o. Romuald Kłaczyński (1907-1942): Za słowa ‚Polska zmartwychwstanie’ trafił do KL Dachau

100830a.png Wśród walk narodu polskiego z hitlerowskim najeźdźcą, Jasna Góra jako duchowa stolica Polski, zajęła miejsce szczególne. Jej rola zogniskowała się przede wszystkim na religijnej i patriotycznej postawie budzenia i podtrzymywania wiary w zwycięstwo nad wrogiem. O niebezpieczeństwie agresji mówiono tu na kilka miesięcy przed inwazją wrześniową – w przeciwieństwie do pełnych euforii wielu polityków i publicystów, którzy również z jasnogórskiego szczytu przed placem przechwalali się o szybkim rozgromieniu papierowych czołgów Wehrmachtu i zniewieściałych żołnierzy – przez bohaterskich i dobrze uzbrojonych żołnierzy polskich.

Kazania i nauki
jasnogórskich ojców, wygłaszane zarówno w kościele, jak i ze szczytu
wobec wielotysięcznych rzesz pielgrzymów, były nierzadko pełne surowych
wyrzutów z powodu niepokojącego upadku ducha, zniewieściałości elit i
braku patriotyzmu w niektórych kręgach społeczeństwa. Z dezaprobatą
mówili kaznodzieje o bezbożnej postawie wielu przedstawicieli władzy, o
demoralizacji w szeregach inteligencji, o podrywaniu autorytetu
Kościoła, o sympatiach do judeokomunizmu i dążeniach do budowania
systemu i państwa bez Boga. Ówczesny przeor Norbert Motylewski, w dwóch
kazaniach wygłoszonych w dniach 5 i 12 marca, przestrzegał społeczeństwo
przed rugowaniem z życia autorytetu Chrystusa, którego niektórzy
usiłowali osądzać tak, jak osądził Go Kajfasz i cały naród żydowski, i
jak dzisiaj u progu XXI wieku europejscy przywódcy laickiej Europy chcą
go wymazać z życia społecznego1.

Ducha tamtych i współczesnych czasów znakomicie odczytywał mądry i
świątobliwy o. Marian Paszkiewicz, gdy mówił o rodakach opowiadających
się za bezbożnym komunizmem i bolszewizmem, który rozlał krew po całej
Rosji i sprawił powszechną nędzę moralną i materialną. Dzielnie mu
sekundował były kapelan wojska polskiego o. Alfons Jędrzejewski, znawca
bolszewizmu z autopsji z lat przewrotu październikowego. O lęku przed
neopogańskimi zasadami przestrzegał inteligencję bojowy patriota o.
Polikarp Sawicki, niezmordowany szermierz wierności zasadom nie tylko w
słowie ale i w czynach podczas całej okupacji, przy tym AK-owiec o
kryptonimie Mieczysława Euzebiusza Cielibały, łącznik sztabu generalnego
AK, organizator pielgrzymek akademickich, w których dwukrotnie wziął
udział student Karol Wojtyła, ofiarny na rzecz ratowania Żydów,
współpracownik konspiracyjnego dwutygodnika „Alarm” i wielu innych
organizacji i akcji, których nie sposób tu wymieniać.

Cichy bohater, który za wiarę w odrodzenie Polski zapłacił śmiercią męczeńską.

W gronie jasnogórskich paulinów był również nieśmiały, zamknięty w
sobie młody idealista, który przerósł swoim heroizmem pobożne aspiracje
współbraci. Był nim Jan, w zakonie o. Romuald Kłaczyński, wielunianin,
rówieśnik dwóch znanych paulinów – o. Ludwika Nowaka i Michała
Zembrzuskiego. Urodził się 27 grudnia 1907 roku w rodzinie
mieszczańskiej, w której rodzice, Jan i Marianna z d. Choczajów,
posiadali niewielki parterowy domek i 3 hektarowy zagon ziemi. Jego dwaj
bracia piastowali skromne urzędnicze i zawodowe stanowiska, a siostra
była nauczycielką. Po ukończeniu szkoły podstawowej w 1921 roku, uczył
się w miejscowym Gimnazjum a następnie w Małym Seminarium Misjonarzy św.
Rodziny. Przeżył wówczas boleśnie śmierć swego ojca (1923), który był
dla niego niemałą podporą duchową. Kiedy go zabrakło, pod wpływem presji
swego starszego, o liberalnych poglądach brata (nb. dyrektora Centrali
Handlowej w Wieluniu), załamał się i opuścił mury seminaryjne.

W dniu 19 października 1926 roku i zdecydował się wstąpić do
paulinów. Miesiąc później skierował podanie do przeora jasnogórskiego o.
Piotra Markiewicza z prośbą o przyjęcie do wspólnoty paulińskiej. Na
jego list odpowiedział delegat przeora, o. Pius Przeździecki, aby podał
powody opuszczenia Seminarium Księży Misjonarzy oraz aby spowodował
opinię swego proboszcza o jego postawie moralnej. Życzliwą opinię
napisał o nim proboszcz wieluński ks. W. Przygocki, kończąc syntezą:
„Świadectwo moralności wydaję z zupełnym przeświadczeniem, że Jan
Kłaczyński nie zawiedzie pokładanych w nim nadziei”2. Proroczo napisał
też o nim były proboszcz wieluński, ks. Zmysłowski, który poza
pochwałami o jego postawie moralnej i zaangażowaniu dla Kościoła
zakończył słowami: „Mam nadzieję, że będziecie mieli z niego pociechę, a
Najśw. Panienka dobrego szermierza o jej cześć i chwałę”3. Po zebraniu
powyższych świadectw oraz lekarskiego świadectwa, Jan Kłaczyński
otrzymał pozytywną odpowiedź z Jasnej Góry, wobec czego w wigilię Bożego
Narodzenia 1926 roku zagościł w krakowskim nowicjacie, a 1 stycznia
nowego roku napisał swoje spontaniczne wyznanie na temat: Jak ja pojmuję
życie zakonne i dlaczego wstępuję do zakonu.

Każdy człowiek, już w młodym swym wieku planuje i przeprowadza w
swej głowie różne projekty, a przy tern zastanawia sie nad tern, co by
za cel obrać w swym życiu, który by mu dał pewne zadowolenie, chociażby
było wiele trudności. W tych czasach największą trudność sprawiają
strony materialne, które niejednemu człowiekowi utrudniają dojście, do
którego zamierza.

