Łomża, 30.08.2025
(rozmowę przeprowadził o. Zdzisław Klafka CSsR)
Wasza Eminencjo, dziękujemy, że podczas swojego kolejnego pobytu w Polsce znalazł dla nas Ksiądz Kardynał czas.
Jak widzi Ksiądz Kardynał przyszłość Kościoła w obliczu postępującej sekularyzacji?
Nazywa się to sekularyzacją, gdy ludzie myślą w sposób bardziej materialistyczny lub wyłącznie immanentny. Celem życia staje się wówczas głównie korzystanie z niego lub dążenie do bogactwa i sławy. Sekularyzacją nazywa się zatem zaprzeczanie prawdzie, że życie każdego człowieka ma sens wyższy, ukierunkowany na wieczność.
Widzimy jednak, że takie zawężenie horyzontu – także w formach ideologicznych, takich jak nacjonalizm, faszyzm, komunizm, a dziś również w kulturze woke – prowadzi ludzi do nieszczęścia. Wówczas pojawiają się różni przywódcy lub ideologie, które podporządkowują sobie jednostki i odbierają im wolność.
Jednocześnie obok tego stoi wiara w Boga w Jezusie Chrystusie, która czyni nas wolnymi. Jesteśmy bowiem powołani, by być dziećmi Bożymi, przyjaciółmi Boga w Duchu Świętym i uczestnikami życia wiecznego. To nadaje naszemu życiu głęboki sens, przynosi prawdziwą radość i niezachwianą nadzieję.
Ze względu na zbawienie człowieka od bezsensu istnienia Kościół Chrystusa nie może przyjmować biernie sekularyzacji, czyli życia i myślenia bez Boga. Ideologia ta, pozbawiająca człowieka tego, co najistotniejsze, musi zostać przez Kościół obnażona, aby pokazać, że jesteśmy powołani do czegoś wyższego. Historia zna liczne ataki na chrześcijaństwo, które dowodzą, jak istotne jest to świadectwo.
Religia pogańska w starożytnym Rzymie pozbawiała człowieka perspektywy ostatecznego, wiecznego szczęścia u Boga. Jednak pogaństwo zostało przezwyciężone, a my – szczególnie w Europie – przetrwaliśmy także ateistyczne dyktatury nazizmu i komunizmu. Kościół wciąż żyje i pozostaje żywy w sercach wielu ludzi, którzy pokładają nadzieję w wierze: nadzieję zarówno w życiu, jak i w śmierci w Jezusie Chrystusie. Taka będzie przyszłość Kościoła w jego posłannictwie aż do powrotu Chrystusa. To jest wielkie „albo– albo”: albo znajdujemy sens życia w Bogu i Ojcu Jezusa Chrystusa, albo kończymy jak zwierzęta, a w końcu ludzkość może zniknąć w bezkresie kosmosu, bez jakiejkolwiek pamięci.
Jak możemy wspierać pokój w świecie, który jest uwikłany w wyścigi zbrojeń i konflikty?
To właśnie jest wyraz sekularyzacji – gdy człowiek nie ma już wyższego celu, a nadzieja i miłość przestają być sensem życia. Wtedy ludzie dążą jedynie do bogactwa i władzy. Politycy myślą nie o dobru narodu, lecz o ekspansji własnego państwa i poszerzaniu jego potęgi. To prowadzi do wyścigu zbrojeń i grozi nową wojną, która w obecnych warunkach – ze względu na globalne powiązania – może przybrać formę czegoś w rodzaju trzeciej wojny światowej, która w pewnym sensie już się rozpoczęła. Wszyscy walczą przeciw wszystkim. Przywódcy wielkich państw, może z wyjątkiem Ameryki, pozostają pod wpływem ideologii, które mają niewiele wspólnego z Bogiem. Nawet w Rosji, gdzie odwołuje się do prawosławnej tradycji chrztu Rusi, postępowanie państwa nie odzwierciedla tej wiary; zamiast tego pielęgnuje się imperialistyczne i ekspansjonistyczne rozumienie roli Rosji w rodzinie ludzkiej.
