Krzyż Wolności i Solidarności dla O. Włodzimierza Zatorskiego OSB

O. Włodzimierz Zatorski OSB został odznaczony przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej – na wniosek Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej – Krzyżem Wolności i Solidarności. Odznaczenie zostało wręczone w dniu 13 grudnia.

Zapraszamy do lektury wywiadu z O. Włodzimierzem, w którym opowiada o swojej działalności opozycyjnej.

Agnieszka Jabłońska: 13. Grudnia odebrał Ojciec Krzyż Wolności i Solidarności z rąk Prezesa IPN-u w Warszawie. Otrzymał go Ojciec za więzienie od września 1975 do kwietnia 1976 roku. Mam przed sobą wyrok z 1977 roku, z którego wynika, iż wraz z kolegą przemycaliście przez granicę polsko-czechosłowacką książki pisarzy polskich oraz radzieckich. Były tam takie nazwiska jak: Gombrowicz, Sołżenicyn, Miłosz, Pasternak, gen. Anders. W związku z tym chciałabym zadać Ojcu kilka pytań. Może na początek – jak to się stało, iż ponad 35 lat temu, Ojciec wraz z kolegą, podjął takie działanie?

O. Włodzimierz Zatorski OSB: Książki interesowały mnie od zawsze. Ciekawiła mnie filozofia, teologia, a także prawda historyczna i w ogóle dobra, niezakłamana literatura. Natomiast w tych czasach literatura w Polsce była cenzurowana i dopuszczano do druku książki odpowiadające linii politycznej. O literaturze polskiej powstającej na Zachodzie w ogóle się nie mówiło, a jeżeli tak, to się ją dyskredytowało. Nie wiem czy czytanie było karane, ale przekazywanie książek innym tak. Na szczęście funkcjonowało wtedy Radio Wolna Europa, którego 60 lecie nadania pierwszej audycji niedawno przeżywaliśmy. Jednak słuchanie go nie było wcale proste, gdyż było ono cały czas zagłuszane. Mniej więcej w tym samym czasie na jego antenie czytano „Archipelag GUŁag”. Z jego audycji dowiadywaliśmy się bieżących informacji. Zawsze chciałem wiedzieć jak naprawdę było i co się u nas dzieje. Dzisiaj może tego problemu nie czujemy, bo mamy dostęp do wszelkich informacji, ale wówczas był to czas komunizmu, cenzura, informacje skrzętnie preparowane. Związek Radziecki był naszym największym „przyjacielem”! Napad ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku był interpretowany jako ocalanie przed niemiecką agresją ludności wschodnich krańców Polski. O Katyniu w ogóle nie było mowy, a jeśli tak to, jako „dzieło” Niemców. Układ Ribbentrop-Mołotow nie istniał. Żyliśmy w sytuacji zakłamania historycznego.

Coś niecoś wiedzieliśmy od rodziców, którzy żyli jeszcze przed wojną i przeżyli samą wojnę. Od dzieciństwa byłem antykomunistą. Moja mama podczas wojny była na robotach w Niemczech. Tam widziała jak wygląda porządną praca, dlatego też była bardzo krytyczna wobec „porządku” socjalistycznego. Jednak musieliśmy chodzić do szkół takich, jakie wówczas były. Choć w Czechowicach-Dziedzicach, gdzie się urodziłem i wychowywałem, była jedna rodzina z tradycjami przedwojennymi, w której dzieci nie chodziły do szkoły, a jedynie zdawały na koniec roku szkolnego egzaminy państwowe. Wszystkiego uczyli ich rodzice.

W liceum nieraz dyskutowaliśmy z kolegami, a nawet nauczycielami o sytuacji. Przed maturą w 1972 roku miały miejsce pierwsze wybory, w których miałem brać udział po ukończeniu 18 roku życia. Przed wyborami dyskutowałem z naszą historyczką o tym, że udział w takich pseudo-wyborach jest bez sensu. Zdecydowałem się do nich nie przystępować i konsekwentnie później nigdy za czasu komuny nie poszedłem do żadnych wyborów. Pierwszymi wyborami, w jakich brałem udział były wybory 4 czerwca 1989 roku.

