Home WiadomościZe Świata Kasper Mariusz Kaproń OFM: Największa łaska tego jubileuszu

Kasper Mariusz Kaproń OFM: Największa łaska tego jubileuszu

Redakcja

Przez ostatnie lata dość aktywnie angażowałem się w organizację franciszkańskich jubileuszy: Reguła, Greccio, Alwernia, Pieśń słoneczna, wreszcie osiemsetlecie Paschy św. Franciszka. Konferencje, homilie, artykuły, celebracje. Przygotowałem dłuższy tekst o Greccio, który ukazał się w formie niemalże książkowej; głosiłem braciom konferencje o Regule i Alwerni. W Taracie powstała kaplica Greccio. Przygotowywałem program konferencji naukowej w Santa Cruz, która ostatecznie odbyła się już beze mnie. Przetłumaczyłem i zebrałem w jednym tomie pięć książek Zdzisława Kijasa poświęconych tym jubileuszom. Ponad pięćset stron pod wspólnym tytułem Francisco de Asís. El itinerario del cumplimiento espiritual. Droga duchowego spełnienia. Pięć jubileuszy, pięć wydarzeń, które w lekturze Kijasa nie są osobnymi obrazkami z życia świętego, ale układają się w jedną drogę: od Reguły przez Greccio, stygmaty i Pieśń stworzeń aż po śmierć Franciszka. I chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć, jak niebezpieczny jest ten tytuł.

Bo można mówić o spełnieniu i wyobrażać sobie harmonijne domknięcie życia. Człowiek dojrzewa, oczyszcza się, osiąga pokój, a na końcu, jak na dobrym obrazie religijnym, umiera otoczony braćmi, podczas gdy gdzieś w pobliżu śpiewają ptaki. Wszystko się zgadza. Wszystko ma swoje miejsce. Franciszek odchodzi szczęśliwy. Tylko że Franciszek jak go przedstawia Kijas taki nie jest.

Dlatego z pewnym dystansem przeczytałem rozmowę z o. Leonardem Bieleckim w „Przewodniku Katolickim” zatytułowaną Żyć i umrzeć szczęśliwym. Nie dlatego, że jest w niej coś fałszywego. Przeciwnie, pojawia się tam także trafna uwaga, że patrząc na Zakon, będący przecież dziełem jego życia, Franciszek mógł być rozczarowany kierunkiem, jaki ten Zakon obrał. A jednak jest to inna tonacja niż ta, którą znajduję u Kijasa. Ktoś nazwał kiedyś pewien sposób opowiadania o Biedaczynie „franciszkanizmem w trampkach”. Franciszek sympatyczny, lekki, trochę kwiatków, trochę ekologii, dużo radości, koniecznie ptaszki. Trudności owszem są, ale Franciszek przezwycięża je mocą całkowitego zawierzenia Bogu. Tylko że czasem jakby zabrakło dramatu Wielkiego Piątku i biblijnego krzyku rozpaczy: „Boże mój , Boże mój, czemuś mnie opuścił”. A bez Wielkiego Piątku trudno zrozumieć ostatnie lata Franciszka.

Pięć jubileuszy obchodzonych przez rodzinę franciszkańską układa się u Kijasa w jeden itinerariusz. Nie jest to pięć pięknych obrazów z życia świętego, ale kolejne etapy bolesnego dojrzewania człowieka, któremu Bóg stopniowo odbiera możliwość oparcia się na tym, co sam budował. Reguła nie jest więc jedynie pięknym momentem, kiedy to papież zatwierdza franciszkański sposób życia. Za nią kryje się dramat: jego własne dzieło zaczęło wymykać mu się z rąk. Musiał zgodzić się na to, że nie będzie ona takie, o jakim marzył. I może to jest jedna z najtrudniejszych form ubóstwa. Łatwiej pozbyć się rzeczy niż zrezygnować z przekonania, że wiem, jak powinien wyglądać mój Zakon, moja wspólnota, mój Kościół.

I właśnie po tej nocy przychodzi Greccio. Franciszek nie odzyskuje kontroli i nie wygrywa sporu. Nie przedstawia programu naprawczego Zakonu. Klęka przed eucharystią, gdzie Bóg staje się mały. Może właśnie człowiek, któremu rozpada się jego własna wielkość, zaczyna rozumieć małość Boga. Greccio przestaje być wtedy słodką franciszkańską szopką. Jest owocem nocy. Dopiero człowiek, który przestaje kurczowo trzymać się własnego dzieła, może uklęknąć przed Bogiem, który niczego nie udowadnia.

