Tajemnice Madonny Jasnogórskiej

Zapraszamy do lektury fragmentów wywiadu z Mariuszem Grądmanem, oficjalnym kopistą Obrazu Jasnogórskiego.

Rozmowa ukazała się na łamach dwumiesięcznika franciszkańskiego „Posłaniec św. Antoniego z Padwy” nr 4/2017.

[…]

Czy widział Pan obraz z bliska, niejako twarzą w twarz?

Miałem to szczęście, bo trzykrotnie brałem udział w oględzinach konserwatorskich obrazu. Pierwszy raz takie oględziny miały miejsce w latach 70-tych, gdy na zlecenie Komisji Episkopatu Polski powstała komisja badająca stan Ikony Jasnogórskiej. Jej członkowie, profesorowie z renomowanych uczelni, zwrócili mi wówczas uwagę na kilka istotnych, dla mnie potem jako dla malarza, szczegółów. Mogłem też zaobserwować, że choć malarstwo temperą jest techniką płaską i ciężko jest uzyskać za pomocą tej techniki głębię, to na Ikonie Jasnogórskiej ta głębia jest widoczna.

Patrząc na obraz z tak bliska odkrył Pan jeszcze coś zaskakującego?

Prymas Stefan Wyszyński, gdy po raz pierwszy zobaczył Ikonę Jasnogórską bez sukien, wykrzyknął z zachwytem: „Ona jest złota!”. Rzeczywiście, Matka Boża Jasnogórska w odcieniu jest jakby bursztynowa. Twarze Matki Bożej i Dzieciątka wyglądają jakby ktoś je zalał bursztynem i nadał im pewną wyczuwalną trójwymiarowość. Na twarzy Madonny, choć malowana jest temperą, są takie typowe włoskie sfumata. To mnie zafascynowało: głębia, policzek, który dodatkowo nosi na sobie refleks z płaszcza Matki Bożej i jest w odcieniu taki malinowy. Sam kolor twarzy można określić jako kolor palonej pszenicy. Jest on trudny do uchwycenia. Uzyskuje się go nakładając na temperowej podmalówce kolejne warstwy zwane laserunkami. Dopiero przy zastosowaniu takiej techniki udało mi się dojść do tego, jak uzyskać ten efekt.

Sama twarz Matki Bożej nie jest ani stara, ani zmęczona, ani poważna, ani – co niektórzy twierdzą – smutna. To twarz młodej, szesnastoletniej dziewczyny, a jednocześnie twarz zatroskanej, pełnej miłości, dobroci i zrozumienia Matki. To widzę, gdy patrzę na dokładne zdjęcie Ikony Jasnogórskiej, jakie mam w pracowni. Ciągle cieszę się tym, że mogę malować tę twarz – twarz najpiękniejszej kobiety jaką nosiła ziemia.

[…]

Jak można zostać kopistą Czarnej Madonny?

Zaczęło się tak, że tuż po ślubie z moją obecną małżonką, a jesteśmy już prawie 45 lat razem, miałem okazję poznać o. Jerzego Tomzińskiego, ówczesnego generała paulinów. Jest on postacią legendarną i niejeden film czy książka powstały na jego temat, bo jest chodzącą skarbnicą wiedzy na temat Jasnej Góry. Rodzice mojej żony przyjaźnili się z o. Jerzym. On widząc mnie, powiedział wprost: „Mariusz, jesteś chłopak z Częstochowy, wiem, że malujesz, to weźże spróbuj i namaluj to, co trzeba, a nie jakieś tam historie, które nie wiadomo do czego cię doprowadzą”. I tak się zaczęło. Najpierw, na próbę, namalowałem na podstawie dokładnych zdjęć dwie główki Matki Bożej i dziwiłem się, dlaczego nie chce mi wyjść policzek tak, jakbym sobie tego życzył. Jedną z tych prac mam do dzisiaj. Ojciec, który otrzymał drugą, powiedział: „Świetnie, od teraz będziemy to dalej rozwijać”. Z perspektywy prawie 40 lat pracy myślę, że trzeba było mieć dużo samozaparcia, żeby to moje malowanie wtedy zaakceptować. Dziś widzę wszystkie błędy, jakie wówczas popełniłem. Jest to dla mnie sygnał, że w tym malowaniu jest jakaś ewolucja.

Myślę, że o. Jerzemu chodziło wtedy o to, czy mam tzw. wyczucie. Pierwsze duże ikony ołtarzowe namalowałem w 1980 r. i Jan Paweł II zabrał je ze sobą do Brazylii, gdzie pielgrzymował. Kolejne pojechały do Afryki. Jan Paweł II miał zwyczaj zabierać ikonę Matki Bożej Jasnogórskiej jako dar, tam dokąd pielgrzymował. Te ikony przekazywali mu paulini. Ikony podarowane przez paulinów są w różnych miejscach: od małej wioski pod Częstochową, po Ukrainę, Stany Zjednoczone, Filipiny i wiele innych krajów. W sezonie na wałach jasnogórskich także jest wystawiona malowana przeze mnie ikona. Nie umiem wyliczyć wszystkich krajów, do których trafiły ikony, bo przez 40 lat namalowałem ich sporo. Któregoś dnia o. Paweł, franciszkanin, zadzwonił do mnie i powiedział: „Panie Mariuszu, jestem w Asyżu i tu wisi ikona Matki Bożej namalowana przez Pana”. Okazało się, że tę ikonę podarował Ojciec Święty w czasie spotkania modlitwy o pokój z przedstawicielami innych religii. Nie miałem o tym zielonego pojęcia.

