Kanonizacja o. Damiana de Veustera

091005f.jpg Kanonizacja o. Damiana de Veustera jest okazją do przypomnienia postaci tego Apostoła Trędowatych na wyspie Molokai, ale i przyjrzenia się jak Kościół w Polsce działa na rzecz „współczesnych trędowatych” – odrzuconych i zepchniętych na margines czy chorych na AIDS. Ojciec Damian, posługiwał trędowatym na wyspie Molokai. Starał się
łagodzić ich straszliwe cierpienia i prowadzić ich ku Bogu. Dzięki o.
Damianowi zaczęto respektować podstawowe prawa ludzkie trędowatych.

Mogli mieszkać w godniejszych warunkach, pracować na roli, założono
szkołę dla chorych dzieci. „Gdzie miłość leczyła trąd” – to tytuł
jednej z książek przybliżających postać misjonarza, wskazujący na
najważniejsze cechy jego posługi.

Choć od jego śmierci minęło już 120 lat, jego postać wciąż
inspiruje do podejmowania dzieł miłosierdzia. Zgromadzenie
Najświętszych Serc Jezusa i Maryi, do którego należał o. Damian, w
Indiach – gdzie trąd nadal występuje – prowadzi w stanie Orissa
Instytut o. Damiana zajmujący się opieką nad trędowatymi. Jednocześnie
ma zamiar wybudować klinikę, zajmującą się nie tylko leczeniem
dotkniętych chorobą Hansena, ale i innych, zwłaszcza chorych na AIDS,
określany nieraz „współczesnym trądem”.

Kościół w Polsce podejmuje wiele dzieł, poprzez które opieką
otoczone są osoby odrzucane przez dzisiejszy świat: chorzy, ubodzy,
słabi, niepełnosprawni. Zgromadzenie Najświętszych Serc Jezusa i Maryi
wkrótce po beatyfikacji o. Damiana powołało w Polsce Fundację im. O.
Damiana, której celem jest m.in. troska o osoby niepełnosprawne.
Fundacja prowadzi w klasztorze we Wrocławiu warsztaty terapii
zajęciowej „U Ojca Damiana” dla osób niepełnosprawnych umysłowo.

Chorym na AIDS i pragnącym wyzwolić się z narkomanii Kościół pomaga
zwłaszcza za pośrednictwem ośrodka „Betania” w Mostowie k. Częstochowy,
założonego przez bp. Antoniego Długosza, a także placówki ks.
Arkadiusza Nowaka w Karczewie czy poprzez stowarzyszenie Karan.
Wspólnota Cenacolo prowadzi w Polsce trzy domy dla osób, które próbują
wyjść z nałogu. Działalność na rzecz uzależnionych prowadzi też Caritas
archidiecezji białostockiej i poznańskiej oraz ks. Józef Walusiak i
stowarzyszenie „Nadzieja”.

S. Jolanta Glapka ze Zgromadzenia Sacré Coeur od 10 lat pracuje w
ośrodku readaptacyjno-rehabilitacyjnym w Karczewie, gdzie zajmuje się
terapią osób uzależnionych głównie od narkotyków, jak również osobami
zakażonymi wirusem HIV. – Praca z zakażonymi wirusem HIV i chorymi na
AIDS uświadamia mi jak ważne jest świadectwo bycia uczniem Chrystusa.
Ludzie ci czują się szczególnie stygmatyzowani, zawsze gorsi, z niskim
poczuciem wartości i lękiem, jak odbiorą ich ludzie, kiedy dowiedzą się
o ich stanie zdrowia. Choć nie biorą narkotyków już wiele lat,
pozakładali rodziny i mają zdrowe dzieci i dobre wykształcenie, lęk
przed opinią społeczną i nietolerancją czyni ich życie o wiele
trudniejszym niż ludzi, którzy nie zetknęli się z tą chorobą – mówi s.
Glapka. Dodaje, że coraz bardziej rozumie, co miał na myśli Jan Paweł
II, zachęcając do „wyobraźni miłosierdzia”.

O. Edward Kąkol, który założył wspólnotę „Chwasty” zajmującą się
uzależnionymi od narkotyków, w chwili obecnej swą działalność skupił na
profilaktyce uzależnień we wspólnotach „Nasz Dom”. Podczas konferencji
w Sekretariacie Episkopatu Polski dr Tomasz Górecki z Fundacji Pasja
Życia podkreślał, że Kościół powinien być mocno zaangażowany zwłaszcza
w profilaktykę uzależnień. Wszelka działalność resocjalizacyjna wymaga
bowiem nie tylko duszpasterstwa specjalistycznego, ale wsparcia
specjalistów terapii uzależnień.