Potem jest Alwernia. Jeszcze mniej sentymentalna, gdzie Franciszek nie tylko kontempluje Chrystusa, lecz zostaje do Niego upodobniony. Ciało zaczyna mówić to, czym żyła dusza. Stygmaty nie są religijnym odznaczeniem za dobrze przeżyte życie. One są krwawiącą raną. Chrystus nie daje Franciszkowi pamiątkowego medalu. Wpisuje w jego ciało krzyż.

A potem wydarza się rzecz jeszcze bardziej paradoksalna. Człowiek coraz bardziej chory, niemal niewidomy, cierpiący i pozbawiony wielu wcześniejszych możliwości zaczyna śpiewać o świecie. Laudato si’, mi’ Signore. Brat Słońce, Siostra Woda, Brat Ogień, Matka Ziemia. To nie jest piosenka romantyka zachwyconego umbryjskim pejzażem. Śpiewa człowiek, który przeszedł przez noc. Dlatego może przyjąć świat bez potrzeby posiadania go. Może nazwać stworzenia braćmi i siostrami, ponieważ już nie potrzebuje ich sobie podporządkowywać.

I wreszcie Franciszek potrafi powiedzieć: „siostra śmierć”. Nie dlatego, że śmierć przestała być śmiercią. Nie dlatego, że święty osiągnął jakiś stan duchowego znieczulenia. Może ją nazwać siostrą, ponieważ wcześniej nauczył się umierać. I chyba właśnie tutaj tegoroczny jubileusz zaczyna dotykać mnie inaczej, niż się spodziewałem.

Jeszcze rok temu sądziłem, że będę przede wszystkim organizował osiemsetlecie Paschy św. Franciszka. I rzeczywiście organizowałem. Przygotowywałem celebracje, teksty, konferencje. Mówiłem o śmierci Franciszka, jego ogołoceniu i o dojrzewaniu do Paschy. Tłumaczyłem Kijasa. Czytałem o tym, jak Franciszek uczył się tracić siebie. Nie przypuszczałem, że do samego jubileuszu dojdę w momencie, kiedy te słowa zaczną brzmieć bardzo osobiście.

Nie dzieje się nic spektakularnego. Nie chcę również nadawać osobistemu zmęczeniu rangi mistycznej nocy ciemnej. Takich słów należy używać ostrożnie. Jestem po prostu trochę zmęczony, zdezorientowany i trochę zagubiony. Brakuje mi dawnej radości i coraz częściej łapię się na krytykowaniu rzeczywistości. A bardzo nie chciałbym zostać człowiekiem, który już tylko wie, jak wszystko powinno wyglądać. Człowiekiem, który zamiast żyć, komentuje życie innych, zamiast budować, wylicza, co zbudowano źle. Pojawia się zatem moje „nie wiem” i właśnie to „nie wiem” wydaje mi się dzisiaj bardzo ważne.

Przez wiele lat człowiek buduje sobie obraz własnego życia. Ma projekty, obowiązki, funkcje. Ma własne wyobrażenie o Zakonie i o Kościele. Wie, jak powinny wyglądać studia, formacja, duszpasterstwo, liturgia, życie wspólnotowe. Wie, czego należałoby wymagać od innych i od siebie. A potem być może przychodzi moment, kiedy największym ciężarem nie są już rzeczy materialne, gdyż najcięższe okazują się własne wyobrażenia.

Może właśnie tego balastu trzeba się pozbyć. Nawet nie książek i nie przedmiotów nagromadzonych przez lata. Z tym można sobie poradzić w ciągu kilku godzin. Znacznie trudniej wyrzucić z duchowego plecaka własne projekty, oczekiwania, przekonanie, że coś powinno było potoczyć się inaczej. Jeszcze trudniej zrezygnować z obrazu samego siebie, który przez lata pieczołowicie budowaliśmy.

I tutaj książka Kijasa spotyka się z jego konferencją Zmierzch Zakonu?!. Kijas stawia pytanie brutalnie proste: czym właściwie są nasze jubileusze? Czy stają się początkiem nowego dynamizmu i nowej jakości naszej obecności, czy są tylko wspominaniem tego, co było, ale „już dłużej takie być nie może”? Czy te rocznice są zmierzchem czegoś, co nie chce jeszcze zejść ze sceny, czy iskrą nowej przyszłości?

