„Pobożni” mafiozi. Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

Wielu ludziom Włochy kojarzą się z pizzą i… mafią. Każdy jadł pizzę i każdy widział jakiś film o włoskiej mafii. Termin „mafia” pierwotnie oznaczał organizację przestępczą pochodząca z Sycylii, czyli słynną cosa nostra. Analogiczna organizacja pochodząca z Kampanii, czyli prowincji, do której przynależy Neapol, nazywa się camorra. Natomiast z regionu Kalabria wywodzi się ‚ndràngheta, zwana inaczej Rodziną (Famiglia) Montalbano.

 
Niektórzy starsi Włosi z południa mawiają z uśmiechem, że mafia nie istnieje; są jedynie krewni i przyjaciele, którzy mogą pomóc… Kiedyś spotkałem pewnego staruszka, który twierdził, że mafia to byli kiedyś dobrzy ludzie (buona gente), którzy bronili ubogich przed niesprawiedliwym państwem, ale – niestety – popsuli się, od kiedy zaczęli handlować narkotykami oraz mieszać kobiety i dzieci w sprawy, które powinny pozostać w gronie mężczyzn.
 
Ciekawym fenomenem jest religijność, powiedzmy od razu, że zdegenerowana, niektórych mafijnych bossów. Kiedy pięć lat temu aresztowano w wiejskiej kryjówce pod Corleone szefa sycylijskiej cosa nostra Bernarda Provenzana, okazało się, że na szyi miał trzy krzyżyki, a w kieszeniach pięć różańców. Ponadto osobisty egzemplarz Biblii mafiosa pełen był zapisków na marginesach – znak, że Provenzano regularnie rozważał Stary i Nowy Testament. Wielu mafijnych bossów miało w swych kryjówkach kaplice z ołtarzami, figurami i obrazami świętych. Skąd u bezwzględnych zabójców taka dewocja?
 
Zamordowany przez mafię sycylijski sędzia Giovanni Falcone stwierdził kiedyś, że „mafijność to religia, która wypożyczyła od katolicyzmu rytuały, język, całą zewnętrzną otoczkę. Zostać mafiosem to jak przejść na nową religię – paralelną”. Mafiosi składają przysięgę Bogu i głównemu bossowi; wierzą, że ich organizacje mają swoich świętych patronów. Kiedy pewien znaczący członek camorry został – z powodu braku dowodów – uniewinniony przez sąd, wraz ze swoimi kompanami udał się na dziękczynną pielgrzymkę do sanktuarium Ojca Pio w San Giovanni Rotondo. Jeden z mafijnych zabójców zeznał, że kiedy szedł zabić pewnego księdza, to najpierw się przeżegnał i powiedział: „W imię Boże”.
 
„Pobożny” mafioso wie, że morderstwo jest grzechem, ale zarazem tłumaczy sobie, że Pan Jezus zrozumie, iż nie było innego wyjścia. Wszak „porządny” boss wydaje polecenie zabójstwa jedynie w wypadku, który uznaje za „wyższą konieczność”. Co więcej, wydaje się, że niektórzy bossowie uważają siebie za ludzi, którzy poświęcili się dla sprawy, dla „rodziny”. Żyją skromnie, niekiedy wręcz ascetycznie i niosą – jak to sami postrzegają – trudną odpowiedzialność. Z bólem podejmują niełatwe decyzje. Kiedy Jan Paweł II w 1997 roku wołał, że przykazania „Nie zabijaj” nie może zmienić żadna mafia i wzywał mafiosów do nawrócenia wskazując na nadchodzący Sąd Boży, to być może niejeden boss westchnął, że zasadniczo papież ma rację, ale jednak pewnych rzeczy nie rozumie.
 
Ciekawe, że niektórzy mafiosi gotowi są do zaprzestania mafijnej działalności, ale nie oznacza to, że są także gotowi do wydania swoich dawnych wspólników. I to nie tylko z lęku przed zemstą ze strony zdradzonej organizacji, ale także dlatego, że – jak to powiedział jeden z mafiosów – „chrześcijanin nie oskarża innych”. W tej pokrętnej, chorej religijności ważny jest obraz Jezusa, który umiera pomiędzy dwoma złoczyńcami. Jezus ich nie oskarża – twierdzą mafiosi i wysuwają z tego wniosek, że nie należy wydawać mafijnych zabójców.
 
Tego rodzaju religijność, która z autentyczną wiarą niewiele ma wspólnego, jest skrajnie indywidualistyczna: ja, moje sprawy i Pan Bóg, który powinien zrozumieć moje trudne wybory. Oburzając się – całkiem słusznie – na religijnych ludzi mafii, pomyślmy, czy w nas samych nie ma czegoś z takiej właśnie postawy. Spełniamy jakieś praktyki religijne, ale tak naprawdę nie słuchamy Boga, bo chcemy, żeby to On nas słuchał i rozumiał…