Chirurg, żołnierz, zakonnica

Siostra Deirdre Byrne, wyróżniona przez Donalda Trumpa w Dzień Niepodległości, nie tylko uratowała życie i zdrowie wielu osób, ale też nieustannie stara się ratować ludzkie dusze.

Podczas tegorocznego świętowania amerykańskiego Dnia Niepodległości Donald Trump publicznie wyraził uznanie dla osób, które „uczyniły Amerykę lepszym miejscem”. Wśród wymienionych bohaterów – strażaków, ratowników czy policjantów – znalazła się też pewna zakonnica. Kim jest siostra Deirdre Byrne i czym zasłużyła sobie na miejsce w tak zaszczytnym gronie?

Powołana w łonie matki

Okazuje się, że jej aktywnościami można by obdzielić co najmniej kilka osób. Nim przywdziała habit, służyła w korpusie medycznym amerykańskiej armii, pełniąc swoje obowiązki m.in. w Afganistanie. Jako chirurg misyjny pracowała w Kenii, na Haiti, w Sudanie czy Iraku. Po ataku na World Trade Center znalazła się wśród tych, którzy ratowali ofiary i pomagali strażakom. Obecnie zaś prowadzi w Waszyngtonie placówkę medyczną opiekującą się najuboższymi. To oczywiście nie wszystko, czego dokonała przez ponad 60 lat życia, ale i tak trzeba przyznać, że jak na jedną osobę – to całkiem sporo.

Deirdre Byrne, nazywana przez przyjaciół „siostrą Dede”, żartuje czasem, że jej powołanie do życia zakonnego „zaczęło się w łonie matki”. Dorastała bowiem w dużej, pobożnej, katolickiej rodzinie. Byrne’owie mieszkali na przedmieściach Waszyngtonu, w McLean – kilkudziesięciotysięcznej jednostce osadniczej należącej już do stanu Wirginia. Rodzice Deirdre codziennie uczestniczyli we Mszy Świętej.

Podobnie naturalne wydaje się jej powołanie do służby lekarskiej – ojciec był chirurgiem klatki piersiowej, więc nauka w szkole medycznej w Georgetown stanowiła kontynuację rodzinnej tradycji. Przyszła zakonnica miała siedmioro rodzeństwa i chcąc poprawić trudną sytuację finansową rodziny, postanowiła skorzystać z programu stypendialnego oferowanego przez wojsko. W 1978 r., jako studentka medycyny, wstąpiła do amerykańskiej armii i tak zaczęła się przygoda z wojskową medycyną rodzinną i chirurgią, która trwała prawie trzydzieści lat.

Poszukiwany: lekarz katolicki

Po trzyletnim okresie stypendialnym przyszedł czas pełnoetatowej służby wojskowej. Najpierw przez trzynaście miesięcy Byrne służyła na egipskim półwyspie Synaj jako łącznik między armią a mnichami z klasztoru św. Katarzyny. Następnie zgłosiła się na ochotnika do służby w Korei. Tam po raz pierwszy miała okazję asystować chirurgom podczas operacji. – Byłam spragniona praktycznych doświadczeń i cieszyłam się już na myśl, że sama będę kiedyś takie operacje przeprowadzać – opowiada amerykańskim dziennikarzom.

Po wypełnieniu zobowiązania siedmioletniej służby na pełnym etacie postanowiła zająć się medycyną misyjną. W 1989 r. pracowała w Indiach z siostrą o imieniu Frederick, która przyuczała ją do zawodu chirurga. Przyjaźń z tą zakonnicą sprawiła, że Deirdre poczuła podobne, „podwójne” powołanie. Niestety, pragnienie pójścia do zakonu musiało zostać zawieszone na czas zdobywania w armii specjalizacji chirurgicznej.

Jednak kolejne sploty życiowych okoliczności znów miały pokierować myśli Byrne w stronę powołania zakonnego. W 1996 r. asystowała przy operacji na otwartym sercu kard. Jamesa Hickeya, ówczesnego arcybiskupa Waszyngtonu. Opiekowała się nim również później, gdy dochodził do zdrowia. W następnym roku otrzymała z kolei zadanie zabezpieczenia od strony medycznej pięciodniowej wizyty Matki Teresy w Waszyngtonie. Matka Teresa z Kalkuty była wzorem dla Deirdre od czasów szkoły średniej, więc nasilone pragnienie wstąpienia w szeregi misjonarek Miłości wydało się jej w tym momencie czymś naturalnym. Jednak jezuita ks. John Hardon przekonał ją wówczas, że Ameryka potrzebuje katolickich lekarzy i że znajdzie dla niej odpowiedni dom.

