Pariacoto – tu zło przerodziło się w dobro

Rozmowa z o. Stanisławem Olbrychtem, franciszkaninem, misjonarzem pracującym od ponad 40 lat w Ameryce Południowej, najpierw w Boliwii, a od 1994 r. w Peru, w latach 1995-2015 wicepostulatorem procesu beatyfikacyjnego męczenników franciszkańskich o. Michała Tomaszka i o. Zbigniewa Strzałkowskiego. Rozmawiała Anna Dąbrowska z Biura Promocji Kultu Męczenników z Pariacoto.

Po zamordowaniu przez terrorystów błogosławionych o. Michała Tomaszka i o. Zbigniewa Strzałkowskiego, został Ojciec pierwszym franciszkaninem, który zdecydował się prowadzić dalszą pracę misyjną w tej parafii. Skąd taki pomysł, by iść właśnie tam?

W czasie, gdy zamordowano Zbigniewa i Michała byłem kustoszem misji w Boliwii. Sprawa misji w Peru była zawsze bliska memu sercu. W 1988 r. w Rzymie byłem na spotkaniu z o. Lanfranco Serrinim, generałem naszego zakonu, o. Miguelem Lópezem, asystentem do spraw misji, o. Feliksem Stasicą, prowincjałem i o. Markiem Hałambcem, wikariuszem naszej prowincji. W czasie tego spotkania podejmowaliśmy decyzje dotyczące misji w Boliwii i organizacji zupełnie nowej misji – w Peru. Prowincja krakowska św. Antoniego z Padwy i bł. Jakuba Strzemię Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych zobowiązała się wysłać misjonarzy do Peru. Wcześniej zgłosili się na tę misję bracia ze Stanów Zjednoczonych, z Prowincji św. Antoniego. Ostatecznie jednak nie rozpoczęli pracy w Peru, ponieważ w tamtejszej ambasadzie USA dowiedzieli się, że to nie jest dla nich, bo będą prześladowani przez terrorystów z Sendero Luminoso („Świetlisty Szlak”), które głosiło hasła przeciwko USA, imperializmowi, Watykanowi, Kościołowi. Dlatego generał naszego zakonu zwrócił się z prośbą do naszej prowincji o pomoc. Po kapitule prowincjalnej w 1989 r., gdy wybrano na prowincjała o. Zdzisława Gogolę, okazało się, że nie będzie on mógł polecieć na otwarcie nowej misji do Peru, ponieważ było za mało czasu, aby zdobyć wizę i załatwić wszystkie formalności. Dlatego też prowincjał poprosił mnie, abym go reprezentował. Otwarcie misji odbyło się 30 sierpnia 1989 r. Spotkałem wtedy wszystkich trzech franciszkanów, którzy pracowali w Pariacoto – o. Jarosława Wysoczańskiego, o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka. O. Michał dotarł do braci trochę później, bo na 2 tygodnie przed otwarciem misji. Oni byli w Peru już zimą. Otwarcie misji, biorąc pod uwagę tamtejsze zwyczaje, było skromne, trochę w pośpiechu, na co mogła mieć wpływ działalność senderystów na tych terenach.

W 1991 r. uczestniczyłem także w pogrzebie ojców Michała i Zbigniewa. To wszystko, co wtedy widziałem, co przeżyłem, mocno na mnie wpłynęło. Czułem, że nie można tak braci zostawić, żeby po tym, co się wydarzyło, zamiast nas pracowali w Pariacoto księża diecezjalni lub inni zakonnicy. Po pogrzebie, w czasie jednego ze spotkań, biskup diecezji Chimbote Luis Bambaren powiedział, że franciszkanie powinni wrócić do Pariacoto. Zachęcał nas do tego, mówiąc, że sytuacja idzie ku lepszemu, że Bóg czuwa. Biskup powiedział mi też, że nasz ojciec generał przekazał mu, że na razie nie ma chętnych braci do pracy w Pariacoto. Odrzekłem wtedy, że mógłbym iść tam choćby natychmiast, jeśli tylko moi przełożeni mi pozwolą. Dlatego, gdy tylko otrzymałem zgodę, pojechałem do Peru, aby iść śladami Michała i Zbigniewa.

Na czym polegała wtedy praca misjonarzy?

