Wszyscy jesteście braćmi – list do Braci Zakonu Kaznodziejskiego

090907j.gif Do refleksji nad dominikańskim braterstwem wezwał w Liście do Braci Zakonu Kaznodziejskiego jego Generał o. Carlos A. Azpiroz Costa OP. Poniżej publikujemy treść Listu.

 
 
 
 
 
 
Rzym, 8 sierpnia 2009 r., Uroczystość świętego Ojca Dominika

List do braci Zakonu Kaznodziejskiego „Wszyscy jesteście braćmi” (Mt 23,8)

Moi drodzy bracia, „słudzy Boży w głoszeniu Ewangelii Chrystusa” (por. 1 Tes 3,2)!

Zanim
dobiegnie końca czas pełnienia urzędu, który mi powierzyliście, pragnę
zastanowić się nad sprawą zasadniczą dla naszego powołania: jesteśmy
zakonnikami i jesteśmy braćmi. Zwracając się w tym liście do braci,
jestem przekonany, że również moje siostry kontemplacyjne, siostry
czynne, a także świeccy należący do Rodziny Dominikańskiej będą mogli
odnieść ten tekst do swojego życia i misji.

Na początku muszę
wyznać, że gdy myślałem o tym liście, będącym rodzajem kazania, miałem
pokusę, by uciec od tego zadania – niczym nowy Jonasz. Jednak
rozmyślając nad opatrznościowymi wydarzeniami w moim życiu oraz mając
możliwość spotykania się przez wszystkie te lata z tak wieloma braćmi i
siostrami ze wszystkich stron świata, odważyłem się napisać i podzielić
się z Wami kilkoma sprawami, których sam doświadczyłem. Odnajduję
bowiem w historii mojego życia wydarzenia i spotkania, które w
opatrznościowy sposób uformowały moje własne powołanie jako zakonnika i
jako brata.

Brat między braćmi

Urodziłem
się jako ósmy syn w rodzinie, w której było nas czternaścioro
rodzeństwa (trzynastu braci i jedna siostra), i jestem przekonany, że
to było moje prawdziwe wprowadzenie, mój Introit w życie wspólnotowe.
Od samego początku żyłem z braćmi.

Od szóstego roku życia aż do
ukończenia osiemnastu lat uczyłem się w szkole prowadzonej przez
marystów w Buenos Aires w Argentynie. Ukończyłem tam szkołę podstawową
i średnią. Jakże wiele się od nich nauczyłem! Muszę Wam wyznać, że
spotkałem tam braci, którzy pomogli mi odkryć, czym jest oddanie,
prostota i miłość do Jezusa i Maryi. Krótko mówiąc, odkryłem, czym jest
zakonna konsekracja i świętość! Pamiętam nie tylko ich obecność w
czasie naszych zajęć szkolnych – utkwił mi również obraz ich
braterskiego życia we wspólnocie: wspólne uprawianie sportu, gry i
rekreacje; ich ciche poświęcenie się studiowaniu, gdy w pokoju
przygotowywali się do zajęć; ich wieczorne odmawianie Różańca na koniec
każdego dnia zajęć, gdy szli razem długim sznurem przez pusty
dziedziniec, wolny już wtedy od zgiełku i krzyków.

Pragnąc
przekazać Wam to, co jest tak głęboko zakorzenione w moim sercu, chcę
Wam wyznać, że już podczas tych lat po raz pierwszy doświadczyłem
pewnego zainteresowania powołaniem. Gdy miałem zaledwie dziesięć lat,
powiedziałem mojej mamie, że chcę być „jednym z nich”: Bratem (z
wielkiej litery!). Wtedy to właśnie otrzymałem w prezencie mój pierwszy
„żywot świętego”: Fray Escoba – The Life of St. Martin de Porres. W
pewien sposób ten dominikański brat również wpłynął na moje powołanie.
Opatrzność sprawiła, że nowicjat dominikanów w Argentynie, do którego
wstąpiłem w lutym 1980 roku, znajdował się w klasztorze pod wezwaniem
tego świętego.

Od jubileuszu osiemsetlecia założenia pierwszej
wspólnoty mniszek w Prouilhe żyjemy w czasie pełnym nadziei, zmierzając
ku świętowaniu osiemsetnej rocznicy zatwierdzenia Zakonu przez papieża
Honoriusza III (22 grudnia 1216).

Kiedy czytamy historię św.
Dominika, stają nam przed oczyma papiescy legaci, wysłani w marcu 1206
roku przez Innocentego III, którzy swoim kaznodziejstwem mieli wystąpić
przeciw herezjom albigensów i katarów szerzącym się wówczas na południu
Francji. Legaci, razem z prałatami i biskupami tego regionu, zebrali
się w Montpellier i rozpoczęli już obrady i dyskusje, kiedy przybył do
nich podróżujący przez tamte strony Diego, biskup Osmy w Kastylii w
Hiszpanii. Towarzyszył mu Dominik de Guzmán, subprzeor kapituły
katedralnej w Osmie. Wysłannicy papiescy, którzy słyszeli już wcześniej
o tym kastylijskim biskupie, omawiali z nim najlepsze sposoby walki z
herezją. Gdy Diego zobaczył ich orszaki, zaproponował, by przyjęli
raczej apostolski sposób głoszenia, w ewangelicznym ubóstwie i
prostocie, podkreślając, jak wielką siłę przyciągania ma osobisty
przykład. Diego i Dominik zaczęli żyć w ten właśnie sposób, odrzucając
wszelkie znaki zewnętrznej władzy. Jordan z Saksonii tak o tym pisze:
„odtąd nazywano [go] już nie subprzeorem, lecz bratem Dominikiem”[1].

Jako
jeden z braci, jakby myśląc głośno, pragnę skierować do Was te słowa.
Zachęcam Was, byście jeszcze wnikliwiej przyjrzeli się tej „perle”,
temu „skarbowi”, jakim jest Zakon, tak jak ludzie, którzy chcą wciąż
odkrywać „szerokość i długość, wysokość i głębokość” dominikańskiego
braterstwa.

Bóg jest Bogiem Trójjedynym (co kieruje nas ku
modelowi „rodziny” i „wspólnoty”), a Jego obecność w stworzeniu – przez
partycypację – objawia się na różne sposoby. Nie znaczy to, że Bóg
miesza się czy „rozpuszcza” swój byt w bycie stworzeń. Bóg objawia
siebie w stworzeniu, w historii zbawienia i w ekonomii łaski na różne
sposoby, pozwalając jednocześnie rozpoznać przez analogię swoje
podobieństwo!

W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Wielokrotnie i
na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców naszych przez
proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna.
Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też
stworzył wszechświat” (Hbr 1,1–2). Syn objawia nam Ojca i uczy nas, jak
z miłością nazywać Go Abba, tak jak On sam Go nazywał. Syn przypomina
nam: „Wy wszyscy jesteście braćmi” (Mt 23,8).

W czasie, gdy
zmierzamy ku jubileuszowi roku 2016, Opatrzność zaprasza nas do
wspomnienia w przyszłym roku tak ważnego dla naszej historii
wydarzenia, jakim jest pięćsetna rocznica założenia pierwszej wspólnoty
w Ameryce. Wspólnota ta została założona w 1510 roku na Hispanioli –
wyspie, na której dziś leży Dominikana i Republika Haiti. Nie ma
potrzeby podkreślania znaczenia tej fundacji. Wszyscy pamiętamy, z jaką
mocą głosili bracia z tej wspólnoty, na czele ze swym przeorem, br.
Pedro de Córdoba.

Nasi bracia teologowie z Salamanki poddawali
pogłębionej refleksji wyzwania związane z ewangelizacją „Nowego
Świata”. Nasi bracia misjonarze w Ameryce trafnie rozpoznawali i
wskazywali na te wyzwania, a profesorowie wspomagali ich, formułując
jasne zasady rozeznawania. Wszyscy byli braćmi – każdy z nich, bez
różnicy. Ta dominikańska wspólnota braterska obejmowała jednocześnie
nie tylko tych, którzy cierpieli prześladowanie i przemoc (zniewolonych
tubylców), ale także uczniów czy studentów braci profesorów z Salamanki.

Ideały
rewolucji francuskiej, która miała tak znaczący wpływ na działania
ludzi walczących o niezależność narodów amerykańskich, możemy streścić
w dobrze znanych słowach: „wolność, równość, braterstwo”. Musimy
przyznać, że pomimo silnego antykościelnego kontekstu, z którego się
wywodzą, słowa te są, jak mawiał Jan Paweł II, wyrazem najwyższych
wartości, także w szczególnym, chrześcijańskim znaczeniu. Jest to
całkowicie zrozumiałe, jako że Europa karmiła się i kształtowała swoją
kulturę w oparciu o zasady wiary apostolskiej. Przywódcy rewolucji
francuskiej, choć często byli w konflikcie z Kościołem, pozostali
dłużnikami jego ducha[2].

