Korespondencja: Wizyta Ministra Generalnego OFM w Sudanie

Przed obiadem wybraliśmy się w trójkę (Generał, Federico i ja) do Arcybiskupa Juby Paulinusa. Jest już po 75 latach życia i tak jak jest przepisane złożył rezygnacje z urzędu. Papież Franciszek poprosił go jednak, aby jeszcze pracował dopóki nie znajdą kogoś na jego miejsce. Co ciekawe na dzień dzisiejszy South Sudan czeka na nowych 4 biskupów w diecezjach. To znak, że nie łatwo Nuncjuszowi (mieszkającemu na stałe w Kenii) znaleźć w miejscowym środowisku dobrych kandydatów. Paulinus jest bardzo serdeczny i otwarty. Dziękuje nam za pracę. Cieszy się, że jestem nowym bratem do pracy we franciszkańskiej parafii. Większość jednak rozmowy sprowadza się do smutnego tematu ciągłej nienawiści plemiennej i wojny domowej. Najsmutniejsze, jak mówi Abp jest to, że zabijają się tu nawzajem chrześcijanie, a często nawet sami katolicy tylko dlatego, że są z innych grup etnicznych. Proponuje się im usiąść do stołu zostawić broń  i prowadzić rozmowy pokojowe. Jedna i druga strona ma na ustach ulubione słowo -„revenge”. To znaczy, my nic więcej nie robimy tylko się rewanżujemy za zło, jakie nam uczyniono. Paulinus nie jest optymistą i nie widzi w najbliższym czasie zmiany na lepsze w South Sudanie. Będąc u Papieża Franciszka o wszystkim opowiadał i prosił o pomoc. Papież według niego jest chętny do przyjazdu do Juby, tym bardziej, że jak twierdzi Abp jest w przyjacielskich stosunkach z Prezydentem. O Prezydencie Abp ma bardzo pozytywne zdanie. Twierdzi, że wiele zła wyrządzają ludzie najbliżej otaczający Prezydenta, którzy chcą na innych grupach etnicznych poza własną grupą Dinka dokonać Genocytu. Jak to bardzo przypomina osobę Hamana z ks. Estery. Szkoda tylko, że nie ma w South Sudanie tak wpływowej osoby, jak biblijna Estera.

