Nieskromne Notatki z Panamy

Ks. Przemysław Krawiec, pallotyn, wraz z innymi uczestnikami Rejsu Niepodległości jest już w Panamie. Po raz kolejny dzieli się z nami swoimi przeżyciami i przemyśleniami. A robi to z właściwą sobie finezją. Zapraszamy do lektury.

Dzień 0 (12 stycznia)

Od kilku dni pakuję się intensywnie. Układam rzeczy w kupki, przekładam, dokładam, odkładam – zastanawiam się, co będzie przydatne, a co zbędne. Daleka to podróż, najdalsza z dotychczasowych; do Panamy w linii prostej jest nieco ponad 10 tys. kilometrów. Za oknem prószy śnieg, temperatura spadła poniżej zera, a ja muszę wyekwipować się na osiemnastodniowy pobyt w tropikach, o których nie mam bladego pojęcia. Światowe Dni Młodzieży w towarzystwie laureatów z Rejsu Niepodległości mają dodatkowo swój pielgrzymkowy charakter i wygód raczej nie ma się co spodziewać. Tym trudniej mi przewidzieć, jaka rzecz może się przydać. 

W piątek 11 stycznia wszystko jest gotowe: konferencje dla młodych napisane, upominki dla naszych gospodarzy w Panamie kupione, a walizka leży otwarta pośród dobytku rozłożonego wokół. Przyjeżdżają współbracia – kapelani z innych odcinków Rejsu – chwila rozmowy i rozchodzimy się, by choć na moment się zdrzemnąć.

Na lotnisko wiezie nas taksówka. Kierowca nie mówi do nas zupełnie nic, czemu się nie dziwię: jest przecież trzecia w nocy. W hali odlotów na Okęciu jest natomiast gwarno i tłoczno. W większości to nasza, licząca niespełna 300 osób, grupa. Witamy się, ściskamy, żywo rozmawiamy w grupkach z poszczególnych etapów rejsu. Odprawa przebiega sprawnie i autobus zawozi nas do specjalnie wyczarterowanego samolotu: Boeinga 787 Dreamlinera. Zajmujemy miejsca, ale co poniektórzy już próbują je zamienić kręcąc się niespokojnie.

Startujemy i po kilku chwilach serwowane jest śniadanie. „Czy ksiądz nie jest przypadkiem ze Skaryszewskiej?” – pyta uśmiechnięta stweardessa podająca mi na tacy gorące naleśniki i bułkę z dodatkami. Zaskoczony odpowiadam uśmiechem i przytakuję. „A skąd pani zna nasz kościół?” – zaciekawiony zwracam się w jej stronę. „Przyjeżdżałam do was na msze z modlitwą o uzdrowienie. Tam mi się tak dobrze modli” – wyjaśnia i przechodzi dalej, by obsłużyć kolejnych pasażerów. Gdy kilka godzin później pójdę po coś do picia, porozmawiamy dłużej. Ale na razie, po posiłku, samolot pogrąża się na dłużej w sennej ciszy.

Mija połowa lotu i młodzi są znacznie pobudzeni; nieustannie się przemieszczają, sączą sok pomarańczowy i pepsi. Większość radośnie rozmawia – zwłaszcza grupka stojąca kilka rzędów ode mnie. Co jakiś czas dolatuje mnie od niej gromki okrzyk: „Panama, bejbe!”, gdy uniesione, plastikowe kubeczki stukają się w jednoznacznym geście.

Tuż przed końcem lotu podchodzi do mnie znana mi już stewardessa. „Był ksiądz kiedyś na samym przodzie samolotu?” – pyta jednocześnie przepraszając, że nie zainteresowała się tym wcześniej. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nigdy. „W takim razie zapraszam” – mówi serdecznie i prowadzi mnie do kabiny pilota, ukradkiem, by nikt z młodzieży tego nie zauważył. Wchodzę zatem do miejsca znanego mi dotychczas jedynie z filmów (najczęściej katastroficznych). Witam się z kapitanem i pierwszym oficerem. Bardzo życzliwie, acz pobieżnie, jestem poinstruowany o tym, co gdzie się znajduje i że właśnie przygotowywać się będziemy do manewru lądowania. Przez maleńkie okna czołowe spoglądam na biało-błękitne niebo próbując przez podarowany mi ułamek czasu zapamiętać jak najwięcej i ogarnąć tę niezwykłą przestrzeń bez horyzontu, lądu i jakichkolwiek punktów orientacyjnych.

Po wyjściu z samolotu uderza nas ciepło, ale nie tak parne, jak się spodziewałem. Odbieramy bagaże i po odprawie celnej przechodzimy do holu. Od razu dostrzegam młodego chłopaka trzymającego na kiju planszę z napisem: „Rio Hato. Parroquia Santiago Apostol. Padre Krawiec. Polonia”. Po pierwszej euforii i dobrym wrażeniu ogarnia nas stan coraz bardziej nerwowego oczekiwania, co dalej. Trudno to wszystko ogarnąć. Po ponad godzinie siedzenia na tobołkach zajmujemy miejsca w autobusach i busach, które wiozą nas na peryferie. Zatrzymujemy się na 15 minut w miejscu, gdzie można kupić obrane pomarańcze, duże, pieczone pierogi (których nazwa właśnie wypadła mi z głowy) z kilkoma rodzajami nadzienia oraz drobne upominki. Ostatecznie postój zajmuje nam ponad 60 minut. Jedziemy już bezpośrednio do Rio Hato.

Przy kościele czeka na nas spora rzesza mieszkańców; witają nas śpiewem, machają flagami i biją brawo. Wśród uśmiechów i uścisków dłoni wchodzimy do wnętrza bardzo prostego budynku. Zespół muzyczny zaczyna grać piosenki, które w polskiej rzeczywistości nazywane są „śpiewem z pokazywaniem”. Cały tłum podskakuje, klaszcze, tańczy w rytm latynoskich, religijnych dźwięków. Na chwilę głos zabiera proboszcz, po nim parafialny koordynator. Z naszej strony jeden ze studentów wypowiada po hiszpańsku słowa podziękowań. Po animacji muzycznej, która zaangażowała prawie wszystkich, przechodzimy do sali obok na poczęstunek. Rozpoczyna się trudna akcja rozlokowania pielgrzymów do właściwych miejsc. Pojawiają się nerwy, nieporozumienia, ktoś przekrzykuje innego, bo nie dosłyszał ważnej informacji, inny kogoś dopytuje o sprawy organizacyjne – z każdym wyjaśnieniem pojawia się kilka kolejnych niejasności. Nie mam pojęcia, jak ostatecznie udaje się to wszystko ogarnąć.

Ląduję w tzw. „wspólnocie” składającej się z 8 osób (miało być 17, ale pozostałe nie wiadomo jakim trafem znalazły się w dalszej miejscowości) i jednym busem jedziemy jakieś 40 minut do La Mata de Rio. Tam czeka na nas cała wioska; wita nas wystrzałami sztucznych ogni, śpiewem i po królewsku wprowadza do kaplicy. Po krótkiej modlitwie miejscowy koordynator przedstawia poszczególne rodziny i każdy z nas przydzielony zostaje do jednej z nich.