I ja, będąc jeszcze młodym chłopcem, powstawała we mnie myśl
przepiękna oddania sie takiemu celowi, który by mi na pierwszym miejscu
dał zadowolenie moralne i życiowe, lecz zanim osiągnąłem ten cel. bardzo
wiele miałem trudności do zwalczenia, a po tej ogromej walce,
wywalczyłem to – com chciał, a było nim życie ciche – spokojne – życie
zakonne.

Życie to w pojęciach mych polega na zupełnym oderwaniu sie od tego
świata, a oddaniu sie zupełnym, lecz nie cząstkowym, połowicznym, jak
się wyrażę, oddaniu się zupełnym Bogu, całym sercem i duszą. Kiedy Bóg
powołał do tak wzniosłego celu, więc musimy być złączeni zawsze razem z
nim i życie swe w zakonie udoskonalić przez wypełnienia rozkazów
przełożonych, a przy tym i reguły, jakie są w tym zakonie.

Krzyży, jakie będą na nas spływać, powinniśmy je znosić, wszkak
nie tylko w świecie, lecz i w zakonie droga jest ciernista. Oprócz tego
trzeba zaprzeć sie własnej swej woli. Tego naszego ja, które mieści się w
sercu naszym, a przez usta nasze przemawia i powiedzieć, a raczej mieć
na ustach te piękne słowa: „Bóg tak chce, a więc gotowe serce moje, by w
szczęściu czy cierpieniu służyć przedziwnej chwale Jego”.

I te słowa powinniśmy mieć zawsze na ustach, bo dodają nam odwagi i
otuchy do dalszej pracy, a przy tym nie zrażania się niczym, nigdy,
chociażby i największe trudności na nas spadły i nan zagrażały.

I gdy te czynniki wprowadzimy w ruch, jak napisałem, a są nimi
wypełnianie woli przełożonych, reguł a najsampierw oddania sie zupełnie
Bogu i zaparcia naszego „ja”, będziemy przekonani, że ta ciernista
droga, już tu na ziemi będzie stawała się nam lżejsza, a wtedy przed
oczyma naszymi przedstawimy sobie nagrodę, jaka nas czeka tam w
niebiesiech, gdzie oglądać będziemy Boga wspólnie z wszystkimi świętymi i
zaśpiewamy mu z Aniołami i świętymi: „Tyś Święty, Święty”.

Zastanawia głębia zamiennych słów, które adept życia zakonnego
wyraził nieco nieporadnymi słowami, ale oddał istotę swego powołania,
którego nie mógł przecież przewidzieć, że spełniły się w heroiczmej
postawie, którą zademonstrował pod batogami niemieckiego kapo. Być może
na taką formację młodego nowicjusza miał wpływ głos mistrza duchowego,
o. Aleksandra Łazińskiego, znanego z surowego traktowania życia
zakonnego, który niejednego zmroził surowością, ale też i wielu wpoił
ideał, któremu pozostali wierni do śmierci.

Tak czy inaczej. 5 lutego 1927 roku, po kilku dniach rekolekcji w
domu krakowskim Jan Kłaczyński obleczony został w biały habit i przyjął
nowe imię św. Romualda pustelnika, anachorety kamedułów, który z uporem
średniowiecznego samotnika szedł przez Europę, by nieść nieskażoną
Ewangelię bogatym europejczykom. Nasz brat Romuald realizował jego ideał
z równie wielkim uporem poprzez studia, krótką pracę w sanktuarium
jasnogórskim i na koniec na pół przytomny w obozie zagłady.
Niebłyskotliwy jak jego rówieśnicy na studiach – Ludwik Nowak i Michał
Zembrzuski, czy anioł pokoju Alojzy Wrzalik – niemniej świadomy celu,
który mu przyświecał – rokował w opinii wychowawców nadzieję spełnienia
zadań, które spadną na jego barki. Te względy zdecydowały, że zgodnie z
prawem dwukrotnie ponawiał śluby czasowe, a uroczystą profesję złożył na
Jasnej Górze 28 sierpnia 1933 roku5.

Br. Romuald był świadomy braku zdolności, szczególnie słabej
pamięci, czym trapił się i wyniszczał siły fizyczne. Korzystał z
przywileju dodatkowych posiłków, dłuższych godzin snu, przebywania na
świeżym powietrzu itp. Uwagami przełożonych o miernych postępach w nauce
najwyraźniej zadręczał się aż do bólu głowy i płaczu. Przełożeni
trapili go rzekomym brakiem systematyczności, którą zastępowała pasja
rysunków i malowania, w czym utwierdzał go jasnogórski malarz, o.
Augustyn Jędrzejczyk. Współbracia na równi doceniali jego zamiłowanie do
prac w ogrodzie i studiów ornitologicznych z gorliwością w ćwiczeniach
duchowych i prywatnej modlitwie, otwartości na uwagi i wysiłki
nadrabiania niedostatków umysłu i ducha. Piął się zatem z mozołem do
celu. W Krakowie ukończył Państwowe Gimnazjum im. H. Sienkiewicza, potem
w pierwszej próbie egzaminu maturalnego załamał się deklarując, że
matura nie jest mu w ogóle potrzebna, lecz przymuszony do niej, w
czerwcu 1933 r. otrzymał świadectwo dojrzałości6. Filozofię i teologię
studiował w Instytucie Teologicznym Księży Misjonarzy św. Wincentego a
Paulo. I tu nie wszystko przebiegało pomyślnie, ale wkraczał powoli na
stopnie drabiny kapłańskiej7, by ostatecznie uzyskać dobre wyniki ze
wszystkich przedmiotów8 co dało mu szanse na przyjęcie święceń
kapłańskich. Przyjął je w kościele Misjonarzy na Stradomiu z rąk bpa
Jana Lorka 12 września 1937 roku9. Na uroczystościach była jego
najbliższa rodzina, która poprzez Jasną Górę zabrała go ze sobą do
Wielunia, gdzie w niedzielę 19 września odprawił w kościele parafialnym
Mszę św. prymicyjną. Nie znamy szczegółów rodzinnej uroczystości, możemy
jedynie przypuszczać, że oprócz kochającej go Matki wzięła udział
siostra i obaj bracia, praktycznie nigdy nie występujący we
wspomnieniach o. Romualda. Być może żoną któregoś z nich była Maria
Kaczyńska, łączniczka w kontaktach rodzinnych w okresie pobytu w obozie
zagłady? O jego prymicjach poświadcza zachowany obrazek prymicyjny z
mottem psalmu 115: Cóż oddam Panu za wszystko co mi uczynił ?”10.