To pytanie dotyczy Zakonu znacznie bardziej niż kolejnej reorganizacji prowincji. Od lat patrzymy na spadek liczby powołań. Łączymy klasztory i zamykamy domy. Tworzymy nowe struktury, komisje, programy. Bardzo mocno brzmią w tym kontekście słowa Leona XIV skierowane 21 września do kapucynek klarysek. Papież mówił właśnie o zmniejszającej się liczbie powołań i o pokusie skupienia się na ratowaniu tego, co jeszcze pozostało. Papież zaproponował odwrócenie perspektywy: nie patrzeć najpierw na siłę liczebną, ale na jakość życia; nie dać się sparaliżować kurczeniu wspólnot, lecz odnawiać życie, autentyczność relacji i doświadczenie Boga. Przypomniał przy tym, że powołania nie rodzą się ze strategii organizacyjnych ani z kampanii przygotowanych przy biurku, lecz z modlitwy, zażyłości z Ewangelią i ciszy.

To jest myśl znacznie bardziej radykalna, niż na pierwszy rzut oka wygląda. Bo może się okazać, że pewnych struktur nie trzeba ratować. Może nie wszystko, co umiera, należy reanimować.

Kijas w Zmierzchu Zakonu?! idzie jeszcze dalej. Pyta, czy nasze procesy odnowy i kapituły nie przypominają czasem nakładania makijażu na zmarszczki starzejącej się twarzy. Pisze też o naszej skłonności do obchodzenia kolejnych rocznic, remontowania, tworzenia nowych przedsięwzięć i budowania systemów zabezpieczeń, za którymi może kryć się zwyczajny lęk przed niepewną przyszłością. Czytam te słowa kilka dni przed uroczystością św. Franciszka i trudno mi uciec od pytania, czy nie dotyczą również mnie.

Przecież można całe życie mówić o ubóstwie i jednocześnie posiadać własny projekt Kościoła, broniąc go z zaciekłością właściciela. Można zostawić rodzinę, kraj i pojechać na drugi koniec świata, a po latach odkryć, że najtrudniejszą rzeczą do oddania jest własna wizja tego, jak powinien wyglądać Zakon, misja, wspólnota, uniwersytet czy parafia.

Może więc jubileusz Paschy Franciszka nie pyta mnie o to, jak przygotuję Transitus 3 października. Nie pyta o dekorację kościoła, kazanie ani o kolejną konferencję. Pyta mnie, co jestem gotów zostawić i co powinno umrzeć.

Nie w geście obrażonego człowieka, który odchodzi, ponieważ świat nie spełnił jego oczekiwań. To byłoby dokładnym przeciwieństwem franciszkańskiego ogołocenia. Chodzi raczej o zgodę na to, że nie wszystko musi zostać uratowane. Także we mnie. Być może pewne wyobrażenia spełniły już swoją funkcję, a liczne projekty doprowadziły mnie właśnie tam, gdzie obecnie jestem. Trzeba zatem pozostawić moje własne sposoby patrzenia na Kościół i Zakon.

Nie wiem jeszcze, co zostanie, ale może właśnie dlatego po raz pierwszy naprawdę rozumiem podtytuł książki, którą przetłumaczyłem: El itinerario del cumplimiento espiritual. Droga duchowego spełnienia.

Spełnienie nie jako dodawanie kolejnych osiągnięć. Nie jako realizacja wszystkich projektów i nie jako spokojne stwierdzenie pod koniec życia: udało się. Nie jako droga szczęśliwego życia, aby móc szczęśliwie umrzeć. Nie jako „franciszkanizm w trampkach”. Przeciwnie. U Franciszka spełnienie dokonuje się przez utratę i przez noc. Nie jest to franciszkanizm lekki i sympatyczny, ale może właśnie dlatego po ośmiuset latach pozostaje prawdziwy.

Przygotowywałem się przez kilka lat do jubileuszu Paschy św. Franciszka. Myślałem, że przygotowuję celebracje, konferencje, dekorację i koncert. Dzisiaj zaczynam podejrzewać, że jubileusz przygotowywał mnie na coś zupełnie innego i być może właśnie to jest największą łaską tych ośmiuset lat.

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda