Referat: Zakony wobec zmian w Kościele

091006b.jpg Poniżej prezentujemy pełny tekst wystąpienia ks. prof. dr hab. Marka Starowieyskiego, wygłoszonego w dniu 6 października podczas sympozjum przełożonych wyższych na Jasnej Górze.

 

Zakony wobec
zmian w Kościele.

Uwagi laika. 
 

      Stoję 
w sytuacji dość trudnej. Mam mówić o współczesnym Kościele, którego
nie jestem badaczem, ani z punktu widzenia teologicznego ani socjologicznego,
a tylko historykiem świata starożytnego. Mam mówić do zakonników
i zakonnic, a sam zakonnikiem nie jestem, choć redaguję serię monastyczną
(co jest swoistym polskim curiosum!). Jeśli więc mówię, to dlatego,
że prosił mnie o to O.Malinowski, a mówić będę jako świadek,
przyglądający się aktywnie (pracując w duszpasterstwie), współczesnemu
Kościołowi z punktu widzenia wieków pierwszych Kościoła. I tak
też należy rozumieć ten referat.

      Spróbuję
w nim przedstawić kilka uwag na temat problemów Kościoła po Soborze,
na temat polskiego Kościoła i w końcu ważne, moim zdaniem, wnioski
dla świata zakonnego. 

I.  Obok wielu
różnic istniejących między światem późnego antyku, w którym
rozwijało się chrześcijaństwo a współczesnym podstawową jest
ta, że była to epoka bardzo głęboko religijna. I obojętnie, czy
mówimy o poganinie Julianie Apostacie, heretyku Eunomiuszu czy doktorze
Kościoła św. Atanazym – dla wszystkich ich problemem podstawowym
było zbawienie siebie i innych, a problem ten stał ponad wszystkimi
sprawami gospodarczymi czy politycznymi. W tym klimacie rozwinęło
się chrześcijaństwo, które już w cztery wieki po swoim Założycielu,
stworzyło potężną kulturę, w oparciu także o walory świata antycznego,
która w następnych wiekach zdołała nawrócić na chrześcijaństwo
zdobywających Europę barbarzyńców, i nadać jej ramy cywilizacji
antycznej. Był to tak potężny zastrzyk, że starczył on Europie
na całe średniowiecze i czasy nowożytne, by zacząć kruszyć się
gdzieś od XVII w. i by załamać się wobec powszechnej negacji Boga
i wartości chrześcijańskich w wieku XX.

      Nie
znaczy to bynajmniej, że była to epoka, gdzie wszystko działo się
wedle nauki chrystusowej: były wojny, rzezie, byli niegodni papieże,
biskupi i kapłani, ale działo się to wszystko w świadomości grzechu
i odkupienia przyniesionego przez krew Chrystusa, a kryteriami życia
społecznego był, mimo jego gwałcenia go, Dekalog1.

 Bardzo
radzę wszystkim, którzy będą kiedykolwiek w Paryżu odwiedzić Musée
des moules w Palais Chaillot. Znajdują się w nim gipsowe odlewy najważniejszych
zabytków Francji: do XVI/XVII w. są to zabytki sztuki religijnej,
od tego okresu – pałace i zabytki świeckie; stosunkowo nieodległe
od siebie znajdują się dwa pałace: Boga – Katedra w Chartres i
ludzi – Pałac w Wersalu.

Historyk kultury
widzi, jak wpływ religii maleje i postępuje laicyzm, ale ciągle jeszcze
w systemie chrześcijańskim. W XIX w. romantycy bywają jeszcze głęboko
religijni, choć Byron i V.Hugo są agnostykami a Lamartine i A. de
Vigny – ateistami, a jednak tworzą oni wzruszające dzieła religijne.

W wieku XX
i XXI pojawia się ateizm masowy. Jest to zjawisko nowe, bo dotąd
pojawił się on tylko prąd zazwyczaj nielicznego marginesu. Jest on
dziś narzucany bądź brutalnie siłą (Niemcy, komunizm) bądź równie
brutalnymi metodami manipulacji mass mediów. Bunt roku ‘68 narzuca
nowy system etyczny. Dziś widzimy działanie ateizmu niemniej fanatycznego
jak fundamentalizm muzułmański, niezwiązanego z jakimikolwiek zasadami
etycznymi dotychczasowej kultury Europy i uderzającym w podstawowe
elementy życia społecznego: w życie, w rodzinę, i zmierzającemu
do unicestwienia biologicznego społeczeństwa.