W Chinach panuje ustrój społeczny zwrócony ku kapitalizmowi, dążący do statusu supermocarstwa numer jeden na świecie. Taki model nie może jednak stać się podstawą współistnienia licznych narodów na tej samej ziemi. Jedyną drogą jest podporządkowanie się przez ludzi i narody moralnym zasadom prawa naturalnego, przyjęcie odpowiedzialności w swoim sumieniu za własne czyny. Również przywódcy wielkich mocarstw muszą uznać, że polityka powinna służyć dobru wspólnemu obywateli, a nie temu, by politycy przypisywali sobie ekonomiczną lub militarną chwałę. Nie potrzebujemy nowego Aleksandra Wielkiego, Cezara ani Napoleona, którzy pchnęliby swoje państwo ku światowej dominacji kosztem innych narodów, wykorzystując je i zniewalając.
Kiedy odrzuca się wiarę chrześcijańską, szczególnie w Europie, w efekcie liberalizmu pojawia się nacjonalizm i rasizm, czyli – jak trafnie ujął to Henri de Lubac – „humanizm bez Boga”. Doświadczyliśmy tego tragicznie podczas pierwszej i drugiej wojny światowej wraz z ich ludobójstwami. Trzecia wojna światowa może zostać powstrzymana jedynie wtedy, gdy powrócimy do żywych źródeł wiary, nadziei i miłości. Jeśli będziemy postrzegać człowieczeństwo od Boga i ku Bogu, rozpoznamy uniwersalne ojcostwo Boga, a w konsekwencji także powołanie wszystkich ludzi do braterstwa, które w Kościele, jako sakramencie zbawienia świata, staje się rzeczywistością. W miłości bliźniego ludzie uczą się postrzegać siebie jako jedną rodzinę narodów, w której każdy naród, każda kultura i każde państwo mają prawo do własnego domu, a jednocześnie istnieje wzajemna wymiana i współpraca – nie ucisk, ujarzmianie czy wykorzystywanie innych, tak jak dzieje się to obecnie na Ukrainie.
Wielcy politycy spotykają się na Alasce i rozmawiają o wojnie i pokoju, ale nikt nie pyta narodu o jego wolę. W rzeczywistości należałoby zapytać ludność ukraińską, w jakim państwie chce żyć – bez pouczania, kontroli przez większych sąsiadów czy wykorzystywania przez międzynarodowy kapitał. Ten ostatni coraz częściej jest zainteresowany tym, aby wojny trwały, bo wtedy można sprzedawać kolejne elementy uzbrojenia, nie zważając na cierpienie ludzi. Do tego dochodzi brak wiary w żywego Boga i w osobisty sąd po śmierci. Po śmierci także Putin, Mao Zedong czy Xi Jinping będą musieli stanąć przed trybunałem Boga i zdać sprawę – nawet jeśli teraz śmieją się z tego i uważają to za czcze religijne wyobrażenia. Jednak przed sądem Bożym nikt nie ucieknie, a „straszna to rzecz wpaść w ręce Boga żywego” (Hbr 10,31). Jeśli człowiek ma nieczyste sumienie i przez swoje złe czyny spowodował tyle niesprawiedliwości, ofiary niesprawiedliwej przemocy wystąpią jako świadkowie na sądzie Bożym.
Jak ocenia Ksiądz Kardynał powściągliwe i rozważne podejście papieża Leona XIV w pierwszych 100 dniach jego pontyfikatu? Czy ta strategia może w dłuższej perspektywie przyczynić się do (większej) jedności Kościoła?
Myślę, że papież Leon nie przedstawia obecnie żadnej strategii ani agendy, ani nie realizuje konkretnego programu. Po prostu wypełnia to, co należy do jego urzędu: wypełnia polecenie Jezusa dane Piotrowi. Oznacza to, że Piotr w osobie swoich następców na stolicy biskupiej w Rzymie – a więc w imieniu całego Kościoła – wyznaje przed Jezusem: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” (Mt 16,16). Chrystus jest zatem centrum: jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi, Synem Bożym, który stał się człowiekiem, żył pośród nas, a przez swój krzyż i zmartwychwstanie wybawił ludzi od zła, grzechu i śmierci. Przy swoim powtórnym przyjściu, na końcu czasów, osądzi ludzkość i wprowadzi odkupionych do wiecznego królestwa Ojca.