Dzień 1 (13 stycznia)

Siedzę na prostym, drewnianym krześle z oparciem przy drewnianym stole przykrytym przezroczystą ceratą. Pod ceratą znajdują się koronkowe, białe serwetki położone na wzorzystym, plastikowym obrusie. Obok mnie siedzi pan Feliks – głowa rodziny –- mężczyzna około 60-tki, średniej postury, o gładkich rysach twarzy i serdecznym uśmiechu. Jemy śniadanie. Zapach smażonych, kukurydzianych placków obudził mnie już o szóstej rano. Nie spodziewałem się jednak, że obok nich znajdzie się także duży kawałek wątróbki z cebulą. Jadalnia będąca jednocześnie salonem i kuchnią wychodzi z jednej strony na główną ulicę, a z drugiej na przydomowy ogród. Nie jest to najlepsze określenie dla tego kawałka ziemi, gdzie w nieładzie rośnie kilka bananowców, drzewko z owocami guarany, palma kokosowa, a pomiędzy dwiema pomarańczami rozciągnięty jest pleciony hamak oraz sznurek z praniem. Przed wejściem wmurowane w ziemię betonowe korytko wypełnione jest brudnymi naczyniami, a pomiędzy porozrzucanymi w bezładzie wiadrami, skrzynkami, obdrapanym stołem z krzesłem i Bóg wie czym jeszcze, biega pies – jeden z wielu w całej wsi (choć wszystkie wyglądają tak samo).

Przyjęło mnie małżeństwo posiadające cztery córki, ale tylko dwie z nich mieszkają tutaj. Urocza, roczna dziewczynka jednej z nich (jej ojca jakoś nie widać), kręci się nieustannie wokół stołu i tak jak wczoraj późnym wieczorem, tryska niezwykłą energią. Moi gospodarze mieszkają bardzo prosto, wręcz ubogo, ale są pogodni i tacy… zwyczajnie życzliwi. Nie znają oni żadnego języka poza swoim, a moja znajomość hiszpańskiego ograniczona była dotychczas do trzech słów: „Ola”, „Buenos dias” i „gracias”. Krótko mówiąc: nie rozumiemy się, a jakoś trzeba się dogadać. Słowa tworzę zatem ze zlepku dźwięków, gestów i łacińsko-francuskich sformułowań. Widząc, że to im w żaden sposób nie przeszkadza, ośmielam się coraz bardziej eksperymentować ze słowami.

Jedziemy żółtym busem po wertepach; suniemy powoli omijając dziury i większe kamienie. Dojeżdżamy na miejsce Eucharystii zaplanowanej na godz. 10.00. Nie wiemy czemu nie pojawił się proboszcz tej parafii. Musimy poradzić sobie sami. Mszy w języku hiszpańskim przewodniczy zatem ks. Przemek Brodowski i on też wygłasza krótką homilię: wpierw do Panamczyków, później do Polaków. W procesji z darami niesione są środki czystości, papier toaletowy i kilka innych przedmiotów użytku codziennego. Śpiewy są bardzo głośne, dynamiczne, zawsze z klaskaniem; po liturgii spora część młodych zostaje, by je kontynuować. W tym czasie serwowany jest obiad: żurek z solidną wkładką i bananami, a na drugie ryż z jakimś mięsem. Porozsiadaliśmy się w cieniu i rozmawiamy. Na chwilę większość poderwała się, by wraz z miejscowymi zatańczyć tradycyjną „belgijkę”. Kończenie spotkania zajęło nam sporo czasu. Jak zwykle organizacja zaszwankowała i potrzeba było solidnych rozmów ks. Przemka z koordynatorami poszczególnych wspólnot, by ustalić plan na popołudnie i kolejne dni.

Jedziemy na pierwsze zakupy. Przede wszystkim każdy chce zdobyć kartę telefoniczną i włączyć pakiet nielimitowanego internetu. Przy okazji pobytu w supermarkecie młodzi dowiadują się, że piwa nie mogą wziąć, bo jest zakaz dla uczestników ŚDM. Zauważamy jednocześnie, że nasi organizatorzy chodzą za nami krok w krok. Gdy dojeżdżamy na miejsce popołudniowych warsztatów z tańca i śpiewu, pilnują poszczególnych osób, by się nie oddalały, zabraniają wychodzić na ulicę itp. Siedzimy leniwie na ławce przed kościołem, do którego przywieziono nas wszystkich wczoraj. Wcinamy czipsy bananowe, popijamy je sokiem pomarańczowym i łapiemy słońce oraz zasięg w komórkach.

Dzień 2 (14 stycznia)

Wiedziałem, że mogę długo spać, bo śniadanie jest dopiero na 8.00, a o 9.00 mamy wybrać się na tzw. kaskady. Zatyczki w uszach pozwoliły mi nie przejmować się dochodzącym zza ściany chrapaniem, a z rana nie wściekać się piejącym zaciekle kogutem. Stoję przy korytku myjąc spokojnie zęby, gdy w drzwiach pojawia się Ola oraz nasz koordynator Roberto. „Wszyscy na księdza czekają” – oznajmia, a ja próbuję zrozumieć o co chodzi. „Plany uległy zmianie; nikt księdza nie poinformował?” – pyta, choć moje zdziwienie jest wystarczającą odpowiedzią. W locie chwytam przygotowane śniadanie, na stojąco wypijam miętową herbatę i nieco otępiały wlokę się do busa. Widzę, że i inni dojadają coś naprędce, więc wyciągam swoje dwa kukurydziane placki i kawał wątróbki z cebulą. Mimo że plan jest zupełnie inny niż popołudniu nas informowano, jestem pogodnie nastrojony i wesoło rozmawiam z osobami z mojej wspólnoty. Po drodze zabieramy jeszcze trzy kolejne grupy i razem dojeżdżamy do jakiegoś kościoła. Jak wszędzie tak i tu widzimy flagi JMJ i Panamczyków ubranych w koszulki z symbolami Światowych Dni Młodzieży. Miejscowi uczą młodych hymnu oraz kilku innych piosenek. Wyczuwa się jednak spore napięcie wśród uczestników. Mówią otwarcie o tym, że nie podoba im się panujący chaos i brak konkretnej organizacji. Trudno mi zrozumieć, kto jest temu winny; zresztą nie zamierzam szukać winnego. Po części to temperament tej nacji, a po części zbieg różnych okoliczności. Ks. Przemek – jako misjonarz wysłany do tej części świata – próbuje to ogarnąć i wziąć w karby. Prosi mnie, bym powiedział na mszy homilię. Mamy chwilę, więc siadam nad dzisiejszymi czytaniami. Od razu trafiają do mnie słowa: „…przemawiał niegdyś Bóg do ojców naszych…” – z 1 czytania, a następnie Ewangelia, w której Jezus powołuje pierwszych Apostołów. Pojawia się konkretne przesłanie: „Bóg mówi!” Tak jak mówił kiedyś, stwarzając świat, do proroków, przez Jezusa, tak i dziś mówić może do nas na tym ŚDM’ie przez ludzi i wydarzenia. Dotykam sprawy, którą żyją wszyscy i nazywam rzecz po imieniu: „A co Bóg mówi do mnie przez to, że dwa dni żyjemy w takiej dezorganizacji i że tak wielu jest niezadowolonych?” Dzielę się tym, co trafia do mnie: „Do mnie Bóg mówi, że ostatnie dni mojego życia też Mu się nie podobały. I możliwe, że to, co się tu dzieje, jest obrazem mojego życia, jakie od pewnego czasu prowadzę: nieprzygotowanego i na łapu capu”. 