Zwróćmy uwagę 
na fakt, że w chwilach podstawowych kryzysów chrześcijaństwa pojawiały
się zakony, jako pogotowie ratunkowe dla walącego się gmachu Kościoła
– wizja pap. Innocentego III i św. Franciszka podtrzymującego Kościół
jest tu emblematyczna. Tak podtrzymywali Kościół powszechny i chrześcijaństwo
św. Benedykt, Cystersi, św. Franciszek i św. Dominik, św. Wincenty
à Paolo; zakony podtrzymywały także Kościoły lokalne, jak np. działalność
O.Honorata w Polsce pod zaborem rosyjskim. W XX w. nie pojawił się
żaden ruch na tę skalę i o takiej mocy, chyba że weźmiemy pod uwagę
Opus Dei oraz Siostry Matki Teresy z Kalkuty; natomiast, smutno to mówić,
zakony odegrały pierwszorzędną rolę w kontestacji kościelnej po
Soborze i ponoszą ogromną odpowiedzialność za smutny stan obecnego
Kościoła w Europie.

I tu dochodzimy
do jednego najtragiczniejszych wydarzeń XX w. – Soboru
Watykańskiego II – dlaczego nazywam go tragicznym zobaczymy z dalszego
rozważań. Wielcy papieże XIX i XX w. zdawali sobie dobrze sprawę
z kryzysu: Leon XIII i Pius XI podejmują próby ratowania klasy robotniczej,
spieszą im z pomocą JOC czy księża robotnicy; Pius XI stara się
zmobilizować laikat poprzez Akcję katolicką, Pius XII podejmuje dialog
ze światem nauki; rozwija się ruch ekumeniczny starający się zjednoczyć
we wspólnym głoszeniu nauki Jezusa wszystkich chrześcijan. W końcu
Jan XXIII zwołuje Sobór, który miał się zająć problematyką raczej
duszpasterską niż doktrynalną, aby uporządkować Kościół i przygotować
go do zjednoczenia wszystkich chrześcijan, którzy stawiliby czoło
współczesnym niebezpieczeństwom ateizmu. Nie miejsce tu omawiać
tych wszystkich szlachetnych działań, musimy jednak powiedzieć kilka
uwag o samym Vaticanum II.

Najpierw jednak
należy powiedzieć kilka uwag ogólnych o soborze jako takim, by lepiej
zrozumieć Sobór i Kościół po Soborze oraz związane z nim postawy.
Sobór jest instytucją bosko-ludzką, a jego określenia stanowią
element nieomylnego nauczania Kościoła, i tylko tam jest zawarte to
nauczanie. I to stanowi właśnie tę stronę boską soboru.

Ale obok niej
istnieje również strona ludzka, niejednokrotnie tragicznie omylna,
a więc niezauważenie problemów, słabe opracowanie tematu, reperkusje
polityczne, itd. Po każdym soborze pozostaje „smuga cienia": po
dwóch wielkich soborach starożytnych, efeskim i chalcedońskim, które
położyły fundamenty naszej chrystologii,  pozostało rozdarcie
Kościoła trwające do dziś, a więc nestorianizm czy monofizytyzm.
I tak jest z każdym soborem. Stąd też pewnego rodzaju „soborolatria",
typowa dla polskiego piśmiennictwa pewnych grup – ślepe podziwianie
wszystkiego, co było na soborze i po nim zostało, jest dowodem ignorancji
historycznej.

Weźmy dwa
przykłady. Jednym z najsłabszych dekretów Soboru jest ten o kapłaństwie.
Ojcowie soboru nie zauważyli straszliwego kryzysu, który wisiał w
powietrzu, natomiast rozpracowali dobrze tematykę dotyczącą świeckich
i biskupów. Gdy wybuchł posoborowy kryzys kapłaństwa nie znaleziono
w tekstach soborowych odpowiedniej pomocy, co niewątpliwie wpłynęło
na kryzys. Ze wszech miar słuszne powołanie teologów na ekspertów
soborowych, stało się powodem późniejszej kontestacji tychże samych
teologów, którzy nie zauważyli, że inną w Kościele jest funkcja
teologa a inna biskupa.  

Czy więc Sobór
jest winny głębokiego kryzysu, który wybuchł po nim w Kościele?
Tak, twierdzą lefebryści. Jest to jednak błąd logiczny, który po
łacinie nazywa się post hoc ergo propter hoc – z tego, że coś następuje
po czymś, nie wynika bynajmniej związek przyczynowy tych dwóch zjawisk.
Nie sobór ale sytuacja po nim powstała wywołała kryzys. A to nie
to samo.

Powody tego
kryzysu to problem bardzo skomplikowany. Zwrócę tu uwagę tylko na
kilka zewnętrznych i wewnętrznych.