Nie tylko działanie, ale i modlitwa jest formą pomocy uzależnionym.
W zgromadzeniach żeńskich praktykuje się specjalne dni modlitw o
nawrócenie dla błądzących i uzależnionych. Siostry kanoniczki i
benedyktynki podejmują też modlitwę za ofiary handlu „żywym towarem”.

Dzisiejsi wykluczeni, odrzuceni przez świat to także bezdomni czy
alkoholicy. Ci, którzy chcą zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, np.
skazani czy prostytutki, często w społeczeństwie mogą czuć się jak
trędowaci, są odpychani i pozostawieni bez pomocy.

„Boże, Ojcze miłosierdzia, Ty podarowałeś nam w osobie św. Damiana
z Molokai jaśniejący przykład miłości ku ubogim i opuszczonym, udziel
nam, przez jego wstawiennictwo, łaski służenia potrzebującym i
odrzuconym, abyśmy wiernie świadczyli o miłości Serca Twojego Syna” –
to słowa modlitwy, którymi już od najbliższej niedzieli będziemy mogli
się modlić, otwierając swe serce na dzieła miłosierdzia względem
"współczesnych trędowatych".

Ojciec Damian, Józef de Veuster urodził się 3 stycznia 1840 roku w
Tremeloo w Belgii. Mając 19 lat wstąpił do Zgromadzenia Najświętszych
Serc Jezusa i Maryi. Przed ukończeniem studiów teologicznych wyjechał
na wyspy Hawajskie i tam otrzymał święcenia kapłańskie. W 1873 roku
dobrowolnie podjął pracę wśród trędowatych na wyspie Molokai. Tam był
dla swoich trędowatych nie tylko kapłanem, ale i stolarzem, lekarzem,
pielęgniarzem, a nawet grabarzem. Pod koniec 1874 roku pisze w jednym
ze swoich listów: „Przez łzy sieję ziarno między moimi trędowatymi. Od
rana do wieczora żyję wśród wstrząsającej potrzeby cielesnej i
duchowej". W roku 1884 następuje to, czego się spodziewał i z czym się
liczył: również on jest już trędowatym. Może teraz powiedzieć do swoich
wiernych – my trędowaci! Będąc już trędowatym 9 listopada 1887 roku
pisze: „Uważam się za najszczęśliwszego misjonarza świata. Stoję już
nad grobem. Taka jest wola Boża, a ja umieram na tę samą chorobę, co
moi trędowaci. Jestem bardzo szczęśliwy i radosny". Po 15 latach
samotnej posługi pośród swoich chorych, sam zarażony trądem, zmarł w
Poniedziałek Wielkiego Tygodnia 15 kwietnia 1889 roku, wypowiadając
słowa: "O, jak dobrze jest żyć i umierać jako dziecko Najświętszych
Serc". W 1995 roku papież Jan Paweł II zaliczył go w poczet
błogosławionych. 11 października br. papież Benedykt XVI ogłosi go
świętym Kościoła katolickiego.



Fragmenty listów o. Damiana trędowatego (1885-1889)

Praca wśród trędowatych

+ Nasze leprozorium jest nadal bliskie tego samego stanu co w
latach poprzednich. W roku 1883 było tu do 840 chorych; od tamtego
czasu ich liczba utrzymuje się między 700 a 800. Ponieważ wszyscy są
nieuleczalnie chorzy, to aby stąd wyjść, jest tylko jedna droga – na
cmentarz. W ciągu ośmiu miesięcy ubiegłego roku naliczyłem 133 zgony. W
miarę jak ich grzebiemy, rząd przysyła nam innych. Wydatki na
wyżywienie i utrzymanie sięgają 150 000 franków rocznie. Obok chorych
mamy także pewną liczbę zdrowych, głównie mężów i żon trędowatych.
Ogółem jest w leprozorium około 1000 osób, w tym 650 katolików. Mam też
pod swoją pieczą dwa małe sierocińce: jeden liczy 25 chłopców, drugi 15
dziewczynek, oczywiście trędowatych. To jest ten mały świat, który
prawie wypełnia kaplicę rano na mojej mszy św., wieczorem na różańcu, a
w ciągu tygodnia na katechizacji. W niedzielę jest tu pełno tak jak u
o. Alberta, który mieszka w Kalaupapa, gdzie jest bardzo ładny kościół,
tak jak mój w kształcie krzyża, tylko większy.