Od 1220 roku Zakon wciąż szukał
sposobów na to, jak odkrywać sens braterskiego życia i misji w nowych
kontekstach kulturalnych, historycznych i geograficznych, w świecie
nieustannych zmian. Kapituły generalne zawsze starały się wyczuć puls
otaczającego świata i życia Zakonu, uważnie obserwując rozwój krajów, w
których żyli bracia, współodczuwając razem z Kościołem i w sercu
Kościoła – gdyż św. Dominik zawsze pragnął, by jego dzieło było
realizowane in medio Ecclesiæ. Podczas Kapituły Generalnej w 1256 roku
bracia zebrani w Paryżu zadeklarowali: Quod fratres nostri vocentur
fratres prædicatores et non aliis nominibus[3].

W ostatnich
dekadach kapituły generalne, zawsze inspirowane nauczaniem Kościoła[4],
podejmowały i wypowiadały się na temat naszego życia zakonnego i
naszego życia braterskiego we wspólnocie[5]. Także ostatni generałowie
Zakonu kierowali do nas listy, a także w inny sposób wypowiadali się na
ten temat[6].

Nie mam zamiaru prezentować tutaj systematycznego
wykładu o dominikańskim braterstwie. Teksty, które przytoczyłem, mają
jedynie służyć przedstawieniu w zarysie rozwoju tego tematu w naszej
historii. Chciałbym jednak sobie i Wam zadać pytanie: Co to znaczy być
bratem dzisiaj? Chciałbym też zastanowić się nad kilkoma aspektami
naszego braterstwa. Pragnę to zrobić, posługując się „biblijną ikoną”,
która pomoże nam modlić się, medytować, rozważać i znaleźć odpowiedź na
to pytanie. Dlatego zapraszam Was do odkrywania wraz ze mną niektórych
aspektów tego wewnętrznego krajobrazu braterstwa. Będziemy prowadzeni
przez wyjątkowego „brata”: Józefa, syna Jakuba ­– „tego, który miewa
sny”.

* * *

Józef – ten, który miewa sny

Jego
historia toczy się w ścisłym związku z historią jego ojca – Jakuba.
Jego śmierć jest jednocześnie epilogiem historii patriarchów i
prologiem wielkiego eposu Wyjścia. Jego imię nie pojawia się ani
wówczas, gdy Bóg objawia samego siebie, ani gdy zamiast imienia Boga
używa się formuły „Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba”. W życiu Józefa nie
ma żadnych spektakularnych boskich interwencji. Józef nie rozmawia z
Bogiem tak zażyle, jak jego przodkowie – Abraham, Izaak i Jakub; nie
otrzymał także żadnego nowego objawienia ani potwierdzenia Bożych
obietnic. A jednak Bóg jest obecny w każdym wydarzeniu jego życia;
wykorzystał On nawet ludzki grzech dla dobra tego naszego „brata”.
Można pójść jeszcze dalej. Przez życie Józefa Bóg w tajemniczy sposób
przygotowywał narodziny swego narodu wybranego, narodu złożonego z
braci, narodu, który On poprowadzi do wolności. Czyż braterstwo i
wolność nie są najważniejszymi cechami naszego powołania?

Codzienne
doświadczenie uczy nas, że grzech oddziela nas od Boga i przeciwstawia
Mu, oddziela nas i przeciwstawia naszym braciom, oddziela i
przeciwstawia także stworzeniu. To niemal fotograficzny obraz naszych
czasów. W wielu miejscach, w których jesteśmy obecni, ta rana, to
oddzielenie wynikające z ludzkiej ignorancji i ślepoty rozrasta się do
ogromnych rozmiarów. Jak aktualne wydają się być zarozumiałe i mściwe
słowa wypowiedziane przez Lameka do swych żon Ady i Silli: „Gotów
jestem zabić człowieka dorosłego, jeśli mnie zrani, i dziecko – jeśli
mi zrobi siniec! Jeśli Kain miał być pomszczony siedmiokrotnie, to
Lamek siedemdziesiąt siedem razy” (Rdz 4,23–24).

W historii
patriarchów to, co zostało wcześniej oddzielone od siebie w tych trzech
wymiarach, zaczyna powoli na powrót się łączyć, a rany zabliźniać.
Abrahamowe posłuszeństwo wierze przywraca relację z Bogiem. Jakub
pojednał się ze swym bratem Ezawem. Józef, żyjąc w bardzo prosty
sposób, w codziennej obecności Boga, pojednał się ze swymi braćmi i
nauczył się, jak w sposób sprawiedliwy, umiarkowany i mądry odnosić się
do dóbr stworzonych. Józef był prawdziwie człowiekiem sprawiedliwym,
lojalnym, nieprzekupnym i zdolnym do przebaczenia. Stawił czoła
społecznym i politycznym wyzwaniom, karmiąc wszystkich i sprawiedliwie
rozdzielając dobra.

I. Marzenia Józefa – nasze własne marzenia

Józef
jest nazywany „tym, który miewa sny”, choć często w sposób nieco
lekceważący. Wydaje się, że jego bracia go nienawidzili, próbowali go
ignorować i nawet go nie pozdrawiali. Chociaż Józef śnił i opowiadał
swe sny swoim braciom, oni go nie rozumieli. Śmiali się z niego i
odrzucali go.

Nie mam zamiaru zabierać głosu jako ekspert od
interpretacji snów czy studiów onirycznych. Jednak słowo „sen” może
oznaczać także nasze pragnienia, oczekiwania i nadzieje! Nasze
codzienne życie skłania nas czasem, byśmy nie przykładali zbyt dużego
znaczenia do snów, które mogą nas zwodzić jak miraż! Są nierzeczywiste
i ulotne. Chociaż możemy doznawać pokusy, by przyjąć taki sposób
widzenia, to jednak Księga Mądrości Syracha zwraca uwagę na jeden
wyjątek: „Jeśli Najwyższy nie zsyła ich jako nawiedzenia” (Mdr 34,6).

Wszyscy
rozpoczęliśmy życie zakonne z sercami pełnymi marzeń. Jednak gdy
spojrzymy wstecz na całą drogę, którą już przebyliśmy, może się nam
nasunąć kilka pytań: Co zrobiliśmy z naszymi marzeniami? Dokąd odeszły?
Dlaczego tak łatwo je odrzuciliśmy?

Powróćmy jednak do naszego
opowiadania. Bracia Józefa nie rozumieli jego snów i byli o niego
zazdrośni – Józef był ulubionym synem swego ojca. Jego sny były dla
nich raczej koszmarami. To samo przydarza się także nam, w naszych
wspólnotach. Bracia Józefa zaczęli interpretować jego sny w kluczu
współzawodnictwa. W naszych realiach zdarza się to zazwyczaj, gdy
przeżywamy nasze braterskie relacje w kategoriach „awansu” lub „kary”.
Patrząc w ten sposób, staramy się, tak jak apostołowie, dowiedzieć się
„kto jest największy” (Łk 9,46)!

Chociaż Józef był ulubionym
synem Jakuba, to nawet Jakub nie rozumiał go w pełni. Jakub po prostu
rozważał wszystkie te rzeczy (tak jak robiła to Maryja, Matka Jezusa,
gdy przybyli do niej pasterze po Jego narodzeniu, albo gdy ze swym
mężem Józefem, także człowiekiem snów i koszmarów, znaleźli Jezusa w
świątyni między mędrcami i uczonymi w Prawie).

Spotkania naszych
wspólnot, nasze kapituły klasztorne, prowincjalne czy generalne dają
nam okazję, by pytać samych siebie i by wspólnie szukać odpowiedzi. Na
początku historii zbawienia (po grzechu pierworodnym i po pierwszym
bratobójstwie) Bóg sformułował dwa pytania – jedno zadał Adamowi, a
drugie Kainowi. Dziś, w tym pełnym łaski czasie, w którym żyjemy, każdy
z nas, a także cały Zakon, powinien odpowiedzieć na te same pytania:
„gdzie jesteś?” (Rdz 3,9) i „gdzie jest twój brat?” (Rdz 4,9).

Zakon
przygotowuje się do kolejnej kapituły generalnej[7]. Zbiorą się na niej
bracia z całego świata, by raz jeszcze odpowiadać na te pytania.
Uczestnicy kapituły otrzymają od naszych wspólnot coś, co możemy nazwać
„mandatem”, podobnym do tego, który Jakub powierzył swemu umiłowanemu
synowi: „Idź, proszę, zobacz, czy twoim braciom dobrze się wiedzie, a
także ich drobnemu bydłu, a po powrocie mi opowiesz” (Rdz 37,14).
Józef, jak wielu marzycieli, błąkał się po polach, nie mogąc odnaleźć
drogi. W historii z Księgi Rodzaju ktoś sprowadził Józefa do
rzeczywistości, zadając mu pytanie: „Kogo szukasz?”. Józef
odpowiedział: „Szukam moich braci. Powiedz mi, proszę, gdzie oni pasą
trzody?” (Rdz 37,15–16). Myślę, że bez zbytniego naginania tekstu oba
te pytania dają nam podstawę do głębszego zrozumienia życia i powołania
„marzyciela” (życia i powołania, które kilka lat później Józef odkryje
w jaśniejszy, głębszy i bardziej realistyczny sposób). Chcę to jeszcze
raz powtórzyć: są to pytania, które zadajemy sobie dziś i na które
postaramy się dać odpowiedź podczas kapituły.

