Misja w miejskiej dżungli

Nowe prawo w Chinach zakłada, że dopiero po ukończeniu pełnoletności będzie można decydować o tym, czy chce się wyznawać daną wiarę czy też nie. Sprowadza się to do tego, że funkcjonariusze stoją przy świątyniach i sprawdzają czy uczestniczy nabożeństw mają ukończone osiemnaście lat – z o. Sławomirem Kaliszem OMI, misjonarzem pracującym w Hongkongu, rozmawia Michał Jóźwiak.

Podobno został Ojciec misjonarzem pod wpływem filmu „Misja” z Robertem de Niro. To prawda?

(śmiech) Tak, to jeden z moich ulubionych filmów i on mocno zaszczepił we mnie to pragnienie. Ale jest jeszcze jedna produkcja, która wywarła na mnie ogromny wpływ. To „Jezus z Nazaretu”. Film został mi bardzo w głowie i od tego momentu poważnie myślałem o kapłaństwie. Było to w szóstej klasie. Tak zaczęło rodzić się we mnie powołanie. Chociaż wtedy nikomu o tym nie mówiłem.

Powołanie, które zaprowadziło Ojca aż do Hongkongu. Jak to się stało?

Można powiedzieć, że to był przypadek. Jeszcze jako seminarzysta, zaraz po upadku reżimu komunistycznego, bardzo przejąłem się losem rodaków na Syberii, w Wierszynie, gdzie teraz pracują misjonarze oblaci. Podczas jednej z podróży spotkałem osoby z tamtego regionu, które szukały księdza, bo przecież kapłana nie było tam przez około siedemdziesiąt lat. Po święceniach chciałem tam pojechać, żeby im pomóc, mimo że wcześniej po głowie chodziła mi wyłącznie Afryka. W seminarium od razu podzieliłem się swoim entuzjazmem z przełożonymi. Rozmawiałem w ówczesnym prowincjałem, o. Józefem Kucem OMI, o tym, że swoją przyszłość widzę właśnie tam. On jednak próbował wybić mi to z głowy i sugerował pracę misyjną w Chinach. Przyjąłem to ze spokojem. Nawet zacząłem mentalnie do tej posługi przygotowywać.

Z Chin wcale nie tak daleko na Syberię.

Otóż to. Może dzięki temu było mi łatwiej. Później już jako diakon spotkałem się z ojcem generałem. Okazało się, że w Chinach nie ma już potrzeby, żeby wysyłać kolejnych misjonarzy. Wtedy wróciły wątpliwości i znowu zacząłem myśleć o Afryce, a konkretnie o Madagaskarze. Napisałem nawet list do ojca generała, że po naszej rozmowie nabrałem pewności co do decyzji przełożonych i jestem gotów do misji na Czerwonej Wyspie. W dniu święceń, kiedy dostaliśmy obediencje, przeczytałem ze zdziwieniem, że jednak jadę do Chin.

Musiał mieć Ojciec mętlik w głowie.

Od jakiegoś czasu uczyłem się już francuskiego, żeby na Madagaskarze było mi łatwiej. Byłem pewien, że trafię właśnie tam. Spodziewałem się baobabów, a jednak zostałem posłany do miejskiej dżungli.

I jak się pracuje w tej wielkomiejskiej dżungli? W Hongkongu mieszka siedem milionów ludzi. Ilu z nich to katolicy?

Około 10%, bo należy zaliczyć do nich nie tylko Chińczyków, ale tez obcokrajowców, przede wszystkim Filipińczyków. Kościoły zazwyczaj są częścią jakiejś szkoły lub bloku mieszkalnego. Bywają takie świątynie jak te, które mamy w Polsce, ale jest ich niewiele. Kościół tworzą jednak przede wszystkim ludzie, a z Chińczykami pracuje mi się świetnie. Są zaangażowani i oddani. W Hongkongu mamy 52 parafie i co roku ponad trzy tysiące osób dorosłych przyjmuje w nich chrzest. Świeccy chrześcijanie są bardzo zaangażowani. Mamy nadzwyczajnych szafarzy Eucharystii, stałych diakonów, lektorów i działa wiele grup. Oblacka młodzież w każdy piątek rozdaje ubogim jedzenie na ulicach miasta – to piękna inicjatywa, która trwa już kilkanaście lat.

W Chinach funkcjonuje Kościół Patriotyczny (uznawany przez władzę) i ten podziemny. Jak to jest z wolnością religijną w Hongkongu?

Hongkong ma podpisaną umowę z Chinami obowiązującą do 2047 r., która teoretycznie gwarantuje mu pewną niezależność od chińskich władz. W praktyce wygląda to różnie. Ostatni kongres partii komunistycznej zatwierdził prawo, które ma dotyczyć wszystkich regionów administracyjnych (w tym Hongkongu) ustanawiające, że edukacja należy tylko do państwa i szkół państwowych.

To może uderzać w katechezę.

Uderzy z całą pewnością. Oznacza to także, że dopiero po osiągnięciu pełnoletności będzie można decydować o tym, czy chce się wyznawać daną wiarę czy też nie. Sprowadza się to do tego, że funkcjonariusze stoją przy świątyniach i sprawdzają, czy uczestniczy nabożeństw mają ukończone osiemnaście lat. Nowe prawo ma obowiązywać we wszystkich prowincjach od 1 lutego 2019 r.

Odnosi się to tylko do chrześcijan?

Nie, takie restrykcje obejmują wszystkie religie.

Widać już jakieś niepokojące znaki?

Ze względu na tę nową ustawę odwołano wszystkie obozy i spotkania organizowane przez Kościół (ten oficjalny). W Hongkongu jeszcze się tego nie wprowadza. Nadal respektuje się zapis o autonomii naszego regionu, choć w szkołach katolickich daje się wyczuć niepokój o to, że ta całkowita swoboda może zostać niebawem naruszona.

Jak nazwać system, który obowiązuje w Chinach? Nie jest to chyba czysty komunizm?

To jakiś nowy twór, który rzeczywiście trudno określić. To nie ten komunizm, z którym mieliśmy do czynienia chociażby w Polsce. Określiłbym go mianem komunistycznego kapitalizmu. Nie ma tu żadnej pomocy socjalnej – za wszystko trzeba płacić zarówno w samych Chinach, jak i w Hongkongu.

Pracuje Ojciec w Hongkongu ponad 20 lat. Czym Ojca zaskoczyło to miejsce?

Po pierwsze jedzeniem. Jest znakomite. Owoce można jeść praktycznie przez cały rok. Najbardziej jednak odpowiada mi brak zimy. Temperatura około 30oC jest dla mnie idealna i w takim klimacie żyje mi się bardzo dobrze.

Syberia pod tym względem byłaby o wiele trudniejsza.

Pan Bóg jednak dobrze wiedział, dokąd mnie posłać. (śmiech)

Rozmawiał Michał Jóźwiak

Za: oblaci.pl.