Ta chrystocentryczność jest wyczuwalna i jednoczy różne grupy, które wcześniej częściowo były naznaczone niechrześcijańskimi, ideologicznymi postawami. Grupy te, kierując się myśleniem w kategoriach władzy zamiast służby, wnosiły do Kościoła również podziały.
Wiara chrześcijańska jest nie ideologią, lecz żywą więzią z Bogiem – miłością do Niego ponad wszystko oraz do bliźniego jak do samego siebie. Nie można podchodzić do wyznania wiary przez pryzmat ideologii – czy to lewicowo-progresywnych, czy to prawicowo-konserwatywnych. W wierze stoimy bezpośrednio przed Bogiem, a wszystko inne powinniśmy oceniać w świetle Jego Królestwa. Chrystus nas jednoczy – nikt więc nie powinien mówić: „Ja trzymam się Pawła”, „Ja trzymam się Piotra” (1 Kor 1,12) czy „Ja podążam za tym czy innym biskupem albo teologiem, który mi odpowiada”. Wszyscy mamy kierować się ku Chrystusowi – i to właśnie buduje jedność Kościoła.
Do zadań posługi Piotrowej dochodzi zawsze także osobisty charakter każdego kolejnego Papieża. Robert Francis Prevost, nasz Papież Leon XIV, nie jest człowiekiem autorytarnym ani kimś, kto narzuca swoją wolę i daje innym odczuć swoją władzę. Głosi słowo Boże w sposób ludzki – bardzo braterski i ojcowski. Na dłuższą metę jego postawa może przynieść Kościołowi wielkie owoce. Powściąga ideologiczny zapał niektórych środowisk i dzięki tej chrystologicznej koncentracji koryguje odchylenia, które prowadziły do przekonania, że Kościół, aby pozostać ważny (liczący się), musi przekształcić się w religię klimatyczną, globalną agencję na rzecz migrantów czy organizację charytatywną typu NGO. Papież jasno wskazał, że jedynym naszym Zbawicielem jest Chrystus.
Kontrowersje budziła także figura Pachamamy, bogini-matki ziemi z Andów, którą podczas synodu amazońskiego w 2019 roku wprowadzono do bazyliki św. Piotra w imię tzw. inkulturacji. Było to – moim zdaniem – wielkim skandalem. Nie uznajemy żadnego chrześcijańsko-pogańskiego synkretyzmu. Inkulturacja chrześcijaństwa polega na podejmowaniu i włączaniu tego, co w kulturach pozytywne, do wiary chrześcijańskiej, a nie łączeniu jej z pogańskimi wyobrażeniami o bóstwach. Pogańskie bóstwa są nie wyrazem wiary w jedynego Boga, lecz jej przeciwieństwem. Są personifikacją stworzeń – słońca, księżyca, wiatru, burzy czy fal morskich. Same w sobie nie istnieją poza wyobraźnią swoich czcicieli. Są jedynie wykreowane siłami wyobrażni, a nie osobami, które mogłyby nam pomagać lub szkodzić. Wierzymy tylko w jednego Boga, który stworzył cały świat. Wszystko, co istnieje – bogactwa naturalne, rośliny i zwierzęta – ma ostatecznie służyć człowiekowi, który jest celem stworzenia i partnerem Boga – Odkupiciela i Tego, który dopełnia człowieczeństwo.
Oczekiwania wielu wobec Leona XIV koncentrują się przede wszystkim na jego pierwszej encyklice, którą można by odczytywać jako swoisty program pontyfikatu. Jakie są osobiste oczekiwania Waszej Eminencji?
Każdy Papież ma całkowitą swobodę wyboru tematu encyklik. Nie są one jednak programami rządzenia, lecz powinny podejmować zasadnicze kwestie naszych czasów, interpretować je w świetle Ewangelii i wskazywać drogę, jak przeżywać chrześcijaństwo w obecnej epoce.