+ Nasz państwowy administrator jest człowiekiem młodym, półbiałym,
trędowatym, gorliwym katolikiem; niemal wszyscy pracownicy są również
katolikami i, dzięki wpływowi naszej religii, udało się nam naprawić
wiele nieporządków. Innowiercy nie interesują się specjalnie losem i
zbawieniem biednych nieszczęśników.

+ Jest w różnym stopniu gwałtem na naturze przebywanie stale w
otoczeniu tych nieszczęśliwych dzieci, ale ja znajduję wśród nich swoją
pociechę. Będąc obecnie trochę doktorem, jak mój patron, św. Damian,
staram się usilnie, z pomocą łaski Bożej, łagodzić straszliwe
cierpienia i wprowadzać te biedne dusze na drogę zbawienia. Uczą się
dobrze katechizmu, uczestniczą codziennie we mszy, a wieczorem w
nabożeństwie różańcowym.

+ Kończąc, zapraszam Cię, abyś przyjechał posłuchać śpiewu naszych
dzieci na sumie. Dwoje z nich jest przy klawiaturze harmonium i
pomagają sobie w akompaniowaniu, mimo że straciły kilka palców. Cztery
ręce chorych grają utwory wykonywane przez organistę przy pomocy dwóch
rąk. Są bardzo zręczni. Towarzyszy im Petero grający na klarnecie.

+ Jestem zbyt przeciążony pracą, by móc pisać więcej, a także
napisać do rodziny. Rząd obarcza mnie obowiązkiem założenia tu
wielkiego szpitala, by leczyć pod moim kierownictwem wiele setek
chorych. A zatem muszę pracować nie tylko jako kapłan, ale także jako
lekarz i architekt. Na szczęście siły powracają mi po trosze.

+ Dlatego, jeśli Wszechmocny zachowa moje siły, będę znajdował
coraz więcej pracy przy tych trędowatych, którzy otrzymują łaskę
nawrócenia. Proszę poleć swoim duchowym synom modlitwę za wielu z nich.
Są to nasi nieszczęśliwi pariasi, ponieważ wielu z nich dotkniętych
jest bardziej trądem duchowym niż cielesnym.

Wierny Bogu i ludziom, pomimo choroby

+ Lekarz radził mi, abym pojechał odpocząć w rodzinnym kraju. Do
tej chwili ani nasz biskup, ani ja również nie uważamy, aby przyniosło
to dobry rezultat, a poza tym co stałoby się z moimi biednymi chorymi?
Dla chwały Pana Boga i zbawienia dusz pozostanę, mam nadzieję, na moim
posterunku aż do śmierci. Jestem tu szczęśliwy i zadowolony, i jestem w
stanie czynić trochę dobra. Dlatego nie spodziewajcie się bardzo, że
zobaczycie mnie na tym świecie.

+ Od marca mój ostatni współbrat, ojciec Albert, opuścił Molokai i
archipelag, by wrócić na Tahiti. Odtąd jestem jedynym kapłanem na
Molokai i zostałem uznany za zaatakowanego przez straszną chorobę.
Zarazki trądu zadomowiły się ostatecznie w lewej nodze i na uchu. Moja
powieka zaczyna się przymykać. Nie mogę także udać się do Honolulu,
ponieważ trąd staje się widoczny. Wkrótce, jak przypuszczam, moje ciało
będzie zniekształcone. Będąc pewnym że choroba jest faktem, pozostaję
spokojny i poddany, a nawet szczęśliwy wśród swoich ludzi.

+ Wielebna Siostro, Mario Gabrielo, nie chcę stać się żebrakiem, by
zbierać pieniądze, ale proszę Siostrę, aby mnie wspomagała przez swoje
gorliwe modlitwy, przez modlitwy sióstr i innych znajomych. Proszę
sprawić, abym miał w nich udział, ponieważ nasz Boski Zbawiciel wezwał
mnie do podjęcia bardzo uciążliwej i długiej drogi. Od mojej
wytrwałości w Jego świętej służbie zależy nie tylko moje własne
zbawienie, ale także zbawienie wielu nieszczęśliwych pacjentów, którzy
towarzyszą mi tutaj w tym miejscu wygnania.