Dobrze, dom Ojca ukształtował, ale jak doszło do tego, że postanowiliście przemycić książki?

Ten pomysł ma swoją historię. Będąc na studiach, uczestniczyłem w Duszpasterstwie Akademickim. Wtedy też zacząłem mieć kontakty ekumeniczne z naszymi „braćmi odłączonymi”. Uczęszczałem również na spotkania do protestantów. Oni to organizowali przerzut Biblii do Rosji. Robiono to w ten sposób: młodzi jeździli przez Lwów, Rumunię do Bułgarii. Na peronie we Lwowie zostawiali plecaki z Bibliami komuś z miejscowych, potem przy powrocie przez Bukareszt dostawali nową partię Biblii i ponownie we Lwowie je zostawiali, a do Polski wracali całkowicie czyści. Ja dwa albo trzy razy załapałem się na takie wyprawy w latach 1973-1974. W 1974 z braćmi protestantami wyjechałem na tydzień na spotkanie do Austrii. Po skończeniu tego spotkania, pozostałem jeszcze we Wiedniu zatrudniając się na stacji benzynowej. W tym czasie trafiłem do polskiego klubu emigracyjnego. Jego kierownikiem był, o ile pamiętam, pan Knapp, działacz niepodległościowy, związany z emigracją. Tam zetknąłem się właśnie z książkami wydawanymi w paryskiej Kulturze. Dawali je nam za darmo, jeżeli zabieraliśmy je do Polski. Od razu pojawiło się pytanie: Jak to zrobić? Wracając do kraju nie było szans by je zabrać, ze względu na przeszukania, jakich doświadczaliśmy przy powrocie z zagranicy, szczególnie z Zachodu.

Następnego roku, tj. w 1975, mój kolega ze studiów, Janusz, jechał do Wiednia. Poprosiłem go by wziął książki z klubu i przewiózł mi je na Węgry, nad Balaton. Odebrałem je od niego. W drodze powrotnej zajechałem do domu Jana Wacławka, ewangelika, studiującego wówczas teologię, który mieszkał niedaleko granicy polskiej. U niego je zostawiłem. Umówiłem się potem z moim kolegą Józkiem Dyrdą, że pojedzie na przepustkę do Czechosłowacji, zabierze książki, pójdzie z nimi na szlak graniczny, tam odbiorę od niego książki w plecaku, a on wróci przez Cieszyn do domu. W czasie wyprawy rozpoznawczej terenu szlaku granicznego wszystko potoczyło się inaczej: poniosło nas i poszliśmy na zielono do domu Janka. Głupio i nieostrożnie. Zostaliśmy złapani przez czechosłowacką milicję z plecakami wypełnionymi polską literaturą. Ksiądz Staniecki, opiekun wspólnoty Ormian w Gliwicach, kiedy usłyszał o tym wszystkim- machnął ręką mówiąc: to taki ”harcerski wymach”. Chyba trafnie określił ten nasz nierozsądny czyn.

Wszystko to brzmi jak chłopięca-męska przygoda z odrobiną ryzyka, adrenaliny i patriotyzmu, nie mniej reperkusje tego były bardzo poważne. Więzienie. Jak zareagowali najbliżsi?

Tego nie widziałem, bo byłem zamknięty. Wiem, że moja mama bardzo przeżywała całą sytuację. Wynajęła adwokata. Nie mieliśmy ze sobą kontaktu aż do końca śledztwa, czyli jakieś 4 miesiące. W sumie siedzieliśmy z kolegą w areszcie pół roku i 13 dni. W kwietniu zabrano nas prosto z aresztu na rozprawę sądową.

Rozprawa sądowa i wyrok, który brzmiał: „(…) wyrok sześciu miesięcy pozbawienia wolności.” Ciekawe natomiast jest uzasadnienie wyroku za próbę nielegalnego sprowadzenia książek na teren Polski: „ (…) Włodzimierz Zatorski w celu rozpowszechniania zawartych w nich treści podważających zasady ustroju socjalistycznego i szkalujących zwartość bloku państw socjalistycznych, mogących wyrządzić poważną szkodę interesom Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej(…)”. Co wtedy Ojciec pomyślał?