Jego bracia
ujrzeli go z daleka i powiedzieli: „Oto tam nadchodzi ten, który miewa
sny” i „Zobaczmy, co będzie z jego snów!” (Rdz 37,19.20).

Życie
zakonne daje każdemu z nas możliwość podzielenia się swoimi marzeniami
z innymi, ponieważ „reszta” i „inni” są naszymi „braćmi”! Czy dzielimy
się naszymi marzeniami z naszymi braćmi? Co nas od tego powstrzymuje?

Podobnie
jak wielu innych zakonników i zakonnic, wybraliśmy sposób życia, który
chociaż zachowuje pewne obserwancje życia monastycznego czy regularnego
(por. KKZ 39–40), niekoniecznie ogranicza nas do określonych stanowisk,
urzędów, miejsc czy zadań. Jesteśmy wędrowcami i pielgrzymami,
żebrakami prawdy. Wędrowcy, żyjąc tak jak apostołowie, wiedzą, że
zostali posłani, i dlatego też wiedzą, dokąd zmierzają, a ufając temu,
kto ich posłał, kochają miejsce, do którego zostali wysłani. Jeśli
przybywamy do klasztoru i „nie możemy” lub „nie chcemy” dzielić się
marzeniami z naszymi braćmi, to możemy stać się włóczęgami (nie
znającymi drogi i celu), uciekinierami (szukającymi kogoś spoza
klasztoru, kto mógłby ich wysłuchać) lub cudzoziemcami i obcymi, gośćmi
we własnym domu (tracimy nasze punkty odniesienia i nie wiemy jak się
zachować).

Józef cierpiał, ponieważ został odrzucony przez
swoich braci. Choć nie rozumiał tego, co mu się przydarzyło, stopniowo
odkrywał, że Bóg go nie opuścił. Przeciwnie – Opatrzność przez cały
czas tajemniczo go prowadziła.

Józef był pasterzem, tak jak jego
bracia. My również uczestniczymy w tym samym powołaniu: wszyscy
jesteśmy braćmi kaznodziejami. Gdy wszyscy robimy to samo, to czasem
trudno jest nam zaakceptować, że ktoś jest inny. To wielkie wyzwanie.
Wydaje się, że w obecnym czasie pewien „indywidualistyczny narcyzm”
przybrał „stadne oblicze”. Tworzą się zamknięte grupy, takie jak bandy,
klany, gangi czy grupy pseudokibiców, które przykładają wiele starania
do budowania własnych zwyczajów i wzorów zachowań, tworząc nowe mity.
Nie akceptują różnic, choć budują własną tożsamość w oparciu o to, co
odmienne, i odrzucają na różne sposoby tych, którzy „nie należą do
grupy”. Tak było z młodym i w pewien sposób nietolerancyjnym apostołem
Janem (por. Łk 9,49 i 54)!

W życiu wspólnym takie podejście jest
wyrażane w zdaniu: „tutaj zawsze tak było” lub „jeśli ci się nie
podoba, to sobie idź”. Jest to co najmniej dziwne, a nawet
paradoksalne, że podczas gdy brakuje powołań zakonnych (przynajmniej w
niektórych miejscach, krajach czy regionach) i gdy wciąż prosimy Pana o
liczne i święte powołania, badamy każdego niczym pod mikroskopem
(oczywiście nie mam tu na myśli koniecznego procesu rozpoznawania
powołań). Możemy sobie nawet pomyśleć, że pewnie bylibyśmy szczęśliwsi,
gdyby „oni” nie przyszli do nas ze swoim bagażem pytań, marzeń,
pragnień i pomysłami na to, jak „być bratem”.

W tym kontekście
sam zadaję sobie pytanie: dlaczego chcemy, by dziś ludzie zostawali
braćmi kaznodziejami? Czy w tym momencie naszej historii mielibyśmy
odwagę przyjąć jako braci tych, których czcimy w naszej przeszłości ze
względu na ich umiłowanie Boga i Ewangelii?

II. Marzenia innych – marzenia naszych braci

Znamy
historię Józefa i jego braci. Napadli na niego i sprzedali jakimś
kupcom… Jednak Pan był z nim. To zdanie powtarza się w życiu Józefa
niczym antyfona responsoryjna, niczym wezwanie litanii.

Józef
został w końcu sprzedany Potifarowi, jednemu z urzędników faraona.
Potifar szybko docenił zdolności Józefa i uczynił swoim osobistym
sługą, ustanawiając zarządcą swego domu i powierzając jego trosce
wszystko, co posiadał…

Biada wizjonerom, którzy zostali powołani
na administratorów! Jednak w tej historii zadanie to pomogło w jakiejś
mierze naszemu bratu Józefowi nauczyć się, jak sprowadzić swoje
marzenia na ziemię. Zauważcie – nie mówię, że powinno się „przestać
marzyć”, lecz raczej że powinno się „osadzić swoje marzenia na ziemi”,
uczynić je rzeczywistością, wcielić je! W miarę upływu lat rozmaite
zadania powierzane nam przez nasze wspólnoty i instytucje pomagają nam
we wcielaniu naszych wizji. Każde spotkanie braci (kapituła) powinno
pomagać nam powracać do pytania, które już postawiliśmy: Co uczyniliśmy
z marzeniami, z którymi rozpoczynaliśmy nasze życie zakonne? Co
uczyniliśmy z naszą pierwotną miłością (por. Ap 2,4)?

Uczciwość
Józefa nie została nagrodzona, a on sam został po raz kolejny uwikłany
w kłamstwo. Znamy historię z żoną Potifara. Nie będę rozwodził się nad
pokusami, które pojawiają się, gdy czasem nasze marzenia, nasza
pierwsza miłość, wygasają wraz z upływem czasu i gdy nasza praca, nasze
zajęcia ograniczają nas i zmuszają do koncentrowania się na codziennym
trudzie! W tym kontekście chciałbym zastanowić się nad dwoma sprawami,
ściśle związanymi z dzisiejszym rozumieniem dominikańskiego braterstwa.

Gdy
odwiedzam prowincje i wspólnoty, mocno uderza mnie nazbyt łatwe
uciekanie się do donosów i oskarżeń. Wyraża się to szczególnie w
osądzaniu ludzi i ich intencji. Wciągamy się w to jako w rodzaj
samousprawiedliwiania lub po to, by zdystansować się od rzeczywistych
problemów czy wydarzeń. Próbujemy w ten sposób odseparować się w jakimś
stopniu od tego, co dzieje się z bratem, a nawet od tego, co dzieje się
z nami samymi! (Mechanizmy projektowania swoich problemów na innych nie
są nam obce).

W tym kontekście przychodzą mi na myśl słowa z
Apokalipsy opisujące działanie diabła: „oskarżyciel braci naszych […],
ten, co dniem i nocą oskarża ich przed Bogiem naszym” (Ap 12,10). Z
drugiej strony Pierwszy List św. Jana nieustannie nas pociesza i dodaje
odwagi, uświadamiając nam, że „jeśliby nawet ktoś zgrzeszył, mamy
Rzecznika u Ojca – Jezusa Chrystusa sprawiedliwego” (1 J 2,1). Jaka
jest nasza „rola” w stosunku do naszych braci: czy jesteśmy ich
oskarżycielami czy obrońcami?

Józef znalazł się w więzieniu. A
Pan był z nim i okazał mu łaskę. Pan sprawił, że Józef zyskał
życzliwość naczelnika więzienia, który postawił go nad wszystkimi
pozostałymi więźniami. Od tej chwili był on odpowiedzialny za wszystko,
co się tam działo. Naczelnik więzienia nie wtrącał się w to, co
powierzył wizjonerowi, ponieważ „Pan był z nim” i sprawiał, że udawało
mu się wszystko, co czynił. Wydawało się, że ten, który miewa sny,
porzucił raz na zawsze „rolę” wizjonera, by stać się dobrym
administratorem. Wiemy, co znaczy „administrować”: dawać każdemu to,
czego mu potrzeba (co niekoniecznie oznacza to, o co prosi!).

Józef
nie został należycie nagrodzony. Odczuł na sobie nienawiść swych braci.
Później, w domu Potifara, źle mu odpłacono za jego lojalność. Jednak
Józef był człowiekiem sprawiedliwym. W Starym Testamencie
sprawiedliwość jest cnotą par excellence, która zawiera w sobie również
wymiar świętości. Warto więc zastanowić się głębiej nad
sprawiedliwością Józefa.