Zewnętrzne:
potężny prąd kontestacji laickiej, którzy znalazł swój wyraz w
buncie młodych ‘68 roku, ogromny wpływ komunizmu teoretycznego i
praktycznego, który do dziś nie ustał, rola mass mediów – które
– według świetnego określenia ks. Malińskiego, przejęły interpretację
Soboru w świetle zasad laickich, często wypaczającym zupełnie myśl
soboru, do czego nie mało się przyczynili teologowie, duchowni i świeccy
katolicy; kiedy zaś Kościół wkroczył, albo było za późno –
powstały już stereotypy, które, jak wiemy, nie łatwo jest zwalczyć.
Kościół zaś nie miał do dyspozycji mediów, dać swoją interpretacje
a błedną sprostować. I znowu niedostrzeżenie problemu – ważny
skądinąd dokument o mass mediach nie oddaje całej wagi mass media
w kulturze współczesnej  

Były także
powody wewnętrzne: niedołęstwo niektórych organów watykańskich
w wprowadzeniu reformy; kompletne zdezorientowanie biskupów w nowej
sytuacji: nie potrafili oni wprowadzić w życie tego, co sami ustalili
na soborze; skandaliczna rola niewykształconego i skompleksowanego
duchowieństwa zachodniego tak świeckiego jak i zakonnego, dla którego
głównym celem stało się być „postępowym"; masowe porzucanie
kapłaństwa – tu szczególnie bolesne były odejścia zakonników
– czasem nawet niemalże całych klasztorów – oraz sławnych i
renomowanych profesorów; zupełny brak reakcji ośrodków teologicznych
na to, co się dzieje, a wręcz przeciwnie – stawały się ośrodkami
kontestacji oraz brak reakcji biskupów na wielkie, ordynarne i bluźniercze
wygłupy kleru zakonnego i diecezjalnego.

Na nie natomiast
zareagowali wierni w trojaki sposób: najpierw dwie ekstremy – albo
wykorzystując je jako okazję do opuszczenia Kościoła, a opuściło
Kościół bardzo wielu wiernych, za których odejście ponoszą odpowiedzialność
ci wszyscy nieodpowiedzialni „reformatorzy" – albo też gromadząc
się w kościołach, gdzie toczyło się godne życie liturgiczne, wedle
sposobu przedpoborowego. Z tych grup zrodził się ruch lefebrystowski,
który w pierwszej swojej fazie był ruchem protestu przeciw nadużyciom,
a następnie, po dorobieniu sobie antysoborowej ideologii przemienił
się w ten, który mamy do dziś; za nich też biorą odpowiedzialność
nie tylko wspomniani działacze ale i ci, którzy nie reagowali –
szczególnie biskupi francuscy..

Ruch kontestacji
w Kościele, przybierający różnorakie formy – najpopularniejsza
jest krytyka Kościoła hierarchicznego, o której powiedział jeden
z polskich publicystów, że jest najważniejszym zadaniem laikatu –
mający bardzo niewiele wspólnego z soborem istnieje do dziś. Dodajmy,
że ta wielokształtna krytyka i szukanie zła w Kościele, mająca
swoje korzenie w antykletrykaliźmie francuskim i duchu wolteriańskim,
jest antysoborową postawą, jako że to, co jest cechą najbardziej
charakterystyczną dla Soboru jest podkreślana przez niego pozytywność
– widzenie dobra, które ukryte przenika cały świat, ludzkość
i Kościół, stąd ekumenizm – szukanie dobra w innych wyznaniach
chrześcijańskich, stąd dialog z innymi religiami, w których znajdują
się również ziarnka prawdy, o których pisał niegdyś św. Justyn;
stąd też postawa Jana XXIII, który rozmawiał ze wszystkimi – dziś
jest to normalne, ale jakże jakże to zdumiewało w roku 1958.

Czy owoce Soboru,
jak chcą lefebryści, są negatywne? Wydaje mi się, że odpowiedź
na to pytanie dał pogrzeb Jana Pawła II: to co się działo nie było
tylko hołdem charyzmatowi Papieża, ale także nie wypłynięciem na
wierzch potężnej, niedostrzeganej dotąd fali ludzi myślących i
działających po soborowemu (używam tu tego słowa w sensie przyczynowym),
która dotąd płynęła ukryta: ukazała się wtedy soborowa ecclesia
lumen gentium, zjednoczony do tego stopnia Kościół laikatu i duchownych,
że ugięły się nawet niechętne mass media i musiały to pokazać.
I to jest owa trzecia reakcja na ruch kontestacyjny: odczytanie nauki
soboru takim, jakim był: z niego właśnie zrodziły się te liczne
ruchy świeckie które działają i bujnie rozwijają się w Kościele.
Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że owocem soboru Trydenckiego był
zakon jezuitów, dzięki któremu zostały wprowadzone reformy trydenckie.
Vaticanum II zrodziło lub przyczyniło się do rozwoju czy powstania
wielu ruchów świeckich, ale żadnego zakonu…  
 