Kabaret. Dla mnie sprawy były oczywiste. Od początku wiedziałem, jaką to ma wartość moralną. Nie miałem żadnych wątpliwości, co do tego, że mamy prawo szukać i czytać książki takie, jakie chcemy. A problem był czysto formalno-prawny – w Polsce Ludowej było zabronione czytanie książek z Zachodu. Wyrok, który usłyszałem, to sformułowanie czysto komunistyczne. Czysta farsa, ale faktem było to, że to oni mieli władzę i mogli robić to, co chcieli.

Piotr Muskała w artykule „Przemytnicy z Czechowic” ( ECHO nr 38 (2135) 28.9.97) opisując ową historię, zwrócił uwagę na fakt, iż reperkusje były dalekosiężne. Nie mogliście wrócić na swoje uczelnie. Byliście persona non grata.  

W maju 1976 zostałem wezwany na komisję dyscyplinarną Politechniki Śląskiej w Gliwicach, która, jak później się dowiedziałem, miała polecenie od prorektora, który na uczelni pełnił jednocześnie funkcję sekretarza PZPR i pilnował spraw politycznych, miała skreślić mnie z listy studentów. Komisja natomiast zawiesiła mnie na rok. To niewątpliwie był wyraz odwagi członków komisji. Z tego, co się potem dowiedziałem, jedynie jeden członek głosował za skreśleniem mnie z listy studentów. Po ok. 20 latach, już w latach 90-tych, ten człowiek przeprosił mnie za to, co zrobił!

W czasie zawieszenia w prawach studenta miałem pracować jako robotnik. Był to rodzaj „reedukacji socjalistycznej”. Po roku zdałem zaległy egzamin i przeniosłem się z Politechniki Śląskiej, gdzie zacząłem studia na Uniwersytet Jagielloński. Już wtedy miałem bardzo skonkretyzowane swoje powołanie. Zaraz po ukończeniu studiów, w maju 1980 roku wstąpiłem do Benedyktynów.

Moje kolejne pytanie jest o wiceprokuratora Grabaja. Czy wie Ojciec, co się z nim dalej działo?

To był starszy człowiek, którego było mi bardzo żal. Widziałem, jak oficer SB go poniżył w mojej obecności. To było bardzo przykre. Ewidentne było, iż naciskano na niego i manipulowano nim. Potem okazało się, że był on kolegą ojca mojej koleżanki ze studiów, także prokuratora, dzięki czemu dowiedziałem się coś więcej z drugiej strony. Oni w jakiś sposób zdawali sobie sprawę, co się dzieje i czemu służyli, byli narzędziami. Starsi prokuratorzy chcieli spokojnie skończyć karierę i dożyć emerytury.

Czy Ojciec zechciałby opowiedzieć o czasie spędzonym w więzieniu? Wydaje mi się, iż to doświadczenie jest bardzo ważne.

Na początku przeżyłem szok. Po pierwsze dlatego, że byłem zamknięty i wszystko wyglądało było groźnie. Natomiast o wiele bardziej gnębiła mnie troska o to, co przeżyje moja mama, gdy się o wszystkim dowie. Pierwszej nocy w areszcie nie byłem w stanie spać. Później, po ok. 3 dniach, się uspokoiłem. Samo doświadczenie przebywania w areszcie przyniosło mi kilka ważnych doświadczeń. Po kilku dniach, gdy się uspokoiłem, byłem zdeterminowany i gotowy siedzieć nawet 5 lat – wyraźnie takie sugestie mi przedstawiano, pewnie celem zastraszenia. Byłem w stanie funkcjonować w więzieniu dzięki wewnętrznej wolności. Niektórzy ze współwięźniów mówili, że mi dobrze, „bo jestem flegmatykiem”. Jeżeli ktoś mnie choć odrobinę zna, nigdy by mnie flegmatykiem nie nazwał! W tym czasie krystalizowało się także moje powołanie. Właściwie w przeddzień aresztowania intuicyjnie wiedziałem już, że pójdę do Tyńca, choć go jeszcze na oczy nie widziałem. Pierwszy raz pojechałem do Tyńca najszybciej, jak tylko mogłem po wyjściu z aresztu. Było to w maju 1976 roku. Areszt był swoistą próbą życia poza rodziną, w swoistej samotności, choć między innymi ludźmi, w zamknięciu. Był to swoisty czas próby przed klasztorem.