Zaraz po mszy ruszamy na plażę, od której dzieli nas tylko 30 minut pieszej wędrówki. „Ale ksiądz ma psychikę, żeby tak spojrzeć na to, co się dzieje i o tym mówić. Ja nie umiem zobaczyć w tym nic dobrego” – mówi do mnie Weronika, gdy maszerując znajdujemy się obok siebie. Mało kto myśli jednak teraz o sprawach duchowych. Przyświeca nam jeden cel: jak najszybciej znaleźć się w wodzie. Eskortuje nas policja, bo jak się dowiedzieliśmy, nie możemy pójść nad wodę nie zgłaszając tego koordynatorowi, a on powiadomić musi mundurowych. Czy dotyczy to wszystkich turystów? Czy to względy bezpieczeństwa z racji ŚDM’u? Wydaje się nam to dziwne i zabawne zarazem. Lecz wiemy, że i my takimi się jawimy naszym gospodarzom. Dla nich bowiem jest zupełnie niezrozumiałe, jak można się kąpać w oceanie. Od tego są przecież baseny, jest najgorętsza pora dnia, a w wodzie można natknąć się na rekiny lub niebezpiecznie kąsające płaszczki. Jednakże potrzeba kąpieli przeważa nad strachem u wszystkich, więc gdy zauważamy błękitną, spokojną taflę wody, wskakujemy do niej od razu. Piasek, miejscami czarny jak węgiel, parzy niemiłosiernie, dlatego buty zdjąć lepiej nad samą wodą. Siedzimy w niej zupełnie nie licząc czasu. Szalejemy jak dzieci ściągając tym samym uwagę wylegujących się pod palmami na hamakach rybaków. Kąpiąc się w styczniu uznajemy, że śmiało możemy nazwać się morsami. Każdy chce uwiecznić tę chwilę, by wysławszy następnie zdjęcie do Polski, wzbudzić u bliskich słuszną zazdrość. Gdy kilka godzin później siedzieć będę pod kościołem po zakończonych warsztatach i czekając na podwózkę do domu patrzeć na młodych, zauważę, że zdecydowana większość nie zachowała umiaru w łapaniu promieni słońca. Sam do nich też się zaliczę. Ale w tym momencie nikt o tym nie myśli. Jest nam po prostu dobrze.

Dzień 3 (15 stycznia)

Jedziemy busem po znanych nam wertepach. Po drodze zbieramy ludzi z dwóch innych wspólnot. Warunki, w których mieszkamy, są odmienne: jedni zostali umieszczeni w klimatyzowanych pokojach z wi-fi, inni nocują na betonowej posadzce w pokoju przykrytym falistą blachą. Rodziny także są przeróżne: jedne zabierają na wycieczki, w innych można pograć wspólnie w karty lub pouczyć się lokalnych tańców, a w innych – jak na przykład w mojej – wieczór spędza się na wspólnym oglądaniu telewizji (mają tu swoją własną „TVN”). Bus się zapełnia i po około godzinie docieramy do Anton. 

Wchodzimy w tłum ludzi, którzy zgromadzili się tu z powodu zakończenia nowenny do Jezusa czczonego w lokalnym sanktuarium. Na placu przykościelnym i w rozchodzących się od niego uliczkach ulokowano stragany – podobnie jak to się dzieje na odpustach w Polsce. Nie mam czasu przyglądać się im. Kieruję się na plebanię. Tam spotykam grupę księży z diecezji tarnowskiej oraz naszych rejsowych kapelanów. Mamy chwilę na wspólną kawę i podzielenie się wrażeniami. Tuż przed godziną 10.00 formujemy procesję i pod przewodnictwem biskupa Edgardo ruszamy w stronę ustawionego przed budynkiem kościoła ołtarza. Młodzi ludzie w niebieskich koszulkach utworzyli specjalny szpaler, więc przechodzimy spokojnie pomiędzy przyglądającymi się z zainteresowaniem wiernymi. Jest ich bez wątpienia ze dwa tysiące. Gdy dochodzimy do prowizorycznie skonstruowanego prezbiterium (na szczęście zadaszonego) dostrzegam figurę Jezusa na krzyżu czczoną przez tutejszych katolików. Jest niezwykła, bo – co u nas niespotykane – ma włosy oraz biało-fioletową, materiałową przepaskę. Proboszcz wita nas, a także pielgrzymów z Gwatemali i Brazylii. Msza w wyklaskanych rytmach jest jak najbardziej zwyczajna, gdyby nie pierwszy moment, kiedy to po akcie pokutnym biskup udziela zbiorowej absolucji. Wspólnie z Przemkiem zastanawiamy się, czy to jest ważne rozgrzeszenie… Kazanie jest bardzo krótkie, jak na latynoskie umiejętności, ale dziwi mnie bardzo mała ilość ludzi przystępujących do Komunii. Gdy jako ostatni z księży wchodzę w tłum, nie mam praktycznie już komu jej udzielać. Po uwielbieniu każda z grup spontanicznie się przedstawia. Zdecydowanie dyskwalifikujemy pozostałe, gdy pod przewodnictwem pana Kazika z lednickich „Siewców” tańczymy skacząc: „Tak, tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham…!” Następnie wręczamy biskupowi kibicowski szalik z barwami narodowymi. Przewiesza go sobie przez szyję i zostaje w nim – ku naszej uciesze – aż do powrotu na plebanię (po drodze udzielając wywiadu dla telewizji).