Słynne są fundamentalne zasady prawa
przypisywanej prawnikowi Ulpianowi[8]: honeste vivere, alterum non
lædere, suum cuique tribuere (żyć uczciwie, drugiemu nie szkodzić,
każdemu oddać, co mu się należy). Święty Tomasz z Akwinu, który był
zakorzeniony w klasycznej tradycji rzymskiej, twierdził, że człowiek
sprawiedliwy to ten, kto czyni sprawiedliwość. Jednak „być
sprawiedliwym” nie oznacza działać zgodnie z wymogami sprawiedliwości
jedynie raz czy w odosobnionych przypadkach. Mówiąc o cnocie
sprawiedliwości, mamy na myśli ciągłe pragnienie oddawania każdemu
tego, co mu się należy („to, co mu się należy” znaczy „co jest mu
przynależne” lub „jego prawa”). Jedną z podstawowych własności
sprawiedliwości jest więc zwrócenie ku drugiemu, obecność drugiego.
Sprawiedliwość zakłada zawsze relację z drugim. Ta sprawiedliwość ad
alterum w najwyższym stopniu objawia integralną prawość osoby i
obejmuje wszystkie jej relacje z innymi, sposoby, w jakie używa rzeczy,
i również relację z samym sobą. To właśnie nadaje sprawiedliwości
znaczenie „świętości”.

Brat Jordan z Saksonii pomaga nam
przełożyć to na język i sposób życia Zakonu. Według Vitæ Fratrum br.
Geralda de Frachet, gdy jakaś świecka osoba zapytała br. Jordana o
regułę, na jaką złożył profesję, on odpowiedział: „Reguła braci
kaznodziejów jest taka: honeste vivere, discere et docere (żyć
uczciwie, studiować i nauczać). O te trzy rzeczy prosił Pana Dawid, gdy
mówił: »Bonitatem et discilpinam et scientiam doce me« (Naucz mię
dobroci i karności, i umiejętności) (Ps 119,66)”[9].

Wracając do
historii tego, który miewa sny – w czasie, gdy Józef ciągle jest w
więzieniu, zostali również uwięzieni dwaj urzędnicy króla egipskiego:
podczaszy oraz nadworny piekarz. To dwaj dworzanie, do których należało
zapewnienie faraonowi codziennego chleba i wina!

Pewnej nocy
obaj mieli sny, a każdy sen miał inne znaczenie. Wydaje się, że Józef
od dłuższego czasu nie miewał już snów (lub przynajmniej nie miał
odwagi, by opowiadać komukolwiek o swoich wizjach). W swoim życiu
doświadczył bolesnej rzeczywistości: braku braterskiej miłości,
podstępu żony Potifara, uwięzienia… tyle kłamstw, oskarżeń i potępienia!

Jest
dla mnie czymś interesującym obserwowanie – w czasie odwiedzin
poszczególnych prowincji i wspólnot czy też podczas lektury akt kapituł
– jak bracia przekazują rzeczywistość, w jakiej żyją. To prawda, że
niektóre sytuacje wyglądają jak koszmary, ale jednocześnie inne ukazują
piękno doświadczenia powołania, które poszerza serce i pozwala marzyć o
lepszej przyszłości.

Józef jest administratorem. Administrowanie
„dla innych”, przy uwzględnianiu „potrzeb innych” sprawia, że Józef,
choć jest w więzieniu, uczy się również i odkrywa na tym etapie życia,
że inni także są szczęśliwi lub smutni, śnią im się sny lub koszmary.

Józef
jest więźniem; rozważał po tysiąckroć znaczenie swojej własnej
historii. Nie zamknął się jednak we własnych myślach, nie pozwolił
sparaliżować się egocentryzmowi. Wydaje się, że tylko on sam jeden, w
postawie troski i kontemplacji, przebywając w tym samym więzieniu,
potrafił dostrzec strapione twarze urzędników faraona. Zapytał ich:
„Czemuż to macie dzisiaj tak ponure twarze?” (Rdz 70,7). Nie była to
przygana, lecz raczej stwierdzenie, które w więzieniu nabiera
szczególnego znaczenia: Czy można mieć inny wyraz twarzy, będąc
pozbawionym wolności? Józef widzi jeszcze coś. Doprawdy, nie ma
prostszego i zwyczajniejszego pytania niż to: Dlaczego masz taką smutną
twarz? A jednak jak wiele życia może ono zawierać! Nasze codzienne
życie wspólnotowe pozwala nam poznać takie zdania, i inne jeszcze,
które wypowiadamy spontanicznie, niemal bezwiednie, a które są tak
życiodajne. Zdarzają się dialogi, które rozpoczynają się w bardzo
prosty sposób, a kończą jakże owocnie. Pamiętamy tę prostą prośbę
Jezusa skierowaną do Samarytanki: „Daj Mi pić” (J 4,7) czy też pytanie,
które zadał On uczniom zmierzającym do Emaus: „Cóż to za rozmowy
prowadzicie ze sobą w drodze?” (Łk 24,17). Pamiętamy, jak zakończyły
się oba te spotkania. Są to historie powołania.

Współwięzień
Józefa odpowiada mu: „Mieliśmy sen i nie ma nikogo, kto mógłby nam go
wyjaśnić”. Józef wyznał pokornie: „Wszak wyjaśnianie należy do Boga.
Opowiedzcie mi więc” (Rdz 40,8). To wydarzenie w życiu Józefa wydaje mi
się pełne głębokiego znaczenia. Nie jest on jedynym, który miewa sny.
„Innym” również śnią się sny (lub koszmary!). Nie wystarczy, jak Józef
czynił za młodu (i my również), oczekiwać, że inni przystaną, by
słuchać o naszych wizjach… Przychodzi czas, kiedy musimy odkryć
„istnienie” i/lub „obecność” braci. Zaangażowanie w to, co właśnie się
dzieje, ma to dla nas kluczowe znaczenie; jest ważnym, by wiedzieć, że
nasi bracia również mają marzenia i projekty.

Jest czymś bardzo
ważnym, by uznać wizje innych! Odnoszę to zwłaszcza do marzeń naszych
braci, marzeń tych, którzy z nami żyją, i tych wszystkich, z którymi w
jakikolwiek sposób dzielimy życie – naszych współpracowników, ludzi,
którym głosimy kazania, tych, którzy nam głoszą. Myślę tu o marzeniach
tych, których nazywamy „zwykłymi ludźmi”. W ten sposób krąg relacji się
poszerza, a my powinniśmy koniecznie znać twarze i marzenia tych,
którym chcemy służyć.

To prawda, że „interpretacja” należy do
Boga. Wiemy jednak, że On pragnie, byśmy byli Jego narzędziami.
Zrozumienie, uświadomienie sobie, kontemplowanie tego, co przytrafia
się braciom (ich marzeń, oczekiwań, nadziei, ich obaw, niepokojów)
wymaga od nas ciszy i cierpliwości (pokoju i umiejętności), słuchania i
uwagi, roztropności i łagodności, poczucia tajemnicy i sakralności w
życiu innych.

Roztropność jest fundamentalną cnotą moralną –
jest jak przewodnik i nauczyciel. By być roztropnym, trzeba być
łagodnym (docilis). Docilitas, która jest częścią cnoty roztropności,
nie polega w pierwszym rzędzie na przyjmowaniu tego, co inni nam mówią,
lecz raczej na tym, by wiedzieć, jak pozwolić na to, by inni coś nam
powiedzieli.

Pamiętamy, co przytrafiło się Józefowi. Ten, który
niegdyś miewał sny, teraz wyjaśnia sny swoich współwięźniów (sen
jednego jest pięknym marzeniem – powraca on do życia; sen drugiego –
koszmarem oznaczającym śmierć). Jego przepowiednie się spełniły. Kiedy
przełożony podczaszych opuszczał więzienie, Józef prosił go, by o nim
nie zapomniał… lecz on zapomniał. Jakże często marzenia popadają w
zapomnienie! Po raz kolejny Józef jest boleśnie doświadczany przez
zapominanie innych.

W naszym życiu wspólnotowym i apostolskim
wiele razy boleśnie doświadczamy różnych trudności. Może to być
doświadczenie ograniczenia wolności wynikające z różnych okoliczności
życiowych, takich jak przydzielone zadania, prace, zajęcia, niemoc
fizyczna, psychiczna czy duchowa, brak zrozumienia, nieporozumienia itd.

W
świetle trudnego doświadczenia, które było udziałem Józefa, możemy
spojrzeć na nasze własne postawy w relacjach z braćmi. Józef, podobnie
jak i my, jest bratem. W obliczu trudności nie odgrywa roli ofiary,
liżąc swoje rany. Dlaczego mamy zwyczaj oskarżać zawsze innych za
wszystko, co się nam przytrafia, tak jakby to wyłącznie oni byli
odpowiedzialni czy ponosili winę za nasz los? Józef nie pielęgnuje w
sobie poczucia tragiczności życia. Czy nie osłabiamy czy też nie
tłumimy naszego życia braterskiego, gdy bezustannie uskarżamy się w
stylu „życie nie ma sensu” czy też „a nie mówiłem”? Czasami okazujemy
się prorokami fatum, zainteresowanymi raczej tym, by mieć rację, niż
tym, co mogłoby się wydarzyć. Józef nie redukował trudności, które go
spotykały, do kwestii „winy” (swojej i/lub innych) czy „winowajców”.
Czy, w pokrętny sposób szukając współczucia, nie obwiniamy siebie za
każdą porażkę? Czy nie uważamy, że to, co nam się przydarza, jest winą
„kogoś”? Józef nie pielęgnuje w swym sercu pragnienia zemsty czy
odwetu. Dzieje się tak jednak, jeśli ulegniemy pokusie naśladowania
Herodiady, towarzyszki Heroda, i zażądamy przyniesienia nam na misie
głowy naszych domniemanych wrogów. Naszych nieprzyjaciół – tych,
którzy, jak sądzimy, stanowią przeszkodę dla naszego dobrego
samopoczucia czy szczęścia! A czy nie jest czymś równie zasmucającym
epatowanie własnym cierpieniem, posługiwanie się przemocą fizyczną lub
psychiczną jako sposobami wywierania presji na wspólnotę czy nawet
karania jej[10]? Józef nie spędzał czasu na odwoływaniu się do władz,
by zyskać ich zainteresowanie i współczucie wobec tego, co się
wydarzyło. Czasami, poza tym, że sami spędzamy czas na wpatrywaniu się
w samych siebie, oczekujemy, że inni będą robili to samo. Jakże
wygodnie jest grać rolę „ofiary”! Krótko mówiąc, w sytuacji, w jakiej
się znalazł, umiłowany syn Jakuba decyduje, że nie będzie powiększał
swojej krzywdy, by wywołać współczucie innych. Pokłada nadzieję w Bogu
i oddaje się do dyspozycji współwięźniów, pomagając im w każdy możliwy
sposób. W ten sposób Bóg oczyszczał jego serce i umysł, jego duszę,
jego życie!

Czasami zdarza się, że bawimy się w chowanego z
naszymi braćmi, z życiem, z Bogiem poprzez ukrywanie się i ucieczkę w
różne formy użalania się nad sobą – czy samowystarczalności – bardziej
czy mniej udając pokorę[11]. Takie postawy krok po kroku alienują nas
od wszystkiego (od rzeczywistości) i od wszystkich (od braterskiej
wspólnoty).

Historia Józefa toczy się coraz bardziej
dramatycznie, niczym swoiste crescendo. Faraon bowiem również miał sen,
a wróżbici i mędrcy egipscy nie potrafili odczytać jego znaczenia.
Przełożony podczaszych, który wcześniej zapomniał o Józefie, teraz
przypomniał go sobie; „ten, który miewa sny” został wezwany, by
objaśnił sen najwyższego władcy Egiptu. Józef i tym razem powtarzał:
„Nie ja, lecz Bóg da ci pomyślną odpowiedź, o faraonie” (Rdz 41,16).

Życie
brata, który nie chce niczego więcej niż być bratem, prowadzi nas do
wsłuchiwania się w radości i nadzieje, smutki i cierpienia ludzi
naszych czasów[12]. Jakże wiele dzieci i młodych, kobiet i mężczyzn,
braci i sióstr śni o swoich bliskich, o rodzinach, miastach, krajach!
Posługa braterska wymaga, byśmy wsłuchiwali się w te sny, znali je i je
wyjaśniali. Dlaczego bywa tak, że nie tworzymy przestrzeni potrzebnej
do tego, aby nasi bracia mogli opowiadać nam o swoich marzeniach? Jakie
sytuacje czy postawy to utrudniają?

Faraon uznał roztropność i
mądrość Józefa i uczynił go najwyższym urzędnikiem Egiptu, ustanawiając
go zarządcą całego kraju. Józef miał wtedy trzydzieści lat. Możemy
powiedzieć, że zakończył formację i „uważa się [go] za człowieka
dojrzałego, skoro ma innych nauczać i pełnić różne funkcje”[13].

Na
tym etapie życia Józef nie kierował się już snami, jak wtedy, gdy był
młodzieńcem. Potrafił rozpocząć nową kartę swojej historii i pozostawić
za sobą burzliwe i pełne udręk życie, które aż dotąd było tak smutne i
gorzkie. Imiona, które nadał swoim synom, potwierdzają to pragnienie:
Manasses („dał mi Bóg zapomnieć o całym moim utrapieniu i o całym domu
mego ojca”) i Efraim („uczynił mnie Bóg płodnym w domu mojej niedoli”).

Dobry
administrator jest w pełnym tego słowa znaczeniu człowiekiem stąpającym
po ziemi: sieje i zbiera plony, gromadzi i rozdziela, dogląda i
obejmuje opieką, kontroluje i zarządza, szacuje i prowadzi pomiary,
płaci i pobiera opłaty. W Ewangelii Jezus używa obrazu
administratora/zarządcy w wielu przypowieściach, w których mówi o
wierności. Szczególnie pozostaje w pamięci przypowieść o talentach.

Józef
był człowiekiem wiernym i takim był też jako administrator. Był wierny
w sprawach drobnych, jak później okazał się wierny w poważniejszych
rzeczach, które mu powierzono. Aż dotąd czekaliśmy na spodziewany happy
end. Jako że w Starym Testamencie Boże błogosławieństwo przejawiało się
przede wszystkim przez zdrowie, potomstwo i zamożność, możemy
stwierdzić, że Józef został w końcu przez Boga pobłogosławiony. Józef
zarządzał bogactwami Egiptu i założył rodzinę w kraju, który przyjął go
jak adoptowanego syna. Był sprawiedliwy, mądry i bał się Boga. Mógłby
więc ostatecznie zapomnieć o smutnej części swojej historii.

Jak
wiemy, „zapominanie” nie jest czymś dobrym, przynajmniej w biblijnym
znaczeniu. Lud, sprawiedliwy człowiek, który cierpi, prześladowani –
wszyscy oni błagają Boga: „Nie zapominaj o nas”. Bóg z kolei prosi swój
lud, by nie zapominał o Jego Przymierzu i Jego Przykazaniach, o Jego
dziele stworzenia, wyzwolenia i zbawienia. Ważne, by podtrzymywać tę
pamięć. Wiemy, jaka jest etymologia słowa ‘recordare’ (re – z powrotem;
cor, cordis – serce) czy angielskiego słowa ‘remember’ (pamiętać; re –
z powrotem; member – zorganizować czy zjednoczyć to, co jest
rozproszone albo precyzyjniej: pooddzielane). Józef miał pamiętać i
połączyć, powiązać ze sobą poszczególne fragmenty swojej historii,
historii połączonej z historią swoich braci.

Kiedy minęły lata
urodzaju, lud głodował i domagał się żywności od faraona. Faraon
odpowiedział: „Udajcie się do Józefa i czyńcie, co wam powie” (Rdz
41,55). Te słowa przypominają słowa Maryi skierowane do sług w Kanie
Galilejskiej w podobnej sytuacji: kiedy podczas wesela zabrakło wina.

III. Marzenia Boga – nasze powołanie

Ludzie
z całego świata wędrowali do Egiptu, by kupić zboże od Józefa, ponieważ
głód ogarnął całą ziemię. W ziemi ojczystej Józefa, również dotkniętej
suszą i głodem, Jakub upominał swoich synów: „Czemu się ociągacie?”
(Rdz 42,1). Słyszał, że w Egipcie sprzedawano zboże i rozkazał im:
„Właśnie słyszałem, że w Egipcie jest zboże, idźcie tam i zakupcie dla
nas zboża, abyśmy przetrwali i nie pomarli” (Rdz 42,2). Znając Jakuba,
możemy odgadnąć, po kim Józef otrzymał ten zmysł praktyczny. Jego
ojciec był zawsze bardzo praktyczny. Prawdę mówiąc, wiele razy posuwał
się nawet do oszustwa, by osiągnąć swój cel (chociaż akurat w tym Józef
nie przypominał swego ojca).

Czy możemy ograniczyć nasze
powołanie „zakonników” lub „braci” do kwestii „przetrwania”? Bóg chce,
abyśmy żyli, a nie tylko „przetrwali”! Zastanówmy się nad tymi
kwestiami i przyjrzyjmy się naszej obecności w świecie, naszej misji,
naszemu głoszeniu i tym, którzy nas słuchają, wszystkim tym, którzy
oczekują od nas dzielenia z nimi chleba słowa! Intuicja tych, którzy
podobnie jak św. Dominik de Guzmán, nie wahali się oddać życia,
poświęcając je dla innych, „dla głoszenia i zbawienia dusz” (por. 2 Kor
12,15; KKZ 1, II), staje się coraz bardziej oczywista i prorocka. Bóg
kocha życie i chce abyśmy mieli życie i to mieli je w obfitości (por. J
10,10). Podczas Triduum Paschalnego rozważamy mękę, śmierć i
zmartwychwstanie Jezusa. Jest to coś absolutnie nowego. Czasami
wydajemy się być zaledwie głosicielami zmartwychwstania małej córki
Jaira, jedynego syna wdowy z Nain lub Łazarza, przyjaciela z Betanii.
Wszyscy oni powrócili do życia „dokładnie takiego samego jak dawniej”,
„życia, jakim żyli wcześniej”. Jednakże znów umarli! Marzymy o czasie,
który minął, i oczekujemy, że wszystko stanie się takim, jakim było
wcześniej, ponieważ dawniej było lepiej – gdy mieliśmy po czterdzieści
lat (czy też w latach ’40., dla innych ’50., ’60., ’70. czy ’80…).

Jestem
pewien, że się nie mylę, sądząc, że najgorszą zniewagą podczas męki nie
były dla Jezusa drwiny, opluwanie czy policzki, biczowanie czy
ukoronowanie cierniem, czy nawet skazanie na śmierć krzyżową. Zniewagę,
w której streszcza się dramat krzyża i ludzkości, wyraża krótki i
okrutny okrzyk rozbrzmiewający zarówno dawniej, jak i dziś: „Wybaw sam
siebie!”. Przywódcy religijni, żołnierze, przechodnie i ciekawscy,
złoczyńcy po obu stronach krzyża – każdy z nich w ten lub inny sposób
obrzucał Go wyzwiskami. To tak, jakby mówili: „Poradź sobie najlepiej,
jak możesz”, „Zrób to na swój sposób”, „To twój problem, nie mój”.

Józef,
mając całkowitą władzę w Egipcie, rozdzielał zboże całemu ludowi. Był
człowiekiem sprawiedliwym. Wiemy, że poza sprawiedliwością „wymienną”
istnieje również odmiana sprawiedliwości właściwa tym, którym
powierzono pewien rodzaj władzy, określana jako sprawiedliwość
„rozdzielcza”. Od tych, którzy mają władzę, nie oczekuje się przecież,
że będą żądać tych samych rzeczy co ci, którzy są powierzeni ich
trosce. Oni dzielą lub rozdają, wymagają lub proszą o rzeczy
„proporcjonalnie”, według obowiązków czy potrzeb „innych”, a nie po
prostu „arytmetycznie” (w stosunku 1:1).

Będąc w domu, przy
stole, doświadczamy tej sprawiedliwości rozdzielczej, kiedy ktoś
rozdziela jedzenie innym siedzącym przy stole według ich potrzeb czy
upodobań, nie ryzykując przy tym, że zostanie uznany za
niesprawiedliwego. Podobnie i przeor czy syndyk wymaga lub prosi
każdego zakonnika o jego własny wkład (o to, co należy do niego),
biorąc pod uwagę miarę sprawiedliwości, która jest proporcjonalna
(według uzdolnień, trudności, potrzeb itd. każdego z nas). Nie oznacza
to bycia „stronniczym” w stosunku do osoby (przypowieść o talentach
dobrze to ilustruje). Życia wspólnoty, wspólnego życia braterskiego –
wiemy o tym – nie buduje się jedynie w oparciu o sprawiedliwość
wymienną (arytmetyczną), ale rozdzielczą (czyli proporcjonalną).

Oczywiście
korzeniem i podstawą teologiczną naszego powołania, sercem, które daje
życie, zachęca i wyznacza jego ostateczny i nadprzyrodzony cel jest
współczująca miłość. Ta miłość udoskonala i przekracza sprawiedliwość,
ustanawia ją i ją zakłada[14].

Święty Paweł uczy nas, że
sprawiedliwość Boża objawia się w usprawiedliwieniu wszystkich tych,
którzy wierzą w Jezusa (por. Rz 3,25–26). Objawienie Bożej
sprawiedliwości, która czyni nas sprawiedliwymi (usprawiedliwiając),
nie tylko prowadzi nas do pełniejszej wizji relacji miedzy
sprawiedliwością i miłosierdziem w Bogu[15], lecz wymaga od nas nowego
stylu życia braterskiego (por. 1 Kor 13,4–7; Jk 2,13).

Miłość
sięga dalej niż sprawiedliwość. Jednakże nigdy nie brakuje jej tej
sprawiedliwości, która zachęca nas, aby dać drugiemu co jest „jego”, co
się mu należy z racji tego, kim jest i co robi. Nie mogę „dać” drugiemu
tego, co jest moje, jeśli wpierw nie dam tego, co się jemu
sprawiedliwie należy. Miłość domaga się sprawiedliwości, przemienia ją
i uzupełnia zgodnie z logiką daru i przebaczenia[16].

Józef był
administratorem, dobrym zarządcą. Przecież „nad wszystkim sprawował
władzę”. I kiedy wszystko wydawało się być „w porządku”, do Egiptu
przybyli jego bracia! Nie rozpoznając tego, który ich przyjął, padli
przed nim na kolana. Józef natomiast rozpoznał ich, ale traktował,
jakby byli obcy. (Znamy szczegóły, więc nie będę ich tu przytaczać).

W
Biblii pierwszymi słowami wypowiedzianymi przez mężczyznę do niewiasty,
którą Pan mu dał, były te: „Ta dopiero jest kością z moich kości i
ciałem z mego ciała” (Rdz 2,23). Te słowach są mocno zakorzenione w
kulturze Wschodu, pochodzą z dobrej hebrajskiej tradycji. Obrazy
odnoszące się do rzeczy fizycznych, materialnych – ciało i kości – są
użyte do określenia rzeczywistości głębszych i duchowych:
komplementarności, „odpowiedniej pomocy”. W tych słowach i kontekstach,
jednocześnie różnych i podobnych, odczytujemy głęboką analogię. Możemy
ją odnieść do braterstwa. Józef stał przed swoimi braćmi. Oni byli
ciałem z jego ciała, krwią z jego krwi, „wyciosani z tego samego
kawałka drewna”, jak moglibyśmy powiedzieć.

Kiedy Józef
pomyślał, że mógłby definitywnie zerwać ze swoją przeszłością (nad
którą chciał mieć kontrolę, tak jak nad dobrami, którymi zarządzał),
stanął twarzą w twarz ze swymi braćmi, ze swoją historią, ze swoim
własnym życiem. Nie możemy ukrywać różnych aspektów naszego życia ani
brać ich w nawias, nawet jeśli czasami doznajemy takiej pokusy. Czyniąc
tak, nie bylibyśmy prawdziwie ludźmi, a tylko wydawalibyśmy się nimi
być; bylibyśmy jakąś resztką, pozostałością tego, co ludzkie. Dlatego –
powtarzam – to biblijne „przypominanie”, „pamięć” są ważne.

Józef
więc „przypomniał sobie sny, jakie miał niegdyś” (Rdz 42,9).
Potraktował braci surowo i poddał testowi. Jednakże kiedy Józef uznał
już w nich swoich własnych braci, rozpoczął się proces uzdrawiania jego
historii – mimo żalu, jaki wyzwalała ich obecność.

Często
przypominamy sobie słynne zdanie św. Grzegorza z Nazjanzu (329–391):
„Co bowiem nie zostało przybrane, nie jest uleczone”[17]. Uczyliśmy
się, jak przez analogię zastosować tę chrystologiczną prawdę na różnych
polach: w naszym życiu przed wstąpieniem do Zakonu i w naszym życiu
zakonnym, w naszym doświadczeniu we wspólnocie i w posłudze głoszenia,
uczyliśmy się tego w historii świata i w historiach naszego życia, w
codziennym życiu naszych konwentów, prowincji i naszego Zakonu.
Odkrywamy codziennie, jak dotyka to najróżniejszych aspektów naszego
życia: fizycznego i biologicznego, psychicznego i społecznego,
moralnego i duchowego. Czego nie zaakceptujemy, to nie zostanie
uzdrowione.

Gdy „marzyciel” chciał już zapomnieć, pytanie Boga
skierowane kiedyś do Kaina powraca do Józefa, domagając się od niego
nowej odpowiedzi: Gdzie są twoi bracia? To pytanie z dawnych czasów –
które narodziło się w bolesnym okresie jego życia – dramatycznie
zostało powtórzone: „Szukam moich braci. Mógłbyś mi, proszę, powiedzieć
gdzie oni są…?”. Odpowiedź Bożej Opatrzności, która nigdy go nie
opuściła i nigdy nie opuszcza swoich, poruszyła głęboko jego serce:
„Oto oni są przed tobą! Przy tobie!”. Coś podobnego zdarza się nam,
kiedy rozglądamy się wokół i rozpoznajemy (re+cognoscere, powtórnie
poznajemy) tych, którzy są naszymi braćmi. To jest mój brat! Oto oni są
moimi braćmi! (a nie ten czy ci, których mógłbym sobie wyobrazić jako
ideał). Nie możemy wymagać od nich, by się zmienili po to, żebyśmy
mogli zaakceptować ich jako naszych braci i pokochali ich.

Kiedy
Bóg zapytał Kaina, gdzie jest jego brat, Kain unikając prawdziwej
odpowiedzi, ukrył się za pytaniem: Czy jestem stróżem brata mego? W
Chrystusie i opierając się na powołaniu, do którego zostaliśmy wezwani,
nie możemy ponownie odgrywać tej sceny. Rzeczywiście, nie jesteśmy
stróżami naszych braci, nie jesteśmy nikim więcej i nikim mniej niż
braćmi naszych braci!

W rodzinie Jakuba i Józefa wiele spraw
domagało się wybaczenia. Potrzeba było na to dużo czasu i cierpliwości.
W Księdze Rodzaju widzimy, jak ważne jest postępowanie krok po kroku.
Chcąc uzdrowić osobiste rany lub rany zadane przez wspólnotę, nie
próbujmy stosować „biznesowego” rytmu do takich historii. Takie rany
mogą być uzdrowione jedynie w rytmie bardzo kontemplacyjnym. Wiemy
oczywiście, jak rozwija się historia Józefa i jego braci: powrót do
Kanaan, druga wyprawa do Egiptu z Beniaminem, nowe spotkanie z Józefem,
ostatnia próba, której Józef poddaje braci, interwencja Judy w sprawie
Beniamina itd.

Zmierzajmy ku rozwiązaniu historii. Józef nie
potrafił już dłużej kontrolować swoich emocji i przemówił do swych
braci: „»Ja jestem Józef. […] Zbliżcie się do mnie!« A gdy oni się
zbliżyli, powtórzył: »Ja jestem Józef, brat wasz, to ja jestem tym,
którego sprzedaliście do Egiptu.« […] I płakał Józef, ściskając i
całując swych braci. A potem bracia jego z nim rozmawiali” (Rdz
45,3–4.15).

Wydaje się, że łzy definitywnie oczyściły jego
serce. To prawdziwe emocjonalne tsunami, piętnaście lat po owym
strasznym wydarzeniu, kiedy to został sprzedany przez swoich braci,
umożliwiło mu odkrycie rzeczywistego znaczenia całego jego życia i
wszystkiego, co mu się przydarzyło. Musiał przebyć długą drogę pełną
cierpienia, aby oczyścić, zrekonstruować i pojednać się z historią
swoją i braci.

Jego słowa nas oświecają: „Ale teraz nie smućcie
się i nie wyrzucajcie sobie, żeście mnie sprzedali. Bo dla waszego
ocalenia od śmierci Bóg wysłał mnie tu przed wami. Bóg mnie wysłał
przed wami, aby wam zapewnić potomstwo na ziemi i abyście przeżyli
dzięki wielkiemu wybawieniu. Zatem nie wyście mnie tu posłali, lecz
Bóg” (Rdz 45,5–8). Ta reakcja nie jest jedynie wytworem ulotnych
emocji. Później bowiem, „bracia Józefa, zdając sobie sprawę z tego, że
ich ojciec nie żyje, myśleli: »Na pewno Józef będzie nas teraz
prześladował i odpłaci nam za wszystkie krzywdy, które mu
wyrządziliśmy!« […] Wtedy bracia już sami poszli do Józefa i upadłszy
przez nim, rzekli: »Jesteśmy twoimi niewolnikami«. Lecz Józef
powiedział do nich: »Nie bójcie się. Czyż ja jestem na miejscu Boga? Wy
niegdyś knuliście zło przeciwko mnie, Bóg jednak zamierzył to jako
dobro, żeby sprawić to, co jest dzisiaj, że przeżył wielki naród. Teraz
więc nie bójcie się: będę żywił was i dzieci wasze«. I tak ich
pocieszał, przemawiając do nich serdecznie” (Rdz 50,15.18–21).

Józef-marzyciel
popadł w kłopoty z braćmi, gdy chciał podzielić się z nimi swoimi
snami. To naznaczyło jego życie, a zarazem pozwoliło mu stopniowo
poznawać i odkrywać, że inni również mają swoje marzenia (sny). Wiedząc
już o tym, słuchał snów innych i chciał je również interpretować w imię
Boże. Nie wyobrażał sobie jednak, że gdy już otworzy się na tę
możliwość (odczuwania potrzeb innych, jakby były jego własnymi,
cierpliwego słuchania innych i znalezienia dla innych miejsca w swoim
sercu), Bóg podzieli się z nim swymi własnymi marzeniami: o zbawieniu i
uwolnieniu jego, jego braci, jego ludu!

Jeśli nasze sny
odsłaniają nasze projekty, nadzieje, ideały, to słuchanie snów innych
może otworzyć nasze serca na ich marzenia, nadzieje, ideały i
oczekiwania… Jednocześnie marzenia Boga co do każdego z nas i
wszystkich nas, braci, ukazują najgłębsze znaczenie naszego życia,
naszego powołania! Czyż nasze własne powołanie nie wyraża w konkretny
sposób marzeń, które Bóg ma co do każdego z nas i nas wszystkich!
„Marzenia” Boga to powołanie każdego z nas. Przypominają nam o tym nasi
bracia. Kiedy Bóg objawia nam swoje marzenia (jak to uczynił wobec
Józefa – zaręczonego z Maryją – gdy cieśla chciał ją potajemnie
odprawić), wskazuje nam drogę powołania, które przekracza wszystko, o
czym moglibyśmy pomyśleć czy pragnąć dla samych siebie czy dla innych,
wszystko, o czym być może inni marzyli dla nas… (por. Iz 55,8).

Historia
Józefa kończy się ostatnim „snem” – czy mogło być inaczej? – ale teraz
jest on rozumiany jako „objawienie”. „Wreszcie Józef rzekł do swych
braci: »Gdy ja umrę, Bóg okaże wam swą łaskę i wyprowadzi was z tej
ziemi do kraju, który poprzysiągł dać Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi«”
(Rdz 50,24). To już wstęp do historii powołania ludu, nie tylko rodziny
Jakuba. Historia ta osiąga swój punkt kulminacyjny w misji umiłowanego
Syna, który również, szukając swych braci, został sprzedany za
kilkanaście srebrników i przez swoją śmierć i zmartwychwstanie stał się
źródłem nowego życia.

Nasze życie, życie naszych wspólnot
konwentualnych i prowincjalnych i życie całego Zakonu również
potrzebuje drogi pojednania. Punktem kulminacyjnym tej drogi nie jest
osiągnięcie w jakiś magiczny sposób szczęśliwego zakończenia.
Pojednanie wymaga, abyśmy „postawili się w miejscu innych” (por. Rdz
44,33). To jest to, czego my bracia uczymy się przez pedagogikę, która
wcale nie jest łatwa. Dlatego musimy uczyć się, jak odczytywać naszą
historię i historię naszych braterskich wspólnot, odkrywając, jak
Opatrzność działała i ciągle działa w nas – z cierpliwością, pokorą i
wytrwałością.

* * *

Każdy człowiek jest moim bratem

Józef
jest wzorem człowieka sprawiedliwego, roztropnego i mądrego,
prawdziwego brata. Mówiliśmy już o sprawiedliwości. Roztropność jest
cnotą rozumu praktycznego, która łączy zasady działalności moralnej z
rzeczywistością taką, jak się przedstawia tu i teraz. Istotą mądrości
jest odróżnianie tego, co ważne i konieczne, od tego, co zmienne i
drugorzędne, tego, co należy do istoty, od tego, co jest przypadłością.

Rozważaliśmy
życie i misję Józefa w nowy sposób. Nie chciałby on, by ta historia
koncentrowała się na nim. W tym kontekście możemy rozumieć proroka
Izajasza, gdy mówi: „Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie
roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej:
pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43,18–19)… ponieważ
„Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21,5).

Historia braterstwa,
radości i nadziei przeplatanych bólem i żalem pomaga nam zrozumieć w
świetle Ewangelii, co to znaczy żyć Paschą: śmiercią i
zmartwychwstaniem. Nie chodzi o to, by w jakiś magiczny sposób powrócić
do przeszłości, do życia, jakie prowadziliśmy wcześniej. Wszyscy
dojrzeli, kiedy ponownie spotkali Jakuba (ojca). W bardzo konkretnym
sensie i poprzez wielkie cierpienie nauczyli się, jak kochać. Życie
każdej z osób było tajemniczo połączone z życiem innych (a każda z nich
otrzymała życie od tego samego ojca). W zmiennych kolejach losu odkryli
miłość ojca, dzięki któremu byli braćmi. Nie ma braterstwa bez
synostwa. Po tylu nieporozumieniach, przejawach zazdrości i zawiści
spotkanie braci z Józefem u ich ojca Jakuba otwarło perspektywę
objawiającą coś o wiele większego, niż tylko zwykły „domowy” spokój.
Konsekwencją braterstwa przyjętego jako dar (i płynącym z tego
wezwaniem) jest powszechna misja: mieli uformować jeden lud, naród
wybrany.

Te strony z Księgi Rodzaju pomagają nam odnowić nasze
ewangeliczne zaangażowanie: braterstwo budowane przez słowa łaski i
prawdy, słuchania i miłosierdzia. Wiemy z doświadczenia, że nasze słowa
mogą ranić lub niszczyć braci. Jednakże mogą one również obudzić to, co
jest w nas najbardziej szlachetne, stwarzając nieskończone perspektywy
życia!, tak jak słowa wypowiedziane przez Józefa do braci, którymi „ich
pocieszał, przemawiając do nich serdecznie” (Rdz 50,21b).

Historia
Józefa uczy nas, że Bóg nie jest głuchy na to, co do Niego mówimy.
Józef także nauczył się słuchać, także w trudnych sytuacjach, np. w
więzieniu. Znamy ścisły związek, jaki istnieje między „słuchaniem”
(audire) i „byciem posłusznym” (obœdire). Pan złożył w naszych sercach
zdolność do słuchania. Jak wiele ludzkich, rodzinnych czy wspólnotowych
dramatów wyrasta z niesłuchania! To dlatego zwykle spotykamy się we
wspólnocie, by słuchać głosu Boga razem (modlitwa wspólnoty) i słuchać
go w głosach braci (spotkania i kapituły wspólnoty). Jako wspólnota
jesteśmy również powołani do słuchania innych, którzy uczestniczą w
naszej misji, i tych, do których nasza misja jest skierowana (misja
wspólnotowa).

Kiedy Józef ujrzał swoich głodnych braci w
Egipcie, zrozumiał w końcu, że Boży plan przemienił zło, które
zamierzali mu wyrządzić, w coś dobrego. Otwierając jego serce na
marzenia innych, Bóg objawił mu swoje własne marzenia: co do niego
samego, co do jego braci i jego ludu. Dlatego, naśladując Boga, Józef
był miłosierny i wybaczył braciom.

Jako bracia kaznodzieje
rozpoznajemy również w św. Dominiku tę samą głęboką postawę
miłosierdzia i współczucia. Sądzę, że najpiękniejsze słowa o naszym
Ojcu zapisał bł. Jordan w Libellus: „Wszystkich ludzi ogarniał szeroko
swoją troskliwą miłością, a ponieważ wszystkich kochał, przez
wszystkich też był kochany”[18].

W naszych Konstytucjach
czytamy: „Na to, by każdy klasztor mógł stać się braterską wspólnotą,
wszyscy powinni wzajemnie się akceptować i serdecznie do siebie odnosić
jako członki jednego ciała, różne wprawdzie pod względem przymiotów i
zadań, jednakże równe dzięki więzom miłości i profesji” (KKZ 4 I).

Dlatego
„bracia, zgodni przez posłuszeństwo, przez czystość życia złączeni
wyższą formą miłości, najściślej od siebie zależni przez ubóstwo, niech
wpierw we własnym klasztorze budują Kościół Boży, który mają swą pracą
szerzyć po świecie” (KKZ 3 II).

Czy jesteśmy w stanie osiągnąć
braterstwo o własnych siłach? Nasze coraz bardziej zglobalizowane
społeczeństwo może wprawdzie zmniejszyć dzielące nas odległości, ale to
niekoniecznie czyni nas braćmi. „Rozum sam z siebie potrafi pojąć
równość między ludźmi i ustanowić obywatelskie współżycie między nimi,
ale nie jest zdolny ustanowić braterstwa. Ma ono początek w
transcendentnym powołaniu Boga Ojca, który jako pierwszy nas umiłował,
ucząc nas przez swego Syna, czym jest miłość braterska”[19].

Ta
cenna „perła” – nasza dominikańska wspólnota jest głosem, „który się
rozchodzi na całą ziemię i aż po krańce świata” (Ps 19,5). Niech
jaśnieje ona jak nasze najlepsze uwielbienie, błogosławieństwo i
głoszenie, ponieważ „każdy człowiek jest moim bratem”[20], a my
jesteśmy wezwani do głoszenia słów pocieszenia wszystkim narodom, słów,
które dotykają serca.

„Pokój braciom i miłość wraz z wiarą, od Boga Ojca i Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Ef 6,23).

W św. Ojcu Dominiku,

br. Carlos A. Azpiroz Costa OP
Generał Zakonu

(tłum. Janusz Kaczmarek OP, Bartłomiej Wolszleger OP, Barbara Wuczkowska)

[1] Bł. Jordan z Saksonii, Książeczka o początkach Zakonu Kaznodziejów, Warszawa 2008, nr 21.

[2]
Por. Jan Paweł II, Przemówienie na lotnisku w Tarbes (Francja) 14
sierpnia 2004, Przemówienie do grupy francuskich biskupów (podczas
wizyty ad limina) 12 kwietnia 1997 i wiele innych podobnych tekstów.

[3]
Nasi bracia powinni nazywać się braćmi kaznodziejami i żadnym innym
mianem, por. Acta Capitulorum Generalium 1256, red. B.M. Reichert, Romæ
1898, vol. I, 81.

[4] Wskażę najważniejsze z nich: Sobór
Watykański II: Lumen gentium (1964), rozdz. VI – O zakonnikach,
Perfectæ caritatis (1965); Paweł VI, Evangelica testificatio (1971);
Jan Paweł II, Redemptoris donum (1984), Vita consecrata (1996);
Kongregacja ds. Zakonów i Instytutów Świeckich, Istotne elementy
nauczania Kościoła na temat życia konsekrowanego (1983), Congregavit
nos in unum Christi amor (1994), Rozpocząć na nowo od Chrystusa (2002),
Faciem tuam, Domine, requiram (2008).

[5] Por. Quezon City
(1977) rozdz. IV De vita nostra religiosa in mundo hodierno; Walberberg
(1980) rozdz. IV De vita nostra religiosa in mundo hodierno, rozdz. V
De vita communi; Rzym (1983) rozdz. XIII De guberno et vita religiosa;
Avila (1986) rozdz. VII De vita religiosa; Oakland (1989) rozdz. II De
vita communi; Meksyk (1992) rozdz. III De vita communi; Caleruega
(1995) rozdz. III De vita communi fraterna; Bolonia (1998) rozdz. III
De formatione et vita communi; Providence (2001) rozdz. IV De vita
contemplativa – de vita communi; Kraków (2004) rozdz. IV Życie wspólne;
Bogota (2007) rozdz. IV Pasja życia dominikańskiego – Życie braci.

[6]
Br. Vincent de Couesnongle, La dimension contemplative de notre vie
dominicaine, w: IDI 1982, nr 200; br. Damian Byrne, The common life, w:
IDI 1988, nr 262; br. Timothy Radcliffe, Wolność dominikańska a
odpowiedzialność. Ku duchowości zarządzania, w: „Biuletyn Informacyjny
[Polskiej Prowincji Dominikanów]” (1997) nr 2/3, s. 3–48, Obietnica
życia, w: tenże, Nazwałem was przyjaciółmi, Kraków 2002, s. 220–264.

[7]
Z woli Bożej będzie to 287. Kapituła Generalna Zakonu; por. Innocentius
Taurisano OP, Hierarchia Ordinis Prædicatorum – Prima Pars, Romæ 1916,
s. 18–25; por. Angelus Walz OP, Compendium Historiæ Ordinis
Prædicatorum, Romæ 1958, s. 699–700.

[8] Eneus Domitius Ulpianus (zm. w 228 r. w Rzymie).

[9] Geraldus de Frachet, Vitæ Fratrum (red. Reichert, MOPH, t. 1), II pars, cap. XLV, III.

[10]
Upomnienie braterskie, o którym Jezus naucza w Ewangelii (zob. Mt 7,15;
18,15–18), to nie to samo, co narzekanie na coś, co nas dotyka czy rani
ze strony braci. Braterskie napomnienie polega na płynącej z miłości
próbie poprawienia braci, a nie ich karania. Święty Tomasz opisuje je
jako akt czy owoc miłości (zob. II­-II,q.31, prol. i q.33).

[11]
Zob. Benedykt XVI, Homilia podczas Mszy św. rozpoczynającej obrady 11.
zwyczajnego zgromadzenia generalnego synodu biskupów (2 października
2005).

[12] Gaudium et spes, 1.

[13] KKZ 1 VI.

[14] Por. STh I, q.21,aa.3–4.

[15] Por. św. Tomasz z Akwinu, Scriptum super libros sententiarum, I,d.43,q.2,a.2,ad 4.

[16] Por. Benedykt XVI, Caritas in veritate, 6.

[17] Grzegorz z Nazjanzu, List CI, w: tenże, Listy, tł. J. Stahr, Poznań 1933, s. 138 [przyp. tłum.].

[18] Bł. Jordan z Saksonii, Książeczka o początkach Zakonu Kaznodziejów, Warszawa 2008, nr 107.

[19] Benedykt XVI, Caritas in veritate, 19.

[20] Paweł VI, List z okazji światowego dnia pokoju 1971 (14 listopada 1970).