O pracy kapłańskiej o. Romualda z pierwszych miesięcy pobytu na
Jasnej Górze nie udało się niczego ciekawego dowiedzieć. Na przełomie
1937/38 roku przez krótki czas zastępował w sprawach porządkowych
dyrektora zakonnego Gimnazjum, a następnie odbywał trzytygodniową
kurację płucną w Krakowie i Rabce. Przez ten czas nie udzielał sie
duszpastersko, bowiem pierwszy dokument dotyczący jurysdykcji do
sprawowania sakramentu pokuty otrzymał po 24 stycznia 1939 roku”. Był to
rok agresji hitlerowskich Niemiec na Polskę. Jego rodzinne miasto
Wieluń jako pierwsze doznało tragedii wojennej. Już wczesnym rankiem 1
września posypały się na miasto ciężkie bomby, które zabiły około 1200
osób, zniszczyły 70% domów mieszkalnych, a także prastarą kolegiatę12. Z
rodziny o. Romualda bodajże nikt nie zginął, niemniej obciążenie
psychiczne pogłębiło jego wrażliwą naturę wobec agresora. Ich arogancję i
butę uświadomił sobie, gdy tego samego dnia, 1 września nad Częstochową
pojawiły pierwsze bombowce z swastykami na skrzydłach, które zrzuciły
na miasto kilka bomb, a 4 września żołdacy Wehrmachtu dokonali rzezi na
227 cywilnych osobach mężczyzn, kobiet i dzieci13. Tego samego dnia
zjawili sie w klasztorze wysłannicy Associated Press z amerykańskim
dziennikarzem P. Lochnerem domagając sie od przeora Norberta
Motylewskiego aby zaprzeczył plotkom zachodnich radiostacji o
zniszczeniu jasnogórskiego klasztoru14.

Z bólem w sercu przeżywał o. Romuald dantejskie sceny rozgrywające
się w sanktuarium, do którego ściągały setki wypędzonych z Poznańskiego i
Pomorza. Widział ich łzy, rozpacz i bezsilność. Jak umiał tak pocieszał
godzinami w konfesjonale. Stał się nieustępliwy wobec wroga, jak
większość ojców, którzy gotowi byliby iść na zaparte i bronić ojczyzny.
Nadarzyła sie jednak okazja, by wyrwać go z tej postawy. Oto przeor domu
nowicjackiego w Leśniowie k. Częstochowy, o. Justyn Marczewski, lękając
się aresztowań zdecydował wyprowadzić nowicjuszy do Leśnej na Podlasie,
gdzie spodziewał się spokoju. 16 Była to droga przez mękę, pieszo, w
habitach, bez zaopatrzenia w żywność, wśród tysięcy uciekinierów, którzy
liczyli, że na rubieżach wschodnich nie dosięgnie ich buta niemieckiego
agresora. W Leśnej zabawili zaledwie kilka dni, ponieważ 17 września
drugi wróg, spod znaku sierpa i młota, zadał narodowi śmiertelny nóż w
plecy, wobec czego roztrzęsieni psychicznie nowicjusze wracali tą samą
pieszą drogą pod opiekę cudownej Opiekunki Rodzin do Leśniowa15.

W międzyczasie w domu leśniowskim zaistniał pewien problem, który
dotknął osoby o. Romualda. Otóż na kilka dni przed agresją niemiecką na
Polskę przeor leśniowski zgłosił się pełnić funkcję kapelana wojsk
polskich w Tarnowskich Górach. Kilka dni później powrócił do konwentu
podejmując nieprzemyślaną wędrówkę z nowicjuszami do Leśnej. Konwent nie
mógł funkcjonować bez odpowiedzialnej osoby, toteż wikariusz generalny
zakonu, o. Augustyn Jędrzejczyk, pod nieobecność generała o. Piusa
Przezdzieckiego, 13 września na małej kartce papieru i bez pieczątki,
mianował na prędce ojca Romualda „tymczasowym zastępcą przeora w
Leśniowic”16. Brak wiadomości, czy o. Romuald udał się aby objąć ten
urząd, ponieważ 15 września o. Marczewski powrócił do konwentu i objął
spokojnie obowiązki przeorskie17.

Jak o. Romuald przeżył tę chwilową nominację, czy ucieszył się
zaufaniem, a potem zawodem, trudno powiedzieć. Przypadek zdarzył, że
bieg jego życia przerwała mu osobista gorliwość, a może i beatum scelus,
błogosławiona wina, która rozsławiła go na cały świat i stała się
okazją realizacji dziwnych zrządzeń Opatrzności Bożej, z której wyszedł
zwycięsko jako bohater i męczennik na służbie Najświętszej Matki w jej
jasnogórskim sanktuarium. Stało sie to niemal przypadkiem, gdy 21
kwietnia 1940 roku jego starszy współbrat, o. Ignacy Szurek, wyznaczony
do poprowadzenia w Kaplicy Cudownego Obrazu nabożeństwa różańcowego,
poczuł się słabo i w jego miejsce zgłosił się spontanicznie o. Romuald.
Odmówił z wiernymi różaniec, a po nim najwyraźniej bez przygotowania,
niemniej od serca mówił o Matce Bożej i radości wiosny, która powstaje z
zimowego uśpienia i wiedzie do pełni lata i czasu zbierania owoców. Pod
koniec kazania przekonywał, że podobnie stanie się z Polską, która
budzi się z przymusowego uśpienia, zakwitnie jednak jak kwiat róży i my
ją będziemy wtedy budowali od nowa – potężną, piękną i wspaniałą.
Kazanie nie miało akcentów politycznych, bo o. Romuald nie uchodził za
polityka, choć był szczerym patriotą i nie ukrywał buntu przeciw
okupantowi. Ostatnio jednak wyjątkowo zamknięty, ale roztkliwiający się
na łonie natury jak niepospolity ornitolog i przyrodnik, zdawałoby
rozmawiający z ptakami, a naśladując ich śpiew jakby wabił do wspólnego
uwielbienia Boga. Gdy wracał do kościoła i zapłakanych wiernych
przeżywał z nimi wewnętrzne rozdarcie, które przyrównywał do zdeptanego
kwiatu przez brutalnego agresora.

Według oceny postronnych słuchaczy jego przemówienie nie wywarło
większego wrażenia, ale po powrocie o. Romualda do zakrystii, czekał na
niego mundurowy ślązak, mówiący słabo po polsku i żądał wyjawienia jego
nazwiska. Przywołany pospiesznie przeor Motylewski zdołał chwilowo
uspokoić policjanta. W dniu następnym Kaznodzieja otrzymał wezwanie do
natychmiastowego stawienia się w komendzie policji. Po krótkim śledztwie
i żądaniu odwołania treści kazania, czego nie spełnił, został
wypuszczony.