3 luty 2017

Dziś dobiega końca wizyta Generała w naszej misji. On czuł się tu bardzo dobrze. Myślę, że bardzo lubi Afrykę  i to właśnie taką biedną i spontaniczną. Dziś prowadził Msze po angielsku i porwał ludzi pięknym prostym i dialogowanym kazaniem. Nigdy go wcześniej od tej strony nie znałem. Zawsze w Europie był formalny, mieszczący się w naszych kulturowych kanonach zachowań podczas liturgii. A tu bezpośredni rozmawiający o Słowie Bożym z ludźmi w kościele. Ludzie byli mu bardzo wdzięczni. Podarował im cegłę z drzwi jubileuszowych Bazyliki św. Piotra, którą wmurował Jan Paweł II na zakończenie roku Jubileuszowego 2000 i potem usunął Papież Franciszek otwierając drzwi święte na Rok Miłosierdzia i przekazał bezpośrednio Generałowi na jednym ze wspólnych spotkań. Mówił, aby ta symboliczna cegła pomogła im budować pokój i pojednanie w South Sudanie i aby była znakiem, że Papież Franciszek chce do nich przyjechać. Ludzie westchnęli ze wzruszenia i dodali, że ta cegła mogłaby być pierwszą, jaką potrzebują dla zbudowania nowego piękniejszego kościoła. My jednak nie myślimy o budowaniu nowego kościoła. Ten co jest, jest wyjątkowy, bo podobny do warunków w jakich większość na co dzień mieszka. Nikt tu nie potrzebuje pałaców, a już przede wszystkim Jezus. On najlepiej się czuje tam, gdzie jest miłość i zgoda a nie przepych i wygoda. Myślimy natomiast bardzo poważnie, aby przy współpracy z chętnym Zgromadzeniem Sióstr otworzyć przy parafii prawdziwe przedszkole. Pod koniec Mszy odprawianej w języku Bari Starszy wspólnoty nadał nam trzem białym (kaładżja – to w Bari określenie na białych ludzi) nowe imiona. I tak Generał ma według nich na imię Yugu, co znaczy Pasterz, Federico ma na imię Loro, co oznaczy Syn Pierworodny, to najważniejsze dziecko w rodzinie. Moje imię to Pitija co oznacza 4 syn w domu, chyba odnosi się to do kolejności białych kapłanów pracujących w tej misji w Jubie. Tak więc od dziś nazywam się Klaudius Pitija (czytać tak jak się pisze). Tak na marginesie nasz miejscowy kierowca ma na imię Pitija, a Arcybiskup Juby to Paulinus Loro, co oznacza, że właśnie był najstarszym synem w rodzinie. Podziwiałem Generała również za to, że znalazł aż tydzień czasu tylko dla tego jednego miejsca, tylko dla nas dwóch braci. Sam Michael zauważył, że często muszą mu wystarczać dwa dni, aby złożyć wizytę w jakiejś prowincji zakonu a tu poświęcił nam tyle czasu. Deo gratias. Nie jesteśmy oczywiście jakąś szczególna częścią kościoła misyjnego. Biskup na spotkaniu mówił, że w samej jego diecezji w Jubie jest 90 misjonarzy i misjonarek z różnych rodzin zakonnych. W całym South Sudanie jest nas 560 (sic!) nie licząc miejscowego kleru i miejscowych powołań do żeńskich Zgromadzeń Zakonnych. To jest spora grupa. Dzięki Bogu, że mimo wojny domowej rząd odnosi się do kościołów chrześcijańskich z szacunkiem i nie utrudnia pracy. Katolików jest około 35%, jest też sporo anglikanów i prezbiterianów. My chociaż po 2011 roku musieliśmy opuścić Chartum (stolice Sudanu, w której na dziś dzień mamy małą wspólnotę, gdyż panuje tam radykalny Islam) i jesteśmy w Jubie od 5 lat, już mamy kilka powołań. Jest 2 nowicjuszy i 5 aspirantów. Wszyscy oni ze względów bezpieczeństwa, gdyż są z różnych etnicznych plemion (Bari, Nuer, których rządzące Dinka prześladuje) zostali wywiezieni do Ugandy i tam w naszych domach zakonnych odbywają swoją formację. Jeśli Bóg da to za 10 lat będziemy mieli komu przekazać prace w Jubie i ludzie będą szczęśliwi widząc swoich za ołtarzem. Jest też kilku młodzieńców służących do Mszy św. myślących poważnie o swoim zakonnym powołaniu. Problemem jest kontakt z dziewczętami. Miejscowa kultura nie daje żadnych praw kobietom i żadna z nich nie podejdzie rozmawiać z Tobą poważnie i oprócz serdecznych powitań trzymają się z daleka. Gdyby pojawiły się Siostry zakonne dziewczęta miejscowe miałyby ułatwiony kontakt i mogłyby o swoich sprawach szczerze porozmawiać z kobietami, które łatwo by je rozumiały i pomogły im się duchowo rozwijać. Przez 10 dni muszę gospodarzyć się sam. Federico wróci z Nairobi 17 lutego. Na ten czas w naszym domu zamieszkał ze mną bardzo sympatyczny miejscowy kapłan Ks. Herkolano, który jest rektorem miejscowego seminarium. Klerycy mają teraz przerwę wakacyjną więc jest wolny i będzie przede wszystkim prowadził nabożeństwa w języku Bari i dotrzymywał mi towarzystwa w domu, aby na noc nie pozostawać tylko samemu z psem. Mówiliśmy, że w tych dniach ma mnie zacząć uczyć czytać części stałe Mszy św. w Bari i nauczyć mnie kilku podstawowych zwrotów grzecznościowych w Bari. Potrzebuję tego, gdyż przed kościołem, przed i po Mszach św. szczególnie starsi ludzie nie znający angielskiego chcą rozmawiać z tobą tylko w Bari albo w prostym arabskim. Języki w Afryce pozostają zawsze dużym wyzwaniem dla misjonarzy.

o. Klaudiusz Michalski OFM

Za: www.franciszkanie.net