II.  Jak w tym
Kościele po soborze wygląda Polska, w której żyjemy.

      Są 
dwa obrazy Kościoła polskiego. Jeden oficjalny, drugi realny. Oficjalny
to ten, który podaje pewnego rodzaju prasa katolicka i laicka, a który
mieści się w ogólnym schemacie Polski stworzonym na eksport przez
polskich intelektualistów. A więc Polska kraj ciemny, sklerykalizowany,
niepostępowy, zakompleksiony, antysemicki, odbijający daleko od Europy
i jej mentalności – z tym ostatnim twierdzeniem akurat się zgadzam,
tyle że uważam to za stwierdzenie nader pozytywne, gdyż Polska jeszcze
nie osiągnęła jeszcze bzdur dokonujących się na Zachodzie. W tym
schemacie mieści się Kościół: nie realizujący uchwał Soboru Watykańskiego,
nieruchawy, staroświecki, o wierze selektywnej, mający zacofany i
zmaterializowany kler, żyjący w kompleksie twierdzy oblężonej, który
stopniowo traci swoich wiernych na skutek swego skostnienia – można
by długo wymieniać obowiązujące poprawnie przymiotniki. Twórcy
tej zdogmatyzowanej przez siebie wizji nie chcą podjąć jakiegokolwiek
dialogu, któryby ją podważał, a w każdym razie nie mają zamiaru
poddać tego schematu rewizji. Ich interesuje zło i „grzechy Kościoła
w Polsce", na który to temat jedno z pism przeprowadziło ankietę
i tym złem się delektują, epatując wszystkich księży odchodzących
od Kościoła; dużo rzadziej mówią o normalnym, spracowanym polskim
księdzu czy zakonnicy. 

      Spróbujmy
skonfrontować te dane z życie polskiego Kościoła.

Podstawowym
zadaniem Kościoła jest rozwijanie życia sakramentalnego i nauczania.
Jeśli chodzi o sakramenty podjęto ogromny wysiłek przygotowania do
nich, w którym współpracuje kler i laikat, a więc do chrztu, komunii,
bierzmowania i małżeństwa. Jeśli chodzi o Eucharystię trudno jest
się skarżyć na brak Mszy, księża często przekraczają nawet prawo,
by wszystkim wiernym zapewnić Eucharystię niedzielną (myślę o wsiach
górskich czy na Ziemiach Zachodnich, gdzie bywają odprawiane po cztery
Msze); czasami jednak, szczególnie w miastach, istnieją ogromne parafie;
istnieje i rozwija się kult Eucharystii; istnieje łatwość dostępu
do spowiedzi (spowiedzi całodniowe w wielkich miastach), której częstotliwość
u wiernych wyraźnie się zwiększa; chorzy są obsługiwani comiesięcznie
albo przynajmniej przed świętami. Oczywiście w każdym z tych działów
są braki, mniejsze lub większe, które są przedmiotem słusznej krytyki.

Powołania
do kapłaństwa wykazują spadek, który jednak po analizie socjologicznej,
nie wydaje się być tak katastrofalny, jak to przedstawiają mass media
i pozwalający przeorganizować pracę. Wszystkie polskie seminaria
osiągnęły poziom wyższych uczelni, co jest fenomenem jedynym w Kościele;
mam natomiast wielkie zastrzeżenia co do sposobu łączenia seminariów
i Wydziałów Teologicznych, a ponadto uczelnie katolickie w Polsce,
nie zawsze stoją na wysokości zadania.

Wolno i nie
bez trudności rozwija się (ale się rozwija!) proces tworzenia
szafarzy świeckich Eucharystii, podobnie jak pojawiają się pierwsi
stali diakoni. Natomiast bujnie rozwija się ruch służby ołtarzowej
(szczególnie lektorzy).

Gorzej chyba
jest z misją nauczania. Mimo niewątpliwego postępu, kaznodziejstwo
pozostawia sporo do życzenia podobnie jak poziom nauczania i podręczników.
Niemniej jednak ogromny procent młodzieży jest objęty katechezą,
a nauka religii, mimo ciągłego mącenia (ze strony laickiej i świeckich
katolików „postępowych"),  znalazła już swoje stałe miejsce
w szkole. Myślę, że szczególny hołd należy oddać polskim katechetom
pracującym bardzo często w skrajnie trudnych warunkach.

Wydaje się 
więc, że podstawowa funkcja Kościoła rozwija się na ogół
dobrze dzięki ogromnej pracy polskiego duchowieństwa, wspomaganego
przez zakony żeńskie i świeckich.

Obok tej działalności
podstawowej rozwija się bujnie życie kościelne w bardzo różnorodnych
kierunkach.

