Rzeczywistość trochę mnie przerosła

Wywiad z Natalią Skrzypską, sercańską wolontariuszką na Filipinach, która niedawno wróciła z wolontariatu na Filipinach. Przeczytaj o jej doświadczeniach z pracy w odległej Azji.

1. Na poczatku roku 2020 wyjechałaś na wolontariat misyjny. Jak zrodziła się w Tobie myśl o takim zaangażowaniu na rzecz misji?

W 2010 roku po raz pierwszy wyjechałam na misje do Afryki. W Zambii pracowałam jako wolontariuszka w sierocińcu Matki Teresy z Kalkuty. Po kilku latach od tamtego wydarzenia, myśl o powtórzeniu tego pięknego doświadczenia powracała. Ostateczna decyzja o tym, że znowu chcę wyjechać, że jestem gotowa, narodziła się podczas pielgrzymki we wrześniu ubiegłego roku w Medjugorie.

2. W jaki sposób przygotowywałaś się do tego wyjazdu?

W związku z tym, że do końca nie było wiadomo, czym będę się zajmować na miejscu, moje przygotowanie do wyjazdu ograniczyło się głównie do przygotowań związanych z moim zdrowiem. Wykonałam szereg potrzebnych szczepień i zaopatrzyłam się w niezbędne leki. Na tydzień przed wyjazdem zebrałam również trochę materiałów do nauki języka angielskiego dzieci i młodzieży, które jak się okazało na miejscu, były bardzo pomocne.

3. Dlaczego wybrałaś akurat Filipiny jako cel Twojego wolontariatu?

Po pierwsze jest to katolicki kraj. Bardzo zależało mi na tym, aby móc wyjechać tam, gdzie społeczność jest tego samego wyznania. Po drugie słyszałam od moich znajomych, którzy często podróżują w tamte rejony świata, że ludzie są tam bardzo dobrzy, przyjaźnie i pozytywnie nastawieni do obcych. A trzecia rzecz, to artykuł, na który przez przypadek natrafiłam w Internecie. Opisywał on pobyt jednej z sercańskich wolontariuszek na Filipinach. Po jego przeczytaniu nie miałam już żadnych wątpliwości, że to właśnie tam chcę jechać.

4. Gdzie dokładnie przebywałaś na Filipinach i jakie były Twoje obowiązki w czasie Twojego tam pobytu?

Zostałam skierowana do Kasanag Daughters Foundation, na wyspie Mindanao w mieściem Cagayan De Oro. Fundacja ta opiekuje się dziewczynkami, które zostały seksualnie skrzywdzone, wykorzystane. Będąc na miejscu, dostałam ,,wolną rękę” jeżeli chodzi o zakres moich obowiązków. W takich sytuacjach ważne jest, aby wolontariusz wykazał się sporą kreatywnością i posiadał pewne zdolności, umiejętności czy wiedzę, którą może wykorzystać przy pracy z dziećmi. W moim przypadku była to znajomość języka angielskiego na takim poziomie, który umożliwiał mi prowadzenie zajęć z języka angielskiego na różnych poziomach. W przeszłości również byłam instruktorem aerobiku, więc prowadziłam zajęcia fitness oraz inne aktywności sportowe. Oprócz tego wymyślałam szereg innych zajęć takich jak malowanie, wyszywanie, jako projektantka prowadziłam zajęcia z projektowania ubrań, pokazy mody, które cieszyły się szczególnym zainteresowaniem wśród dziewczynek.

5. Jak wyglądała rzeczywistość, z którą się tam spotkałaś i czy w zderzeniu z Twoimi oczekiwaniami nie okazała się zbyt wymagająca?

