Jak (nie) było na początku?

Na początku tego roku ukazała się na rynku księgarskim niewielka objętościowo, bo licząca tylko 76 stronnic, ciekawa książeczka pióra paulina o. Stefana Jana Rożeja OSPPE. Została ona zatytułowana „Jak (nie) było na początku Przystanki na tematy prawa, ślubów i wolności”. Jest to już 207 pozycja Wydawnictwa Zakonu Paulinów „Paulinianum”. Przy tej okazji, z Autorem tej potrafiącej wzbudzić zainteresowanie niejednego Czytelnika książeczki, rozmawiał kleryk Wyższego Seminarium Duchownego Zakonu Paulinów w Krakowie br. Tomasz Leśniewski. Rozmowa ta została opublikowana w periodyku kleryków paulińskich VOX EREMI.

Z Ojcem Stefanem Rożejem rozmawia br. Tomasz Leśniewski

Jak (nie) było na początku?

br. Tomasz – Trwa rok jubileuszowy w naszym Zakonie, w którym świętujemy 700 rocznicę uzyskania aprobaty papieskiej dla Zakonu oraz nadania mu Reguły Świętego Augustyna. W związku z tym na początek mam do Ojca pytanie związane z początkami Zakonu, wszak jubileusz skłania nas do powrotu do źródeł. Co było główną przyczyną sprawczą powstania Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika?

o. Stefan – Osobiście nie widzę jednej głównej przyczyny powstania Zakonu, ale raczej zespół przyczyn. Zakon nie powstał z niczego i jego powstanie należy rozpatrywać w świetle ogólnej sytuacji ówczesnego chrześcijaństwa, która sprzyjała powstaniu nowego zakonu. Przypomnijmy, XIII wiek to czas, kiedy świat posiadał niesłychanie rozbudowany system komunikacji wzajemnej. To może nas dziwić ludzi XXI wieku, ale wtedy ludzie bardzo dużo podróżowali, nawet mnisi (typ mnicha wagabundy nieustannego wędrowca).

Dobrze rozwinięty był również system wymiany informacji. Trzeba też wspomnieć o sprzyjających warunkach na Węgrzech. Węgry po przyjęciu chrześcijaństwa weszły bardzo intensywnie w życie Kościoła, o czym świadczy chociażby szybka kanonizacja Króla Stefana I. Paradoksalnie również pomogły w powstaniu Zakonu prześladowania tureckie. Często powodowały one, że ludzie uciekali i chronili się po lasach np. bp Bartłomiej czy bł. Euzebiusz, przez to zasmakowali spotkania z mnichami-pustelnikami. U początków naszego Zakonu stanęły też wybitne jednostki Kościoła katolickiego: kardynał Gentilis (franciszkanin) i św. Tomasz z Akwinu (dominikanin).

Oni nam bardzo pomogli w uzyskaniu aprobaty papieskiej i nadaniu nam Reguły Świętego Augustyna w dniu 13 grudnia 1308 roku. Ostatecznie jednak myślę, że to sam Bóg Ojciec pragnął, aby nasz Zakon zaistniał. To On posłużył się Duchem Świętym, który zasiał w ludzkich sercach i duszach pragnienie autentycznego życia Ewangelią. To sam nasz Pan połączył naddunajskich pustelników w jeden Zakon. To jest bardzo ważne, nie powstalibyśmy jako Zakon, jeśli nie chciałby tego Bóg.

br. Tomasz – Czy mógłby nam Ojciec opowiedzieć, jak to się stało, że odkrył drogę powołania zakonnego?

o. Stefan – Widzę trzy takie główne przyczyny, dzięki którym usłyszałem głos powołania. Mianowicie po pierwsze pochodzę z rodziny bardzo wierzącej. Bardzo mocno utkwił w mojej pamięci taki obrazek, jak mój ojciec każdego wieczoru klękał i mówił różaniec. Później bardzo często odmawialiśmy różaniec wspólnie, wszyscy członkowie rodziny. To był klimat, w którym głos Boga można było łatwo usłyszeć.