Ponoć 
ponad dwa miliony ludzi bierze udział w różnego rodzaju ruchach.
Jest to procent ogromny, choć ich działalność być może zbyt mało
widzialna; czasami z tego powodu, że zbyt skupiają się na samych
sobie a nie wychodzą poza swoje ramy. One to bardzo często pomagają
w parafiach, gdzie wprawdzie nie zawsze są zorganizowane strukturalnie
rady parafialne, jednak istnieje zazwyczaj żywa współpraca świeckich
i duchownych, którzy dzięki kolędzie (znowu unikalny fenomen w Europie)
znają na ogół dobrze swoich wiernych i mają z nimi kontakt; widać
to było najlepiej przy budowie kościołów, które nie powstałyby
bez ich udziału, Ogromna różnorodność pracy w parafiach (świetlice,
biblioteki, koła biblijne, akcje charytatywne, teatry, jasełka, gazetki
parafialne – których ponoć jest ponad tysiąc – co daje ogromne
liczny w skali ogólnopolskiej, kolportaż czasopism, itd., itd.) daje
ogromne pole dla działalności świeckich. Osobnym elementem bardzo
charakterystycznym polskiego Kościoła są pielgrzymki, które z tradycyjnych
„kompanii" mojego dzieciństwa zmieniły się na potężne elementy
duszpasterskie: kształcenia i życia sakramentalnego – stanowią
one znowu element unikalny w Kościele. Te inicjatywy zmieniają się
z diecezji na diecezję, z parafii na parafie, stanowią niemniej niesłychanie
bujne i barwne życie polskiego Kościoła.

Niestety, to
bujne życie Kościoła jest tylko w minimalnym tylko stopniu nagłośnione.
Prasa katolicka niewiele o tym mówi, prasa ogólnopolska i mass media
– niemalże nic, KAI – jak się wydaje, też za mało się tym interesuje,
natomiast pewna grupa pism katolickich nim się nie tylko nie interesuje
i co gorzej, cenzuruje artykuły na ten temat, jako że obalają ustalony
przez polskie „salony" obraz Kościoła w Polsce, a wszelkie mówienie
sukcesach i działalności Kościoła uważa się za przejaw triumfalizmu.
Prawdę mówiąc, to codzienne bogate życie Kościoła Katolickiego
w Polsce pozostaje nieznane.

Czy znaczy,
że uważam, że wszystko jest dobrze. Wielokrotnie i w różny sposób
krytykowałem sytuację w Polsce i z moich zarzutów się bynajmniej
nie wycofuje. Jednak wydaje mi się, że w myśl ducha soboru watykańskiego,
a także zdrowego rozumu, należy zawsze podkreślać dobro i ciągle
od niego zaczynać, a potem przejść do zła. O złu nie będę mówił
– opracowali to znacznie lepiej ode mnie dziennikarze katoliccy. 
 

III.  Na podstawie
tego co powiedziałem o problemach Kościoła w Europie i w Polsce,
chciałbym, na koniec tego referatu, sformułować kilka uwag, ważnych,
moim zdaniem, na tematy pracy polskich zakonów.

      1.
Problem jedności i pluralizmu w Kościele. Sprawa ta nie jest nowa,
ale istniała od początku istnienia zakonów, ale obecnie pojawiła
się ze szczególną ostrością, a jest nią problem miejsca zakonów
w Kościele. W oczach ludzi współczesnych podstawowym problemem jest
nie tyle Bóg czy Jezus, ale problem Kościoła. I Sobór Watykański
II, i Jan Paweł II podkreślali wobec strasznej fali ateizmu, konieczność,
jedności nie tylko chrześcijaństwa ale wszystkich religii. Troska
o jedność chrześcijan była zresztą troską Jezusa, którą wyraził
na Ostatniej Wieczerzy. Musimy postawić problem z jednej strony jedności
Kościoła, z drugiej różnorodności w nim, a więc jedności i pluralizmu.
Nadrzędną wartością jest dobro Kościoła powszechnego i partykularnego,
choć rodzi się pokusa (i nie raz rodziła się) postawienia ponad
nim korzyści zakonu; od razu jednak dodajmy, że rodzi się (i nie
raz rodziła się) przeciwna tendencja: dla pozornego dobra Kościoła
poświęcić różnorodność w nim, a więc zakony. Odnaleźć więc
swoje miejsce w Kościele (parafialnym, diecezjalnym, krajowym, powszechnym)
wraz z różnorodnością charyzmatów zakonnych tak, by jak najskuteczniej
pracować dla dobra zbawienia dusz – oto wielki choć nie zawsze podnoszony
problem. Bo zakonnik czy zakonnica w parafii jest i parafianinem mającym
obowiązki wszystkich parafian i zakonnikiem (zakonnicą) mającą swoje
szczególne zadania określane przez charyzmat zakonu. To nie jest bynajmniej
problem retoryczny: wspaniała i niesłychanie płodna współpraca
z jednej strony, i tarcia oraz intrygi z drugiej strony – są tego dowodem.
I nie ma sensu szukać winnych i kto jest bardziej winnym, ale należy
szukać, jak ze sobą jak najskuteczniej współpracować dla wspólnego
dobra. Podstawą tu musi przemyślenie i przemodlenie Konstytucji dogmatycznej
o Kościele, a w jej świetle dekretu o życiu konsekrowanym i własnych
konstytucji zakonnych. I tu moim zdaniem bardzo ważna uwaga: podstawą
życia Kościoła jest wiara, podstawą wiary jest dogmat katolicki,
do którego ciągle powinniśmy powracać i w jego świetle widzieć
całe życie zakonne i jego dokumenty.

