Świadectwo Jezuity: Powołanie infirmarza

Nie zdążyłem się obejrzeć, a już na karku prawie pięćdziesiątka, w tym 23 lata w Towarzystwie Jezusowym, no i, ma się rozumieć, 23 lata w służbie w infirmerii. A wszystko zaczęło się w domu rodzinnym…

Mama, Józefa, urodziła mnie jako ostatnie z siedmiorga swoich dzieci. Byłem zatem najmłodszym spośród moich czterech sióstr i braci, ale za to najbardziej potrzebującym matczynej opieki, szczególnie w czasie chorób, które nie omijały mnie w latach dzieciństwa i dojrzewania. Nachorowałem się co nie miara. Byłem kilkakrotnie w szpitalu, tyle samo razy w sanatoriach. Mówiąc krótko: zdążyłem się zaprzyjaźnić ze Służbą Zdrowia, ale miałem też okazję, aby doświadczyć na sobie choroby i cierpienia, choć ich wcale wtedy nie rozumiałem. Zresztą, także i dziś nie mogę ich zrozumieć, choć wiem o nich nieco więcej.

Pierwsza próba

Pierwszą moją próbą opieki nad chorym, było towarzyszenie umierającemu tacie. Przez kilka lat jego choroby przyglądałem się jego słabości, niemocy i cierpieniu zarówno w domu, jak i w czasie odwiedzin w szpitalach. Z całego tego doświadczenia zachowała się w mojej pamięci mężna postawa mamy. Gdy powiadomiliśmy ją o śmierci ojca, łzy obficie popłynęły z jej oczu, serce też płakało, ale nie było rozpaczy, zbędnych pytań, było ufne zdanie się na wolę Bożą.

Odejście taty stało się dla mnie przełomowym momentem, a mógłbym powiedzieć, że początkiem procesu dojrzewania młodego człowieka, miałem bowiem wtedy 18 lat. Towarzyszyły mi wyrzuty sumienia, że nie zaspokoiłem w pełni ojcowego pragnienia, żeby poświęcać mu więcej czasu, być przy nim, poważnie porozmawiać. Wówczas zrodziła się we mnie chęć do uczynienia czegoś więcej: do pogłębienia więzi z Panem Bogiem, zadania mu trudniejszych pytań. To chyba wtedy obudziło się we mnie pragnienie pomagania ludziom w ich niemocy związanej z chorobą, cierpieniem i sędziwością wieku. W tym pragnieniu była ukryta jakaś forma ekspiacji, zadośćuczynienia za wszystko, czego nie dopełniłem wobec mojego taty za jego ziemskich dni. Zapragnąłem dać innym to, czego nie zdążyłem uczynić dla swego ojca.

Służba Ojczyźnie

Długo nie trzeba było czekać, aż pragnienia zaprowadziły mnie do „podziemia”, tzn. do salek w podziemiu kościoła jezuickiego w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie gromadzili się na modlitwie ludzie pragnący czegoś więcej, pragnący spotkania z żywym Bogiem. Nie spodziewałem się jednak, że odbywając 2-letnią zasadniczą służbę wojskową w Oddziałach Obrony Cywilnej w Bochni, też będę mógł kontynuować swoje praktyki religijne i duchowe, a nawet pomagać ludziom sędziwym. Pewnego dnia, gdy pielęgniarka opatrywała mi nogę po urazie, zobaczyła „duszka” na mojej bluzie i zaprosiła mnie na spotkanie modlitewne do wspólnoty Odnowy. Od tej pory miałem stały kontakt z ludźmi pokrewnymi duchowo, z którymi się modliłem i którzy dawali mi różne zadania specjalne: między innymi zaangażowałem się w pomoc przy odwiedzaniu osób samotnych, chorych i starszych, poleconych przez Polski Czerwony Krzyż. Pierwszy raz sam z własnej woli mogłem czegoś dokonać, pomóc, zrobić coś, co przynosiło komuś ulgę i radość. Rąbałem drzewo na zimę, przynosiłem węgiel, sprzątałem, przygotowywałem posiłki, no i oczywiście wsłuchiwałem się w długie monologi, bo o dialog było trudno z racji słabego słuchu, czy olbrzymich zasobów zaległych wiadomości, które nie miały do tej pory adresatów. Oczywiście, za każdym razem, chcąc korzystać z praktyk religijnych czy wykonywać pracę na rzecz innych, musiałem prosić o przepustkę.

Decyzja

Po odbyciu służby wojskowej powróciłem do domu rodzinnego i dalej wzrastałem duchowo z rówieśnikami we wspólnotach Odnowy w Duchu Świętym. Któregoś pięknego lata nadarzyła się okazja wyjechać na rekolekcje ignacjańskie do Magdalenki, gdzie przed wystawionym Najświętszym Sakramentem, podjąłem decyzję, że chcę i pragnę służyć Panu Bogu i ludziom w zakonie. Wtedy jeszcze nie miałem na uwadze żadnych konkretów, po prostu wyraziłem takie pragnienie. Te słowa wypowiedziałem z takim wewnętrznym przekonaniem, że do dziś mam je żywo w pamięci, i od tej modlitwy uzależniałem potem dalsze kroki w wyborze drogi życia. W decyzji, która zapadła na rekolekcjach, utwierdziło mnie grono przyjaciół z Odnowy, pieczętując ją modlitwą i książką z dedykacją, którą pragnę teraz przytoczyć, a która jest mi bardzo bliska w codziennym wypełnianiu mojej misji infirmarza:

„Synu mój, jeżeli podejmujesz się służyć Panu,
przygotuj się na doświadczenie,
przygotuj swe serce i bądź mężny,
zachowaj spokój w czasie przeciwności.