Co więcej, w rodzinie mieliśmy siostry zakonne. Po drugie, to w liceum miałem nauczycielkę marksistkę z krwi i kości, która mnie faworyzowała a jednocześnie ciągle nakłaniała do wstąpienia w szeregi ZMP (Związek Młodzieży Polskiej), co wiązało się z licznymi możliwościami i przywilejami. Jednak wychowywany w domu patriotycznym nie mogłem wstąpić w szeregi organizacji komunistycznej, nie widziałem tam przyszłości dla siebie. Ten trudny czas terroru (6 chłopaków z mojej klasy siedziało w więzieniu), też paradoksalnie pomógł mi odczytać wolę Boga. I po trzecie, to dobry przykład, jaki widziałem u księży w naszej rodzinnej parafii. To, jak mi się wydaje, było bardzo ważne. Doświadczyłem od kapłanów dużo dobra.

br. Tomasz – Jak Ojciec wspomina dzień 6 lipca 1950 roku, czyli dzień wstąpienia do Zakonu i jak ocenia z perspektywy tylu minionych lat dalsze lata formacji zakonnej zakończonej uzyskaniem święceń prezbiteratu 6 lipca 1958 roku (ponad 50 lat temu!) od ówczesnego ordynariusza częstochowskiego ks. bp. Zdzisława Golińskiego?

o. Stefan – Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy ojciec odwoził mnie na dworzec kolejowy, a moja matka powiedziała mi, że „jak ci będzie źle, to wracaj”. Choć nie zawsze było mi w Zakonie dobrze, to nigdy nie posłuchałem tej rady. W nowicjacie ojciec Krzysztof Kotnis był naszym magistrem. Wyznawał on zasadę, że jak przekroczyłeś już klauzurę, to na pewno masz powołanie. Te słowa bardzo mocno zagnieździły się w mojej młodej głowie.

Wstępując do Zakonu miałem niecałe 18 lat. 6 lipca to dla mnie data szczególna i ma wielkie znaczenie w moim życiu. Bo 6 lipca 1941 roku miałem Pierwszą Komunie Świętą, początek nowicjatu też blisko tej daty, potem 6 lipca święcenia kapłańskie, następnie śmierć bp. Golińskiego w 5 lat po moich święceniach 6 lipca. Jak oceniam lata formacji? To był czas ogromnej surowości w Zakonie, której obecnie może trochę brakuje w naszych szeregach. Ja ogromie cierpię, jak widzę gadanie na korytarzu.

Dawniej w nowicjacie, jak i w klerykacie było dużo milczenia. To może są drobnostki, ale z drobnostek składa się życie. Na czym polegała ta surowość? Przykładowo: nie jeździło się do domu niemal w ogóle. Jak zachorował mój ojciec, byłem wtedy na 2 roku filozofii w Warszawie – większość klerykatu spędziłem w Wyższym Metropolitarnym Seminarium Duchownym w Warszawie – to debatowano czy mogę pojechać odwiedzić mego ojca. W końcu pojechałem na 1 dzień, a za dwa tygodnie tata zmarł. I znów był problem, czy mnie puścić na pogrzeb ojca, bo dopiero co byłem. Były też duże posty w Adwencie i w Wielkim Poście, to wszystko teraz rozwodniło się i odeszło precz.

Było bardzo wielkie umiłowanie chóru i modlitwy wspólnotowej. Bardzo mnie boli, jak są opuszczane wspólne modlitwy, bo to przecież jeden z fundamentów życia mniszego. Pamiętam, jak z ojcem magistrem Krzysztofem w Wielki Piątek klęczeliśmy trzy godziny na posadzce w Leśniowie przed Bożą Matką. On oczywiście przewodniczył naszej modlitwie. Kto by to dzisiaj wytrzymał na klęcząco, bez klęczników, bez poduszeczek, bez dywaników? Nikt!

br. Tomasz – Czy korzysta Ojciec z tych doświadczeń, z tego fundamentu, który wybudował w czasie formacji nowicjackiej i seminaryjnej w dalszym życiu zakonnym?

o. Stefan – Oczywiście że tak! To w tych latach zrodziło się we mnie umiłowanie modlitwy chórowej i jeśli nie ma istotnych przeszkód to staram się być w chórku zakonnym na modlitwach. Jestem przeciwnikiem łatwego dyspensowania od wspólnych modlitw. Mój prefekt ojciec Ferdynand mocno nam zakodował w głowach co powinno cechować nasze życie – surowość i życie ukryte, takie jakie prowadziła Maryja.