Wreszcie możemy zjeść niezwykły, normalny obiad, pięknie przyrządzony, smakowity i ładnie podany. Wychodzimy z jadalni i zauważamy, że tuż przed nami stoją dwa ogromne tiry, z których wypakowywana jest w workach żywność dla cisnącej się w ogromnych kolejkach miejscowej ludności. (Trwać to będzie przez następne godziny naszego pobytu w tym mieście). Z mieszającymi tu księżmi idziemy do nich na kawę i mamy bardzo dobrą, braterską sjestę przy jednym stole. Jest nam pogodnie, serdecznie i dobrze. Choć dopada mnie leń, a może właśnie dlatego, opuszczam współbraci i idę przejść się wzdłuż straganów. Oglądam panamskie dewocjonalia (ciekawe, gdzie produkowane?), budki z bananowymi chipsami (można je zjeść jak frytki, z keczupem) i staję na chwilę, by przyjrzeć się wyrobom z materiału i skóry. Razem z kilkoma nieznanymi osobami z Rejsu, które w naturalny sposób przyłączyły się do mnie, próbujemy odgadnąć, czym jest to, co widzimy; na pewno jakiś rodzaj słodyczy lub owoców, ale nie mamy pewności, dlatego studiujemy skład różnokolorowych produktów. Dziwimy się widząc torby z Cze Guewarą, złote posążki buddy i miseczki wypełnione wonnościami, które każdy może sobie palić w (chyba takie mają) domowych ołtarzykach. Ostatecznie kupujemy jednego, średniej wielkości arbuza i zajadamy się nim bez opamiętania.

Zbliża się godzina 15.00 – czas warsztatów taneczno-wokalnych oraz nauki machania flagami. Okazuje się, że nie tylko ja nie jestem zakwalifikowany do żadnej z grup. Jedna z dziewczyn oznajmia, że tu niedaleko znajduje się wodospad i możemy się tam razem wybrać. Naprędce organizuje się kilkunastoosobowa ekipa. Samozwańcza przewodniczka prowadzi nas korzystając z google maps i doprowadza do rzeczki, która z wodospadem nie ma nic wspólnego. Jest płytka, mała, a otoczenie nie zachęca, by z niej korzystać. Korzystają z niej natomiast miejscowe dzieci i młodzież, które przyglądają się nam z nieukrywanym zaciekawionym zdziwieniem. Coś do nas krzyczą, śmieją się – nie rozumiemy ich, ale wiemy, że stanowimy dla nich atrakcję. Wracamy zadowoleni, że przynajmniej się ruszyliśmy zamiast leżeć pod drzewem.

Wracamy do domu, gdy jest już ciemno; wszystko oczywiście jest opóźnione i to bez mała o półtorej godziny. Docieram do moich gospodarzy i natychmiast biorę zimny prysznic. Na szczęście dziś nie muszę polewać się z wiadra, bo jest w kranie woda. Chłodzę rozpalone ciało, które obolałe po wczorajszej wizycie na plaży i przypieczone dzisiejszym słońcem potrzebuje wytchnienia. Siadam do stołu. Jedna z córek gospodarzy tłumaczy mi, że to, co widzę na talerzu to yucca. Smakuje jak lekko słodki ziemniak. Oglądamy razem telewizję; kolejny dzień relacji z miejsc, gdzie gromadzą się młodzi przybywający na JMJ w Panamie. Jednocześnie bawię się z małą dziewczynką (zapomniałem, jak ma na imię). Jakoś dobrze się z nią rozumiem; ona też niewiele mówi po hiszpańsku.

Jest spokojna noc. Wiem, że mieszkający w Anton zazdroszczą nam tego, co my mamy w nadmiarze; a my chcielibyśmy być na ich miejscu. Tam trwa nocna fiesta: tańce, śpiewy poprzedzone religijną procesją. Od przyjazdu, od piątej rano do północy, muszą znosić permanentny hałas. Doceniam więc to, co mam. Cykady wydają bardzo wysokie, metaliczne dźwięki i co jakiś czas słychać szum kołyszących się na wietrze drzew. Siedzę na skrzypiącym łóżku nieco przestraszony, bo przed chwilą widziałem robala dwukrotnie większego od największego chrząszcza. Powiedziano mi, że to ormega i jest niebezpieczna, bo gryzie. Próbuję ją wypatrzeć jednocześnie zachwycając tym, że kolejny dzień prawie nic nie robię i mam się z tym dobrze. Niektórych z młodych właśnie to wkurza. To jednak co dla nich jest „marnowaniem czasu”, dla mnie okazuje się być samą kwintesencją życia: po prostu skupić się na byciu, bez konieczności zobaczenia wszystkiego, co możliwe, bez potrzeby robienia dziesiątek rzeczy na raz, bez pragnienia zdobywania jakichś osiągnięć. Po prostu czyste bycie.

Dzień 4 (16 stycznia)

W środku nocy wyciągam zatyczki z uszu; zaczęły wywoływać ból. Budzą mnie więc nad ranem odgłosy okolicy: szczekanie psów, pianie koguta i głośne rozmowy moich gospodarzy. Gdy próbuję złapać jeszcze trochę snu na moim niemiłosiernie skrzypiącym łóżku, dociera do mnie pukanie w zrobione z dykty drzwi do pokoju. „Si, si” – odpowiadam, bo nic innego nie potrafię. Wychodzę. Na śniadanie dostaję smażoną yukę (wymawia się to „dziuka” lub „ciuka” – nie jestem pewien) i sadzone jajko. Na deser pani domu wyciąga z pudełka trzymanego w lodówce kilka plastrów ananasa – jest przepyszny. Widząc że mi smakuje, pakuje mi resztę jako przekąskę.

Znowu czekanie, znowu opóźnienia, droga się wlecze; dojeżdżamy do kościoła w Rio Hato. Tam mamy przesiąść się w trzy większe busy, ale wpierw tańczymy belgijkę i coś śpiewamy, bo przyjechała państwowa telewizja TVN (taka sama nazwa jak w Polsce) i potrzebuje materiału do codziennej relacji z przebiegu ŚDM. (Wieczorem dowiem się, że byłem widziany przez moich gospodarzy w wiadomościach). Ruszamy w stronę Valle de Anton. Wąska ulica wije się i wznosi – wkraczamy w bardziej dzikie tereny. Oczom naszym odsłaniają się zalesione góry, głębokie doliny – szeroka panorama Panamy. Jesteśmy na tyle wysoko, że dostrzegamy ocean i stojące nad jego brzegiem dachy hoteli. Jedziemy jeszcze wyżej. Zatrzymujemy się w małej miejscowości pod kościołem – nikt nie wie po co. Po chwili zauważamy, że zniknęli nasi kierowcy. Po małych poszukiwaniach okazuje się, że poszli sobie na śniadanie. Mamy zatem chwilę dla siebie. Wchodzimy do obszernego, prostego w wystroju kościoła, w którym dwie kobiety układają kwiaty. Klękamy i wspólnie odśpiewujemy koronkę do Bożego Miłosierdzia. Czas pokaże, że był to jedyny akcent religijny tego dnia. Po modlitwie idziemy spróbować pieczywa z lokalnej piekarni (większość bułek i ciastek smakuje identycznie), a następnie przyglądamy się górskiemu pasmu, które nosi nazwę „Śpiąca Indianka”. Jest nieco niższe niż nasz Śpiący Rycerz w Tatrach, ale ujmują nas kobiece kształty tych wzniesień.