Konferencja Biskupów Ameryki Południowej w 1979 r. w Puebla wytyczyła program pracy duszpasterskiej w Ameryce Południowej, który zakładał opcję na rzecz ubogich, inkulturację. Chodziło o to, by iść do najbardziej potrzebujących, zapomnianych, opuszczonych, by wyjść z dużych miast i udać się do wiosek, na peryferie. Aby być głosem dla tych, którzy zostali bez głosu, niesprawiedliwie traktowani, pomóc im zorganizować się i zaradzać swoim potrzebom, zarówno tym duchowym, jak i materialnym.

W Boliwii pracowałem na peryferiach Cochabamby. Miałem 14 kaplic, niektóre na wysokości ok. 4000 m n.p.m. Do tego dochodziła praca na obrzeżu miasta w tworzących się dzielnicach. To duszpasterstwo było podobne do tego, które istniało w Pariacoto. Dlatego praca tam nie była dla mnie zaskoczeniem, z tą różnicą, że szedłem do wioski wtedy, gdy prosili o to jej mieszkańcy, bo to oznaczało, że mają pozwolenie od senderystów i nic mi wtedy nie zagraża. Nie chodziłem bez zapowiedzenia się, bo mógłbym wtedy napotkać jakieś ćwiczenia wojskowe senderystów. Gdy wychodziłem, to pracujące w parafii siostry zakonne wiedziały, dokąd idę. Czasem taka wędrówka od kaplicy do kaplicy, od wioski do wioski trwała kilka dni, tak jak było to uzgodnione z miejscową ludnością. Inni nie wiedzieli gdzie jestem i kiedy wracam. Chodziło o to, żeby od razu się nie oddawać w ręce senderystów, ale pracować duszpastersko z ludźmi.

Czy zagrożenie ze strony terrorystów było nadal silne?

Ojcowie Michał i Zbigniew zginęli 9 sierpnia 1991 r. Był to rok nasilenia ataków na Kościół, na duchownych. Senderyści uderzali we wszelkie organizacje społeczne, w tym także w Kościół. Pariacoto było dla nich bardzo atrakcyjne ze względu na położenie – „odcięte od świata” – bez komisariatu policji, bez elektryczności, rzadkością był telefon. Pracowali nad tym, by w Pariacoto utworzyć studium senderyzmu. Mieli już nawet sale wykładowe, które potem, po latach, przerodziły się w Kolegium św. Franciszka z Asyżu. Gdy Abimael Guzman, przywódca Sendero Luminoso, został uwięziony, a potem inni dowodzący także, to zwolennicy senderyzmu ukryli broń, wycofali się. I tak jest to dziś. Obecnie wiedzą, że niszczeniem mienia i bratobójczą walką, zabijaniem ludzi, nie uzyskają poparcia społecznego i międzynarodowego, a więc chcą być partią polityczną. Ale jak można tworzyć partię polityczną z terroryzmu?

Czyli nadal aktywni są zwolennicy ideologii Sendero Luminoso?

Tak, nie da się tego wykorzenić, ponieważ wielu ludzi tak zostało uformowanych przez lata indoktrynacji. Wielu z nich rządzenie państwem pojmuje jako władzę, która ma umożliwić bogacenie się, a nie służbę dla dobra państwa. Dlatego walczą teraz o tę władzę, a środki finansowe pozyskują ze sprzedaży narkotyków. Mają nowoczesną broń, występują jako rewolucjoniści, a tak naprawdę chodzi o zabezpieczenie działalności narkotykowej, która daje ogromne pieniądze.

W tamtym czasie był Ojciec sam w Pariacoto?

Istniały poważenie obawy, że senderyści będą grozić śmiercią o. Jarosławowi, który był tam przełożonym i proboszczem. Dlatego on nie mógł tam wrócić. Nie było nas w tamtym okresie tylu franciszkanów, żeby ktoś jeszcze podjął pracę w Pariacoto. Z Chimbote przyjeżdżali bracia na święta i uroczystości, żeby pomóc w pracy i dotrzeć do rozsianych po wioskach kaplic.

Gdy ktoś pytał mnie, czy jestem sam, to odpowiadałem, że zawsze jest nas trzech – męczennicy i ja. Niektórzy wierzyli w to, inni nie. Ludzie tamtejsi mają swoje podejście kulturowe do kultu zmarłych, który jest tam bardzo rozbudowany. Rok po śmierci kończy się żałoba, odprawiana jest uroczysta Msza Święta, po wyjściu z kościoła czeka orkiestra i wszyscy bawią się, świętują to, że dusze poszły już w zaświaty. Dlatego miejscowa ludność na początku nas nie rozumiała, bo dla nich najważniejsza jest oktawa i rok po śmierci. I potem już nie wspomina się zmarłych. A my w dalszym ciągu ich wspominaliśmy. Po jakimś czasie ludzie zrozumieli, że męczennicy są darem dla Kościoła lokalnego, że są orędownikami potwierdzonymi przez Kościół i każdy może modlić się za ich wstawiennictwem.