Moim zdaniem
sprawa współpracy Kościoła w Polsce z zakonami stanowi jeden z najważniejszych,
o ile nie najważniejszy problem Kościoła. A więc pamiętajmy żarliwą
modlitwę Chrystusa: Aby wszyscy byli jedno. Nie dotyczy ona tylko ekumenizmu,
dotyczy nas wszystkich, wszystkich bez wyjątku….

      2.
W kościele współczesnym zagubiono element profetyczny, skutecznie
rozmydlając radykalizm Ewangelii: Światło przytłumiono, by nie raziło,
sól zobojętniono roztworami zdrowego rozsądku, proch zwilgotniał.
Unieszkodliwiono Słowo, rozbrojono paradoksy. Drożdże zmieniły się
w wanilię2. Historia uczy nas, że zakonodawcy najlepiej oddają prorocki
aspekt Kościoła: To oni właśnie w imię TAK radykalnie odczytanej
Ewangelii mówili NIE złu, gdziekolwiek by ono występowało, nawet
w Kościele. Byli więc pozytywnymi kontestatorami: proponowali program,
który negował zło, i tylko święci umieli zaproponować taką kontestację:
kontestacja św. Franciszka była gwałtowana ale niosła ze sobą wielki
program ratowania Kościoła, dwa pokolenia później jego uczniowie,
fraticelli nieśli negację. Po św. Franciszku pozostały liczne zakony
(bo jeden nie potrafił wypełnić szerokości jego nauki); po fraticelli
zostało kilka ciekawych dzieł teologicznych i kilka zjadliwych paszkwilów
na papieża. A więc ducha prorockiego należy szukać u świętych
zakonodawców (i ogólnie mówiąc w pismach świętych), których program
należy zaadaptować do Kościoła czasów obecnych. Jeśli zakony mają
zostać solą ziemi, a nie klubami starych kawalerów i starych panien,
muszą powrócić do radykalizmu Ewangelii odczytanego przez swojego
założyciela. I wtedy znajdą się powołania. Bo młodzież jest na
tyle rozsądna, że nie podejmie ofiary z piękna życia rodzinnego
życia dla wygodnego starokawalerskiego czy staropanieńskiego życia.

      Dziś 
mamy zjawisko nazwane pięknym i szlachetnym słowem „poprawność".
Nie jest to jednak żadna poprawność: jest to lizusostwo światu współczesnemu,
jego trendom, jego modom, jego klubom i salonom dla kariery, dla możności
pokazania się w telewizji, drukowania. Poprawność czyli lizusostwo
jest zaprzeczeniem ducha radykalizmu i profetyzmu zakonnego, jest to
zguba dla zakonnika czy zakonnicy, zguba dla zakonu – jest to przekreślenie
sensu samego życia zakonnego. Takim typowym przejawem lizusostwem i
oportunizmu jest zrzucenie stroju zakonnego czy sutanny, tak niestety
powszechne, także i w zakonach, których strój był przypomnieniem,
że są ludzie, którzy umieją się poświęcić dla Boga. 

      Tego
świadectwa zakonów potrzebuje kler diecezjalny dla poderwania się 
ku doskonałości i choć będą mruczeli (mam nadzieję, 
że nie podadzą zakonnikom chleba zatrutego jak kapłan Sabinianus
św. Benedyktowi!) to jednak w końcu pójdą za przykładem. Jeśli
zakonny nie stanowią przykładu dla kleru i świeckich, nie spełniają
swego zadania.

      3.
Zakony stanowiły w Kościele oazy życia duchowego, naukowego i kulturalnego,
i z nich czerpał on ciągle nowe siły.

      a.
Zaczynamy od tego co najważniejsze, od sakramentów i nauczania. Kościoły
zakonne powinny stanowić miejsca, gdzie Msza św. wzorowo celebrowana
przyciąga wiernych, gdzie można przyjść w każdej chwili dnia na
adorację Najświętszego Sakramentu, gdzie można się wyspowiadać
nie czekając godzinami na spowiednika; a wyspowiadać się u wykwalifikowanych
i dobrze przygotowanych spowiedników, a nie u przypadkowych księży.
Problem dobrej spowiedzi i kierownictwa duchowego jest dziś problemem
ogromnej wagi. Kościoły zakonne powinny być miejscami, gdzie człowiek
skołatany hałasem, pośpiechem może wpaść na chwilę; jeśli będą
otwarte, odwiedzać je będą nawet niewierzący szukający ciszy i
zatrzymania się w życiu – może później znajdą Boga.

Domy zakonne
to miejsca, gdzie można posłuchać dobrych kazań, konferencji
tematycznych, gdzie można odbyć rekolekcje wedle ducha właściwego
dla danego zakonu – to podkreślam niesłychanie ważną rolę rekolekcji
ignacjańskich w Polsce, ale nie tylko: wędrując po Polsce widziałem
różnorodne formy rekolekcji i spotkań zakonnych; w czasie których
mogą przyjechać na kilka dni zatrzymać się na chwilę i pożyć
rytmem życia Bożego ludzie tak starzy jak i młodzi. Liczba takich
domów zakonnych i takich rekolekcji Polsce rośnie nieustanie. I to
jest bardzo piękne.  

b. Tradycją
zakonów jest ich wpływ na rozwój życia intelektualnego Kościoła.
Klasztory stanowiły na Zachodzie późnego antyku oazy życia duchowego,
np. szkoła teologiczna na Lerynie, scriptorium Kasjodora czy scriptoria
benedyktyńskie. Studia generalne stanowiły kuźnię myśli chrześcijańskiej
średniowiecza, uniwersytety katolickie prowadzone Jezuitów, Dominikanów
a obecnie Opus Dei stanowiły ważne ośrodki myśli katolickiej. Ponadto
zakony tworzyły ważne ośrodki naukowo-badawcze, podejmują wielkie
dzieła naukowe; takie ośrodki do dziś istnieją w Europie. Ten fenomen
jest nieobecny w Polsce; żaden zakon nie wydaje pisma o renomie międzynarodowej
ani nie podejmuje prac o zasięgu międzynarodowym; można mówić o
„Przeglądzie powszechnym" jako o ważnym piśmie w skali ale tylko
ogólnopolskiej, przynajmniej do II wojny. Podobnie zakony pełnią
rolę raczej duszpasterską niż jako centra naukowe, choć „Instytut
Tomistyczny" w Warszawie, „Ignatianum" w Krakowie czy Tyniec zaczynają
znaczyć w życiu naukowym Polski. Jeżeli ilość zakonników-pracowników
naukowych w Polsce jest porównywalna ze Zachodem, to ilość prac podejmowanych
przez ośrodki zakonne jest o wiele mniejsza. Natomiast katastroficznym
można nazwać udział sióstr w życiu naukowym; odbijają się tu
nieszczęsne tendencje nie wysyłania ich na studia i obecnie wysyłanie
na studia zaoczne, o których poziomie tu zamilczę.

Zakony były
bastionami ortodoksji: pomyślmy o roli św. Dominika w średniowieczu
czy o Jezuitów w czasie reformacji. Uniwersytety nowych zakonów, jak
choćby Opus Dei przejmują tę tradycję. Tragedia uniwersytetów zakonnych
wieku XX było to, że często stawały się ogniskami kontestacji teologicznej.
Na problem ortodoksji nie zwraca się Polsce większej wagi, a przecież
coraz bardziej nasilają się tendencje odbiegające od nauki katolickiej:
problem antykoncepcji, kapłaństwa, kapłaństwa kobiet, rzeczy ostateczny,
itd., których skutki wyraźnie już widać w duszpasterstwie. Obok
nich pojawia się problem ortopraksji: uczelnie katolickie organizują
studia w niedzielę, przedkładając liczbę studentów czy dyplom uniwersytecki
nad III przykazanie Boże i lekceważąc głos Papieża i polskich biskupów;
na nie sznureczkiem spieszą siostry, które uczą się w ten sposób,
że dyplom magistra teologii jest ważniejszy niż Boże przykazanie!
I w końcu niemniej ważny problem powszechnego dziś bełkotu religianckiego
(bo nie można go nazwać ani teologicznym choć dotyczy teologii, ani
religijnym, choć dotyczy religii), który zastąpił drętwą mowę
socjalizmu. Jest więc bełkot „postępowy" i bełkot „wsteczny"
(obydwa te słowa należą także do owego bełkotu). Nie tylko nie
rozumiemy kazań, ale i artykułów prasowych i dzieł teologicznych,
które uchodzą w salonach za wybitne

Jeśli chodzi
o szkoły katolickie to liczba ich się powiększa i cieszą 
się powszechnym szacunkiem, jako że poza nauką dają wychowanie
– jest tu wielka zasługa polskich zakonów; niestety brak ciągle
w Polsce szkoły takiej jak Chyrów, wielka i wspaniała kuźnia przedwojennej
inteligencji katolickiej.

c. Zakony stanowiły
zawsze centra kultury chrześcijańskiej. Tak było z wspaniałymi bibliotekami
zakonnymi, ze wspaniałymi zbiorami książek i rękopisów; i dziś,
istnieją w Polsce dobre biblioteki zakonne stanowiące ważne centra
kulturalne. Wyczytałem, że kolegia jezuickie wydawały na bibliotekę
1/3 budżetu.  W XX w. powstały prężne wydawnictwa zakonne jak
francuski dominikański Le Cerf czy polskie jezuickie WAM.

Zakony stanowiły
centra życia muzycznego: kultywowani śpiew gregoriański i polifoniczny
a partytury znajdowane w klasztorach, np. w Starym Sączy świadczą
o poziomie muzykowania. Szkoły muzyczne przy wielkich opactwach, na
Montserrat czy w Solesmes stanowią najważniejsze centra śpiewu religijnego.
W Polsce wielkie zasługi mają Misjonarze oraz obecnie działający
ośrodek dominikański w Krakowie.

Jeśli chodzi
o sztuki plastyczne zasługi zakonów są ogromne, np. w dziedzinie
architektury czy wystroju. Wspaniałe budynki opactw średniowiecznych,
niemniej piękne zespoły barokowe klasztorów i kolegiów, promocja
malarstwa dla ich wypełnienia – oto wspaniałe dziedzictwo dawnych
wieków. Wiek XIX arcydzieł nie stworzył: ciężkie neoromańskie,
neoklasyczne czy neogotyckie klasztory nie są złe choć entuzjazmu
nie budzą. Na temat architektury współczesnych klasztorów polskich,
kościołów i ich wystroju – zamilknę; dla pocieszenia powiem, że
taka sama katastrofą artystyczną są współczesne kościoły w Polsce
i na Zachodzie. Sztuka potrzebuje mecenasów. Ale tego się nie rozumie
i wydaje się pieniądze na rzeczy bardziej „praktyczne".

W końcu trzeba
podkreślić rolę zakonów Polskich w rozwoju teatru. Historycy
literatury polskiej wydają stopniowo znakomite sztuki polskie i łacińskie
pisane dla teatru szkól jezuickich i pijarskich. Jest to jednak temat
raczej historyczny.

Architektura,
malarstwo, muzyka stanowiły niegdyś media przekazujące wiarę. Dziś
są inne media – czasopisma, radio, telewizja, internet. Czy to nie
jest idealne pole pracy dla zakonów? Zorganizowany przez OO. Franciszkanów
festiwal Filmowy w Niepokalanowie gromadzący filmowców polskich a
jeszcze bardziej działalność zorganizowanego przez OO. Rdemptorystów
Radia Maryja i związanych z nią instytucji, które nie tylko przekazują
naukę katolicką, ale też jednoczą ludzi i kształcą dziennikarzy,
pokazuje, jak bardzo twórcza może być rola zakonu. Pole jest otwarte:
wydaje mi się, choć się na tym zupełnie nie znam, że zakony, dysponujące
w swoich domach nieraz zespoły świetnie wykształconych ludzi powinny
przejąć duszpasterstwo internetu.  

Sprawa kultury
to nie jakieś pięknoduchostwo – to sprawa życiowa – 
czy dogadamy się ze współczesnym światem, z którym ona nas sprzęga.
To dalej możność rozwoju wiary i wyrwanie się z serwowanego nam
dziś powszechnie banału. To uczłowieczenie człowieka, który skutecznie
się odczłowiecza.

Czy zakony
w Polsce nawiążą do tych chwalebnych tradycji swoich poprzedników.
Jak się wydaje nie zauważono nauki Jana Pawła II podkreślającego
rolę kultury. Lekceważenie kultury stanowi jedną z wielkich słabości
polskiego Kościoła a nie tylko zakonów. 

+++

     Oto
kilka uwag na temat zakonów, ich sytuacji i ich zadaniach w Polsce
współczesnej. Zaznaczam, są to moje wrażenia i tylko moje wrażenia,
choć przemyślane i chyba przemodlone. Jeśli kogoś uraziłem, przepraszam,
jeśli sformułowania były niepewne czy niekompletne – przekonany,
chętnie je zmienię, bo prawda, choćby gorzka,  jest najważniejsza;
jakkolwiek jednak by było, chciałbym, aby zostały one wzięte pod
uwagę, nawet gdyby miały zostać odrzucone, prosiłbym bym jednak,
by to uczynić po zastanowieniu się nad nimi.

Na koniec użyję 
formuły konsulów rzymskich na zakończenie przemówienia sprawozdawczego,
a takim był mój referat, stwierdzali: Feci quod potui, faciant meliora
potentes.

ks. prof. dr hab. Marek Starowieyski,
Uniwersytet Warszawski