Wielkim wyzwaniem dzisiejszych czasów jest wroga człowiekowi ideologia woke, która w gruncie rzeczy jest nową odsłoną komunistycznego socjalizmu. Posthumanistyczny transgenderyzm ruchu lgbt niszczy tożsamość człowieka jako mężczyzny i kobiety oraz chce zastąpić naturalną rodzinę – ojca, matkę, dziecko – tzw. rodziną patchworkową, w której dzieci stają się jedynie dodatkiem do egocentrycznych stylów życia jednostek pozbawionych korzeni.
Transhumanizm z kolei głosi, że człowiek jako gatunek, a tym samym każda jednostka, jest tylko etapem przejściowym przed światem przyszłości – rządzonym przez roboty w postaci cyborgów (cybernetic organism), istot łączących technologię i biologię (jak Darth Vader z Gwiezdnych wojen). Ludzkość miałaby zostać zmiażdżona przez ewolucję i pozostać wymarłą rasą, którą androidy mogłyby oglądać w muzeach przyrodniczych.
To są wielkie wyzwania i wielkie pokusy, ponieważ łączą się z nimi fałszywe wyobrażenia o zbawieniu, które próbuje się powiązać ze współczesną techniką, zwłaszcza ze sztuczną inteligencją. A przecież sztuczna inteligencja jest jedynie narzędziem. Może nam pomóc w wielu praktycznych sprawach, może być szybkim leksykonem, do którego sięgamy, albo może zostać dobrze wykorzystana w wymiarze technicznym. Jednak sztuczna inteligencja nie ma nic wspólnego z naszymi zasadniczymi pytaniami o to, skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy, jaki jest sens ludzkiego życia, dlaczego musimy umrzeć i czy mamy nadzieję na życie po śmierci. W tych kwestiach sztuczna inteligencja nie może nam pomóc. Nazywa się ją „inteligencją” tylko w sensie analogicznym i metaforycznym. Nie zastąpi ludzkiego intelektu ani zdolności do metafizycznego i etycznego rozumu, który pyta o najgłębsze podstawy istnienia i różnicę między dobrem a złem. Te pytania pozostają wyłącznie w gestii człowieka.
Na konsystorzu, podczas którego przed konklawe omawiano wiele tematów, panowała zgoda co do tego, że kwestia transhumanizmu, powiązana ze sztuczną inteligencją, jest ogromnym wyzwaniem – i że Ojciec Święty być może napisze na ten temat encyklikę. Nie istnieje jednak żaden dogmatyczny obowiązek pisania encyklik. Ten rodzaj dokumentu istnieje dopiero od XVIII wieku. Wcześniej papieże wydawali decyzje doktrynalne, lecz nie w formie listu okólnego, który omawiałby bieżące zagadnienia.
Czy ideologia transhumanizmu nie jest w rzeczywistości kolejną formą negacji chrześcijańskiego przesłania i odrzuceniem Boga?
Od czasów populistycznej filozofii oświeceniowej istnieje zasadnicza odmowa uznania, że świat jest stworzeniem Boga, że Logos – Boży rozum – podtrzymuje cały porządek świata i wskazuje człowiekowi drogę oraz że Bóg jest źródłem i celem ludzkiego istnienia. Świat kosmosu postrzega się wówczas jako przypadkowo powstałe splątanie ślepej materii działającej zgodnie z mechanicznymi prawami przyrody, ale nieinteresującej się człowiekiem, niepozostawiającej przy tym miejsca Bogu, który w swej łaskawej Opatrzności kieruje świat ku dobru.
Nasz obraz świata staje się jedynie konstruktem teorii o rzeczywistości, która na zawsze skrywa przed nami tajemnicę „dlaczego” (Logos) swojego istnienia. W obojętnym, pozbawionym sensu świecie człowiek czuje się zagubiony i nieszczęśliwy, zmuszony do tworzenia samego siebie za pomocą rozumu i technologii oraz do poprawiania własnych warunków życia. Ponieważ świat nie nadaje nam sensu, musimy – tak jak sugerowali to Jean-Paul Sartre, Albert Camus i inni egzystencjalistyczni myśliciele – sami nadać sobie cel.