Robią to?

Tak, wielu przychodzi, by się modlić, niektórzy pielgrzymują do grobu błogosławionych z dziękczynieniem za otrzymane łaski. Ludzie piszą też prośby. Zdarza się nawet, że ktoś prosi o coś niegodnego, np. o karę dla wroga, nieszczęście dla kogoś, kto mu zaszedł za skórę. Wtedy takich próśb nie odczytujemy. Tłumaczymy, że prosić Boga trzeba o rzeczy dobre, z ufnością, nadzieją i wiarą.

W niektórych opracowaniach można przeczytać, że terroryści mieli plan, aby zakłócić pogrzeb błogosławionych. Co się wydarzyło wtedy?

Senderyści stosowali prawo zemsty, a to oznaczało, że nie podarują, jeśliby ktoś cokolwiek powiedział na ich niekorzyść, zdradził, naskarżył na nich. Ludzie sterroryzowani bali się tej zemsty, dlatego oficjalnie nie mówili nic o wydarzeniach z nocy morderstwa naszych braci. Strach był tak wielki, że nawet po latach, gdy gromadziliśmy dokumenty do procesu beatyfikacyjnego i jako postulator tego procesu na Peru poprosiłem pewnego człowieka, którego dom stał tuż obok miejsca morderstwa, by opowiedział, co wtedy widział – ten odmówił. Upierał się, że nic nie wie, że nie rozumie co oznacza „dać świadectwo”. Tłumaczyłem, że to ważne, bo mamy wiele świadectw, dokumentów na temat ich życia i pracy, ale nie znamy ostatnich chwil. Nikt tych chwil nie widział. Nic nie wskórałem. Następnego dnia przyszła do mnie jego siostra z pretensjami, że nie mam prawa oczekiwać, aby coś opowiedział, skoro wielu terrorystów nadal jest na wolności.

Nasi współpracownicy mówili, że pierwszy cud, jakiego dokonali bracia męczennicy i co im pomogło zostać przy Kościele, mimo że byli zastraszani, a nawet pojawiło się pismo, że śmierć wszystkim, którzy współpracują i współdziałają z parafią, to była sytuacja właśnie z dnia pogrzebu. Pojawił się wtedy człowiek z ładunkiem wybuchowym. Chciał ten ładunek położyć za ołtarz, bo tam była taka dykta. Gdyby mu się udało, to w czasie pogrzebu byłaby potężna eksplozja i zginęło by wielu ludzi. Ale bracia męczennicy zadziałali tak, że ludzie zdobyli się na odwagę i go przepędzili. Do dziś jednak nie ustalono, kim był ten człowiek, bo nikt go nie wydał.

Wiele razy było tak, że gdy kogoś zabili, to podkładali jeszcze ładunek wybuchowy po to, by zginęli również ci, którzy zbliżą się do zamordowanych. Przykładem jest działaczka z ruchu przeciwko terrorystom, liderka społeczna Muano. Polowali na nią długo. Zabili ją i podłożyli ładunek, żeby nie było kultu lub ogłoszenia jej bohaterką narodową. W czasie pogrzebu braci nie powiodło im się to. Wcześniej też ludzie nie chcieli osądzić braci, a wręcz przeciwnie, mówili: „Zostawcie ich, dlaczego ich zabieracie, gdzie ich wieziecie..”. Dlatego chcieli zemścić się i uczestniczących w pogrzebie wysadzić w powietrze.

Byli to senderyści?

Tak, ich zuchwałość była tak duża, że zaraz po pogrzebie przyszło do nas dwóch mężczyzn z żądaniem, żebyśmy odstąpili im zabudowania parafialne dla nich. Odpowiedzieliśmy, że choć kapłani są zabici, to Kościół istnieje. A budynki należą nie do nas, tylko do Kościoła.

Czy terroryści grozili też Ojcu?

