Po 28 latach posługi w Turkmenistanie o. Andrzej Madej OMI dzieli się swoim świadectwem. Opowiada o narodzinach i wzrastaniu wspólnoty katolickiej w Aszchabadzie, o codzienności Kościoła bez świątyń, a także o spotkaniach i doświadczeniach, które na zawsze zapisały się w jego życiu. To historia wiary i misji „na brzegu pustyni Karakum”.

W ostatnich dniach na misji w Turkmenistanie myślałem sobie: „To pewnie próba generalna przed tym, jak przyjdzie mi rozstawać się z życiem na ziemi. Tylko że wtedy już nic nie włożę do żadnej walizki ani torby, wszak «trumna nie ma kieszeni». Pewnie wtedy zostawię też po sobie jeszcze więcej spraw niedokończonych i zdam sobie sprawę z tego, że pewnych długów nigdy w życiu nie uda mi się uregulować – ani u Pana Boga, ani u ludzi”. Miałem w te dni przeczucie, że lata na misji były dla mnie łaską. To już naprawdę koniec? – pytałem z niedowierzaniem, zamykając walizkę. Żałuję, że za mało kochałem, że nie skorzystałem pełniej z szansy, z wszystkich możliwości, że za mało ryzykowałem dla Ewangelii. Mogłem zostawić po sobie więcej dobra, gdybym gorliwiej pracował i ofiarniej się spalał. Na misjach zaciągnąłem dług. Wieczność jest na szczęście dana człowiekowi po to, by osobiście podziękować Panu Bogu w niebie – za wszystko, co się wydarzyło na ziemi.
Wsiadając po raz ostatni do samolotu w stolicy Turkmenistanu, postanowiłem napisać jeszcze kiedyś bardzo długi list do wiernych w Aszchabadzie i opowiedzieć im do końca o tym, czego nie zdążyłem powiedzieć nad brzegiem pustyni Karakum przez 28 lat. Ale czy będzie mi to dane?
Trudne pożegnania
Nie było mi łatwo oderwać się od wiernych ze wspólnoty katolickiej, ani od tych wszystkich, których poznałem i pokochałem w Turkmenistanie. Z ojcem Radosławem (dzisiaj biskupem w Ukrainie, w Kamieńcu Podolskim) zaczynaliśmy ewangelizować od zera, nikogo nie znając.
Na moich oczach wyrosło całe pokolenie, wyrosło też nowe miasto z białego marmuru – Aszchabad. Doczekałem się chrztów dzieci tych, którzy około 30 lat temu sami byli dziećmi. Byłem świadkiem, jak sylabizowali Ewangelię, jak z przejęciem przyjmowali po raz pierwszy nowinę o tym, że Pan Bóg ich kocha i ma dla każdego z nich wspaniały plan. Na moich oczach rośli, zwyciężali w kolejnych dramatach życiowych, dojrzewali w wierze.
Przeżywaliśmy razem dni powszednie i święta, odbywaliśmy pielgrzymki do Europy, Azji i Ameryki. Niektórzy w tym czasie opuścili swój rodzinny kraj. Do dzisiaj piszą, dzwonią. Niektórzy odeszli od Kościoła, niektórych odprowadziliśmy na cmentarz.
Gdy trwa się nieco dłużej z kimś w szkole Chrystusa, wtedy poznaje się także swoje biedy i błędy, słabości, rany i ograniczenia. Zaczynamy wtedy przyjmować się nawzajem nie za zasługi, nie za coś, ale pomimo wszystko. Spotkać się z kimś pośród miliardów ludzi, na tej samej drodze wiary w Chrystusa – to łaska. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie było nam podarowane z nieba. Zdumiałem się przed kilku tygodniami, w czerwcu, widząc, że nie tylko wierzący przychodzili, by mi powiedzieć: „dziękuję, do zobaczenia”. Wśród listów z podziękowaniami było i przesłanie z Watykanu, a także słowa współbraci z Konferencji Katolickich Biskupów Azji Centralnej. Nie zapomnę serdecznego pożegnania z niektórymi pastorami. Ostatnie spotkanie z wicepremierem tego kraju w Ministerstwie Spraw Zagranicznych – nie obyło się także bez wzruszenia.