To jest życiowe zadanie każdego człowieka, który znajduje w tym pewną dozę szczęścia, nawet jeśli – jak Syzyf w micie – pozostaje skazany przez bogów na wieczne i pozbawione nadziei niepowodzenie.
Niektórzy samozwańczy mesjasze czują się powołani nie tylko do tego, by nadać sens własnemu życiu w z natury bezsensownym świecie, lecz także by określić sens całej ludzkości. Wizja Wielkiego Resetu Światowego Forum Ekonomicznego, przedstawiona w książce Klausa Schwaba i jego „proroka” – Yuvala Harariego, formułuje sens istnienia w taki sposób, że masy ludzi mają odnaleźć swoje syzyfowe szczęście: „Tworzymy niejako na swój obraz i podobieństwo nowego człowieka. W ten sposób możemy uporządkować stworzenie, zniszczone przez chrześcijańskiego Boga, i wnieść światło w życie każdego człowieka”.
W tym nowym systemie pojawia się jednak problem – jest zbyt wielu ludzi, którzy w tej technicznej rzeczywistości stają się zbędnymi konsumentami. Podobne idee były już znane ideologom XX wieku: że jedna rasa ma większe prawo do przestrzeni życiowej niż inne, albo że dyktatura proletariatu prowadzi do zasłużonej zagłady kapitalistycznych wyzyskiwaczy. To dobrze znany schemat: masy zaspokaja się „chlebem i igrzyskami”, podczas gdy niewielka elita bogatych, potężnych i pięknych cieszy się życiem i odnajduje szczęście w swojej własnej, wymarzonej rzeczywistości.
Transhumanizm jest formą antyhumanizmu, a zatem nie jest humanitarny ani przyjazny człowiekowi. Wiara chrześcijańska natomiast wyznaje: „Gdy objawiła się dobroć i miłość Boga, naszego Zbawiciela, zbawił nas – nie ze względu na uczynki, które mogłyby nas usprawiedliwić, lecz z powodu swego miłosierdzia – przez kąpiel odrodzenia i odnowy w Duchu Świętym. Obficie wylał Go na nas przez Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela, abyśmy dzięki Jego łasce zostali usprawiedliwieni i odziedziczyli życie wieczne, którego oczekujemy” (Tt 3,4-7).
Prawdziwa filantropia – z greckiego philanthropos – nie może być żadnym potentatem ani mecenasem, którzy od czasu do czasu ofiarowują ludowi skromne dary, aby później być wychwalanymi jako dobroczyńcy. Prawdziwym Przyjacielem człowieka jest jedynie Bóg, od którego wszyscy czerpiemy z obfitości.
Bóg, nasz Stwórca, jest Tym, który ma wobec nas dobre zamiary, wskazując sens i cel życia: znaleźć siebie w Jego miłości, odkrywać miłość do siebie jako stworzeń i dzieci Boga, troszczyć się o rodzinę, własny naród i kulturę. Dał nam rozum i wolną wolę, abyśmy mogli porządkować zarówno materialne, jak i duchowe warunki życia oraz stosunki społeczne zgodnie z naturalnym prawem moralnym – sprawiedliwie i pożytecznie dla wszystkich.
To właśnie jest wyraz ludzkiej rozumności. Również w polityce możemy i powinniśmy działać, kierując się rozumem opartym na prawie moralnym, na rzecz dobra narodów oraz postępu technicznego, organizacyjnego i komunikacyjnego.
Jednak najważniejszym kryterium pozostaje zawsze to, że człowiek – jego wolność i sumienie – stoi w centrum. To jednostka – zawsze przed kolektywem – musi być celem wszelkiego działania państwowego, kulturowego, a przede wszystkim przesłania Ewangelii.
Poruszę jeszcze kwestię imigracji. Czy grzechem jest nieprzyjmowanie wszystkich imigrantów bez wyjątków?