br. Tomasz – Jak powstała ostatnia Ojca książka „Jak (nie) było na początku"? Czy był to owoc dłuższych przemyśleń, może nawet i całego życia? Czy raczej tak po prostu, Ojciec usiadł i napisał?

o. Stefan – Nic nie rodzi się z niczego. Tak, ta książka to owoc dłuższych przemyśleń, które zrodziły się w mojej głowie odnośnie jednej z największych tajemnic, która istnieje w relacji z Bogiem. Bóg zostawił człowiekowi wolność grzeszenia. Zainspirował mnie do napisania tej książki fragment ewangelii według św. Jana, konkretnie rozdział szósty – Mowa Eucharystyczna Jezusa. W której to Pan nasz określa siebie jako chleb dający życie.

Mówi dobre rzeczy, mówi o Eucharystii, nawet nie wspomina nic o krzyżu. Spotyka się jednak z dziwną reakcją ludzi „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?" (J 6,60). Wielu wtedy od Jezusa odchodzi i dziwna jest reakcja naszego Pana na tę sytuację. Nie goni za tymi, którzy odchodzą, chcecie odejść proszę bardzo. Zadaje nawet pytanie swoim najbliższym uczniom „Czyż i wy chcecie odejść?” (J 6,67). Bóg zostawia człowiekowi wolność całkowitą i zdumiewającą.

br. Tomasz – Czytając Ojca książkę odniosłem wrażenie, że jej autor tęskni za Kościołem antycznym?

o. Stefan – Tak troszkę tęsknie, bo uważam, że Kościół antyczny to Kościół autentyczny głoszący Kerygmat piotrowy – nawracajcie się i wierzcie Ewangelii – to jest istotne. Zawsze imponowała mi w ludziach ich autentyczność. Myślę, że taką cechę wyniosłem z domu rodzinnego, gdzie nie było dwulicowości. A w wydoskonalaniu tej cechy bardzo pomógł mi Neokatechumenat, który w praktyce stosuje takie metody ewangelizacji i nawracania, jakie stosował Kościół pierwszych wieków.

Założyciel Drogi Neokatechumenalnej Kiko, doświadczył w swoim życiu braku tego autentyzmu. Pochodzi z rodziny katolickiej bardzo bogatej. Gdy zdał maturę zapytał się ojca: Jak to jest? W każdą niedzielę chodzimy do Kościoła, jesteśmy katolikami a w codziennym życiu tego nie widać. Ciągła gonitwa za pieniędzmi, szukanie własnych racji itp. A ojciec mu na to odpowiedział: nie bądź głupi, Kościół to jedno, a życie to co innego. Wtedy przeżył szok.

br. Tomasz – Przez całą książkę przewija się problem (motyw) wolności. Wolność ukazuje Ojciec jako największy dar Boga, jakim mógł obdarzyć człowieka. Sam Jezus Chrystus szanuje ten dar i nie chce nikogo „ciągnąć za sobą na siłę”, „jeśli chcesz to pójdź za Mną”. Czy Ojciec uważa, że w Kościele jest za mało wolności w aspekcie relacji do Boga, że wolność przegrała zwyciężyło hasło: „Jeśli nie chcesz to musisz”?

o. Stefan – W moim odczuciu zmieszała się w Kościele dziedzina łaski z dziedziną administracji. Gdzie jest działanie łaski, a gdzie są zarządzenia. I to nam jest bardzo ciężko rozróżnić. Natomiast zmuszać kogoś do jedności z Bogiem, to jest nieporozumienie fundamentalne.

br. Tomasz – Jednak czytając przypowieść o zaproszonych na ucztę, którzy się wymawiają padają zastanawiające słowa Jezusa Chrystusa: „Wyjdź na drogi i między opłotki i zmuszaj do wejścia, aby mój dom był zapełniony” (Łk 14,23). Jak to rozumieć?

