Kapucyni w Japonii

Wracając z wizyty braterskiej na Dalekim Wschodzie br. Mauro Jöhri, minister generalny Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, chętnie dzieli się z braćmi tym, czego doświadczył i kogo spotkał.

 
„Wracam z Japonii i Korei Południowej – opowiada – gdzie spotkałem naszych braci zaangażowanych na pierwszej linii frontu ewangelizacji. W Japonii jesteśmy od 1947 roku poprzez obecność braci z USA, z Prowincji Nowego Jorku, którzy początkowo zajmowali się duszpastersko swoimi rodakami z bazy wojskowej w Okinawie. Miejscowych braci jest trzech, wszyscy w podeszłym wieku (jeden osiemdziesięciolatek, drugi trochę młodszy i trzeci, biskup Peter Baptist Tadamaro Ishigami, ponad dziewięćdziesiąt lat życia), ale szczęśliwi, że mogą widzieć obok siebie ośmiu młodych braci z Indii, z Prowincji Karnataka, którzy są gwarancją kontynuacji obecności. Dzięki nim działalność duszpasterska rozwija się prężnie na sporym terenie w odległości około stu kilometrów od Tokio, gdzie leży obok siebie cztery, pięć parafii, pomiędzy którymi stoi mały drewniany domek, skąd bracia wyruszają, by towarzyszyć duchowo tym niewielkim wspólnotom katolickim. W każdym razie rysuje się tu pewna nowa rzeczywistość: w Japonii jest pełno Latynosów, którzy przyczynili się do pomnożenia liczby katolików, ale którzy jednocześnie potrzebują uważnej i ciągłej opieki duszpasterskiej.

Obecnie bracia robią to, co możliwe, by przybliżyć niechrześcijan do parafii. Mała Kustodia Japonii, licząca osiemnastu braci, jest żywa i patrzy z nadzieją w przyszłość.

Kolejnym etapem wizyty była Korea – opowiada dalej br. Mauro – zupełnie inny świat. O ile w Japonii wszystko jest sterowane jakimś niewidocznym komputerem, w Korei Południowej to, co mogłem zobaczyć (czyli Seul), jest pogrążone w gąszczu drapaczy chmur, jednakowych, jakby stalowych, poprzeplatanych siatką monotonnych, monstrualnych autostrad. W Korei mamy trzy wspólnoty braterskie, z których dwie żyją w stolicy. To dziedzictwo kapucynów irlandzkich, którzy przybyli tu w 1986 roku. Pierwszym zderzeniem jest język – tak trudny, że trzeba prosić młodych, którzy pukają do naszych klasztorów, by uczyli się angielskiego. To jest także użyteczne ze względu na możliwości, jakie oferują liczne centra kultury, dziesięć uniwersytetów, różne akademie, biblioteki i instytuty naukowe. Jest wielu aspirantów, bo młodym Koreańczykom podoba się życie we wspólnocie braterskiej. A zatem nasze środowisko życia odpowiada w pełni ich temperamentom. Nasi współbracia, których tylko w Seulu jest około piętnastu, nie mają niestety dużych przestrzeni duszpasterskich, dlatego pojawiają się problemy z utrzymaniem. Po części z pomocą przyszli im bracia Irlandczycy, którzy znają się na uprawie ziemi. Zachęciłem ich do życia duchem błogosławieństw, by zaangażowali się bardzo w formację, którą uzupełniają pewnym doświadczeniem praktycznym, wyjeżdżając do Indii. Myślę, że dając ludziom możliwość uczestniczenia w naszym życiu modlitwy (widziałem katedrę w Seulu pełną młodzieży) i dbając o fizyczną obecność (wszyscy np. chodzą w habitach) i duchową, skoncentrowaną na życiu braterskim, odczują poprawę sytuacji".

Nasz zakon stoi teraz przed nowymi wyzwaniami misyjnymi w innych krajach wschodnich. Nie brakuje zaproszeń z Gruzji, Algierii, Tunezji i Libii. Zobaczymy – kończy br. Mauro – ważne, żeby w zakonie nie zabrakło nigdy tego pragnienia i radości, by pójść „tam, gdzie nikt nie chce iść". To będzie wyrazem szacunku dla tego pięknego dziedzictwa, jakie przekazali nam nasi misjonarze.

Źródło: Kuria Generalna Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów

Za: www.kapucyni.pl