Lekcja wspólnej drogi
Nie było mi łatwo pozbierać siebie i swoje papiery – ważną korespondencję, rozpoczęte wiersze, jakieś pamiątki, książki, zwłaszcza te z dedykacjami, czasem od moich przyjaciół – ich autorów.
Sam zadałem sobie w te dni pytanie: czy można opuścić wiernych na misji? Gdy przyszedł dzień, w którym po 28 latach życia nad brzegiem pustyni przyszło mi wypowiedzieć słowa: „Opuszczam was, zostańcie z Bogiem” – niektórzy z niedowierzaniem, a czasem ze łzami pytali: „To już nigdy nie powrócisz do nas?”. „A myśmy myśleli, że Andrzej to taki ojciec, który nie odejdzie od nas nigdy, że zostanie z nami na zawsze, że tu z nami umrze” – mówili. Usłyszałem nawet: „Ojcze, zdradzasz nas, nie wolno ci od nas odjechać na zawsze”. Ach, że też serce człowieka może tak wiele wytrzymać! Wiara pomaga wierzącym się rozstać: będziemy modlili się za siebie, będziemy dalej służyć temu samemu Jezusowi Chrystusowi, gdziekolwiek by nas życie nie rzuciło. I co najważniejsze – spotkamy się kiedyś wszyscy razem w niebie! Nadzieja.
Kościół, który się rodzi
Wspólnota katolicka w Turkmenistanie jest młoda, jeszcze się nie przestaje rodzić i uczyć. Nie udało nam się wybudować świątyni, zaprosić sióstr zakonnych, nauczyć się języka turkmeńskiego, przełożyć ksiąg liturgicznych na język turkmeński. Oblatów Maryi Niepokalanej, którzy tu dalej się trudzą i będą jeszcze gorliwiej ewangelizować następne pokolenia Azjatów, czeka ryzyko podjęcia odważnych kroków – by wchodzić z Ewangelią w turkmeńską kulturę (inkulturacja), poznawać islam, prowadzić dialog ekumeniczny i międzyreligijny.
Dałby Bóg, aby któraś z naszych dziewcząt wstąpiła do zakonu i złożyła śluby wieczyste. Anton z Krasnowodzka (dziś z Turkmenbaszy) to pierwszy oblat Maryi Niepokalanej z tego kraju. Służy godnie w Ukrainie. Ufajmy, że z naszego Kościoła nad Morzem Kaspijskim wyjdą jeszcze inni kapłani, misjonarze, teologowie, pisarze, błogosławieni i święci. Może także męczennice i męczennicy…
Drodzy Przyjaciele naszych misji, widzicie, że potrzeba nam wiele modlitwy, aby przedłużała się i rozszerzała ewangelizacja w Azji Centralnej. Jest nadzieja, że w trzecim tysiącleciu chrześcijaństwo będzie rozkwitać na azjatyckiej ziemi.

Powrót do Kodnia
Aż mi trudno uwierzyć: oto znów spaceruję po łąkach nad Bugiem, u Królowej Podlasia. Niektórzy parafianie mnie rozpoznają. To tutaj, na początku lat 80. XX wieku, pielgrzymi do kodeńskiej Matuchny wymodlili mi wyjazd na misje. A było to tak: zwykle odmawialiśmy z pielgrzymami jedno „Ojcze nasz”, stojąc nad brzegiem Bugu w intencji, aby Ewangelia mogła także być głoszona po drugiej stronie rzeki – w Białorusi, Ukrainie, Rosji… Do głowy jednak mi wtedy nie przyszło, że to stanie się za mojego życia, a tym bardziej że i ja sam będę tam posłany. Czy to nie cud? W latach 60. uczyłem się języka rosyjskiego, nie wiedząc jeszcze po co. W latach 90. najpierw byłem posłany do Ukrainy, a po kilku latach stamtąd jeszcze o wiele dalej na wschód, do Azji. Historia zbawienia zatoczyła podczas czterech dziesięcioleci duże koło.
Teraz wracam do tego samego klasztoru po latach spędzonych w sąsiedniej Ukrainie i na misjach w Azji. Wracam mniej młody i mniej zdrowy, wracam już na dobre, „z końcami”, jak to się na wschodzie mówi. Wracam – czy jednak można „wrócić” za swego życia z misji?

