Dziesiątki tysięcy ludzi na papieskiej mszy w Bangkoku

Ponad 60 tys. wiernych przybyło na mszę odprawioną w czwartek przez papieża Franciszka na stadionie narodowym w stolicy Tajlandii, Bangkoku. Obecni byli też katolicy z Kambodży, Laosu i Wietnamu. W homilii papież mówił o pladze prostytucji i handlu ludźmi.

Na stołecznym stadionie, zbudowanym w 1998 roku, zgromadziło się około 60 tysięcy osób. Większość z nich zajęła miejsca na trybunach. Ci, którzy nie otrzymali kart wstępu – te rozeszły się błyskawicznie – pozostali wokół ogromnego ośrodka sportowego Hua Mak. Ludzie gromadzili się także na małym stadionie obok, gdzie papież przywitał się z nimi przed mszą.

Pobliskie ulice udekorowano białymi i żółtymi barwami Watykanu. Na papieską mszę zmierzały rodziny w tradycyjnych strojach tajskich oraz zorganizowane grupy pielgrzymów, którzy przybyli z najdalszych zakątków Tajlandii. Wiele osób trzymało biało-żółte chorągiewki i portrety Franciszka.

W homilii papież mówił o pierwszych misjonarzach, którzy przybyli na ziemie obecnej Tajlandii przed prawie czterema wiekami. „Słuchając słowa Pana, starając się odpowiedzieć na Jego pytania, mogli zobaczyć, że należą do rodziny znacznie większej niż ta, która jest zrodzona z więzów krwi, kultury, regionu lub przynależności do określonej grupy” – powiedział Franciszek.

Misjonarze „pobudzeni mocą Ducha Świętego i napełniwszy swoje torby nadzieją zrodzoną z dobrej nowiny Ewangelii, wyruszyli w drogę, by szukać członków tej swojej rodziny, których jeszcze nie znali” – wskazał papież. „Bez tego spotkania chrześcijaństwu brakowałoby waszego oblicza; zabrakłoby śpiewów, tańców, które stanowią tajski uśmiech, tak typowy dla waszych ziem” – dodał.

Papież tłumaczył, że planu Bożego „nie można sprowadzać do garstki osób lub do określonego kontekstu kulturowego”. „Uczeń-misjonarz nie jest najemnikiem wiary ani werbownikiem prozelitów, lecz żebrakiem, który uznaje, że brakuje mu braci, sióstr i matek, z którymi mógłby celebrować i świętować nieodwołalny dar pojednania, jaki Jezus daje nam wszystkim” – zauważył.

Przywołując 350-lecie utworzenia Wikariatu Apostolskiego Syjamu, czyli obecnej Tajlandii, Franciszek ocenił, że rocznica ta nie oznacza nostalgii za przeszłością, ale „ogień nadziei”, aby móc odpowiedzieć na wyzwania obecnych czasów z „determinacją, mocą i ufnością”.

Franciszek poruszył jeden z największych problemów społecznych Tajlandii, mówiąc o „dzieciach i kobietach narażonych na prostytucję i handel, oszpeconych w swojej najbardziej autentycznej godności”. Zaznaczył, że są też „niewolnicy narkotyków i nonsensu”.

Wspomniał następnie o migrantach pozbawionych swoich domów i rodzin, o „wyzyskiwanych rybakach, lekceważonych żebrakach”. „Należą oni do naszej rodziny, są naszymi matkami i naszymi braćmi” – powiedział papież.

Homilię zakończył słowami: „Droga wspólnoto tajska, idźmy naprzód, śladami pierwszych misjonarzy, aby spotkać, odkryć i rozpoznać z radością wszystkie twarze matek, ojców i braci”.

Przed mszą Franciszek został przyjęty przez króla Tajlandii Mahę Vajiralongkorna (Ramę X) w Pałacu Królewskim Amphorn. Było to prywatne spotkanie, w którym uczestniczyła też żona monarchy. Franciszek podarował królowi mozaikę przedstawiającą plac Świętego Piotra.

Pałac został zbudowany na początku XX wieku. W 1952 roku, za panowania poprzedniego króla, Ramy IX, została tam założona rozgłośnia radiowa Amphor Sathan, nadająca koncerty jazzowe, w których jako muzyk brał udział sam monarcha.

Publikujemy treść papieskiej homilii:

Stadion Narodowy

Bangkok, 21 listopada 2019 r.

„Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?” (Mt 12, 48). Tym pytaniem Jezus wezwał cały ten słuchający Go tłum do zastanowienia się nad czymś, co mogłoby się zdawać równie oczywiste, jak pewne: kto jest członkiem naszej rodziny, kto do nas należy i do kogo my należymy? Pozwalając, aby pytanie rozbrzmiało w nich w jasny i nowy sposób odpowiada: „Kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką” (Mt 12, 50). W ten sposób przełamuje nie tylko determinizmy religijne i prawne tamtych czasów, ale także wszelkie przesadne roszczenia tych, którzy utrzymywaliby, że mogą uzyskać szczególne prawa do Niego. Ewangelia jest zaproszeniem i darmowym prawem dla wszystkich, którzy chcą ją słyszeć.

Z zaskoczeniem trzeba zauważyć, że Ewangelia jest utkana z pytań, które starają się sprawić trudność, wstrząsnąć i zachęcić uczniów do wyruszenia w drogę, aby odkryli tę prawdę zdolną do dawania i rodzenia życia. Są to pytania, które starają się otworzyć serce i perspektywę na spotkanie z nowością o wiele piękniejszą, niż można to sobie wyobrazić. Pytania Nauczyciela chcą zawsze odnowić nasze życie oraz życie naszej wspólnoty z radością, której nie sposób z niczym porównać (por. Adhort. apost. „Evangelii gaudium”, 11).

