Przez ostatnie lata słowo „synodalność” stało się jednym z najczęściej używanych pojęć w Kościele. Dla jednych oznacza ono szansę na odnowę, dla innych budzi obawę przed nadmierną demokratyzacją struktur kościelnych. Tymczasem oba te spojrzenia łatwo mogą zatrzymać się na poziomie zbyt powierzchownym. Synodalność nie jest bowiem techniką zarządzania Kościołem, sposobem organizowania konsultacji ani modelem podejmowania decyzji. Jest głębszym sposobem rozumienia Kościoła.
Greckie słowo synodos oznacza wspólne podążanie drogą. Nie chodzi więc o procedurę, lecz o formę istnienia. Kościół jest wspólnotą tych, którzy idą razem za Chrystusem, wsłuchując się w Ducha Świętego i rozeznając Jego działanie w całym Ludzie Bożym. W tym sensie synodalność dotyka samej natury Kościoła.
Jeżeli tak spojrzymy na synodalność, życie zakonne znajduje się w samym centrum tego zagadnienia. Wspólnota zakonna od wieków jest bowiem miejscem, w którym ludzie modlą się i mieszkają razem, rozeznają razem, podejmują decyzje, przeżywają konflikty, dzielą odpowiedzialność i próbują odkrywać wolę Boga nie jako jednostki, lecz jako bracia i siostry. Może więc życie konsekrowane stać się dla Kościoła czymś więcej niż jedną z wielu form przeżywania synodalności. Może ono stać się modelem autentycznej komunii i wspólnego kroczenia drogą.
Źródło komunii znajduje się w Trójcy
Fundamentem synodalności nie jest eklezjologia, lecz teologia trynitarna. Bóg chrześcijańskiego Objawienia nie jest samotną monadą. Jest Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Jest jednością, która istnieje jako relacja. Tradycja teologiczna opisywała tę tajemnicę terminem perichoresis: wzajemnego przenikania się Osób Boskich, które pozostając odrębne, istnieją w doskonałej komunii. Jedność Trójcy nie polega na usunięciu różnicy. Ojciec nie przestaje być Ojcem, Syn Synem, a Duch Duchem. Różnica nie zagraża jedności, lecz stanowi warunek komunii.
Właśnie dlatego Kościół, który rodzi się z Trójcy, nie może pojmować komunii jako jednolitości. Jedność kościelna nie oznacza produkowania ludzi myślących, reagujących i działających identycznie. Oznacza raczej zdolność pozostawania w relacji mimo realnych różnic. Ta intuicja ma ogromne znaczenie dla życia zakonnego. Wspólnota nie staje się bardziej ewangeliczna dlatego, że wszyscy mają podobny temperament, podobne poglądy czy podobną wizję apostolatu. Przeciwnie, ewangeliczna jakość wspólnoty ujawnia się szczególnie wtedy, gdy różnica nie prowadzi do rozpadu relacji. Można powiedzieć nawet więcej: wspólnota zakonna jest tym bardziej trynitarna, im bardziej potrafi przeżywać jedność bez uniformizacji.
Chrystus idzie „z”
Drugim fundamentem synodalności jest chrystologia. Jezus nie tworzy wspólnoty uczniów jedynie przez przekazywanie nauki. On z nimi idzie. W sposób szczególny ukazuje to opowiadanie o uczniach idących do Emaus. Zmartwychwstały nie pojawia się jako nauczyciel przekazujący gotową odpowiedź na nurtujące wędrowców pytania. Dołącza do nich, pyta, słucha, pozwala im opowiedzieć własne rozczarowanie, a dopiero potem interpretuje Pisma. Pozostaje z nimi aż do momentu łamania chleba. Ta ewangeliczna scena może być ikoną Kościoła synodalnego. Chrystus nie działa ponad wspólnotą ani poza nią. Dlatego też synodalność nie polega tylko na tym, że ludzie idą razem. Polega na tym, że idą razem z Chrystusem.
W tym kontekście życie zakonne nabiera szczególnego znaczenia. Wspólnota jest miejscem, gdzie obecności Chrystusa trzeba szukać nie tylko w tabernakulum, w liturgii i lectio divina, ale także w głosie współbrata, którego trudno słuchać, w słabości schorowanego człowieka, w niepokoju młodego zakonnika, w kryzysie kogoś, kto przestaje pasować do dobrze funkcjonującego schematu. Jeśli wcielenie traktujemy poważnie, Chrystus przychodzi także przez ludzką kruchość.
Słuchanie Ducha we wspólnocie
Trzecim filarem synodalności jest pneumatologia. Kościół istnieje dzięki Duchowi Świętemu. To On rozdziela dary, wzbudza charyzmaty, prowadzi do prawdy i buduje jedność Ciała Chrystusa. Święty Paweł opisuje wspólnotę jako jedno ciało posiadające wiele członków. Żaden członek nie może powiedzieć drugiemu: „nie jesteś mi potrzebny”. To zdanie powinno być jednym z podstawowych kryteriów rozeznawania wspólnot zakonnych.
Jeżeli we wspólnocie istnieją osoby, których głos systematycznie nie ma znaczenia, jeżeli pewne pokolenie uważa się za jedynego właściwego interpretatora charyzmatu, jeżeli przełożony traktuje rozeznanie jako potwierdzenie własnej decyzji, wtedy trudno mówić o rzeczywistym słuchaniu Ducha. Duch Święty nie jest prywatną własnością przełożonego ani większości.
W tradycji Kościoła istnieje pojęcie sensus fidei, nadprzyrodzonego zmysłu wiary całego Ludu Bożego. Nie oznacza ono, że każda opinia ma taką samą wartość ani że prawdę ustala się przez głosowanie. Oznacza natomiast, że Duch działa w całym ciele Kościoła i dlatego rozeznanie wymaga prawdziwego słuchania. W życiu zakonnym jest to szczególnie ważne. Ślub posłuszeństwa nie usuwa odpowiedzialności sumienia i nie zwalnia z myślenia. Nie eliminuje potrzeby wypowiedzenia tego, co trudne. Dojrzałe posłuszeństwo nie jest milczeniem. Jest gotowością wejścia w proces rozeznania i przyjęcia decyzji, która rodzi się we wspólnocie wiary.
Wspólnota jako przestrzeń świętości relacyjnej
Tradycyjnie życie zakonne często przedstawiano jako drogę osobistego uświęcenia. Oczywiście wymiar ten nadal pozostaje aktualny. Problem pojawia się wtedy, gdy wspólnota staje się jedynie tłem dla indywidualnych projektów duchowych. Każdy modli się, każdy rozwija własne życie wewnętrzne, każdy realizuje apostolat, a wspólnota pozostaje przestrzenią technicznego współzamieszkiwania. Tymczasem chrześcijańska świętość nigdy nie jest prywatna.
„Bóg jest miłością”, a miłość istnieje w relacji. Dlatego też relacje nie są jedynie dodatkiem do życia duchowego. Są jednym z miejsc, w których duchowość zostaje zweryfikowana. Wspólnota zakonna nie istnieje więc po to, aby stworzyć dogodne środowisko do osobistej doskonałości. Jest znakiem Królestwa właśnie wtedy, gdy ukazuje możliwość życia w różnorodności. Prorocka wartość życia konsekrowanego nie polega zatem na heroizmie jednostek, lecz polega ona na jakości relacji.
To zmienia wiele. O dojrzałości wspólnoty nie decyduje tylko liczba godzin modlitwy ani wierność regulaminowi. Trzeba patrzeć również na to, jak bracia i siostry ze sobą rozmawiają, jak reagują na słabość, jak podejmują decyzje, jak przeżywają konflikty, czy potrafią prosić o przebaczenie i czy są zdolni przyjąć głos człowieka, który myśli inaczej.
Synodalność przy wspólnym stole
Wielkie idee teologiczne muszą znaleźć swoje wcielenie. W życiu zakonnym najważniejszym miejscem synodalności może więc okazać się nie sala kapitulna, lecz refektarz. Przy wspólnym stole wychodzi na jaw prawda o relacjach. Można przygotowywać piękne dokumenty o braterstwie, a jednocześnie ignorować współbrata siedzącego kilka miejsc dalej. Można dużo i pięknie mówić o otwartości Kościoła i prowadzić liczne dzieła społeczne, a we własnym domu tworzyć podziały na „naszych” i obcych.
Ewangelia szczególnie mocno dotyka właśnie takich sytuacji. Jezus uczynił stół znakiem Królestwa. Jadał z ludźmi, którzy według obowiązujących kodów religijnych i społecznych nie powinni znaleźć się razem. Wspólny posiłek był dla Niego objawieniem logiki Boga. W tym świetle wspólny stół zakonny nabiera charakteru niemal sakramentalnego, oczywiście nie w sensie ścisłym, lecz jako widzialny znak rzeczywistości nadprzyrodzonej. Przy stole wspólnota pokazuje, czy rzeczywiście uważa każdego za brata.
Prawdziwy sprawdzian przychodzi wtedy, gdy trzeba przyjąć starego zakonnika, który już niewiele wnosi do apostolatu, młodego, który kwestionuje utrwalone przyzwyczajenia, czy współbrata przeżywającego kryzys. To właśnie wtedy rozstrzyga się wiarygodność synodalności. Nie na poziomie deklaracji, ale w zdolności pozostania w relacji z człowiekiem, który staje się dla mnie wymagający.
Konflikt jako próba komunii
Jednym z największych nieporozumień życia wspólnotowego jest utożsamienie komunii z brakiem napięć. Wspólnota bez konfliktów albo nie istnieje, albo nauczyła się je bardzo dobrze ukrywać. Ludzie różnią się charakterami, historią, sposobem myślenia, wrażliwością i doświadczeniem. Konflikt jest więc wpisany w realność wspólnego życia. Nie jest on grzechem i może stać się miejscem poznania prawdy.
W teologii paschalnej szczególne znaczenie ma przejście przez kryzys. Chrześcijaństwo nie obiecuje drogi omijającej śmierć, ale przejście przez nią ku zmartwychwstaniu. To samo dotyczy wspólnoty. Pewne relacje muszą przejść przez kryzys, aby mogły stać się dojrzalsze. Czasem trzeba pozwolić umrzeć fałszywemu obrazowi jedności, według którego wszyscy muszą być zgodni. Wtedy konflikt może stać się doświadczeniem paschalnym.
Oczywiście nie każdy konflikt jest twórczy. Może przerodzić się w walkę o władzę, tworzenie stronnictw, obmowę i niszczenie drugiego. Wtedy staje się antykomunią. Ale sam fakt różnicy zdań nie jest zagrożeniem. Dojrzała wspólnota nie pyta przede wszystkim, jak konflikt jak najszybciej zakończyć, ale czego Bóg chce ją przez tę różnicę nauczyć.
Przeżywając konflikt nie można też uciekać w język duchowy. Istnieje bowiem pokusa, że wobec konfliktu stwierdzimy, że trzeba się więcej modlić, więcej ofiarować i zaufać Bogu. Nie chcę przez to oczywiście negować wartości modlitwy, ofiary i konieczności zaufania Bogu. Bardzo często jednak tego typu stwierdzenia stają się sposobem unikania rzeczywistości. Duch Święty nie działa zamiast ludzkiej odpowiedzialności. Działa poprzez nią.
Jeżeli istnieje niesprawiedliwość, trzeba ją nazwać. Jeśli ktoś nadużywa władzy, trzeba o tym powiedzieć. Jeśli wspólnota przez lata ignoruje czyjeś cierpienie, modlitwa nie może być pretekstem do milczenia. Chrześcijańska duchowość nie ucieka od rzeczywistości, ponieważ opiera się na Wcieleniu. Słowo stało się ciałem. Dlatego wszystko, co naprawdę duchowe, musi przejść przez konkret.
