11 lutego, we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, Kościół obchodzi Światowy Dzień Chorego. W tegorocznym orędziu Ojciec Święty Leon XIV proponuje obraz miłosiernego Samarytanina jako wzór prawdziwej miłości określonej słowami „miłować, niosąc cierpienie drugiego człowieka”. Papież przypomina, że współczucie nie kończy się na wzruszeniu. Musi stać się konkretnym gestem bliskości, zatrzymaniem się przy cierpiącym, opatrzeniem ran i towarzyszeniem tak długo, jak potrzeba.
Ten samarytański styl życia od wieków wcielają w czyn siostry zakonne. Nie czekają na idealne warunki. Po prostu idą tam, gdzie jest ból, samotność i strach. Do szpitali, domów opieki, hospicjów, ale także do zwykłych mieszkań na osiedlach. Tam przynoszą nie tylko pomoc, lecz także ciepło Bożej obecności.
Nazaretanka przy łóżku dziecka
W Warszawskim Hospicjum dla Dzieci siostra Karola, nazaretanka, wolontariuszką jest już od kilku lat. Siedzi przy małych pacjentach, trzyma ich za rękę i słucha szeptanych marzeń o zwykłym bieganiu po trawie czy zabawie z psem. Czasem śmieją się razem z drobnych rzeczy, czasem po prostu patrzą, jak przez okno wpada poranne słońce na policzek dziecka. Jest blisko nie tylko dzieci ale całych rodzin bo cierpienie dziecka jest cierpieniem ich wszystkich. W rozmowie słyszymy od siostry, że „Miłość nigdy nie umiera”. Widzi to za każdym razem w oczach rodziców, którzy nawet po latach czują bliskość swoich dzieci, które odeszły do Pana. Ta bliskość trwa jak delikatne ciepło, które zostaje na dłoni po uścisku.
Codzienność tam, gdzie nie wystarcza system
Siostry nazaretanki nie ograniczają się do jednego miejsca. Są obecne w domach opieki dla osób starszych, w szpitalach, a także w domach chorych, do których dojeżdżają wtedy, gdy choroba zamyka kogoś w czterech ścianach. Tam, gdzie nawet lekarze się poddają, one przychodzą z kubkiem herbaty, różańcem i zwykłą rozmową o życiu. Choroba odbiera siły, ale nie odbiera potrzeby bycia widzianym i kochanym. Wspólny posiłek, wspomnienie dawnych świąt, cichy śmiech nad czymś, co wydawało się już niemożliwe, stają się małym cudem nadziei.
Towarzyszenie do końca
W Miechowie siostry albertynki towarzyszą chorym w opiece stacjonarnej i domowej. Posługują dorosłym i dzieciom w ostatnich chwilach życia. Nie tylko zmieniają opatrunki i podają leki. Siedzą przy łóżku, modlą się razem, słuchają wspomnień z życia, a czasem po prostu trzymają za rękę w ciszy, gdy słów już nie ma. Ich obecność sprawia, że nawet najcięższe dni stają się mniej samotne.
Podobne świadectwo płynie z Wilna, gdzie siostra Michaela Rak ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego założyła i prowadzi jedyne hospicjum stacjonarne dla dorosłych i dzieci. Sama nazywa je szkołą życia i bliskości. Towarzyszy umierającym, modli się z nimi, rozmawia o Bogu i o zwykłych sprawach, potrafi śmiać się, gdy jest ku temu okazja. Podkreśla, że hospicjum nie jest umieralnią, lecz przestrzenią, w której prawda o życiu wychodzi na jaw, a miłość staje się namacalna. Jej posługa rezonuje także w Polsce.
W Krakowie siostry felicjanki pielęgnują chorych w duchu błogosławionej Hanny Chrzanowskiej. Opieka to nie tylko medycyna. To codzienne bycie razem, wspólne picie herbaty, rozmowy o rodzinie, cicha modlitwa przy łóżku i pomoc w ostatnich pożegnaniach. Każdy ma tu pozostać do końca godny i niepozostawiony samemu sobie.
Miłość, która ma ręce
Ta posługa stanowi serce życia zakonnego. Papież przypomina, że opieka nad chorymi jest autentycznym działaniem Kościoła. To miłość, która schodzi na ziemię, ma ręce i głos. Miłosierny Samarytanin nie tylko współczuł. Podniósł rannego, zawiózł do gospody i zapłacił za opiekę. Siostry czynią dziś to samo. Zamiast osła mają stare samochody albo rowery. Zamiast gospody mały pokoik w hospicjum albo kuchnię w bloku. Czasem jest to adoracja w ciszy sali chorych. Czasem wspólne oglądanie bajki z dzieckiem, które nie może już wyjść na dwór. Czasem milczenie przy łóżku, ale milczenie pełne obecności Boga.
Święto, które trwa
W Światowy Dzień Chorego warto pomyśleć o siostrach które właśnie teraz zmieniają opatrunek, wycierają łzy, śpiewają cicho „Zdrowaś Maryjo” albo śmieją się z żartu dziecka, które mimo wszystko chce jeszcze pośmiać się z życia.
One są dzisiejszymi samarytankami.
Dzięki nim Kościół nadal pochyla się nad ranami świata.
Sisters News Service