Jedziemy dalej i docieramy do parku przyrodniczego. Nie musimy płacić 5 $, bo jako pielgrzymi wstęp mamy za darmo. Wchodzimy na wiszący nad rzeką most linowy, jeden, drugi i trzeci i docieramy do malowniczego wodospadu. Nie może się obyć w tym miejscu bez selfi i zbiorowych fotografii, robi się więc mały zator. Idziemy utartą ścieżką, która doprowadza nas do naturalnie skonstruowanego basenu, w którym woda jest wyjątkowo zimna, bo pochodzi z górskiej rzeki. Mimo wszystko, większa część naszej grupy wskakuje do wody i zażywa upragnionej kąpieli. Czas nagli, przewodnicy nas poganiają, dlatego opuszczamy to miejsce. Ale gdy jesteśmy przy busach orientujemy się, że nie mają oni dla nas konkretnego planu, gdzie chcą nas zawieźć i co jeszcze pokazać. Robi się spore zamieszanie, bo krzyżują się rozbieżne interesy i pomysły na zagospodarowanie czasu. Wreszcie decydujemy, że jedziemy do zoo. Tam dowiadujemy się, że jest ono płatne, a poza tym nie ma w sobie nic ciekawego. Ruszamy więc do małego ogrodu, gdzie trzymane są węże. I jest to strzał w dziesiątkę. Młodzi, początkowo niechętni, ośmielają się wejść w niewielką przestrzeń „Serpentario”. Niektóre gady można wziąć na ręce. Robimy zdjęcia próbując znaleźć lepszą – bardziej napawającą grozą – pozę. Zachwyceni komentujemy zachowanie węży, ich siłę i delikatność oraz aksamitną niesamowitość w dotyku. Schodzi nam na tym godzina, a następnie ruszamy do Anton.

Krążą różne pogłoski co właściwie będzie się tam działo. Ale jedna informacja wydaje się być pewna: na ulicach miasta, gdzie wczoraj przeżywaliśmy religijną uroczystość, ma się odbyć gonitwa byków. Jesteśmy podekscytowani. Część z nas, biorąca udział w przygotowaniu śpiewów na wielki koncert w Panamie, musi zostać w szkole na próbie. Reszta zmierza w stronę, skąd rozlegają się dźwięki muzyki.

Docieram do placu. Na scenie didżej zagrzewa wciąż napływający tłum latynoskimi rytmami. Wszyscy otaczają metalowy okrąg, do którego z jednej strony przystawiona jest przyczepa z bykami. Szykuje się rodeo. Okrążam ludzi i znajduję wolne miejsce. Razem z kilkoma osobami z rejsu wchodzę na metalowe ogrodzenie i tak spędzamy przeszło godzinę nieustannie podsycając nadzieję, że to już zaraz się zacznie. Nogi zwisające z barierki powoli cierpną, od środka podchodzi facet oferujący szaszłyki i parówki z grilla, potem następny; małe dzieci wybiegają na środek śmiejąc się i szybko wracają za barierki, ktoś coś krzyczy ze sceny, a całość kwasi się w mocno za głośnych piosenkach. Wreszcie widzimy mężczyzn przekazujących sobie wielkie kawałki pomarańczowo-czerwonego materiału i rozstawiających się po arenie. Bez jakiejkolwiek zapowiedzi wpuszczany jest na nią pierwszy jeździec. Nie zdążyłem go dostrzec, a już jest na ziemi, zaś rozwścieczone zwierzę zaczyna biec przy ogrodzeniu. Na szczęście nogi są na tyle wysoko, że nic się nie może nam stać. Chwila przygotowań i wskakuje kolejny śmiałek; to chyba jeszcze nastolatek. Utrzymuje się na grzbiecie byka o moment dłużej i też ląduje na ziemi. Ściągany jest za nogi, a następnie cucony przez kilka osób. Nie wygląda to dobrze. W tym czasie byk szaleje drażniony przez kilku śmiałków machających przed nim płachtami materiału. Wreszcie zagoniony zostaje do zagrody i się uspokaja. To mi wystarcza, nie muszę więcej widzieć. Schodzę i opuszczam plac, ponieważ czas nagli.

Idę przez tętniące życiem miasto. Wszędzie pełno jest ludzi na koniach: stoją przed sklepami, jadą kłusem, zatrzymują przy innych, paradują. Gniade, kare, zdecydowanie mniejsze od arabskich (może jakaś lokalna rasa). Siedzą na nich na oklep, na skórzanych siodłach lub szmacianych pledach, panowie trzymający w jednej ręce wodze, a w drugiej puszkę piwa, małe dziewczynki w wielkich, kowbojskich kapeluszach, młodzi chłopcy popisujący się przed starszymi swoimi umiejętnościami, kobiety we flanelowych koszulach w kratę. Czuję się jak na planie westernu. Kramy są zwijane bądź odgradzane kratami od ulicy; przy ścianach domów siedzą na drewnianych ławach miejscowi, a przyjezdni stoją kilka kroków przed nimi. Na jednej z przyczep zauważam kilka byków. To prawdopodobnie one zostaną wypuszczone na ulicę. Tego niestety już nie doczekam. Zbieram ludzi i schodzimy się w umówione miejsce. Choć jesteśmy o czasie, znów się okazuje, że za wcześnie. Kolejna obsuwa. Wracamy do domów obmyślając plan na jutro. Do komunikacji z naszym koordinatores używamy translatora google, ale nie jest to najlepszy pomysł. Na jedno moje zdanie on pisze kilka tak nieskładnie, że tłumaczenie więcej zaciemnia niż rozjaśnia. Wreszcie następuje porozumienie, a ja wychodzę z busa tuż na wprost mojego domu. Gdy po szybkiej kąpieli i ogarnięciu się siadam przy stole, na talerzu przede mną znajduje się usmażona ryba i plastry pieczonych bananów. Z moją rodziną oglądam w milczeniu serial „La reina del flow”.

Dzień 5 (17 stycznia)

Bus wiezie naszą wspólnotkę z La Maty na plażę. Bardzo potrzebowałem takiej chwili. Zatrzymujemy się przy domu, w którym zamieszkuje ks. Michał z kilkoma osobami. Właśnie ubili jadowitego węża, który zakradł się na drzewo rosnące tuż przed wejściem. Oglądamy go z różnych stron, niektórzy chwytają za ogon – jeszcze się lekko rusza.

Piasek na plaży miejscami jest czarny. Czerń ta mieni się jednak w słońcu jakby była zmieszana z opiłkami srebra. Natrafiamy na zbity z desek i obłożony liśćmi kram, w którym oprócz kilku kobiecych szmatek, wisiorków i muszli można kupić stare panamskie tablice samochodowe. Dowiaduję się, że w tym kraju są one zmieniane co rok. Dzięki temu mamy ciekawą pamiątkę. Idąc mijamy stado ptaków przypominających sępy, które właśnie wyrywają sobie strzępy mięsa, psa wyłożonego pod skromną altanką i miejscowych opartych o murki nadmorskich gospodarstw. Początkowo niebo zasnute jest ciemnymi chmurami, ale nie wiadomo kiedy znikają i robi się upalnie. Nurkuję w ciepłej wodzie. Ponieważ pożyczyłem maskę, przeszukuję dno w poszukiwaniu muszli. Jest ich tu bez liku. Zbieram je do worka – są śliczne: pomarańczowe, czerwone, lekko niebieskie. Takich jeszcze nie widziałem, a na pewno sam nie złowiłem.

Jest mi tu dobrze, lecz za mało czasu, by się zdrowo ponudzić. Wracając spóźnieni do busa natykamy się na kilka grup rejsowiczów, którzy podobnie jak my postanowili przedpołudnie spędzić na plaży Faraillon.

Lunch przewidziany w programie na 12.00 zaczął się godzinę później. Dobrze, że wzięliśmy pod uwagę tradycyjne opóźnienia i nie spieszyliśmy się zbytnio. Do naszej miejscowości przybyła 10-osobowa grupa Portorykańczyków. Na szczęście mówią po angielsku. Razem jemy lunch, a następnie jedziemy do kościoła. Spotykamy tam już nie tylko Polaków, ale i pozostałych Portorykańczyków oraz Kolumbijczyków i Francuzów. W kościele, z którego wyniesiono wszystkie ławki na zewnątrz trwa zabawa (niekoniecznie o charakterze religijnym). Każdy z krajów prezentuje swoje własne tańce i śpiewy. Wpierw występują nasi gospodarze w tradycyjnych strojach; zagrzewają wszystkich okrzykami i wciągają w pląsy stojących wokół. Następni są Kolumbijczycy. Ten sam temperament, gorące melodie i uśmiechy. Młodzi próbują naśladować ich ruchy, łączą się w pary, a wszystko na tle wciąż jeszcze widniejącego wystroju bożonarodzeniowego zajmującego całą ścianę prezbiterium. Wreszcie mamy swój czas i my. Wchodzimy do kościoła krokiem poloneza do muzyki z „Pana Tadeusza”. Jak na zaledwie chwilę przygotowań udaje się na to bardzo dobrze i niezwykle mocno kontrastuje z pozostałymi występami. Otrzymujemy solidne brawa, a do odśpiewanej na koniec „Barki” włączają się wszyscy – każdy w swoim języku. Po nas wchodzą Portorykańczycy. Odsuwają ludzi robiąc sobie dużo przestrzeni, a następnie – przystrojeni w barwy narodowe – dają taneczny występ, z którym śmiało mogli by wziąć udział w „Mam talent”. Tłum szaleje i krzyczy w niebogłosy; owacjom nie ma końca. Na koniec możemy zobaczyć i usłyszeć Francuzów, którzy wykonują „Aux Champs Elysee”, a także w takt muzyki rodem z kabaretu próbują tańczyć. Oczywiście i oni są przyjęci przez pozostałych z wielką radością. A wszystko to dzieje się w świątyni, w której Najświętszy Sakrament znajduje się nie w tabernakulum, ale w jakimś bocznym pokoiku. Wydaje się mi, że poza kilkoma Polakami, którzy wprost mi o tym mówią, nikomu to nie przeszkadza. Wychodzę z kościoła w momencie, gdy zauważam, że miejscowi roznoszą zupę w kubkach częstując nią tych, którzy nie włączyli się w trwający bal. Nie chcę już brać w tym udziału.

Nagle przybiega Michał: „Wszyscy są już w zakrystii i przygotowują do mszy” – oznajmia. „Bez pośpiechu – uspokaja Przemek – i tak się zacznie z opóźnieniem”. „Tym razem nie” – stanowczo ucina rozmowę Michał. Rzeczywiście, w zakrystii są już prawie wszyscy księża. Eucharystii przewodniczy biskup z Francji, z którejś z diecezji w Normandii. Ruszamy z procesją – jej praktyczny sens jest oczywisty: wszyscy na zewnątrz widzą, że muszą wejść do środka świątyni. Liturgia sprawowana jest w języku hiszpańskim i francuskim, a homilia tłumaczona dodatkowo na polski. Z listu do Hebrajczyków biskup wyciąga jeden fragment o „współuczestnictwie z Chrystusem”, który w tłumaczeniu brzmi „acompagnero” i wokół motywu towarzyszenia Chrystusowi jako brat, uczeń, sługa i przyjaciel skonstruowane jest całe nauczanie. Po liturgii przechodzimy w czas adoracji opleciony tekstami trzech papieży. Nie wszyscy wytrzymują takie natężenie religijnych wątków. Spoza kościoła docierają do nas odgłosy rozmów młodych pielgrzymów. Czuwanie kończy się dosyć późno. Do domów docieramy grubo po 20.00. Potrzebuję wziąć prysznic. Dziś polega on na polewaniu się wodą czerpaną puszką z wielkiego wiadra ustawionego centralnie za parawanikiem.

Dzień 6 (18 stycznia)

Siedzę na przystanku przy kaplicy. Grupa z Puerto Rico wzięła się za budowanie kapliczki dla figury Matki Bożej. To jest – według planu – praca na dziś dla nas wszystkich. Ale nie potrzeba aż tylu osób do tego zadana, ani nas Polaków nikt do niego nie wciągnął. Mieliśmy się tu spotkać o 7.30. Nauczeni doświadczeniem przyszliśmy pół godziny później. Nasz koordynator Roberto pojawił się dopiero o dziewiątej. Zastanawiamy się, co z nami dziś będzie. Mateusz i Mariusz z naszej wspólnoty urwali się zupełnie. Postanowili pojechać na Pocas del Toro znajdujące się 630 km stąd (ponoć najpiękniejsze miejsce w Panamie. Podpisali oświadczenie, że biorą odpowiedzialność za siebie. Nie przejmuję się nimi, są dorośli. Zresztą takich jak oni jest kilkudziesięciu z całej naszej grupy. Ostatecznie udaje się nam załatwić podwózkę na Playa de Faraillon – tę samą co wczoraj.

Jesteśmy na plaży. Gdzieś tu – jak wieść niesie – mają się odbywać warsztaty śpiewacze i taneczne. Idziemy mocząc nogi w wodzie; piasek jest zbyt gorący, by boso po nim stąpać. Nigdzie nie widzimy naszych. Dziewczyny szukają przez internet jakichś informacji… chyba to jednak nie tu i nie o tej godzinie. Idziemy powoli obserwując małe ptaki, które szperają w odsłoniętym przez falę piasku długimi dziobami, by za moment uciekać w głąb przed nadpływającą wodą. Po lewej stronie zaczynają się już hotele z mnóstwem plastikowych leżaków i otwartymi basenami. Ochroniarz wyjaśnia nam, że nie możemy z nich skorzystać. Po prawej mamy akwen ogrodzony bojami, w którym kąpią się małe grupki hotelowych gości. Niespodziewanie podchodzą do nas dwaj mężczyźni z końmi. Za 5 $ można przez 15 minut na nich pojeździć. Nie zastanawiam się długo. Jedna z dziewczyn również. Uświadamiam sobie, że było to od lat schowane gdzieś głęboko marzenie. Wkładam więc bose stopy w strzemiona i jednym susem znajduję się na górze. Wierzchowce są mocno oporne w ujeżdżaniu. Słabo reagują na komendy. Jak się później okazało, panowie nie dali nam bacika, którymi smagają biedne zwierzęta jak szaleni. Nie dziwne zatem, że nie chcą one współpracować z jeźdźcami. Ale i tak jest cudownie, wręcz filmowo. Grupa się dzieli; z dwiema osobami zostaję na piasku i rozkładam się. Trochę się kąpię (wciąż próbuję załapać, o co chodzi w tym pływaniu) i kładę na kocyk. Z zamkniętymi oczami wsłuchuję się w szum oceanu; wzmaga się on i potężnieje. Wtem czuję pod sobą wodę – fala niepostrzeżenie wdarła się w głąb. Nie zauważyliśmy, że poziom wody się podniósł. W tak ostrym słońcu wszystko na szczęście migiem wysycha. Zbieramy manatki i przechodzimy w inne miejsce. Znajdujemy dobrą miejscówkę w barze. Wchodzimy na piętro i popijając leciutkie piwo patrzymy na wodę i pobliską małą, skalistą wysepkę. Nie liczę czasu: jestem w wodzie, to znów na piasku; szukam na brzegu kamyków do puszczania tradycyjnych kaczuszek i nurkuję, w poszukiwaniu kolejnych, najwspanialszych muszli.

Wracając kupujemy w małym markecie banany i soki owocowe, posilamy się na przysklepowym murku. Szybko udaje się nam złapać busa, potem drugiego i po 17.00 jesteśmy z powrotem w La Mata. Wchodzimy na końcówkę wiejskiego festynu zorganizowanego na dla pielgrzymów. Miejscowi częstują nas lokalnymi specjałami: ryżem z soczewicą, sałatką z ziemniaków i buraków, kawałkiem kokosowego ciastka i mieszanką drobno pokrojonych owoców.

W pobliskiej kaplicy zbierają się o 18.00 Portorykańczycy, nasi gospodarze i ludzie ze wsi. Jestem jedynym księdzem, więc do mnie należy odprawienie Mszy. Wiem o tym od rana i wiem również, że dwie Polki nie są w stanie tak głośno odpowiadać, by być słyszanymi przez kilkadziesiąt innych, milczących i nie rozumiejących mnie osób. Rozwiązanie jest jedno. Zgodziłem się na nie już przed wyjazdem na plażę: liturgię odprawię w języku hiszpańskim. Czytam odpowiednie teksty, a pani Nimezis – nasza koordynatorka – poprawia błędy. Nie ma ich zbyt wiele, a i ja czuję się całkiem dobrze wypowiadając znane mi frazy w nieznanym mi języku. Zwykła Msza św., bez kazania – bo i jak je powiedzieć (nasza tłumaczka Ola została dłużej na warsztatach) – była spokojniejsza od wszystkich poprzednich. Myślę, że słowa konsekracji wypowiedziałem bezbłędnie i jest ona ważna. Po pieśni na zakończenie wielu ludzi chciało sobie zrobić z nami zdjęcie, ale gdy udało się nam już wyjść z kaplicy, ruszyliśmy drogą przez wieś, by na chwilę stanąć na skarpie, z której – przy świetle prawie pełnego księżyca – mogliśmy zobaczyć kształty nieodległych gór i wsłuchać się w szum lasu i płynącej w dole rzeki.

Dzień 7 (19 stycznia)

Idę na miejsce zbiórki pod kaplicę. Dochodzi 6.00. Jest zupełnie ciemno, mimo że słońce wstanie za 35 minut. Wszyscy zbierają się, ku mojemu zdziwieniu, planowo i piętnaście minut później jedziemy do Anton. Portorykańczycy rozpoczynają modlitwę Anioł Pański, a my włączamy się w nią po swojemu. Po niej towarzystwo cichnie. Docieramy na miejsce chwilę po siódmej. Nikogo jeszcze nie ma. Z tego, co wczoraj zrozumiałem o 7.30 ma się rozpocząć msza z biskupem. Dzwonię do współbraci. Dopiero wyjeżdżają ze swoich miejsc zaskoczeni, że już jestem. Informują mnie, że msza zacznie się dopiero o 9.00. Czyli jesteśmy tu o godzinę za wcześnie. Gdy przyjechały kolejne busy i zrobiło się tłumniej, urwałem się cichaczem – bardziej rozżalony niż podirytowany – i skoczyłem do mieszkających tu współbraci na małą kawę.

W domu parafialnym zebrali się księża; najwięcej nas, Polaków, ale i znani nam już Francuzi z ich biskupem, Gwatemalczycy, Brazylijczycy, jacyś Hindusi, Kolumbijczycy, Amerykanie, Portorykańczycy oraz biskup ze Szwajcarii. Niezwykła mieszanka pod przewodnictwem znanego nam już miejscowego biskupa Edgardo rusza w procesji przez tłum, tym razem już tylko, młodych pielgrzymów. Muzyka jak zwykle bardzo rytmiczna i żywa skłania do klaskania i ekspresji całego ciała. Porywa prawie każdego. Irytuje mnie jednak to, że wszystkie teksty liturgii są symultanicznie tłumaczone na język angielski; nawet akt konsekracji i podstawowe odpowiedzi tłumu. Rozbija mnie to i męczy psychicznie. Z homilii niewiele pamiętam, choć była także odczytana po polsku. Ale trafiły do mnie wypowiedziane na zakończenie słowa biskupa szwajcarskiego, który zauważył, że w czasie liturgii to nie taniec i nie śpiew mają być w centrum, ale Jezus Chrystus. Myślę, że w tej kulturze trzeba o tym przypominać bardzo często.

W południe mamy organizacyjne spotkanie rejsowiczów w kościele. Wyjaśniane są sprawy dotyczące naszego jutrzejszego wyjazdu do Panama City na centralną część ŚDM. Jest nas może połowa. Cała reszta żyje własnym programem.