W dniu 23 kwietnia stawił się ponownie w komendzie, skąd już do
klasztoru nie wrócił. O godzinie 18.00 przewieziono go do miejskiego
więzienia na zawodzie z notatką dalszego śledztwa za wrogość względem
narodu niemieckiego18. Przebywał w nim w habicie zakonnym, nękany
ciągłym śledztwem. W wyniku szykan i gróźb wpadł w stan odrętwienia i
nerwicy, która wzmogła się momentalnie z jego niewyleczoną nerwicą i
lękiem. Na ingerencję przeora Motylewskiego, lub dra Stefana
Barylskiego, dostarczano mu codziennie pożywienie i bieliznę, ale bez
możliwości widzeń z kimkolwiek z konwentu.

W dniu 11 czerwca udał się przeor do szefa częstochowskiego
komisariatu prosząc o uwolnienie o. Romualda, a ok. 25 czerwca ponowił
prośbę odrębnym pismem. Zachował się jego brudnopis z tłumaczeniem o.
Tomasza Fraczka na język niemiecki, w którym przyznaje emocjonalną i
nieopatrzną wypowiedź kaznodziei płynącą z młodzieńczego porywu, za
który już został ukarany, tym więcej, że kazanie wygłosił spontanicznie i
poza zwykłym porządkiem obowiązującym w klasztorze19. Nie wiemy, czy
pismo to zostało faktycznie przekazane komendantowi więzienia, bo nie
zachowała się kopia czystopisu. Jeśli jednak dotarło do jego rąk to w
niczym ono nie pomogło, ponieważ stan psychiczny więźnia zdolny był
powtarzać bez końca słowa z kazania o zmartwychwstaniu Polski, a tego
słyszeć nie chcieli stróżowie więzienia. Przeor szukał wielu możliwych
sposobów, by pomoc cierpiącemu współbratu. Wysłał również list do
wpływowego doradcy gubernatora Hansa Franka, franciszkanina Odilo
Gerharda, który nie podjął się interwencji ze względu na nagłośnioną w
prasie podziemnej i zagranicznej opinię o jego aresztowaniu20.
Interwencje Przeora odniosły jedynie ten skutek, że lekarz więzienia, dr
Barylski zbadał o. Romualda i orzekł rozpadową gruźlicę płuc, a
odrębnym pismem z dnia 9 lipca skierowanym do naczelnika więzienia,
rekomendował więźnia do Izby Chorych na gruźlicę w Szpitalu przy ul.
Dąbrowskiego 7. Natychmiastowej reakcji władz więzienia trudno było
oczekiwać. Stan zdrowia o. Romualda zamiast poprawy ulegał wyraźnemu
pogorszeniu, wobec czego dopiero 1 sierpnia przewieziono go do „Szpitala
dla Wewnętrznych” z warunkiem policyjnego „nadzoru, aby nie zbiegł, a
po wyzdrowieniu o zawiadomienie tutejszego więzienia celem zabrania go z
powrotem”21. Pięć dni później wypisano go ze szpitala ze stwierdzeniem
bronchitu22, który w niczym nie pomógł, aby pozostał do pełnej
rehabilitacji, o którą zresztą policja nie zabiegała.

Podczas wizyty przeora Motylewskiego w szpitalu nie udało się
nawiązać z nim dialogu. O. Romuald powtarzał nadal, jak w malignie,
treść wygłoszonego kazania i coraz wyraźniej zdradzał objawy silnej
zapaści psychicznej, nie reagował na pytanie, czy chciałby odbyć
spowiedź i przyjąć komunie świętą23. Z relacji świadków i notatek ojców
wiadomo, że częstochowska partyzantka podjęła próbę wyrwania go ze
szpitala, ale Więzień kategorycznie odmówił ucieczki z obawy
niewyobrażalnych szykan dla jasnogórskiego klasztoru. W chwili
opuszczenia szpitala miała towarzyszyć dość wymowna scena, gdy
gestapowcy przynaglali go do szybkiego ubrania się bez podręcznego
ekwipażu, ponieważ Ig nie będą mu one do niczego potrzebne. Zdążył
jedynie zabrać brewiarz kapłański i pożegnać się z chorymi24. W dniu 6
sierpnia w stanie silnej depresji wywieziono więźnia w nieznanym
kierunku, którym jak się potem okazało był najpierw obóz w
Sachsenhausen-Oranienburg a następnie Dachau. Datę obozowej gehenny
wymienił jego wspólnik obozowej celi na 14 grudnia 1940 roku25, na ile
prawdziwie, trudno dzisiaj powiedzieć, ponieważ inną datę wymienia jego
monografista na wrzesień26. Wspólnikiem tym był przypadkowy pielgrzym w
sanktuarium jasnogórskim podczas złotu młodzieży w sierpniu 1938 roku.
Przypomniał on o. Romualdowi jak ułatwił mu spotkanie z prymasem
Hlondem, a nadto, że mógł zobaczyć jego pokój, stanąć w pobliżu polowego
ołtarza i otrzymać prymasowskie błogosławieństwo27.

Pobyt w obozie koncentracyjnym był dla o. Romualda ciężkim
doświadczeniem i drugą krzyżową. Doświadczał wiele szykan ze strony
niemieckiego kapo, który znał powód jego uwięzienia. Osadzono go w bloku
30/2 i nadano mu numer 22778. Był obiektem szczególnie obserwowanym, by
wymusić odwołanie słów o odzyskaniu suwerenności Polski. O. Romuald
kontaktował się z izolacji więziennej głównie ze swoją matką Marią
Kłaczyńską, z początku mniej więcej co dwa tygodnie, a potem w dłuższych
odstępach. Poprzez nią dawał znać o sobie przeorowi Norbertowi
Mohylewskiemu, adresując też pozdrowienia generałowi zakonu Piusowi
Przeździeckiemu i swoim współbraciom. Pisał je na drukach obozowych w
języku niemieckim informujących odbiorców, że każdy więzień ma prawo
otrzymać i odesłać dwa listy lub kartkę, do których mogły być włożone
pieniądze i najwyżej 5 znaczków po 12 fenigów. Listy pisane z więzienia
miały 33 linie, na których więzień musiał napisać tekst atramentem i
oczywiście w języku niemieckim. Korespondencja musiała zawierać dokładny
adres nadawcy. Czasopism i żywności nie można było wysyłać, bo
więźniowie mogli je kupić na terenie obozu. Podań o zwolnienie z obozu
uznano za bezcelowe, podobnie też zgodę na rozmowy z więźniami nie mogły
być udzielane28.