Czy można wrócić?
Jest bowiem takie przekonanie, że gdy misjonarz umrze na ziemi, na której głosił Ewangelię Bożą, to jego mogiła dokona reszty i nawet to, co mu się za życia nie udało, dopełnią jego kości. Krzyż na jego mogile i dobra pamięć o nim będą dalej przez pokolenia zwiastować Dobrą Nowinę.
Ja nie dostąpiłem tej łaski, by umrzeć w Kościele, który z pomocą Bożą zakładałem wraz z moimi współbraćmi oblatami. Ktoś może mnie zapytać: czy to honor wracać z Azji do Europy, w której już i tak jest największa liczba kapłanów? Do tej pory zaledwie 3% mieszkańców Azji przyjęło wiarę w Chrystusa. „Wiele jest serc, które czekają na Ewangelię”.
24 czerwca na misji w Aszchabadzie został tylko jeden katolicki misjonarz na cały kraj, a ten kraj powierzchniowo zajmuje półtorej Polski. Czy to nie grzech wracać z Azji do Kościoła nad Wisłą?
Pewnie przyjdzie mi z tym pytaniem stanąć na sądzie ostatecznym. Tymczasem niektórzy mnie pocieszają: „Dobrze, że wreszcie wróciłeś, w Polsce teraz też potrzeba misjonarzy. Przydasz się jeszcze nam i tutaj, zobaczysz”. Ja z kolei próbuję polemizować: „Ale wy, kochani, macie już i tak około 30 tysięcy kapłanów w Kościele nad Wisłą”.

Wielkie „dziękuję”
Na pożegnalną Eucharystię do Aszchabadu przybył ojciec Bartosz Madejski OMI, pełniący obowiązki prowincjała. Pomógł mi nawet w pakowaniu. Cóż więc na koniec powiedzieć? Chwała Tobie, Jezu! Niech Chrystusowy Kościół rośnie wszędzie.
Matka Boża Kodeńska i wspólnota misjonarzy oblatów przyjęli mnie powracającego do swego klasztoru po 41 latach z otwartymi ramionami. Powitali mnie nawet w naszym sanktuarium nad Bugiem biskupi z Siedlec i Drohiczyna. Już przychodzą pierwsze zaproszenia na adres kodeńskiego klasztoru, abym nie tracił czasu i zabierał się za głoszenie rekolekcji w Polsce.
Spieszmy się kochać…
Bóg zapłać wszystkim za wszystko. Proszę o „Zdrowaś Maryjo”, dlatego że starych drzew się nie przesadza, a tu chciałby się człowiek jeszcze na coś przydać Chrystusowi w umiłowanej Ojczyźnie. Daj Boże.

***
Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej przybyli do Turkmenistanu w 1997 r., na zaproszenie św. Jana Pawła II. Ustanowił on w tym kraju misję sui iuris, czyli w etapie tworzenia, lecz samodzielną jednostkę terytorialną Kościoła katolickiego. Pierwszymi oblackimi misjonarzami w tym kraju byli Radosław Zmitrowicz OMI, późniejszy biskup w Ukrainie, oraz Andrzej Madej OMI, autor wielu książek i artykułów. Ojciec Madej od samego początku był przełożonym Kościoła w tym kraju, w dyplomatycznej randze attaché kulturalnego nuncjatury apostolskiej w Turcji. Oblaci wykonują w tym kraju posługę ewangelizacyjną zgodnie z miejscowym prawem i charakterem posługi misyjno-dyplomatycznej.
opr. Robert Grabka OMI
Za: www.oblaci.pl