Moim planem na dziś było odwiedzić El Retiro, o którym wczoraj usłyszałem od dwóch chłopaków. To niedaleko, jakieś 24 km stąd. Okazało się, że jest więcej chętnych na ten wyjazd. Uzbierało się nas 15 osób. Szukamy busa, który by nas tam zawiózł. Wreszcie jeden kierowca zgadza się, choć w czasie jazdy zauważamy, że wielokrotnie pyta nadjeżdżających z naprzeciwka o drogę. Asfaltowa nitka kończy się; spod kół zaczyna unosić się spory pył. Słonce na szczęście nie jest dziś tak ostre, a niebo znacząco zachmurzone. Kierowca z trudem, ale dociera do celu. Ugadujemy się z nim, że za podwójną cenę zostanie tu i poczeka, by odwieźć nas z powrotem. Zamyka wóz i idzie z nami. Wygląda na to, że nigdy tu nie był. Małą dróżką za płotem prywatnej posesji (musieliśmy zapłacić za wejście po dolarze od głowy) najpierw po białej ziemi, później pomiędzy drzewami i wśród skałek, schodzimy niżej, by dotrzeć do wymarzonego miejsca. Dociera do nas muzyka i zapach grilla oraz gwar kilkudziesięciu osób. Bezceremonialnie przyglądają się nam, gdy stajemy na brzegu naturalnego basenu mieniącego się czystą wodą. Wpadają do niego strugi górskiego potoku z mocą około dwumetrowego wodospadu. Wchodzimy do orzeźwiającej wody. Tylko trzy osoby pozostają na brzegu – pilnują rzeczy. Spośród Polaków jestem jedyny, który nie potrafi pływać (tzn. mam z tym spore problemy). Cieszy mnie więc informacja, że dwie dziewczyny są ratownikami wodnymi, a jedna z nich była swego czasu mistrzynią Polski w jakimś tam stylu. Czuję się bezpieczny. Wygląda to zapewne komicznie, ale potrzebuję takiego upokorzenia, by przełamać lęk i niepewność. Asekurowany pokonuję kolejne odcinki akwenu i ostatecznie przepływam całą długość, aż pod wodospad. Wracając panikuję nieco i potrzebuję pomocy; profesjonalnie się mną zajmują i wszystko dobrze się kończy. Oczywiście nie wziąłem udziału w skokach ze skarpy; to jeszcze nie mój poziom. Ale przyjdzie – mam nadzieję – i na to czas. Zanim opuścimy to miejsce wielu tutejszych zrobi nam i sobie z nami fotkę życzliwie się uśmiechając. Wracamy w nieco powiększonym składzie, gdyż pięć osób doszło w międzyczasie. Tutejsze środki transportu są bardzo pojemne mimo swoich niewielkich rozmiarów.

Po małych zakupach i posileniu się na przystanku rozdzielamy się; każdy musi dojechać do swojego miejsca noclegowego. Wraz z piątką dziewczyn z mojej wspólnoty przechodzę przez nadziemną kładkę (tutaj to jedyny sposób pokonywania ruchliwej, panamerykańskiej trasy) na drugą stronę i próbujemy dojechać do La Mata. Dwie z nich odchodzą mówiąc, że będą łapać stopa same. Czekamy na busa; żaden z pojawiających się nie jedzie do naszej wsi. Przechodzimy kawałek dalej, by też złapać jakąś okazję. Zamiast niej zatrzymuje się przy nas policja turystyczna. Chce wiedzieć, gdzie jedziemy, jak się nazywa rodzina, u której mieszkamy i prosi o telefon do niej. Jesteśmy w stanie podać jedynie cel naszej podróży. Po chwili podchodzi jeszcze jeden policjant. Nie wiemy, czy ich zachowanie jest normalne w takich sytuacjach, czy wszystko, co powiemy, może być użyte przeciwko nam. Czujemy się nieswojo. Naprawdę chcemy, by już sobie poszli. W żaden sposób nam nie pomagają, a wciąż pytają, oznajmiając, że busa nie znajdziemy, a taksówki są drogie. Po kilkunastu minutach zupełnie bezsensownej wymiany zdań przy użyciu translatora google, odchodzimy w stronę przystanku. Pytamy jednego taksiarza, drugiego, trzeciego i szóstego. Każdy z nich początkowo nie wie, gdzie miałby jechać, po czym żąda za 25-kilometrowy kurs 20 dolarów. Po zatrzaśnięciu kolejnych drzwi podchodzimy do krawężnika przy metalowej wiacie przystanku. Policjanci wciąż się nam przyglądają. Jakaś młoda kobieta pyta po angielsku, czy może nam pomóc. Zachęca, byśmy weszli do tego samego busa, co ona. Jest prawie pełny, ale znajduje się dla nas miejsce z tyłu. Kierowca podwozi nas do bocznej uliczki wiodącej do La Mata i kasuje za to po 50 centów od osoby. Jesteśmy przeszczęśliwi. Weseli przechodzimy kładką i kierujemy się na piaszczystą drogę. Przed nami jeszcze jakieś 12 km.

Nie uszliśmy 50 metrów, a zatrzymuje się przy nas pickup. Informujemy, gdzie chcemy dotrzeć. „Muy lejos” – powtarza kilkukrotnie sympatyczna kobieta po pięćdziesiątce. Przekomarzamy się nieco: „No lejos” – bo to w naszym mniemaniu wcale nie daleko. Kierowca z tradycyjnym wąsikiem, w czerwonej koszulce i czapce z daszkiem nieco przestawia klamoty zebrane na pace; wskakujemy na nią i usadawiamy się pomiędzy kuchenką gazową (z aż siedmioma palnikami), przenośną lodówką i ogromnym worem z jakimiś ciuchami zapewne. Jedziemy wśród tumanów kurzu obserwując pozostawiane za nami domki i drzewa. Cieszymy się z każdego metra. To chyba najprzyjemniejsza część dzisiejszej podróży. Jest wręcz idealnie. Śmiejemy się nie wiadomo z czego. Nasi dobroczyńcy zajeżdżają pod samą kaplicę. Zamieniamy z nim po angielsku kilka kurtuazyjnych zdań i idziemy do naszych gospodarzy. Kończą się właśnie warsztaty rękodzielnicze. Jest miejscowa krawcowa (szyje piękne rzeczy, ale tylko dla kobiet), starszy pan wyplatający kapelusze oraz kilka kobiet robiących z koralików tradycyjną biżuterię. Dostajemy drobne upominki i wraz z Portorykańczykami idziemy do szkolnej sali, gdzie przygotowano dla nas posiłek. Podają nam w styropianowych talerzach przepyszne rizotto, ale najbardziej cieszę się i tak z mnóstwa owoców. Od rana chodzi za mną smak ananasa. Jadąc ulicą po wielokroć mijaliśmy przydrożne stragany, przy których chciałem się zatrzymać. I ot są: ananas, banany, arbuz, kokos i kilka zupełnie nam nieznanych. Po obustronnych słowach podziękowań, gdy już poszli mieszkańcy Puerto Rico, my wciąż jesteśmy przy stole. Siedzi z nami nasz koordynator Roberto i kilka pań ze wsi. Śmiejemy się próbując bezskutecznie nauczyć się nazw wszystkiego, co dziś jedliśmy.

Wracam do domku, w którym mieszkam. Wręczam mojej rodzince album z Polski. Pan Felix bierze go, siada na bujanym fotelu, wokół niego przykuca trójka dzieciaków (dwoje z nich widzę pierwszy raz), a ja pojedynczymi słówkami opowiadam im o naszym kraju, który widzą na licznych fotografiach. Szybka kąpiel i kładę się do łóżka. Leżąc słyszę, jak wzmaga się wiatr, jest najwyraźniej mocno porywisty. Drobne kawałki drzew spadają na metalowy dach. Wkładam zatyczki do uszu. Zasypiam szybko.

Ks. Przemysław Krawiec SAC