Restrykcje więzienne były przestrzegane ze ścisłą precyzją. O.
Romuald korzystał z okazji, by informować o sobie przede wszystkim Matkę
zamieszkałą w Wieluniu i bodajże raz jeden siostrę cioteczną, Marią
Rosochacką w Warszawie. Zachowało się siedem listów pisanych do matki,
która przekazała cztery z nich klasztorowi jasnogórskiemu, a trzy
pozostałe udało się odnaleźć w bieżącym roku w Muzeum Ziemi Wieluńskiej.
Wszystkie, poza bodajże ostatnim, na cztery dni przed śmiercią, pisał
własnoręcznie sam o. Romuald, zapewne pod dyktando, ponieważ nie znał
języka niemieckiego. Obraz życia obozowego przebija z nich na tyle
ciekawie, że mimo restrykcyjnej cenzury można odczytać jego
samopoczucie. W pierwszym liście, pisanym 19 kwietnia 1941 roku
zauważył, że w niedzielę Palmową śnieg pokrył ziemię, pojawiła się już
jaskółka, a skowronki dały znać swoim śpiewem nie bojąc się zimna, choć
zazieleniły się już trawy. Przyjemnie było również w święta Bożego
Narodzenia; na placu była oświetlona elektrycznymi światłami choinka i
kubek piwa z przełożonymi. Dziękując za nadesłane mu 20 marek, pytał o
samopoczucie Matki i siostry, prosząc o pamięć w modlitwach29.

W drugim liście z 27 lipca 1941 r. przebija zeń niezwykła nostalgia
za domową sielanką, w której stawia Matce dość dziwne pytania, ile mleka
dają krowy i ile litrów potrzeba go na 1 kg masła, ile jaj składają
kury, ile fur siana daje jedna polska morga? Na końcu rutynowo, że jest
zdrów, pozdrawia bliskie mu rodziny i siostrę. Wtrąca jakby mimochodem
pytanie, jak idzie jej gospodarstwo, prosi o podanie ilości gruntu,
zwierząt domowych i drobiu30. Z listu datowanego 14 listopada 1941 roku
wynika, że w międzyczasie otrzymał od Matki dwa listy oraz list od
jasnogórskiego Przeora, któremu prosi podziękować za nie w następujących
dość suchych słowach: „Najprzewielebniejszy Ojcze Generale, Przeorze i
Czcigodni Ojcowie i Bracia! Otrzymałem Ojca list, serdecznie dziękuję za
Ojca życzliwość, Dzięki Bogu jestem zdrowy. Paczek nie wolno do mnie
wysłać, a pieniądze tylko za przekazem pocztowym. Pieniądze wysyła mi
Matka. To mi wystarczy. Polecając się modlitwie Ojca i wszystkich
Czcigodnych Ojców i Braci pozdrawiam serdecznie, w posłuszeństwie
Romuald”31.

Dziwny w swej treści jest list z 6 lutego 1942 roku, napisany z
wyrazami wdzięczności za życzenia imieninowe od Matki, rodzeństwa,
krewnych i znajomych. Zapewnia modlitwy za swego ojca, braci i siostry,
jak też obiecuje dalsze. Po tym wstępie dodaje, że zima utrzymuje śnieg
na wysokość człowieka a mróz od 18 do 20$C, ale przebija już słońce zza
chmur co ma znaczyć fazy księżyca. Otrzymał podane mu znaczki pocztowe i
przekaz pieniężny, ponadto, że delektuje się jej dwoma listami i tyloma
też od o. Przeora. Dawały mu one wiele radości i otuchy, bo jak
obliczał upłynęły już dwa lata od swego aresztowania, a we wrześniu
miałby również dwa lata od czasu osadzenia go w tym obozie.

W liście z 21 lutego 1942 roku wyraża radość z nadchodzącej wiosny,
czego zwiastunem jest topniejący śnieg i łagodniejszy, męczący dotąd,
mróz, jakkolwiek ziemia jest zamarznięta od 20 do 30 cm. Ale przechodząc
do sentymentalnej młodości, wspólnego z matką przezywania Wielkiego
Postu i pasyjnych nabożeństw, obiecuje bycie z nią duchowo, prosząc o
modlitwy. I kolejna wiadomość, dostał kopertę od o. Generała, ale pustą,
ponieważ list był napisany w języku polskim32.

Wiele mówiący jest również list z 6 marca 1942 roku, w którym
dziękując za list Matki wyraża radość z optymizmu jaki przebija w jego
rodzinie. W ofierze Mszy św. widzi jedyną ich pociechę, choć sam nie
pisze, czy może ją celebrować lub uczestniczyć. O atmosferze obozowej
mógł napisać jednie tyle, że „w ostatnich dniach żyjemy tutaj bez żadnej
pociechy. Dni są mgliste a w ostatnie dni padało dzień i noc. Słońce
zaświeciło na dzień św. Kazimierza, po południu było nawet trochę
cieplej. Myślami przenoszę się do domu i pamiętam o urodzinach Kazi. Nie
wiem, Najmilsza Matko, jak się odwdzięczyć Frankowi i wszystkim innym”.
Na koniec ponownie wraca do sprawy swej rodziny paulińskiej. Powtarza
już chyba retorycznie, ilu jest ojców i braci na Jasnej Górze, ilu w
całym zakonie, ilu kleryków wyświęcono w 1940 roku, ile jest domów w
Polsce i za granicą, jakie są zmiany w zarządzie zakonem i gdzie kto
przebywa”.

Na krótko przed śmiercią, w ostatnim liście datowanym 19 kwietnia
1942 roku sumituje się Matce, że od dłuższego czasu nie otrzymała od
niego listu, ponieważ jak dawniej pisał co dwa tygodnie, tak teraz nie
pozwalały mu na to warunki. Przesyła spóźnione i najwyraźniej pożegnalne
życzenia: Jej, całej rodzinie, klasztorowi, krewnym, znajomym i
wszystkim ludziom na świecie – niech Bóg obdarzy Was pokojem. W końcu
zdradził ciekawość i prośbę skierowaną do o. Generała i Przeora, do
kleryków i braci o wiadomości z Jasnej Góry, ilu było wyświęcono
prezbiterów w 1940 r., ilu jest kleryków i braci w domach polskich,
węgierskich i włoskich. Kończy radosnym westchnieniem o cudzie wiosny34.