Musimy sobie jasno powiedzieć, że narody powinny okazywać gotowość do pomocy także sąsiednim ludom w sytuacjach kryzysowych. Jest to jednak czymś zupełnie innym niż dowolne zapraszanie ludzi z całego świata, by osiedlali się wszędzie tam, gdzie tylko zechcą. Nie chodzi przecież o ziemię pustą, niczyją, do której wysyła się garstkę osadników albo do której osadnicy dobrowolnie przybywają, by własną ciężką pracą zbudować sobie egzystencję. Nasza ziemia jest już zamieszkana: istnieją na niej narody, które od setek lat żyją na określonych terytoriach, tworząc własną kulturę. W swojej ojczyźnie wypracowały całą infrastrukturę, wpłacały ciężko zarobione środki do systemów emerytalnych i zdrowotnych, inwestowały w systemy społeczne, a także w życie polityczne i kulturalne. Dlatego każdy, kto pragnie legalnie imigrować, musi zaakceptować i wypełnić określone warunki.
Jeśli chcę żyć w innym kraju, muszę dobrze nauczyć się języka jego mieszkańców i być gotów własną pracą przyczyniać się do wzrostu produktu krajowego brutto, a tym samym płacić podatki na rzecz wspólnoty. Nie istnieje żadne prawo, które pozwalałoby całym grupom ludności z zupełnie obcych kulturowo krajów imigrować tutaj, a następnie narzucać swoją kulturę mieszkańcom, czyniąc ich obcymi we własnej ojczyźnie. Nie możemy włączać do naszego systemu prawnego, ukształtowanego przez chrześcijańską wizję człowieka, islamskiego szariatu ani tolerować obrazu kobiety, który jest absolutnie nie do pogodzenia z naszą chrześcijańską kulturą. Nie możemy też akceptować zasady, że każdy może sam wymierzać sobie sprawiedliwość przemocą, a tym samym redefiniować pojęcie przestępczości.
Kto chce tu żyć, musi podporządkować się ukształtowanej przez wieki kulturze prawnej i obowiązującym w danym kraju prawom. Właśnie w obronie swojej religijnej i kulturowej tożsamości Polska ma w Europie ogromne doświadczenie. W ciągu 123 lat zaborów Prusy prowadziły na okupowanych ziemiach polskich tak zwaną politykę germanizacyjną, której celem było zniszczenie polskiej tożsamości – między innymi poprzez zakaz używania języka ojczystego, tak istotnego dla przekazywania dzieciom wiary katolickiej.
Rabunek dzieci – organizowany przez narodowych socjalistów w czasie II wojny światowej – około 200 tysięcy dzieci, które ze względu na blond włosy i niebieskie oczy miały zostać zgermanizowane – był jedną z najbardziej okrutnych form niszczenia tożsamości etnicznej, kulturowej i religijnej. To dramatyczny przykład drogi, którą ideologiczni możnowładcy tego świata podążają aż do dziś.
We wschodniej części Polski narzucono z kolei politykę rusyfikacji, opartą na absurdalnym twierdzeniu, jakoby język polski był rosyjskim dialektem. Chodziło o jego wykorzenienie i o to, by Polacy zaczęli definiować siebie jako Rosjan.
A dziś? Po tak bolesnych doświadczeniach walki o własną tożsamość Polska miałaby sama, dobrowolnie, ulegając „śpiewom syren” płynącym z Brukseli, niszczyć swoją kulturę i tożsamość? Miałaby pozwalać, by obce wpływy wypaczały je do tego stopnia, że Polacy wraz ze swoim językiem, swoją tożsamością i katolicką kulturą stali się z czasem marginalizowaną mniejszością we własnym kraju?
Nie można w żadnym wypadku twierdzić – i nie jest to teologicznie poprawne – że każdy człowiek ma po prostu prawo osiedlić się gdziekolwiek: w Polsce, Niemczech, we Francji, w Anglii czy Stanach Zjednoczonych. Imigrant musi spełnić określone warunki i posiadać konieczne kwalifikacje albo je sobie wypracować. Najważniejsze jest jednak to, czy jest gotów zapytać, czy zostanie przyjęty jako gość, a następnie dostosować się do miejscowej kultury. Nie może natomiast próbować narzucać innym swojej religii tylko dlatego, że uważa ją za nadrzędną, odbierając innowiercom podstawowe prawo do wolności wyznania.
