na pewno trzeba się za nich modlić i wierzyć, że Pan Bóg ma w tym wszystkim swoje ścieżki.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska

Za: misje.franciszkanie.pl