Nieubłagany los męczeńskiej śmierci

O zdrowiu i pogarszającym się samopoczuciu Więźnia docierały do
wspólnoty paulinów na poły anonimowe wiadomości, najpierw od b.
burmistrza Wieruszowa Leonarda Rojewskiego i wspomnianej wyżej Marii
Rosochackiej z Warszawy. Burmistrz Rojewski po zapoznaniu się z listem
o. Romualda przysłanym do matki, donosił 8 października 1941 roku, że
„o. Romuald oprócz fizycznych niedomagań – głoduje i że znikąd nie ma
pomocy. Wprawdzie Matka jego od czasu do czasu wysyła mu po kilka
złotych, za które może dokupić trochę żywności, lecz Matka, jak i reszta
rodziny są w niedostatku”. Obrotny burmistrz pisał zatem w jej imieniu,
„aby zakon do którego o. Romuald z całym poświęceniem i gorliwością
należał, przyszedł mu z pomocą materialną, wysyłając miesięcznie po
kilkadziesiąt złotych”35.

To był bodajże pierwszy znak dany klasztorowi jasnogórskiemu, gdzie
o. Romuald przebywa i w jakich znajduje się warunkach. Ruszyła w lot
próba pomocy podjęta na radzie domowej, łącznie bodajże z próbą
uwolnienia go z obozu, o czym niedwuznacznie doniosła kuzynka Rosochacka
podczas wizyty na Jasnej Górze 2 października 1941 roku36, a potem w
odrębnych listach o chorobie o. Romualda37. Już na pierwszy sygnał o
możliwościach kontaktu z Więźniem, zareagował przeor Mohylewski, który
wysłał do niego list w języku niemieckim (w tłumaczeniu o. Tomasza
Fraczka) informując dość ogólnie o sytuacji w domu jasnogórskim, a
następnie pytając, w czym, można mu pomóc, zapewniając zarazem o pełnej z
nim duchowej solidarności38.

Kontakty z klasztorem, a konkretnie z o. generałem Przeździeckim,
nawiązała też matka o. Romualda. Przekazywała pozdrowienia od syna, a
następnie przekazała cztery wspomniane wyżej listy, w których powtórzyła
restrykcje obozowe o wzajemnej z Więźniem korespondencji, koniecznie w
języku niemieckim, ponieważ jak wspomniano wyżej jeden z listów
jasnogórskich napisany w języku polskim nie dotarł do niego poza pustą
kopertą39. Z powyższej korespondencji wynika, że wzajemne uzgodnienia,
najprawdopodobniej w drodze wzajemnej wymiany słownej przyniosły
konkretną pomoc Więźniowi ze strony klasztoru”. Odbiór stosownej sumy
pieniężnej odbywał się za pośrednictwem Marii Kłaczyńskiej kuzynki o.
Romualda zamieszkałej w Częstochowie40.

W pozornie „ulgowej” atmosferze płynęło życie obozowe naszego
Bohaterskiego współbrata. Faktycznych udręk i cierpień jednak nigdy
chyba nie poznamy, choć cytowane listy dają ukryty obraz duchowych
udręk, gdy pisał o mrozach śniegu, zimnie i nadziei wiosny, która
wnosiła mu kolejny promyk nadziei zwycięstwa. Z dawnych moich zapisów,
podanych przez Franciszka Giemzę, bodajże księdza spod Włocławka,
dotarła na Jasną Górę relacja, że kapo więzienny znęcał się nad
Romualdem, by wymóc na nim odwołanie słów o zmartwychwstaniu Polski.
Bijąc go kijem zadawał pytania: „Więc jak, czy będzie Polska”? Więzień
za każdym razem odpowiadał: „Tak, Polska będzie"41. Katorgę przerwało
mało realne opowiadanie Bolesława Kowalczyka, że podczas zwyczajowego
apelu, wypędzono wszystkich więźniów z izb na dziedziniec, gdzie przez
lekarzy SS wybierano podejrzanych i pakowano ich na ciężarówki, którymi
wywożono do komór gazowych w lasach oddalonych 35 km od Dachau. Po
jakimś czasie wracały do obozu ich pasiaki, co było dowodem śmierci
każdego z nich42.

Bliższych okoliczności śmierci bodajże nikt nie przekazał, bo też
trudno, by ktoś przeżył sceny pobytu w krematorium. Wydaje się, że wyżej
zacytowana informacja w tej sprawie nie jest wiarygodna. Bardziej
prawdopodobna jest ta, że o. Romuald zmarł w wyniku śmiertelnej dawki
zastrzykiem. Jest to zgodne z depeszą Zarządu Obozu w Dachau, jaką
przesłał matce, że „23 kwietnia 1942 r. o godz. 9.00 zmarł ksiądz
katolicki Jan Kłaczyński mieszkaniec klasztoru jasnogórskiego”, dodając,
że w ciągu 24 godzin może ona zobaczyć jego zwłoki, a także sprowadzić
jego prochy za stosowną opłatą43. Zbolała matka podzieliła się
natychmiast tragiczną dla niej wiadomością z przeorem Motylewskim, który
przesłał jej wyrazy współczucia44. Nie mogła rzecz naturalna oglądać
zwłok Syna, choćby ze względu na wiele set kilometrów odległości z
Wielunia do Dachau. Zresztą był to zwykły wybieg rzekomej kurtuazji, a
po wtóre, gdy 5 maja skierowała pismo do Krematorium w Dachau o
sprowadzenie prochów, poinformowano ją, że ciało Kłaczyńskiego spalono
27 kwietnia w Krematorium i nie mogą być pochowane w innym miejscu niż w
Dachau. Przysłano jej jedynie dwa brewiarze i różaniec45.

Epilog

Patriotyczna postawa, lub młodzieńczy poryw o. Romualda, znalazły
swoje odzwierciedlenie w notatkach kronikarskich generała zakonu o.
Przeździeckiego, przeora Motylewskiego, o. Polikarpa Sawickiego i w
prasie zagranicznej46. Pierwszy z nich zanotował o staraniach Przeora w
nadziei uwolnienia Podwładnego, ale nie za cenę odwołania treści
kazania, do czego nie mógł ani go namawiać, ani tuszować wobec
faktycznej agresji okupanta47. Przeor Motylewski, jak już wspomniano,
czynił co mógł, aby swego podwładnego wyciągnąć z więzienia, a gdy
okazało się to niemożliwe najwyraźniej niepokoił się jego stanem
psychicznym i fizycznym. Na ile był skłonny popierać próbę porwania go z
częstochowskiego szpitala, trudno powiedzieć, niemniej z notatnika o.
Sawickiego pod datą 10 czerwca 1941 wynika, że „próby wydobycia o.
Romualda spełzły na niczym. Zarzucają mu niestworzone rzeczy. O. Romuald
wieczorem się rozchorował. Gestapo grozi, że jeśli się powtórzy coś
podobnego, to klasztor zostanie zamknięty, a ojcowie do paki!. (Miał to
powiedzieć sam gen. gub. Frank)48. W przekonaniu jego współbraci – w
mentalności o. Romualda tliła bezsprzecznie niezrozumiała idea
męczeństwa, która postawiła go na świeczniku liderów walki o wolność w
przeciwieństwie do lęku otoczenia, którego nie znosił i na widok którego
zdawał się burzyć jego temperament.