Inaczej wygląda sytuacja tych, którzy obecnie, w związku z wojną na Ukrainie, szukają tymczasowego schronienia w Polsce, Niemczech, Czechach czy innych krajach sąsiednich. Zakłada się jednak, że po zakończeniu konfliktu powrócą oni do swoich domów. Mają bowiem nie tylko prawo do ochrony, lecz także obowiązek uczestniczenia w odbudowie ojczyzny, która tak wiele im dała. Istnieje również prawo do ojczyzny – prawo do własnego kraju. Polacy w Polsce mają naturalne prawo czuć się u siebie i do tego, by w Warszawie nie mieli wrażenia, że znaleźli się w Kalkucie.
Jaką drogę należy obrać w obliczu kryzysu kultury? Czy próba nowo powstałego Uniwersytetu w Austin w Teksasie (Teksas, USA), aby powrócić do klasycznej edukacji opartej na lekturze wielkich autorów, może być dobrą odpowiedzią na kryzys uniwersytetów?
Uniwersytety powinny być w istocie autonomiczne i wolne od ingerencji polityki niezwiązanej z nauką, zobowiązane jedynie wobec idei nauki i prawdy. Niestety, w ostatnich latach wiele z nich zostało przenikniętych przez tzw. ideologię lgbt i gender, które w istocie stoją w sprzeczności z nauką – zaprzeczają bowiem danym biologicznym i antropologicznie kłócą się z duchowo-cielesną naturą człowieka. Te ideologie doprowadziły wielu ludzi do nieszczęścia poprzez fizjologicznie niemożliwe tzw. operacje zmiany płci.
Znacznie ważniejszym zadaniem w procesie dorastania jest to, aby każdy człowiek identyfikował się ze swoim ciałem i życiem, przyjmując swoją własną płciowość, i w ten sposób odkrywał możliwość uczestniczenia w duchowym i cielesnym dalszym trwaniu ludzkości w ramach Bożego planu w naturalnym ciągu pokoleń. Chłopiec może stać się mężczyzną, a następnie w rodzinie – razem z kobietą – zostać ojcem wspólnych dzieci i w ten sposób podtrzymać ciągłość pokoleniową, na której oparta jest cała ludzkość.
Ludzie, którzy przychodzą i odchodzą, są bowiem nie zasobami ograniczonymi czy nadmiernymi (w sensie spadku liczby urodzeń lub przeludnienia), lecz przez Boga „wybrani już przed stworzeniem świata i uprzednio przeznaczeni z miłości, by stać się Jego synami w Jezusie Chrystusie i według Jego łaskawej woli dojść do Niego” (Ef 1,4-5).
W związku z tym ważne jest, aby uniwersytety ponownie stały się prawdziwymi miejscami poświęconymi badaniom naukowym wolnym od ideologii, miejscami zobowiązanymi wobec wolności i prawdy. Postęp możemy osiągnąć jedynie, jeśli będziemy czerpać z dorobku wielkich autorów przeszłości i teraźniejszości, a osoby o wybitnych zdolnościach – patrząc w przyszłość – będą miały odwagę same stać się twórcami, na których przyszłe pokolenia będą spoglądać jak na klasyków.
W przeszłości wielu ludzi dokonało wielkich czynów, lecz ciągłość pokoleń trwa nadal. Każdy, kto żyje dziś lub się rodzi, jest wezwany, by wnosić swoje talenty – dla własnej rodziny, dla narodu, dla całej ludzkości. Mamy nadzieję, że również w przyszłości pojawią się wielcy myśliciele i poeci, wybitni artyści i politycy, którzy będą wzbogacać ludzkość, gdyż historia jeszcze się nie zakończyła. Nie wiemy, kiedy nadejdzie jej kres, ale przyszłe pokolenia mają równie wielkie prawo i obowiązek, by stać się klasykami dla kolejnych generacji.