Tak stało się z pierwszymi misjonarzami, którzy wyruszyli w drogę i przybyli na te ziemie. Słuchając słowa Pana, starając się odpowiedzieć na Jego pytania, mogli zobaczyć, że należą do rodziny znacznie większej niż ta, która jest zrodzona z więzów krwi, kultury, regionu lub przynależności do określonej grupy. Pobudzeni mocą Ducha Świętego i napełniwszy swoje torby nadzieją zrodzoną z dobrej nowiny Ewangelii, wyruszyli w drogę, by szukać członków tej swojej rodziny, których jeszcze nie znali. Wyszli, by szukać ich twarzy. Trzeba było otworzyć serce na nową miarę, zdolną do przezwyciężenia wszystkich przymiotników, które zawsze dzielą, aby odkryć wiele tajlandzkich matek i braci, których brakowało przy ich niedzielnym stole. Nie tylko ze względu na wszystko, co mogliby im ofiarować, ale także ze względu na to wszystko, czego od nich potrzebowali, aby wzrastać w wierze i zrozumieniu Pisma Świętego (por. Sobór Wat. II, Konst. dogm. „Dei Verbum”, 8).

Bez tego spotkania chrześcijaństwu brakowałoby waszego oblicza; zabrakłoby śpiewów, tańców, które stanowią tajski uśmiech, tak typowy dla waszych ziem. W ten sposób lepiej dostrzegli miłujący plan Ojca, który jest znacznie wspanialszy od wszystkich naszych obliczeń i przewidywań, a którego nie można sprowadzać do garstki osób lub do określonego kontekstu kulturowego. Uczeń-misjonarz nie jest najemnikiem wiary ani werbownikiem prozelitów, lecz żebrakiem, który uznaje, że brakuje mu braci, sióstr i matek, z którymi mógłby celebrować i świętować nieodwołalny dar pojednania, jaki Jezus daje nam wszystkim: uczta jest gotowa, wyjdźcie na poszukiwanie tych wszystkich, których spotkacie po drodze (por. Mt 22, 4.9). To zaproszenie jest źródłem radości, wdzięczności i pełnego szczęścia, ponieważ „pozwalamy Bogu poprowadzić się poza nas samych, aby dotrzeć do naszej prawdziwej istoty. W tym tkwi źródło działalności ewangelizacyjnej” (Adhort. apost. „Evangelii gaudium”, 8).

Minęło 350 lat od utworzenia Wikariatu Apostolskiego Syjamu (1669-2019), znaku rodzinnego uścisku wytworzonego na tych ziemiach. Dwóch tylko misjonarzy miało dość odwagi, aby rzucić ziarna, które od tych dawnych czasów wzrastają i rozkwitając w różnych inicjatywach apostolskich, wniosły swój wkład w życie narodu. Ta rocznica nie oznacza nostalgii za przeszłością, ale ogień nadziei, abyśmy w czasach obecnych również my mogli odpowiedzieć z taką samą determinacją, mocą i ufnością. Jest to świąteczne i wdzięczne wspomnienie, które pomaga nam wyjść z radością, aby dzielić się nowym życiem, pochodzącym z Ewangelii, ze wszystkimi członkami naszej rodziny, których jeszcze nie znamy.

Wszyscy jesteśmy uczniami-misjonarzami, kiedy postanawiamy stać się żywą częścią rodziny Pana i czynimy to, dzieląc się z innymi, tak jak On to uczynił: nie bał się zasiąść do stołu z grzesznikami, aby ich zapewnić, że u stołu Ojca i stworzenia było miejsce zarezerwowane także dla nich. Dotknął tych, którzy uważali się za nieczystych, a pozwalając się im dotknąć, pomógł im zrozumieć bliskość Boga, a ponadto zrozumieć, że byli błogosławieni (por. Św. Jan Paweł II, Adhort. apost. „Ecclesia in Asia”, 11).

Myślę szczególnie o tych dzieciach i kobietach narażonych na prostytucję i handel, oszpeconych w swojej najbardziej autentycznej godności; o tych młodych niewolnikach narkotyków i nonsensu, co doprowadza do przyćmienia ich spojrzenia i zniweczenia ich marzeń; myślę o migrantach pozbawionych swoich domów i rodzin, a także o wielu innych, którzy podobnie jak oni mogą czuć się zapomniani, osieroceni, porzuceni, „pozbawieni siły, światła i pociechy z przyjaźni z Jezusem Chrystusem, bez przygarniającej ich wspólnoty wiary, bez perspektywy sensu i życia” (Adhort. apost. „Evangelii gaudium”, 49). Myślę o wyzyskiwanych grzesznikach, lekceważonych żebrakach.

Należą oni do naszej rodziny, są naszymi matkami i naszymi braćmi. Nie pozbawiajmy naszych wspólnot ich twarzy, ich ran, uśmiechów, ich życia. Nie pozbawiajmy też ich ran i urazów miłosiernego namaszczenia Bożej miłości. Uczeń-misjonarz wie, że ewangelizacja nie polega na pomnażaniu akcesów ani wydawaniu się możnymi, ale na otwieraniu drzwi, aby przeżywać i dzielić się miłosiernym i uzdrawiającym uściskiem Boga Ojca, który czyni nas rodziną.

Droga wspólnoto tajska, idźmy naprzód drogą, śladami pierwszych misjonarzy, aby spotkać, odkryć i rozpoznać z radością wszystkie twarze matek, ojców i braci, którymi Pan chce nas obdarzyć, a których brakuje na naszej niedzielnej uczcie.

Za: www.deon.pl