Drugim ważnym doświadczeniem było zrozumienie siły przyjaźni. To może paradoks, ale tam dopiero dowiedziałem się, co to znaczy przyjaźń, jaka to jest wielka wartość. Wówczas, gdy nie miałem kontaktów z przyjaciółmi, jednocześnie byłem pewny ich solidarności ze mną. Byłem pewien, że jak wyjdę z więzienia, nikt mnie nie potępi, czy też odwróci się ode mnie. Ta świadomość dawała siłę. I się nie zawiodłem. Kolega, który siedział gdzieś w sąsiedniej celi, również mnie nie zawiódł – nie dał się zastraszyć ani wciągnąć w nowomowę.

Innym ciekawym doświadczeniem z tamtego okresu było zobaczenie, że mając bardzo dużo czasu wolnego można go tracić i przeżywać tak, ja gdyby się czasu nie miało. Zrozumiałem wówczas, że czasu się nie ma, gdy się go właściwie nie zagospodaruje. To doświadczenie oczywiście nie ma nic wspólnego ze sprawami politycznymi.

Kolejną sprawą, chyba najmocniejszą i najtrudniejszą, to doświadczenie pokory, której nie można się nauczyć bez upokorzeń. Paradoksalnie wiem, że ta sytuacja była ogromną szansą, aby nauczyć się pokory. Nie do końca z tego skorzystałem.

Ale w zderzeniu ze słusznością swoich przekonań i działań, trudno to wszystko przyjąć w pokorze. Sprawa, przez którą Ojciec znalazł się w więzieniu, nie dotyczyła tylko Ojca, ale całej Polski i systemu, w jakim była ona zanurzona.

Tak, tylko, że to nie wchodzi w zakres pokory. Problem polegał na tym, że byłem zbyt pewien siebie, nie miałem w sobie rozsądku. Najgorszym doświadczeniem z tamtego okresu było to, że komuś poprzez swoje działanie, zrobiłem krzywdę, zadałem cierpienie i ból. Przede wszystkim mojej mamie oraz Janowi Wacławikowi, u którego były przechowywane książki. Mogło to przekreślić jego dalszą edukację w Seminarium, a w jego zamyśle było pragnienie zostania pastorem ewangelickim. Na szczęście obecnie jest biskupem kościoła ewangelicko– augsburskiego, ale wówczas świadomość, że mogłem mu zrobić krzywdę było dużym obciążeniem moralnym. Kolega, który mieszkał ze mną w pokoju w akademiku w Gliwicach, też miał kłopoty, choć nie miał z całą sprawą żadnego związku. Po skończeniu studiów nie dostał pracy na Uczelni w Gliwicach. Jednak dzięki temu znalazł pracę w Bielsku, dzisiaj jest profesorem na Akademii Techniczno-Humanistycznej i jest z tego zadowolony.

Dobrze, ale mieliście wtedy po 22 lata i brak doświadczenia! Kompletna partyzantka!

Tak, wszystko to było również fatalnym zbiegiem okoliczności. Chociażby to, że czeski milicjant nas zauważył i coś mu się wydało dziwnego w naszych postaciach.

Mija ponad 35 lat od tamtych wydarzeń. Jak na to wszystko Ojciec patrzy z perspektywy czasu, w momencie, kiedy zostaje odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności?