W dniu wygłoszonego kazania przypadał pierwszy dzień wiosny, do
której rwało się jego serce i które cudownie skojarzył z odrodzeniem
ojczyzny. W dniu pierwszego spotkania w komendzie 22 kwietnia była
wigilia święta męczennika biskupa Wojciecha patrona Polski, a w dniu
aresztowania 23, główna uroczystość ku jego czci. Dzień jego śmierci, po
dwuletnich torturach, 23 kwietnia, zamknął się męczeństwem za wzorem
jakże bliskiego mu ideowo i ufnie biskupa Pragi, z której musiał
uciekać, a jako Apostoł Prusów, spośród których żadnego nie nawrócił, a
mimo to stał się zwornikiem Kościoła nad Wełtawą i fundamentem polskiej
metropolii, która cementowała jedność narodu przez blisko tysiąc lat.
Ojciec Romuald czuł się nieraz kamieniem odrzuconym w gronie swoich
uzdolnionych współbraci, dzisiaj możemy jednak powiedzieć, jakże cennym i
opatrznościowym zwornikiem w strukturze naszej wspólnoty, choć nadal
zapomnianym i nieludzko zafałszowanym w Dziejach duchowości paulińskiej,
której nie potrafimy poprawnie czytać, gdy stanowisko Męczennika nie
mieściło się ciasnych szufladkach moralistyki bez woli wejrzenia w
indywidualne wartości natury ludzkiej.

Próba zebrania prawdziwych relacji o życiu o. Romualda na przełomie
lat 70/80. minionego wieku przyniosła dość mętny obraz w kwestii
ustalenia jego wezwania na komendę w pierwszym dniu po wygłoszeniu
kazania, a dzień później stawieniu się osobiście w komendzie policji,
czy też siłowym zabraniu go z klasztoru. Nie inaczej oceniano treść
kazania, które jednym miało przypaść do gustu, a innym przeciwnie, ale
co ciekawe, to ci którzy go nie słyszeli i nie byli w stanie odkryć
niezwykle trafnej aluzji, – niestety spychanego na boki kaznodziei – i
nie zwrócili uwagi na jego istotne, jakże potrzebne wówczas na Jasnej
Górze – przesłanie! Już podczas zbierania owych relacji dało się
zauważyć bagatelizowanie prostego, na marginesie życia wspólnoty
współbrata. Udzieliło się ono autorowi Dziejów Zakonu w nieprzemyślanych
i niedopuszczalnych z zasadami przyzwoitości cytowanych opinii mistrzów
życia młodego adepta do kapłaństwa, które w myśl prawa kanonicznego
powinny zostać z jego teczki wybrakowane. Skoro jednak się zachowały, to
w żadnym wypadku nie powinny być wykorzystane dla obciążenia cichego
bohatera i patrioty surowymi ocenami jego charakteru, przeciętnymi
zdolnościami i ascetyczną postawą, którą warować należy jak tajemnicę
sakramentu pokuty.

Autor Dziejów Zakonu był w luksusowej sytuacji ponieważ dysponował
swobodnym dostępem do akt kancelarii generalskiej. Nie dano mi tej
szansy podczas kwerend jasnogórskich, bo nie dano…! Nie mogłem wówczas
poznać jego notatek duchowych”49, które są jakby kwintesencją ideału,
który zamknął się święceniami i jednym z niewielu kazań – niczym jakby
apelem św. Wojciecha do Prusów – po co do nich przyszedł – by za nie
doznać smaku męczeństwa. Męczennikiem nie stał się od razu. Uczyli go
zadufani w sobie współbracia, którzy nie szczędzili mu uszczypliwości, a
mimo to umiał ich znosić i wybaczać bez reszty. Takim go 23 opisałem w
październiku 1994 roku na sympozjum historyków ojcu Gabrielowi
Bartoszewskiemu kapucynowi, postulatorowi błogosławionych Polaków.
Przypadł mu do pocztu męczenników i wręcz natarczywie prosił o
opracowanie jego biografii, która mogła wystarczyć za wstępny
diecezjalny akt świadectwa męczeństwa. Sam zobowiązał się poprowadzić
badania według ustalonego wzoru, byle tylko podjąć inicjatywę. Ustnie i
pisemnie 28 października 1994 roku powiadomiłem o tym sekretarza kurii
generalnej zakonu, o. Melchiora Królika, który dał mi znać, że
definitorzy odnieśli się do propozycji negatywnie, nie widząc w
kandydacie ideału godnego czci, a po wtóre brakiem tradycji odnośnie do
beatyfikacji członków spośród naszej wspólnoty50.

Nie zamykam tymi uwagami biografii o. Romualda. Pisałem ją w
pośpiechu, w nastroju żałoby narodowej. Zbierałem myśli i słowa między
łóżkiem szpitalnym a nasłuchem zza ściany o tej strasznej tragedii, a
potem jak kulawy zając goniłem na nabożeństwa pogrzebowe kilku
niezwykłych przyjaciół, których straciłem dla dobra nauki i patriotyzmu,
ale ufam, że pamięć o nich wryje się w listę męczenników idei obrony
suwerennej Polski.

I jeszcze jedno. Bombardowałem o. prowincjała Mirosława Legawca, by
pomógł mi w tłuczeniu niemieckich tekstów. Dziękuję mu za ten gest,
którego zresztą doświadczam nie od teraz. Wykorzystałem je zaledwie w
części z nadzieją opublikowania pełnej dokumentacji jego męczeńskiej
śmierci.

Ostatnie wypadki w kraju stały się dla angielskiego historyka
Daviesa Normana – oby nie proroctwem – „zmierzchem idei Polski”. O.
Romuald wierzył i na swój sposób wymodlił odrodzenie Polski – na kształt
odrodzenia pięknego kwiatu z martwicy ziemi. Takim chciejmy go utrwalić
w bratniej pamięci.

o. prof. Janusz Zbudniewek


1 Problematykę powyższą poruszałem w kilku artykułach problemowych,
istotne zagadnienia zob. w pracy: Jasna Góra w latach okupacji
hitlerowskiej, Kraków 1991.