Rzeczywistość, którą zastałam na miejscu trochę mnie przerosła. Z pewnością nie byłam świadoma tego, jak trudna jest opieka i praca z dziewczynkami, które są po tak trudnych i traumatycznych przeżyciach. Ataki paniki, częste zmiany nastroju, nieprzewidywane zachowania, czasami agresja ze strony dziewczynek uczyły mnie coraz większej pokory, cierpliwości i miłości do nich. Ogromne wsparcie dostałam od osób pracujących w fundacji, co pozwoliło mi bardziej zrozumieć zachowania dziewczynek.
Podczas mojego pobytu udało mi się również wyremontować dużą część domu, w którym mieści się fundacja. To równocześnie był jeden z moich celów jeszcze przed wyjazdem. Oprócz tego, że chciałam dać siebie, to jednocześnie marzyłam o tym, aby zostawić coś namacalnego. Z pomocą wielu osób, które dołączyły do zbiórki w mediach społecznościowych zebrałam kwotę, dzięki której udało się wyremontować wszystkie pokoje dziewczynek, kuchnię, pokój do terapii, kaplicę oraz zrobić mały plac zabaw.

6. Czy zamierzasz nadal, teraz po powrocie do Polski, wspierać dzieła misyjne Księży Sercanów i w jaki sposób chciałabyś zachęcać innych by angażowali się w misyjny wolontariat?

Z pewnością będę uczestniczyć w spotkaniach wolontariuszy i zachęcać ich do wyjazdów na misje. Wspierać swoim doświadczeniem, wiedzą którą wyniosłam z moich dwóch misji oraz pomagać w przygotowaniu do wolontariatu, jeżeli będzie taka potrzeba.

7. Twój pobyt na wolontariacie został skrócony z powodu epidemii, która dotknęła praktycznie cały świat. Jak wyglądała sytuacja epidemiczna na Filipinach?

Kwarantanna została wprowadzona szybciej niż w Polsce, ale na początku nie obejmowała wszystkich wysp. Na wyspie Mindanao, tej na której przebywałam, została wprowadzona w tym samym czasie, w którym w Polsce. Zostały pozamykane szkoły, uniwersytety, centra handlowe, większość punktów usługowych, lotniska itd. Działały jedynie apteki i sklepy spożywcze, do których przed wejściem każdy miał mierzoną temperaturę. Została wprowadzona również godzina policyjna w miastach między 22 a 6 rano. Wtedy był całkowity zakaz poruszania się.

Filipiny to biedy kraj, w którym służba zdrowia zostawia wiele do życzenia. Brak testów, laboratoriów zmusił rząd do bardzo rygorystycznego przestrzegania kwarantanny, dający wojsku nawet możliwość strzelania do osób, które jej nie przestrzegają.

8. Czy możesz coś powiedzieć na temat Twojego powrotu do kraju i perypetii z nim związanych?

Nie planowałam tak szybkiego powrotu do kraju. Niestety w momencie, kiedy dostałam wiadomość o anulowaniu mojego biletu powrotnego do polski w maju, zadzwoniłam do konsulatu polskiego w Manili, aby zapytać jak wygląda sytuacja z połączeniami lotniczymi do kraju. Tam otrzymałam informację o tym, że w najbliższych kilku miesiącach wylot z Filipin będzie niemożliwy. A jednocześnie konsul zasugerował, abym jeżeli tylko mogę, spróbowała dostać się na samolot ,,LOTdodomu”, który miał być za kilka dni. Wtedy podjęłam decyzję, że wracam.

Niestety okazało się, ze miałam tylko 1 dzień, aby pozałatwiać wszystkie formalności związane z wydostaniem się z wyspy i przedostaniem do stolicy, skąd miał odlecieć samolot. Formalności, dokumenty które okazało się, że są niezbędne do wyjazdu, zupełnie mnie zaskoczyły. Potrzebowałam zgodę na opuszczenie wyspy nawet od prezydenta miasta, policji itp. Wtedy spotkałam się z ogromną pomocą osób, które poznałam podczas mojego pobytu i wspólnymi siłami udało mi się dostać wszystkie pozwolenia na wyjazd i dostać do Manili, gdzie 28 marca wsiadłam do samolotu i bezpiecznie wróciłam do domu.

Rozmawiał ks. Zbigniew Chwaja SCJ
Sekretarz misji zagranicznych

Za: www.sercanie.pl