Nie mogli już działać oficjalnie i atakować wprost. Wiem jednak, że mnie szukali. Każdej soboty pracowałem w Pueblo Viejo, aby kontynuować rozpoczętą przez braci budowę kościoła w miejsce starego, zburzonego przez trzęsienie ziemi. Któregoś razu przyszło tam dwóch mężczyzn w sile wieku. Było jasne, że to terroryści. Zażądali ode mnie pieniędzy, na co im odpowiedziałem, że gdybym miał pieniądze, to czy bym tu pracował? Nie mogę powiedzieć, że nic nie mam. Mam 20 soli peruwiańskich, to dam wam 10 a sobie zostawię 10. No to oni odparli, że kiedy indziej przyjdą. Miejscowi już ich jednak obserwowali, i gdyby nie odeszli, to byli gotowi do interwencji. Innym razem, około godziny 16.00 w wiosce obok Pariacoto ktoś pytał ludzi, czy ksiądz jest w parafii, jak się nazywa, czy jest w domu itd. Coś tam mu odpowiedzieli. Poszedł drogą, a ludzie z wioski zorientowali się, że terroryści szukają księdza, więc szybciej inną dróżką dobiegli na posterunek policji. Co prawda dyżur miał wtedy tylko jeden policjant, ale zwerbował kilku sąsiadów do pomocy.

Gdy ten człowiek dotarł do parafii, to otworzył mu postulant i powiedział, że terroryści zabili tu franciszkanów i od tego czasu ksiądz nie mówi gdzie jest i kiedy wraca. W tym czasie ludzie wraz z policjantem przyszli i otoczyli go. Okazało się, że był uzbrojony. Nie wiadomo, czego chciał – czy pieniędzy, czy zabrać parafialne auto. Jeden z franciszkanów – o. Marek Wilk – pracując w Chimbote, dostawał listy z pogróżkami i żądaniem okupu. Terroryści grozili mu, że jeśli nie da im dużej sumy pieniędzy, to go zamordują. Policja próbowała nawet zrobić zasadzkę na terrorystów, ale to się nie udało. O. Marek musiał wycofać się z Chimbote. Pojechał pracować w Paragwaju. Mówił, że może zginąć za wiarę, ale nie za pieniądze.

Miałem od początku taką zasadę, że aby Kościół mógł przetrwać, to ludzie muszą pomagać kapłanowi, a nie pozostawać bierni, gdy nadchodzi niebezpieczeństwo. Biskup Louis Bambaren też mówił o tym, że gdy nadchodzi niebezpieczeństwo, to trzeba księdzu otwarcie o tym powiedzieć, a nie półsłówkami.

Jak Pariacoto zmieniło się od śmierci ojców Michała i Zbigniewa?

Zmienia się z dnia na dzień. Po pierwsze, nie jest to już miejsce, gdzie, jak mówią miejscowi „diabeł zgubił swoje ponczo” (w Polsce istnieje powiedzenie: „gdzie diabeł mówi dobranoc”). Kto w 1991 r. wiedział o Pariacoto? Tylko ci, którzy się tu urodzili. Teraz miejscowość znana jest na świecie. Dzięki beatyfikacji, napływowi pielgrzymów, miejscowe władze były zobowiązane do poczynienia różnych kroków – poszerzono drogę, są czynione prace, żeby dostępna była lepsza woda pitna. Trzy lata temu obfite deszcze zabrały drogę, ale jest już naprawiana. Wielu ludzi pochodzących stąd pracuje za granicą, ale inwestują potem tutaj w domy z cegły, 2-3 piętrowe. Takich domów przybywa. Kiedyś telewizja wyemitowała program dla młodzieży, w którym prowadzący pytał zebranych, kto skąd jest i żeby coś opowiedział o swojej miejscowości. W tym programie uczestniczyło kilka osób z Pariacoto. I oni przedstawili się, że są z miejsca, gdzie zło przerodziło się w dobro, że Bóg wywiódł dobro z tego, co się wydarzyło.

Świat zmaga się teraz z epidemią koronawirusa. Jak epidemia wpłynęła na pracę Ojców w parafii?

Epidemia koronawirusa w dalszym ciągu jest poważnym problemem dla społeczeństwa peruwiańskiego. Możemy nawet powiedzieć, że sytuacja się pogarsza. Ciągle wzrasta liczba zakażeń i śmierci chorych. Szpitale są przepełnione, zwłaszcza na intensywnej terapii. Brakuje lekarstw, tlenu oraz lekarzy i pielęgniarek. Mówi się oficjalnie o nawrocie natężonej epidemii. Dane statystyczne wskazują na wzrost liczby biednych – jest ich już 8 milionów. Mnóstwo ludzi potraciło pracę. Pomoc władz państwowych dla biednych rodzin jest niewystarczająca. To już są miesiące, jak została sparaliżowana komunikacja wewnętrzna między regionami kraju i międzynarodowa.