Władza jako diakonia rozeznania
Synodalność wymaga również ponownego przemyślenia formy sprawowania władzy. Nie chodzi o jej likwidację. Wspólnota potrzebuje przełożonych, odpowiedzialności i ostatecznych decyzji. Ale teologiczny sens władzy w Kościele nie polega na dominacji. Jezus mówi jasno, że ten, kto chciałby być pierwszy, ma stać się sługą wszystkich. Władza kościelna jest więc z natury diakonią.
Przełożony w kluczu synodalnym nie jest człowiekiem, który wszystko wie. Jest człowiekiem, który pomaga wspólnocie słuchać. Jego autorytet rośnie nie przez dystans, lecz przez zdolność prowadzenia rozeznania. Nie chodzi o to, aby każdą decyzję poddać głosowaniu. Papież Franciszek wielokrotnie powtarzał, że synodalność nie jest parlamentaryzmem. Chodzi natomiast o to, aby decyzja była owocem rzeczywistego słuchania. Przełożony, który nigdy nie zmienia zdania pod wpływem słuchania innych, powinien zapytać siebie, czy rzeczywiście rozeznaje.
W tym kontekście również posłuszeństwo odzyskuje swój rzeczywisty sens. Nie polega na rezygnacji z odpowiedzialności i nie oznacza, że przełożony decyduje, a podwładny wykonuje. Biblijne posłuszeństwo związane jest ze słuchaniem. Posłuszny jest więc ten, kto słucha Boga, braci, wspólnoty, a także przełożonego.
Posłuszeństwo synodalne jest wspólną ascezą. Przełożony musi umrzeć dla pokusy kontroli, a podwładny dla pokusy absolutyzowania własnej wizji. Obaj uczą się wolności od własnego „ja”. Wtedy posłuszeństwo przestaje być relacją między silniejszym i słabszym, a staje się wspólnym poszukiwaniem woli Boga.
Odbudować wspólnotowe „my”
Współczesna kultura coraz częściej tworzy ludzi żyjących obok siebie, ale nie razem. Indywidualizm przenika również nasze wspólnoty zakonne. Można mieszkać pod jednym dachem i prowadzić równoległe życia. Każdy ma swój pokój, swój komputer, swoje kontakty, własne apostolstwo i własny świat. Wtedy wspólnota staje się jedynie hotelem.
Jednym z największych zadań życia konsekrowanego jest więc odbudowa „my”. Nie chodzi o cofnięcie się do wspólnoty kolektywistycznej, która tłumi jednostkę. Chodzi o relację, w której osoba odkrywa siebie przez dar. Tu powraca intuicja trynitarna. Osoba nie realizuje się przeciwko drugiej osobie, lecz w relacji z nią. Człowiek staje się bardziej sobą, kiedy potrafi siebie ofiarować. W tym sensie wspólnota zakonna jest szkołą antropologii chrześcijańskiej: pokazuje, że wolność nie musi oznaczać autonomii od innych, lecz może oznaczać zdolność daru.
Charyzmat należy do Kościoła
Synodalność prowadzi również do ważnego przewartościowania sposobu rozumienia charyzmatu. Instytuty zakonne łatwo zaczynają traktować charyzmat jako swoją własność. Mówimy o „naszym” charyzmacie, „naszej” duchowości, „naszych” dziełach. Tymczasem charyzmat jest darem Ducha dla całego Kościoła. Zakon może być jego pierwszym depozytariuszem, ale nie właścicielem.
Ta intuicja pozwala inaczej spojrzeć na rozwijające się dziś szersze wspólnoty charyzmatyczne. Wokół wielu zgromadzeń pojawiają się świeccy, małżeństwa, wolontariusze i współpracownicy, którzy nie chcą są zakonnikami, ale realnie rozpoznają własne powołanie w świetle tego samego charyzmatu. Nie chodzi o uczynienie ze świeckich „zakonników bez habitu”, lecz o uznanie, że ten sam Duch może wzbudzać różne formy uczestnictwa w jednym darze.
