Zmiękczacze sprawy Nergala. Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

To, że tacy ludzie jak prof. Środa, bronią Nergala, a w publicznym darciu Biblii uparli się widzieć artystyczną prowokację, nie dziwi. Wszak u tego rodzaju osób tolerancja kończy się na byciu za małżeństwami gejowskimi i aborcją; żadną zaś miarą nie dotyczy uczuć tych, których określają pogardliwie „katolami”.

Dziwi natomiast w całej sprawie postawa niektórych katolików, w tym duchownych, którzy oczywiście stwierdzają, że nie podoba im się, że ktoś podarł Biblię, ale jednocześnie zmiękczają, rozmywają problem, tak że na koniec okazuje się, że Nergal „niech sobie w TVP będzie”, a ci którzy głośno protestują, to jakieś oszalałe mohery i PiS-owcy…

Głównym „zmiękczaczem” sprawy Nergala stał się ks. Boniecki. Były redaktor naczelny TP oznajmił, że Nergal „nie jest satanistą, bo musiałby wierzyć w szatana”. Otóż wystarczy zajrzeć do podstawowej literatury tematu, aby wiedzieć, że satanizm ma wiele nurtów, można m.in. rozróżnić satanizm teistyczny (metafizyczny) i ateistyczny (kulturowy). Obydwa są niebezpieczne, o czym mógłby opowiedzieć niejeden duszpasterz, a już na pewno egzorcysta. Ksiądz, który wykazuje się niewiedzą i bagatelizuje problem zatruwania serc i umysłów przez takie zespoły jak Behemoth, po prostu się kompromituje jako kapłan. Bo nawet zabawa w satanizm niesie ze sobą bardzo poważne niebezpieczeństwa.

Ks. Boniecki powtarza argument prezesa TVP, Juliusza Brauna, stwierdzając, że „Nergal w telewizji występuje zupełnie w innej roli, w umowie zastrzeżono, żeby tematów religijnych nie poruszał. Zachowuje się kulturalnie i delikatnie”. No i co z tego Księże redaktorze? Gdyby jakiś muzyk neonazista wykrzykiwał publicznie, że Żydzi to najbardziej zbrodnicza sekta wszechczasów, a potem został zaproszony jako juror, to też by Ksiądz go bronił, że przecież w programie wypowiada się na temat muzyki, a nie Żydów, a poza tym to w gruncie rzeczy miły gość? Na tym właśnie polega draństwo: młody człowiek zobaczy, że w TVP pan Darski jest sympatycznym autorytetem, a potem zetknie się z jego „twórczością” i dojdzie do wniosku, że nazywanie Biblii gównem jest jedną z możliwych opinii w publicznej dyskusji.

W Radiu TOK FM ks. Boniecki nazwał Nergala przedszkolaczkiem i oznajmił, że dużo więcej zła jest na stadionach piłkarskich, a na temat darcia Biblii stwierdził, że przeszkadza mu „zachowanie niekulturalne” (tak jakby chodziło o dłubanie w nosie). Mam wrażenie, że Boniecki patrzy na sprawę w gruncie rzeczy w perspektywie politycznej i wyborczej. Mocne zaatakowanie obecności Nergala w TVP byłoby pośrednią krytyką PO, która obsadziła TVP ludźmi, którzy bronią Nergala, a zatem lepiej powiedzieć, że Nergal to przedszkolaczek w porównaniu ze złem na stadionach, bo wiadomo, ze z „kibolami” walczy pan premier. Boniecki zdaje się nie dostrzegać, że sytuacja z szarganiem katolickich świętości doszła do punktu, w którym trzeba mówić jasno i twardo.

Nie dziwię sie, że w tej sytuacji znalazł się biskup (Mering), którego „krew zalała” i emocjonalnie wygarnął w liście otwartym, co myśli o postawie ks. Bonieckiego. Nie przewidział – niestety – że przysłuży się w ten sposób bezpośrednim i pośrednim obrońcom i „zmiękczaczom” Nergala. Ci bowiem od razu rozdarli szaty i zakrzyknęli, że biskup uraził godność starszego księdza redaktora, i że jego wypowiedź bardziej oburza niż występy „przedszkolaczka” Adasia Darskiego. W ten oto sposób w niektórych środowiskach problemem przestał być Nergal, a stał się biskup Mering. Absurd? Jasne, że absurd, ale jakże skuteczny w rozmywaniu rzeczywistego problemu!

Co do głęboko oburzonych „atakiem” biskupa Meringa na ks. Bonieckiego, to myślę sobie, że gdyby Jezus żył w dzisiejszych czasach i powiedział do współczesnych faryzeuszy: „ściany pobielane”, „obłudnicy”, „plemię żmijowe”, to zaraz znaleźliby się „otwarci” katolicy, którzy wyraziliby swe oburzenie, że może istnieje jakiś problem, ale forma wypowiedzi Jezusa jest niedopuszczalna i trzeba ją napiętnować. No i zostawiliby faryzeuszy w spokoju, a waliliby w Jezusa i jego niepoprawne słowa. Przypominają mi się też Dzieje Apostolskie, jak to Paweł Apostoł powiedział do ówczesnego autorytetu, arcykapłana Ananiasza: „Uderzy cie Bóg, ściano pobielana” (23,3). Ha! Już widzę oczyma wyobraźni, jak „otwarci” wyrażają stadnie oburzenie zachowaniem Pawła z Tarsu, który w sposób karygodny poszargał godność arcykapłana.

Pamiętacie, jak jakiś czas temu pewien amerykański pastor ogłosił, że zamierza spalić Koran jako księgę nienawiści. Sam ten zamiar wywołał falę protestów. Protestowali nie tylko muzułmanie, ale politycy i różne autorytety. Nikt nie stanął w obronie pastora, że ma prawo do takiej prowokacji. Pastor odstąpił od swego zamierzenia. I bardzo dobrze! Tym bardziej marzy mi się, że jak jakiś prymityw drze publicznie Biblię, to katolicy, chrześcijanie i Żydzi wspólnie podnoszą taki krzyk, iż nigdy więcej nikomu nie przyjdzie do głowy taka profanacja. Niestety, nie brakuje w tego rodzaju przypadkach tzw. pożytecznych idiotów, którzy zaraz zaczną swe pseudo-subtelne wywody pt. „tak, ale…” albo „nie, tym niemniej…”.

Sprawa jest przecież dość prosta. Gość, który ma ksywkę „Nergal”, a dawniej firmował się ksywką „Holocausto”, który pozdrawia swych fanów okrzykiem „Heil Satan!”, podarł i znieważył to, co dla chrześcijan nie tylko jest symbolem, ale samo w sobie jest święte, gdyż jest Słowem Boga. Każdy rozumny i przyzwoity człowiek powinien stwierdzić, że facetowi należy się wyrok, jaki przewiduje nasze prawo za obrazę uczuć religijnych, a takie instytucje jak media publiczne nie mogą zrobić niczego innego, jak zamknąć przed nim drzwi. Niestety, z jakichś powodów niektórzy nie są w stanie tego zrozumieć.

Za: www.wpolityce.pl