Powietrzny archanioł

Tak też się wkrótce stało. W 2000 r., po czasie spędzonym w Kalifornii, Deirdre Byrne wróciła na zaproszenie kard. Hickeya do Waszyngtonu, by służyć ubogim. 11 września 2001 r. znalazła się w Nowym Jorku, dokąd dzień wcześniej odwoziła na leczenie jedną z sióstr zakonnych. Wieczorem po zamachu wraz z dwiema innymi siostrami udała się pieszo do Strefy Zero, by przez kolejne dwa dni wspierać strażaków i udzielać pomocy poszkodowanym.

Nadal współpracowała z misjonarkami Miłości, w tym czasie poznała jednak inną wspólnotę – Zgromadzenie Małych Pracownic Najświętszych Serc Jezusa i Maryi. Założony we Włoszech zakon koncentruje się na modlitwie i adoracji eucharystycznej, a należące do niego siostry są nauczycielkami i lekarkami. Byrne wstąpiła do wspólnoty w 2002 r., a dwa lata później złożyła pierwsze śluby. Jednak wojsko, angażujące się wówczas mocno w konflikty w Afganistanie oraz Iraku, ściągnęło ją do siebie jako rezerwistkę. W 2008 r. została wysłana na trzy miesiące do Afganistanu, gdzie opiekowała się rannymi mieszkańcami. Po powrocie całkowicie wycofała się z armii, by dwa lata później złożyć śluby wieczyste w swojej wspólnocie.

Co siostra robi obecnie? Pracuje jako chirurg ogólny w szpitalu non profit Sibley Memorial Hospital w Waszyngtonie, wykonując bezpłatne operacje dla ubogich i uchodźców. Jest też członkiem zarządu organizacji non profit Archangel Airborne („powietrzny archanioł”), zrzeszającej pielęgniarki, lekarzy i pilotów linii lotniczych. Organizacja ta przeprowadza specjalne operacje humanitarne, niosąc pomoc osobom żyjącym w skrajnym ubóstwie, ofiarom niesprawiedliwości społecznej albo w sytuacjach katastrofy czy klęski żywiołowej.

Za życiem… wiecznym

Skąd czerpie siłę? Jej życiową dewizą są słowa Matki Teresy: „Miej oczy utkwione w krzyżu”. Siostra Dede podkreśla, że powinniśmy zrobić wszystko, by pozostać w stanie łaski. Dla katolika oznacza to przystępowanie do spowiedzi oraz Komunii Świętej, a także, jeśli to możliwe, adorowanie Najświętszego Sakramentu. Drugim zadaniem, które zakonnica stawia przed sobą, jest mówienie ludziom prawdy, nawet gdy wydaje się to trudne. – Kiedy przychodzi do mnie pacjent, który mieszka z kimś bez ślubu albo stosuje antykoncepcję, staram się z nim szczerze rozmawiać o woli Bożej – opowiada. Przypomina też swoim podopiecznym o tym, że w każdej chwili mogą stanąć przed Bogiem, dlatego powinni przemyśleć swoje życie i odwrócić się od grzesznych przyzwyczajeń. – Nie mówię tego, by ich oceniać, ale dlatego, że ich kocham – podkreśla. Okazuje się jednak, że pacjenci przyjmują te napomnienia i nie obrażają się za nie.

Siostra Dede pomaga też kobietom, które wzięły pigułkę poronną, ale krótko potem żałują swojej decyzji. Podkreśla, że często są one ofiarami manipulacji ze strony organizacji Planned Parenthood, która wmawia im, że ciąża to tylko „zlepek komórek”. Niektóre bywają przekonywane „argumentami” o kolorze skóry, stanie cywilnym albo potrzebie pieniędzy. Na szczęście w wielu sytuacjach można uratować życie nienarodzonego dziecka, podając kobiecie w ciągu 72 godzin od zażycia pigułki dodatkowy progesteron. Według zakonnicy takie działanie może być skuteczne nawet w połowie przypadków. – Bez względu na to, co się stanie – czy dziecko umrze, czy przeżyje – Jezus cieszy się z próby uratowania dziecka – twierdzi siostra Dede. – Dlatego mówię pacjentkom, że jestem nie tylko lekarzem pro life, czyli za życiem. Ja jestem za życiem wiecznym.

Szymon Babuchowski, Gość Niedzielny 33/2019

Za: www.gosc.pl