Czy do malowania Ikony Jasnogórskiej trzeba się jakoś specjalnie przygotować?

Na pewno nie ma mowy o seryjnym malowaniu. Zawsze to malowanie przeżywam. Gdy byłem młodszy, to miałem czasem – jak się to mówi – pstro w głowie. Z czasem przyszła głębsza świadomość, potrzeba formacji. Dziś ciężko byłoby mi przystąpić do malowania ikony, gdybym nie był w stanie łaski uświęcającej, nie uczestniczył codziennie w Eucharystii. Po prostu inny stan przeszkadzałby mi w pracy. Bywają trudności, bo to nie jest prosto tak sobie usiąść i namalować. Ważna jest technika – na namalowanie jednej ikony składa się 40 różnych czynności. Czasami zdarzają się jakieś niewytłumaczalne zjawiska, np. kolega, który od wielu lat robi mi deski pod ikony, kiedyś przywoził autem na przyczepce dwie takie deski. Były one, jak zawsze, skrępowane mocnymi taśmami, że byka można byłoby uwiązać i nie zerwałby się. I w pewnym momencie, gdy jechał do mnie, usłyszał huk. Patrzy, a deski leżą na jezdni. Taśmy zostały zerwane. Na szczęście same deski się nie uszkodziły. Kilka razy – można tak powiedzieć – dostałem ikoną w głowę, gdy stojąca na sztalugach ikona ni stąd ni zowąd na mnie spadła. Zdarzało się, że doznałem jakiegoś urazu przy przenoszeniu ikony. Te małe przeciwności są jednak dla mnie znakami, które przekonują mnie, że dzięki ikonie coś się stanie dobrego. W mojej pracy to jest dla mnie najważniejsze: malując, myślę o tym, że może się zdarzy przy tej ikonie, za pośrednictwem Matki Bożej tam, dokąd ona trafi, jakieś nawrócenie, uzdrowienie, jakieś dobro.

[…]

A jaka była Pana droga do wiary?

Mój dom rodzinny był tradycyjnie katolicki, a potem miałem to szczęście spotkać kobietę, moją żonę, która również z tego rdzenia katolickiego wyszła. Kilka lat temu razem wstąpiliśmy do Domowego Kościoła. Tam dzielimy się różnymi doświadczeniami z naszego życia, w nadziei, że może komuś w ten sposób pomożemy. Żona jest też animatorem w grupie charyzmatycznej, gdzie i ja bywałem na spotkaniach. W Domowym Kościele odkryłem wartość wspólnej modlitwy, czytania Pisma Świętego, dzielenia się tym. To bycie we wspólnocie z innymi braćmi i siostrami wniosło w moje życie wiele radości.

45 lat małżeństwa to spory staż. Jaka jest recepta na udane, długoletnie małżeństwo?

Żona jest dla mnie często muzą i inspiracją. Bywa, że gdy zapamiętam się w malowaniu i nie dostrzegam czegoś, to ona, choć nie ma uzdolnień plastycznych, ale ma tzw. oko, w sposób delikatny, sobie właściwy, zwraca mi uwagę. Czasem się obruszam, ale potem widzę, że ma rację.

Aby coś zbudować razem, trzeba mieć już na początku małżeństwa wspólną solidną bazę, i myślę tu o bazie katolicyzmu. Jestem też przekonany, że prowadziła nas Matka Boża. Z perspektywy czasu widzę, że to, co na początku było dla mnie nieszczęściem – oblane egzaminy na ASP – stało się błogosławieństwem. Nie wiem, co robiłbym jakbym skończył akademię – może na stryszku bym przymierał głodem w oparach alkoholu? Nie wiem, ale czuję, że Matka Boża poprowadziła mnie i nas za rękę, że dzięki Niej jestem dziś pięciogwiazdkowym dziadkiem.

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, moment, który pamiętam do dziś: byłem na Jasnej Górze, to było poza sezonem, chyba w październiku. Urzekła mnie atmosfera tego miejsca i w duchu pomyślałem sobie jako dzieciak, że chciałbym tu być i tu pracować. I Matka Boża mnie wysłuchała. Dla mnie największym cudem, jaki Matka Boża sprawiła w naszym życiu jest to, że jesteśmy małżeństwem, kochamy się, żyjemy jak normalni ludzie. Wszystko oddaliśmy z żoną Matce Bożej.

Rozmawiała Anna Dąbrowska


Wywiad w całości ukazał się na łamach dwumiesięcznika franciszkańskiego „Posłaniec św. Antoniego z Padwy” nr 4/2017. Zapraszamy na stronę pisma: www.poslaniecantoniego.pl, gdzie można przeczytać inne ciekawe teksty i dowiedzieć się więcej o dwumiesięczniku. Polecamy!

Za: www.franciszkanie.pl