2 AJG 215g: Akta personalne o. Romualda Kłaczyńskiego, 1907-2010, s.9.

3 AJG 215g. s.24.

4 Tamże, s.27-29.

5 Akt profesji, AJG 215g s.71.

6 Oryg. Świadectwa dojrzałości, AJG 215g s.77-80.

7 Opinie n.t. stanu umysłowego i duchowego pisane przez trzech prefektów z l. 1927-1933, AJG 215g. s.37-57.

8 Testimonium cmensi Studii Thcologici z 25 Oct. 1937, tamże s.81.

9 Oryg. świadectwa święceń kapłańskich, tamże s.83.

10 Oryg., tamże, s.85.

11 Oryg. podpisany przez sufragana częstochowskiego A. Zimniaka, tamże s.90.

12 B. Bojarska: Zniszczenie miasta Wielunia w dniu 1 września 1939 r., „Przegl. Zachodni” 5: 1962 nr 2 s.310.

13 J. Bańbor, L. Bąk: Krwawy poniedziałek w Częstochowie 4 września
1939 roku w świetle najnowszych ustaleń historiografii niemieckiej, W:
Veńtati Serviens. Księga

Pamiątkowa ofiarowana J. Zbudniewkowi, W-wa UKSW 2009 s.531-550.

14 Szerzej na ten temat pisałem w: Jasna Góra w latach okupacji hitlerowskiej, Kraków 1992 s.58 i nn.

15 Autor interesującej, ale niedojrzałej pracy zatytułowanej Dzieje
Paulinów XX wieku. Życie i działalność. Częstochowa 2003 napisał m.in.,
że o. Justyn Marczewski „zastępczo pełnił obowiązki kapelana wojska
polskiego”. Kapelanem wojskowym na terenie Tarnowskich Gór był od 24 do
31 VIII 1939, a więc zaledwie tydzień czasu (Kronika klasztoru OO.
Paulinów w Leśniowie, s.257). Do Leśniowa wrócił jeszcze przed agresją
Niemiec na Polskę podobno z lęku, 31 VIII i kilka dni później z tym
samym niepokojem wybrał się z nowicjuszami do Leśnej (Diariusz o.
Stanisława Nowaka, ASk 532 s. pod dn. 31 VIII). Powrócił do Leśniowa 15
września (AJG 2878 s.188).

16 Akt nominacji, AJG 215g s.91.

17 AJG 2878 s.188.

18 Oryg. Archiwum Państw. Częstochowy (dalej APCz): 248: Niemiecki
Zakłada Karny w Częstochowie 1939-1944: Romuald Kłaczyński; kopia AJG
215g s.157; AJG 2950: Dziennik

o. Polikarpa Sawickiego, 1939-1945, s.32.

19 Brudnopis pisma o. Motylewskiego pisany ołówkiem, a tłumaczenie o. T. Fraczka czerwoną kredką. AJG j.w., s.153-154.

20 Męczeństwo księży polskich, „Dziennik Żołnierza” (Londyn) 2:1941
nr 267 s.2.; AJG 3128 s.162, 168, 234; AJG 2324 s.234, 242-243.

21 Oryg. APCz; kop. AJG 215g s.159.

22 Oryg APCz; kop, AJG 215g s.164.

23 AJG 2324: Diariusz o. P. Przezdzieckiego, 1940, s.242-243.

24 J. S. Płatek: Dzieje Paulinów, s.279-280.

25 Z listu Bolesława Kowalczyka pisanego 5 V 1979 r., AJG 215g s.343.

26 J. S. Płatek: Dzieje Paulinów, s.280.

27 List B. Kowalczyka, AJG 215g s.348.

28 Muzeum Ziemi Wieluńskiej (dalej: MZW), sygn. AH-d-701, kop. AJG 215 g. s.165-175.

29 MZW AH-d-701, kop. AJG 215g s.165-167.

30 MZW list z 27 VII 1941,kop.AJG 215g s.165-167, tłum. s.177.

31 AJG 215g, oryg. s.183-185, tłum. S.184a.

32 AJG 215g, oryg. s.191-193.

33 AJG 215g, oryg. 195-197.

34 MZW oryg.; kop.: AJG 215 g. s.169-171, tłum. s.179-181.

35 Oryg. listu z 8 X 1941, AJG 215g s.205-206.

36 Notatka o. N. Motylewskiego o wizycie AJG 215g. s.213.

37 Dwa listy M. Rosochackiej z 3 VI 41 i 2 IV 42 od nieznanego
bliżej Henia, który jakoby miał wiadomości od o. Romualda, o jego
zdrowiu, nie wysyłaniu mu listów poleconych i powiadomieniu o jego
chorobie, AJG 215g s.199-203.

38 Brudnopis listu w języku polskim i niemieckim z 29 X 1941, AJG 215g s.215.

39 Trzy listy Marii Kłaczyńskiej z Wielunia datowane: 21 XII 1941 oraz 2 III i 21 II 1942, AJG 215g s.207-211.

40 AJG 215g s.ll.

41 Posłużyłem sie tą relacją Edwardowi Wichurze-Zajdel, który wniósł
ją do swoich książek o martyrologii księży częstochowskich i
wieluńskich. AJG 215g s.323, 325.

42 Z relacji Bolesława Kowalczyka, datowanej w liście do generała zakonu Ludwika Nowaka, 28 VI 1979 r., AJG 215g s.347.

43 Kopia depeszy o śmierci o. Romualda w liście M. Kłaczyńskiej do przeora Motylewskiego z 24 IV 1942 r., AJG 215g s.221.

44 Kondolencji o. Motylewskiego nie znamy, wspomina o niej M. Kłaczyńska w liście z 18 V 1942r., AJG 215g s.219.

45 List M. Kłaczyńskiej z 18 V 1942 r. z tłumaczeniami nieznanej
korespondencji obozowej i zwrotem osobistych przedmiotów o. Romualda.

46 Męczeństwo księży polskich, art. cyt.; [Aresztowanie w
klasztorze], „Wiad. Pol. Misji Kat. w Londynie” 3: 1941 nr 5 s.7; K,
Gorzkowski: Kroniki Andrzeja. Zapiski z Podziemia 1939-1941, Warszawa
1989 s.103-104.

47 AJG 2324: Diariusz o. P. Przezdzieckiego, 1940, s.234, 242-243.

48 AJG 2950: Dziennik o. P Sawickiego, 1939-1945, s.34.

49 Złote myśli świętych Doktorów Kościoła. Zesz. 2B.; brak zeszytu
I-go, choć być może kilka wyrwanych kartek stanowiły jego całość. AJG
215g s.231-314.

50 List mój z 28 X 1994 r. z dopiskiem o decyzji definitorów znajduje się w AJG 215g s.359.

Za: Biuro Prasowe Jasnej Góry.