Dla nas samych cenne jest to, że możemy zgłębiać dorobek wielkich autorów, wybitnych filozofów, myślicieli, naukowców i artystów – takich jak Tycjan czy Michał Anioł. Dziś, po ponad dwóch i pół tysiąca lat, wciąż możemy wiele nauczyć się od Arystotelesa i Platona. Warto również pamiętać o Augustynie, Tomaszu z Akwinu czy Johnie Henrym Newmanie – tych wielkich teologach, którzy próbowali zrozumieć historię, naturę, świat i człowieczeństwo w całej głębi, w tajemnicy Boga.
W naszym kraju minister edukacji ogranicza liczbę godzin religii w szkołach, argumentując, że w szkole nie ma miejsca dla religii. Jakie jest zdanie Waszej Eminencji na ten temat?
Twierdzenie, że w szkole nie ma miejsca dla religii, było zasadą stosowaną również w Niemczech przez nazistów, a także w Rosji i innych krajach przez komunistów, którzy chcieli wyrwać religię z serc dzieci i zniszczyć Kościół. W ich ateistycznym pojmowaniu religia była jedynie iluzją lub sposobem myślenia dla osób „umysłowo opóźnionych”, które Kościół utrzymywał w stanie zależności. Miliony wierzących zapłaciły za tę ideologię cenę najwyższą – własnym życiem.
Doświadczyliśmy, jakie praktyczne konsekwencje niesie ze sobą wyparcie religii, a w szczególności chrześcijaństwa, z życia publicznego. Powinni o tym pamiętać neokomuniści, widząc, co ich ideowi poprzednicy wyrządzili w Polsce, oraz fakt, że Polska zawdzięcza swoją narodową i kulturową ciągłość – pomimo okupacji Prus, nazistowskich Niemiec, carskiej i sowieckiej Rosji – właśnie religii katolickiej.
Szkoły i uniwersytety nigdy nie były jedynie instytucjami przekazywania wiedzy technicznej. Zawsze chodzi również o wychowanie człowieka, o jego godność opartą na ugruntowanym fundamencie wartości oraz o solidarne więzi narodu w jego tożsamości kulturowej i religijnej. Szkoła jest nie prostą „fabryką nauki”, lecz instytucją wychowawczą, której istotą jest pozytywny obraz człowieka – w narodzie w przeważającej mierze katolickim wyrastający z wiary katolickiej.
W wierze chrześcijańskiej i katolickiej chodzi o to, aby człowiek odkrywał wartość i sens swojego życia, stawał się człowiekiem radosnym, który nie popada w nihilistyczną rozpacz wobec wyższego sensu ani nie przyjmuje życia w sposób fatalistyczny, lecz dorasta do osoby myślącej i odpowiedzialnej.
Przykłady z historii pokazują, jakie okrucieństwo może wywołać pozbawiona skrupułów władza państwowa, która odrzuca swoje chrześcijańskie korzenie: los księdza Maksymiliana Kolbego w Auschwitz oraz Jerzego Popiełuszki, którego polska milicja w 1984 roku bestialsko torturowała i zabiła. Wiele osób dostrzega tu również paralelę do ciężkich prześladowań księdza Michała Olszewskiego ze strony obecnej władzy. Jeżeli po wszystkich tych strasznych doświadczeniach związanych z prześladowaniami przez ateistyczne władze nazistów i komunistów w Polsce poddaje się obywatela okrutnej krzywdzie fizycznej i psychicznej przez zaprzeczenie jego godności, to jest to hańba dla narodu, za którą sprawcy i ich zleceniodawcy powinni ponieść osobistą odpowiedzialność.
Jest to właśnie jedna z nieuchronnych, nieludzkich konsekwencji, gdy ateistyczni ideolodzy o faszystowskim lub komunistycznym rodowodzie próbują wypchnąć chrześcijaństwo z życia publicznego, ze szkół, z uniwersytetów i z całego systemu edukacji.
Serdeczne Bóg zapłać Waszej Eminencji za poświęcony nam czas i dziękujemy za wszelkie dobro, jakie Ksiądz Kardynał czyni dla naszej Ojczyzny i całego Kościoła!
A teraz udzielę Bożego błogosławieństwa…