To zmienia sposób myślenia o misji. Świeccy nie są już tylko personelem pomagającym zakonnikom prowadzić ich dzieła. W coraz większym stopniu stają się współodpowiedzialnymi uczestnikami misji. Pozwala nam to też odkryć, że misja nie należy ani do zakonników, ani do świeckich. Ona należy do Boga.
Teologia współczesna chętnie mówi o missio Dei: Ojciec posyła Syna. Ojciec i Syn posyłają Ducha. Trójjedyny Bóg posyła Kościół. W tej perspektywie pytanie nie brzmi: „co my chcemy zrobić dla Boga?”, lecz: „co Bóg już czyni i do czego nas zaprasza?”. To jest klucz synodalny.
Wspólnota nie ustala więc najpierw własnego programu, aby następnie prosić Boga o błogosławieństwo. Najpierw słucha rzeczywistości, ludzi, ubogich, Kościoła lokalnego i znaków czasu. Dopiero potem rozeznaje swoją obecność. Taka zmiana perspektywy może być szczególnie ważna dzisiaj, gdy wiele zgromadzeń musi ograniczać swoje dzieła. Mniej ludzi nie musi oznaczać mniej misji. Może oznaczać inną formę uczestnictwa w misji Boga.
Czułość jako styl Wcielenia
Synodalność potrzebuje także czułości, która nie jest sentymentalnym dodatkiem do duchowości, lecz posiada głębokie znaczenie teologiczne. Bóg objawiony w Jezusie Chrystusie nie zbawia człowieka z dystansu: dotyka trędowatego, pozwala się dotknąć cierpiącym, płacze nad Łazarzem, bierze dzieci w ramiona, pochyla się nad chorymi. Czułość jest stylem Wcielenia.
Dlatego wspólnota, która chce być synodalna, musi nauczyć się nie tylko dobrze mówić, ale także dobrze patrzeć. Ton głosu, sposób wejścia do pokoju, reakcja na błąd, sposób poprawienia współbrata — wszystko to może być nośnikiem Ewangelii albo przemocy. Dojrzała czułość nie oznacza braku wymagań, lecz łączy prawdę z miłosierdziem.
Wspólnota synodalna musi też nauczyć się odkrywać teologiczną wartość słabości. Największym sprawdzianem wspólnoty może być człowiek, który już niczego nie „produkuje”. Stary zakonnik, chory brat, siostra z demencją, ktoś przeżywający wypalenie stawiają bardzo radykalne pytanie: czy kochamy człowieka dlatego, że jest użyteczny, czy dlatego, że jest bratem?
Tu życie konsekrowane może stać się znakiem sprzeciwu wobec dominującej dzisiaj w świecie kultury produktywności. Ewangelia nie mierzy wartości człowieka jego skutecznością. Krzyż Chrystusa jest przecież objawieniem Boga właśnie w momencie całkowitej bezsilności.
Paschalna zgoda na przemianę
Z tego wynika kolejne rozróżnienie: sukces i ewangeliczna płodność nie są tym samym. Zgromadzenie może być instytucjonalnie potężne i duchowo jałowe. Może także przeżywać liczebny kryzys, a jednocześnie pozostawać niezwykle płodne. Królestwo Boże w przypowieściach Jezusa często pojawia się jako coś małego: ziarno gorczycy, zakwas, ukryty skarb.
Dlatego pytanie o przyszłość życia zakonnego nie powinno zaczynać się od liczby powołań. Powinno zaczynać się od pytania o wierność. Jeżeli wspólnoty nadal rodzą Ewangelię, pozostają miejscami modlitwy, pojednania, gościnności, posługi ubogim i szukania Boga, pozostają płodne nawet wtedy, gdy są niewielkie.