Przylgnij do Pana i się nie oddalaj,
Abyś na końcu twych dni był wywyższony.

Przyjmij wszystko, co ci się przydarzy,
Gdy cię upokarzają, bądź cierpliwy,
ponieważ złoto oczyszcza się w ogniu,
a ludzi wybranych w piecu upokorzeń.

Zawierz Panu, a On cię podtrzyma,
Wyprostuj swe drogi i Jemu ufaj”.

Syr 2,1-6

Nowicjat

Na pierwszym roku nowicjatu w Gdyni zostałem zaszczycony „nominacją” na urząd infirmarza. Przyjąłem tę funkcję w duchu dyskretnego wypełniania się moich pragnień. Pomimo, że cała dwuletnia formacja w nowicjacie zewnętrznie nakierowana była, jeśli chodzi o mój przypadek, na księdza jezuitę, to ja jednak wewnętrznie nie do końca się z nią identyfikowałem, bardziej pociągała mnie służba braterska. Problem rozwiązał się podczas ostatnich ośmiodniowych rekolekcji kończących nowicjat, na których, przy pomocy o. Magistra, Czesława Kozłowskiego, rozeznałem, że moja służba w Towarzystwie powinna być służbą brata zakonnego, że z tą rolą się utożsamiam i że to jest moja misja i pasja zarazem – pomoc i służba innym.

Dokształcanie

Dało się na co dzień zauważać w mojej służbie Naszym, już jako infirmarz, że brakuje mi praktycznego i profesjonalnego podejścia do roli pielęgniarza. Dlatego za zgodą ówczesnego rektora, o. Tadeusza Pronobisa oraz prowincjała, o. Floriana Pełki, podjąłem dwuipółletnią naukę w Zawodowym Studium Medycznym, podczas której miałem wiele okazji do pomocy ludziom chorym i cierpiącym, bardzo często samotnie pozostawionym losowi.

Doświadczenie praktyki i pracy wśród osób starszych w przychodniach, szpitalach i innych placówkach służby zdrowia, pozwoliło mi spojrzeć głębiej i dostrzec sercem obecność żywego Pana Boga człowieku, szczególnie w tym dotkniętym chorobą, cierpieniem, samotnością, spragnionym obecności kogoś drugiego. Wydawałoby się, że człowiek ciężko chory, nieprzytomny, umierający nie ma mi już nic do dania, a tym bardziej do powiedzenia. Pamiętam, któregoś razu, na sali szpitalnej ciężko chorą starszą kobietę (ok. 90 lat), z którą nie było kontaktu słownego. Zostałem do niej przydzielony, aby zapobiec powstającym odleżynom. Kilkakrotnie w ciągu dyżuru zmieniałem jej pozycję złożeniową, i za każdym razem, słownie przygotowywałem ją do tych zmian. Na koniec powiedziałem jej: „dziękuję za współpracę”, a ona odpowiedziała: „dziękuję”. Było to jedyne słowo, które usłyszałem z ust tej pani, i ostatnie, bo już jej więcej nie zobaczyłem. Ono mi wystarcza. Warto jest służyć i pomagać.

Dzień powszedni

Dzisiaj mogę powiedzieć, że wciąż na nowo uczę się swojej roli w „sanktuarium złotej jesieni życia” i że rola ta poddana jest ewaluacji, w zależności od stopnia uporządkowania serca infirmarza. Muszę przyznać, że sumienie często mnie „łaskocze” i podpowiada mi, abym nie dał się porwać nawałowi prac, bo przecież nie ode mnie wszystko zależy. Uświadamiam też sobie, że przestrzeń ciszy jest Panu Bogu potrzebna, aby mógł do mnie przemówić, może w inny sposób niż w wirze pracy. Złotym środkiem we wszystkim jest umiar.

Dawniej starczało czasu na modlitwę, lekturę duchową. Teraz modlitwę włączam w rytm pracy, praca staje się modlitwą (powiadał o. Stefan Miecznikowski: „Jeśli nie masz czasu na modlitwę, to módl się w międzyczasie”) i w czasie pracy Pan Bóg przemawia, wewnętrznie daje mi o sobie znać i ta świadomość Jego obecności staje się modlitwą. Mam wtedy wszystko, bo skoro On jest, to czegóż więcej trzeba? Serce rozpala się na nowo do służby i praca, która czasami stawała się mozolna, ciężka, nagle staje się lekka, ochocza. Pocieszam się tym, że przecież za mną już 23 lata słodkiej służby w infirmerii, a skoro przez te lata Pan dał siłę, to także przez następne jej użyczy, gdy będzie ciężko. Lekturę duchową i modlitwy ustne staram się odprawiać wspólnie, abym nie tylko ja z nich korzystał, ale też aby odnieśli inni z nich jakiś pożytek duchowy. Ufam Panu Bogu, że powoła nowych ludzi, w których serca wleje pragnienie służby w Towarzystwie Jezusowym, którzy przejmą „pałeczkę” i będą dalej pisać dzieje Kościoła i Towarzystwa…

Infirmarz, br. Sylwester Wojdyła SJ/ RED./ JNW numer 43

Za: www.jezuici.pl