+ Jak wielebnemu Ojcu pisałem, już dziesięć lat temu, podejrzewałem
pierwsze zalążki tej strasznej choroby w moim organizmie jako naturalną
i przewidzianą konsekwencję długiego pobytu wśród trędowatych. A więc
nie ma powodu do zaskoczenia czy też zbytniego zmartwienia z powodu
wiadomości, że jeden z duchowych synów został udekorowany nie tylko
królewskim krzyżem Kalakaua, ale także trochę cięższym i mniej
zaszczytnym krzyżem trądu. Nasz Boski Zbawiciel raczył dopuścić, abym
został nim naznaczony. Silna i odporna natura dość dobrze opierała się
przez 13 lat służby wśród wielu trędowatych, od jakiegoś czasu jednak
natura ta zaczyna pomału słabnąć, w miarę jak prątki trądu ogarniają
członki.

+ Bez nieustannej obecności naszego Boskiego Mistrza na ołtarzach
moich ubogich kaplic nie mógłbym nigdy wytrwać w postanowieniu
dzielenia mojego losu z trędowatymi na Molokai.

+ Ponieważ mam wiele pracy, czas wydaje mi się bardzo krótki:
radość i zadowolenie serca, jakim Najświętsze Serca mnie obdarzają,
sprawiają, że mogę uważać się za najszczęśliwszego na świecie
misjonarza. W ten sposób ofiara z mojego zdrowia, którą Pan Bóg
zechciał przyjąć, pozwalając, by trochę owocowała moja posługa wśród
trędowatych, wydaje się mimo wszystko bardzo lekka, a nawet przyjemna i
ośmiela mnie do powtarzania za św. Pawłem: „Umarłem i moje życie jest
ukryte z Chrystusem w Bogu” (por. Kol 3,3).

Blisko Boga…

+ Proszę tylko o jedną łaskę: proś, Ojcze, naszego
Najprzewielebniejszego Ojca o wysłanie kogoś, kto mógłby raz w miesiącu
zajrzeć do naszego grobu, by mnie wyspowiadać, a resztę czasu poświęcić
kaplicom na drugim krańcu wyspy, gdzie nie ma chorych.

+ U stóp ołtarza spowiadam się często i szukam pociechy w
wewnętrznych kłopotach. Właśnie przed Nim, jak również przed figurą
Najświętszej Panny szepczę czasem błagając o zachowanie zdrowia.

+ … straszna choroba, której początek Ojciec zna, robi groźne
postępy i grozi, że będę niezdolny do regularnego odprawiania mszy, nie
mając zaś drugiego kapłana, będę pozbawiony również komunii św. i
Najświętszego Sakramentu. Właśnie ta utrata będzie mnie najwięcej
kosztować i uczyni mój stan nie do zniesienia.

+ Zgadzam się z Tobą, że życie kapłana wśród 600 chorych i
umierających osób jest cenne, i chociaż wolałbym być powołanym do
lepszego świata, proszę Cię, abyś łączyła się ze mną w prośbach do
Wszechmogącego Boga za przyczyną Najświętszej Matki, jeśli nie o cud
całkowitego uzdrowienia, którego nie czuję się godnym, to przynajmniej
o zatrzymanie postępu choroby, bym mógł nadal zajmować się potrzebami
cielesnymi i duchowymi naszych trędowatych na Molokai.

+ Przy ołtarzu, do którego mogę jeszcze codziennie przystąpić
(jakkolwiek z pewnymi trudnościami), nie zapominam o żadnym z Was, i
Was proszę, módlcie się za mnie, gdy spokojnie zbliżam się do grobu.
Panie, daj mi siły do przetrwania cierpienia i daj mi łaskę dobrej
śmierci.

+ Staram się, jak mogę najlepiej, znosić, bez zbytniego uskarżania
się i w sposób praktyczny dla uświęcenia mojej duszy od dawna
przewidziane nędze choroby, która jest, mimo wszystko, agentem, którym
Opatrzność posługuje się, by oderwać serce od wszelkiego uczucia
ziemskiego, a jednocześnie pobudzić pragnienie duszy chrześcijańskiej,
by zjednoczyła się możliwie jak najprędzej z Tym, który jest jedynym
Życiem.

+ Szczęśliwej podróży, mój drogi przyjacielu, do zobaczenia w Niebie. Totus tuus

J. Damian