Nasz ojciec diakon, Bogdan Pławecki, już nie pierwszy raz zmienia datę swoich święceń kapłańskich. Zgodnie z prognozą służby zdrowia, w sierpniu epidemia miała być opanowana, więc z wyprzedzeniem święcenia zostały zaplanowane na 9 sierpnia, w Pariacoto na rocznicę męczeńskiej śmierci naszych Błogosławionych. Niestety w ostatnich dniach w regionie Huaraz, do którego należy Pariacoto, ogłoszono stan wyjątkowy. Nowe rozporządzenie władz państwowych oznacza niemożliwość jakiegokolwiek poruszania się i obowiązek pozostania w domu w niedzielę. Z tego powodu święcenia przenieśliśmy na sobotę 8 sierpnia. Ksiądz biskup z Chimbote, Angel Francisco Simon Piorno, chyba dojedzie z pobliskiej siedziby swojej diecezji. Gorzej jest z ojcami, którzy mieszkają w Limie odległej o 450 km od Pariacoto. Ojcowie z Limy wybierają się do Pariacoto, choć nie mają pewności dojechania. Wszystko zależy od tego jak podróżujących potraktuje policja drogowa. Jedziemy zaopatrzeni w maseczki chirurgiczne, przyłbice ochronne, zaświadczenie lekarskie o przeprowadzonych testach na nieobecność wirusa, pismo z przysięgą, że nie mamy najmniejszych objawów choroby. Wierzymy Opatrzności Bożej, że uda nam się towarzyszyć współbratu w jego święceniach kapłańskich. Z prośbą o modlitwę. Pokój i Dobro!

O. Stanisław Olbrycht OFMConv

 

W ogrodzie klasztoru w Pariacoto 02.1990_fot. Zdzisław Gogola OFMConv

 

Dziedziniec klasztoru w Pariacoto 1990 r._fot. Zdzisław Gogola OFMConv

 

Tabliczka z tektury położona na plecach bł. o. Zbigniewa przez terrorystów z napisem „Tak giną lizusy imperializmu”_fot. Zdzisław Gogola OFMConv

 

Ogród klasztoru w Pariacoto w 1994 roku_fot. Zdzisław Gogola OFMConv

 

Pogrzeb błogosławionych Męczenników z Pariacoto (w habicie o. Stanisław Olbrycht)

 

O. Stanisław Olbrycht (w środku) na dziedzńcu klasztoru w Pariacoto_fot. o. Zdzisław Gogola OFMConv

 

O.Stanisław Olbrycht (w kolorowej stule) 1994 rok_fot. Zdzisław Gogola OFMConv

O. Stanisław Olbrycht OFMConv i o. Feliks Stasica OFMConv, 1989 r.

O. Stanisław składa przysięgę, że zobowiązuje się dostarczyć zebrany materiał do Rzymu

O. Stanisław Olbrycht w czasie spotkania z dziennikarzami w Bazylice św. Franciszka w Krakowie w czerwcu 2019 r.

O. Stanisław Olbrycht OFMConv w Bazylice św. Franciszka w Krakowie 7 czerwca 2019 r.

Witraż z Męczennikami w kościele w Pariacoto_fot. Andrzej Gutkowski OFMConv

Grób Męczenników w kościele w Pariacoto_fot. Andrzej Gutkowski OFMConv

Figury błogosławionych Męczenników na dziedzińcu kościoła w Pariacoto

Zapraszamy do obejrzenia filmu dokumentującego uroczystości pogrzebowe błogosławionych Męczenników z Pariacoto, które odbyły się 12 sierpnia 1991 r., oraz 18. odcinka Głosu z Biura Męczenników z Pariacoto, w którym Alex Cordero, autor opowiada o książce „Pasja Michała i Zbigniewa”, a ojcowie franciszkanie: Dariusz Mazurek i Jacek Lisowski, dzielą się świadectwem, czym dla nich była śmierć Męczenników z Pariacoto.

Pogrzeb bł. Michała Tomaszka i bł. Zbigniewa Strzałkowskiego – Pariacoto 12.08.1991

Za: franciszkanie.pl