W sensie politycznym, to wydarzenie nie miało wielkiego znaczenia. Powiedziałbym, że była to nieporadna próba dochodzenia swojego normalnego, naturalnego prawa do czytania, do informacji, bardzo nieporadna młodzieńcza próba. Teraz patrzę na to z perspektywy przeżytego doświadczenia. Już wtedy, pomimo panującej ideologii, wiedziałem jaką wartość ma prawda i do czego mam prawo jako człowiek. Byliśmy wtedy w kleszczach „wielkiego przyjaciela ze wschodu” i wyglądało na to, że nie ma jakichkolwiek szans i perspektywy na normalność, na wyzwolenie. W związku z tym panowała wszechogarniająca beznadzieja, a niektórzy próbowali się ratować tym, że przyjmują to, co się dzieje za dobrą monetę. Może nawet niektórzy wierzyli w ideologię marksistowską. Było mnóstwo argumentów z ich strony, które popierały tamtą ideologię, a ja w swoich przekonaniach niejednokrotnie byłem sam. Nieraz w dyskusjach byłem w opozycji do innych. Zawsze uważałem, że komunizm to „dziadostwo”. Dopiero po roku 1989 okazało się, że miałem rację i większość to uznała. Niestety większość ludzi w zasadzie przyjmuje to, co się im podaje. Bardzo się liczą z opinią innych ludzi i powielają opinie swojego środowiska.

Tutaj ocieramy się o problem umiejętności zobaczenia prawdy historycznej, jak i prawdy o nas. Szkoda, że czasem dojrzewanie do prawdy trwa aż tyle lat.

Zgadza się. Tak się składało, że bardzo często bywałem w opozycji do innych, do kolegów i koleżanek w klasie podczas dyskusji. Zawsze miałem jednoznaczne i ostre opinie i wypowiadałem je. To wypomniano mi podczas przesłuchań. O ile pamiętam po przyjściu do liceum namawiano nas do wstąpienia do ZMS (Związku Młodzieży Socjalistycznej). Byłem chyba jedyny z klasy, który nie zapisał się do ZMS, chociaż takie zapisanie się właściwie nic praktycznie nie znaczyło poza spełnieniem życzenia dyrekcji. Podobna sytuacja była, gdy poszedłem na studia do Gliwic w 1972 roku. Nie zapisałem się do żadnej organizacji, nawet do ZSP (Zrzeszenie Studentów Polskich). Jednak, kiedy dowiedziałem się, że ma nastąpić „zjednoczenie” ruchów studenckich (marzec 1973 rok), tj. połączenie ZSP z ZMS oraz ZMW w ZSMP, wpisałem się w ostatniej chwili do ZSP, aby zaprotestować przeciw takiemu „zjednoczeniu”.

Podobnie też, tak jak wspomniałem wcześniej, nigdy za komuny nie poszedłem na wybory, co też w czasie przesłuchań mi wypomniano. Wybory w tamtych czasach miały charakter deklaracji lojalności, co były dla mnie nie do przyjęcia. Doskonale wiedziałem, że jakiekolwiek skreślenia na karcie wyborczej w tamtych czasach nie miało żadnego znaczenia.

Aresztowano nas we wrześniu 1975 roku. Od strony politycznej w zakresie działalności opozycyjnej w tamtym okresie nic istotnego się nie działo. Natomiast rok później, w 25 czerwca 1976 roku, dwa miesiące po naszym wyjściu z aresztu, miały miejsce „Wydarzenia czerwcowe”, czyli robotniczy protest szczególnie w Radomiu i Ursusie spacyfikowany przez ZOMO. Doprowadziły one do powstania KOR (Komitet Obrony Robotników), a potem ROPCiO (Ruch Obrona Praw Człowieka i Obywatela). Gdyby nasza historia wydarzyła się rok później, wszystko potoczyłoby się prawdopodobnie inaczej. Natomiast w 1975 roku byliśmy całkowicie sami w swoim działaniu. Przed nami były takie wydarzenia jak sprawa taterników (1968-69 r.). Natomiast myśmy o tym wcześniej nic nie wiedzieli, jedynie podążaliśmy spontanicznie tym samym „tropem”.

Dziękuję Ojcu za poświęcony czas i cenną rozmowę.

Za: www.tyniec.benedyktyni.pl.