Życie konsekrowane, szczególnie w Europie, stoi dziś przed doświadczeniem realnego obumierania wielu struktur. Domy są zamykane, dzieła przekazywane, prowincje łączone. Można potraktować to jako katastrofę. Można jednak odczytać je także w kluczu paschalnym. Chrześcijaństwo nie głosi nieśmiertelności struktur. Głosi zmartwychwstanie.
Nie każda forma historyczna musi przetrwać, aby charyzmat pozostał żywy. Czasem największym aktem wiary jest nie uratowanie dzieła za wszelką cenę, lecz pozwolenie mu umrzeć w pokoju. Pytanie brzmi wtedy nie: „jak zachować struktury?”, ale: „co trzeba ocalić, ponieważ rzeczywiście pochodzi od Ducha?”.
Synodalność wymaga też od nas umiejętności odróżnienia tradycji od nostalgii. Tradycja jest pamięcią żywą. Pozwala przeszłości owocować w teraźniejszości. Nostalgia próbuje odtworzyć świat, którego już nie ma. Życie zakonne potrzebuje pamięci założycieli, świętych, dawnych pokoleń, braci i sióstr, którzy budowali wspólnoty przed nami. Ale pamięć nie może stać się muzeum. Charyzmat pozostaje wierny sobie właśnie wtedy, gdy pozwala się wcielać w nową historię.
Laboratorium komunii
Być może właśnie tutaj trzeba szukać przyszłości życia zakonnego. Nie w próbach odzyskania dawnych pozycji społecznych i nie w utrzymaniu wszystkich prowadzonych przez nas dzieł. Najgłębszą siłą życia konsekrowanego może stać się ponownie samo braterstwo.
W świecie podzielonym politycznie, kulturowo i społecznie wspólnota ludzi różnych, którzy naprawdę próbują żyć razem, jest znakiem niezwykle mocnym. Można powiedzieć, używając języka sakramentalnego w sensie analogicznym, że wspólnota zakonna jest powołana, aby być sakramentem braterstwa: widzialnym znakiem niewidzialnej łaski komunii. Nie dlatego, że jest doskonała. Właśnie dlatego, że jest krucha, a mimo to nie rezygnuje z jedności.
Ostatecznie życie zakonne w kluczu synodalnym nie polega na dodaniu do dotychczasowych struktur kolejnych zebrań, konsultacji i wydania kolejnego dokumentu. Chodzi o nawrócenie sposobu bycia. Synodalność oznacza odejście od przekonania, że wszystko można zabezpieczyć poprzez kontrolę, na rzecz pokornego rozeznawania; odejście od jednolitości ku komunii różnic; od władzy przeżywanej jako zarządzanie ku władzy będącej służbą; od indywidualizmu ku wspólnotowemu „my”; od traktowania charyzmatu jako własności instytutu ku dzieleniu się nim z całym Kościołem; od obsesji sukcesu ku ewangelicznej płodności i od lęku przed kryzysem ku jego paschalnemu odczytaniu.
Wtedy wspólnota zakonna stanie się czymś więcej niż miejscem zamieszkania osób konsekrowanych. Stanie się przestrzenią, w której Kościół może uczyć się własnej natury. Bo Kościół synodalny nie rodzi się w dokumentach. Rodzi się tam, gdzie ludzie naprawdę zaczynają siebie słuchać, wzajemnie sobie ustępować, razem rozeznawać i pozostawać braćmi mimo różnic.
I właśnie dlatego klasztor może być jednym z najbardziej uprzywilejowanych miejsc ukazywania Kościołowi na czym polega synodalność. Nie jako model wspólnoty doskonałej, lecz jako laboratorium komunii i miejsce, w którym na co dzień sprawdza się prawda, że Bóg jest komunią, Kościół jest komunią, a człowiek staje się w pełni sobą nie wtedy, gdy zabezpiecza się przed drugim, lecz wtedy, gdy uczy się żyć jako dar.
