Francesco Sasia, kamilianin: Haiti miesiąc po trzęsieniu ziemi

100223g.png W czasie mojego pobytu w Port au Prince, obszedłem wdłuż i wszerz tę haitańską stolicę, napotykając na mojej drodze góry gruzów. Około 80 procent budynków zostało doszczętnie zniszczonych, bezużytecznych i niebezpiecznych. Z twarzy mieszkańców Haiti, jak z otwartej książki, można bez problemów wyczytać informacje dotyczące tych strasznych wydarzeń z 11 stycznia.



Ci, którzy przeżyli,
koczują przed gruzami  swych domów, próbując przy użyciu
folii plastikowej uchronić się chociaż
trochę od coraz to obfitszych  deszczów i porannej rosy.

Wielu po pierwszym
trzęsieniu ziemi znalazło schronienie pod arkadami domów, które
zostały uszkodzone przez żywioł, co w konsekwencji doprowadziło
do wielu tragedii i śmierci wywołanych przez kolejne wstrząsy.
Ludzie boją się, wszyscy śpią na ulicach a
do powszechnej paniki przyczyniają sie
także lokalne mass-media  przepowiadające kolejne silne
 trzęsienie ziemi.

Miesiąc
po trzęsieniu ziemi odnosi się wrażenie, że czas stanął
w miejscu i nie 30 dni temu, ale dziś
doszło do tej ogromnej tragedii. Zniszczeń
jest tak wiele, że trudno dostrzec pomoc
humanitarną, która przecież napływała w pierwszych dniach po
kataklizmie ze wszystkich stron świata. Wiele Organizacji
Humanitarnych zamyka swą działalność na Haiti,
gdyż uważa,  że zagrożenie już się skończyło.

Chodząc
po ulicach miasta, można zobaczyć tylko
ruiny i nadal czuje się silny odór trupów. W całym
mieście, widziałem tylko dwie koparki! Większość zmarłych
 znajduje się jeszcze pod gruzami, gdzie tylko psy mogą się
przedostać.Miejscowa ludność ma tylko
do dyspozycji własne ręce do wydobywania ciał bliskich i
ewentualnego odbudowywania swoich domów,
lecz po miesięcznej walce o życie także ich
ręce opadają pod brzemieniem
ponadludzkiej pracy. Szpitale, szkoły, biura, sklepy, banki są
zdewastowane, a pod ich gruzami zostały pogrzebane także znikome
nadzieje na zdobycie miejsca pracy. Całe Haiti legło w gruzach!

Jedynie
wiara pozostała. Dokładnie miesiąc po tragedii 
Haitańczycy zebrali się na 3 –
dniowe modlitwy w  kościele naszej Kamiliańskiej
Misji.  Na placach w całej Stolicy wierni  w najlepszych
ubraniach chwalili i dziękowali Panu, śpiewając  i tańczyć,
za dar ocalenia. Rodziny ofiar nie zadają
Panu   Bogu pytania, 
dlaczego pozwolił tak wielu ludziom
umrzeć, ale zastanawiają się, dlaczego
Bóg ich ocalił.

Czują
się kochani, ponieważ przeżyli, a to daje im siłę, aby zacząć
od nowa. Przed wyjazdem na Haiti znałem bardzo dobrze
panującą tam sytuację  i ten
informacje bardzo mnie przytłaczały. Wiara w Boga tamtejszych ludzi
dodała mi otuchy. Haitańczycy mnie pocieszyli!

Nasza
Misja przetrwała trzęsienie ziemi bez większych strat , choć
ma murach pomieszczeń pojawiły się pęknięcia i większość
wyposażenia potrzebuje  naprawy.

Przez pierwsze kilka dni
lekarze wykonywali setki zabiegów
chirurgicznych zmuszeni do poszukiwania narzędzi chirurgicznych i
leków rozrzuconych na podłodze oraz
zalanych wodą z popękanych rur hydraulicznych i kanalizacyjnych. W
czasie, kiedy każda minuta mogła zaważyć
o życiu i śmierci pacjenta, trudno było znaleźć odpowiednie
narzędzia. Obecnie uszkodzenia zostały usunięte i nasz szpital
pracuje na pełnych obrotach.  Pierwsze kontenery z Waszą
pomocą dotarły także do miejsca przeznaczenia.

Nasi klerycy  nadal
śpią w namiotach, a kiedy są w domu, przy najmniejszym
wstrząsie natychmiast w milczeniu opuszczają pomieszczenie ,
aby  następnie powrócić ze łzami w oczach.   W ich
uszach nieustannie dźwięczy przeraźliwy krzyk ich kolegów, którzy
zginęli pod gruzami Seminarium, a którym,
mając tylko do dyspozycji własne ręce, nie mogli pomóc.  

Pozostawię
bez  komentarza  fakt, że dyrektor naszego sierocińca w
Port au Prince, zaledwie kilka minut przed trzęsieniem ziemi, nie
wiedząc dlaczego, pobiegł do budynku, krzycząc do 60
dzieci, aby jak najszybciej wyszły
na dwór. Budynek zawalił się, nie
wyrządzając dzieciom żadnej krzywdy.  W misji poznałem wielu
ocalałych: m.in. Ozima,
16 letniego chłopca
po amputacji ręki i lewej nogi, żyjącego
w nędzy. Dzieci sprawne inaczej z
prowadzonego przez naszą Misję „Foyer
Bethleme” dzięki Bogu nie ucierpiały.
Otrzymują od nas wszelką dostępną opiekę i wyżywienie.
Ich życie jest jednak bardzo trudne. Nigdy nie zapomnę,
gdy brały mnie za rękę i kładły moją
dłoń na własnym policzku i zamkniętymi oczyma uśmiechały się, 
wyobrażając sobie, że to dłoń  ich mamy. Większość z
nich została porzucona tylko dlatego, że
ich niepełnosprawność uważana jest za przekleństwo  w
religii voodoo.

Tak
w kilku zdaniach można opisać sytuację na Haiti miesiąc po
trzęsieniu ziemi.

Po powrocie do kraju
 w moim umyśle jak echo powraca jedno jedyne pytanie: Jeśli
Haitańczycy  zastanawiają
się, dlaczego Bóg pobłogosławił ich,
 darując im  życie, ja,
który żyję w Europie, co
mogę pomyśleć o sensie mojego życia?
 

Jedyna
odpowiedź to duchowa łączność z modlitwami  uwielbienia i
dziękczynienia Haitańczyków.

Francesco Sasia,
kamilianin  

Zobacz galerię.