o. Stefan – Zobaczmy, kim są ci zaproszeni, którzy nie przyjęli zaproszenia na ucztę, to zapewne ludzie którym się w życiu powodzi, którym niczego nie brakuje. A Ewangelia ma być głoszona ubogim. Jezus Chrystus głosząc Ewangelię, czyli Dobrą Nowinę odwołuje się do poniżonych. Dlatego tutaj ten przymus okazuje się skuteczny, bo ci są naprawdę spragnieni, naprawdę głodni, to są oberwańcy, to są ludzie z marginesu, ludzie o niskim poczuciu wartości. Oni z pewnością chcieli przyjść, ale się bali i wstydzili, bo uważali się za niegodnych. Oni musieli być lekko pchnięci przez Boga i ciężko tu mówić o przymusie w pełnym tego słowa znaczeniu.

br. Tomasz – Czym tak właściwie jest dla ojca Stefana życie zakonne? Co jest w nim najważniejsze? W czym tkwi jego istota?

o. Stefan – Odpowiem krótko, śluby zakonne: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, albo lepiej – rady ewangeliczne. A „rady” pozostawiają wolność wyboru i działania. Nie ma przymusu.

br. Tomasz – Jak radzić sobie z wypełnianiem ślubów zakonnych? Jakie rady duchowo-praktyczne mógłby Ojciec przekazać nam klerykom paulińskim?

o. Stefan – Nie chcę tutaj moralizować. Jestem już na końcowym etapie życia i doszedłem do wniosku, że nie są dobre rady o charakterze absolutnym. Rady dla was ma sam Jezus Chrystus w swojej Ewangelii. Zachęcam was do głębokiego życia modlitwy, bo Jezus z Nazaretu mówił: „zawsze trzeba się modlić i nie ustawać” (Łk 18, 1-8). Przyglądać się swojemu życiu modlitwy i unikać okazji do grzechu, nie wchodzić w nie.

br. Tomasz – A który ze ślubów Ojcu jest najtrudniej wypełniać i dlaczego?

o. Stefan – Pytanie dosyć intymne. Może nie tyle jakiś ślub sprawia mi pro-bierny, ale co jest dla mnie trudne w życiu zakonnym? Myślę, że brak życia rodzinnego, bo człowiek jest stworzony do bycia w rodzinie. Tym bardziej, że pochodzę z licznej rodziny. Ale w tym wszystkim Pan Bóg jest dla mnie bardzo miłosierny, bo obdarzył mnie licznym potomstwem duchowym.

Mogłem się o tym przekonać sprawując Eucharystię w pięćdziesiątą rocznicę święceń kapłańskich. Uczestniczyło w niej wiele moich dzieci duchowych, którym udzielałem chrztu i innych sakramentów. Widzę, że sprawdziło się na mnie słowo Boga, który mówi: „I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy" (Mt 19,29).

br. Tomasz – Jak Ojciec widzi przyszłość życia zakonnego?

o. Stefan – Jestem zdumiony obserwując jak Pan Bóg od tylu dziesiątków już lat przysyła do naszego Zakonu nowych ludzi i to z całego świata. Zakon, jak na razie jest w fazie rozwoju, przy tym ważne jest, aby zachował swoją tożsamość i charyzmat. Widać, że Pan Bóg prowadzi nasze życie. Staram się patrzeć na przyszłość życia zakonnego realnie, ale nie widzę większych zagrożeń, przynajmniej na ten najbliższy okres kilku lat.

br. Tomasz – Czy Ojciec wyobraża sobie Kościół bez zakonów?

o. Stefan – Nie. Kościół bez zakonów nie istnieje. Zakony to wielkie zaplecze modlitewne, ewangelizacyjne i intelektualne dla Kościoła. To jego wielkie bogactwo, przejawiające się w mnogości wspólnot i charyzmatów zakonnych. Podobno nawet sam Papież, nie wie ile jest żeńskich wspólnot zakonnych. Dlatego byłoby dużym nieszczęściem gdyby zakony przestały istnieć, bo ograniczyłoby to znacznie możliwości ewangelizacyjne Kościoła. Dziękuję bardzo za rozmowę, za ten dar obecności.

opublikowane w: Vox Eremi. Kraków. Nr 25 (199) Rok LIX, s. 26-31.

*
Stefan Jan Rożej OSPPE, Jak (Nie) było na Początku – Przystanki na tematy prawa, ślubów i wolności. Wydawnictwa Zakonu Paulinów. Paulinianum. Jasna Góra-Częstochowa 2008.

za: Biuro Prasowe Jasnej Góry