2 lutego Kościół obchodzi Światowy Dzień Życia Konsekrowanego. To dobra okazja, by zajrzeć za klasztorne mury i zobaczyć, jak wygląda codzienność kobiet, które wybrały życie we wspólnocie zakonnej. To także moment, by wrócić do pytania, które często pojawia się w mediach społecznościowych. Czy decyzja o wstąpieniu do zgromadzenia zakonnego oznacza całkowite zerwanie więzi z rodziną, dystans wobec bliskich i odcięcie się od najbardziej osobistych spraw?
W różnych zgromadzeniach zakonnych wygląda to pewnie zupełnie inaczej. Sprawdziliśmy, jak jest w jednym z największych zgromadzeń w Polsce, u sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, bo z racji na charyzmat nazaretanek temat wydał nam się najbardziej nieoczywisty.
Dom w Warszawie
Dom prowincjalny sióstr nazaretanek przy ulicy Czerniakowskiej w Warszawie z zewnątrz może sprawiać wrażenie surowej twierdzy. Masywne mury i prosta bryła nie zdradzają atmosfery panującej w środku. W rzeczywistości jest to jedno z najbardziej pogodnych i lubianych miejsc na Mokotowie. Po jednej stronie mieści się szkoła, po drugiej klasztor, a między nimi kościół. Z budynku dobiega gwar dzieci i codzienny rytm lekcji, za ścianą toczy się spokojne życie wspólnoty zakonnej. To nie tylko zaplecze organizacyjne Zgromadzenia lecz prawdziwy dom. Ciepły i gościnny, mimo chłodnych murów.
Kiedy rodzice zamieszkują w klasztorze
U nazaretanek życie wspólnotowe nie ogranicza się do pracy zawodowej, modlitwy i codziennych obowiązków. Obejmuje także opiekę nad rodzicami sióstr. Gdy są bardzo sędziwi, ciężko chorzy lub samotni i nie mają realnej możliwości innej pomocy, wprowadzają się do klasztoru, do pokoi gościnnych. Jesień życia spędzają blisko swoich córek. I choć tylko z jedną z nich łączy ich więź krwi, rodzice wiedzą, że w tym domu mają aż osiemdziesiąt córek. Każda z sióstr podchodzi do nich jak do własnych rodziców. Wiele nazaretanek zwraca się do rodziców innych sióstr „mamo” i „tato”. Nie wynika to z zasad ani regulaminu. To naturalna konsekwencja traktowania wspólnoty jak rodziny.
Różaniec i wiadomość, która ucisza dom
Było styczniowe popołudnie. O godzinie siedemnastej siostry zebrały się w kaplicy na codzienny różaniec. W ciszy, przy świetle wiecznej lampki, siostra przełożona przekazała krótką wiadomość. Zmarła mama jednej z sióstr, która przez ostatnie tygodnie mieszkała w domu na Czerniakowskiej. Nie było dramatycznych reakcji. Ciszę wypełnił rytm różańca. W kaplicy były niemal wszystkie, od najmłodszych po te z wieloletnim doświadczeniem. W takich momentach smutek przestaje być prywatny. Staje się wspólny.
Osiemdziesiąt odpowiedzi
Kilka tygodni wcześniej, na początku grudnia, w tym samym domu zmarł ojciec innej siostry. Ostatnie miesiące życia również spędził w klasztorze. Choroba postępowała, ale nie był sam. Miał wiele nazaretanskich córek które pomagały mu w codziennych czynnościach, podawały posiłki, towarzyszyły. Wieczorami ktoś siadał przy łóżku. Czasem wystarczała sama obecność i uścisk dłoni.
Prawdziwa bliskość
Siostra Karolina Łuczak, rzeczniczka prowincji, podkreśla, że każda taka strata, gdy odchodzi jakiś rodzic, przeżywana jest tak, jakby odszedł ktoś najbliższy. A bliskość w tej wspólnocie to codzienne bycie razem, także w chwilach choroby i odchodzenia. Tak jak w każdej rodzinie. Nazaretanką siostra Karolina jest od 1992 roku. Pytana, od kiedy rodzice sióstr mieszkają w domach Zgromadzenia, odpowiada bez wahania, że dzieje się tak od dawna. Gdy ktoś poważnie chorował i nie miał opieki a pokój gościnny był wolny, to miejsce zawsze się znajdowało.
Charyzmat rodziny
Zgromadzenie powstało 150 lat temu w Rzymie. Ideą założycielki, błogosławionej Franciszki Siedliskiej, było budowanie wspólnoty na wzór rodziny z Nazaretu. W prowincji warszawskiej ta idea przekłada się na konkretne decyzje. Jedną z nich jest opieka nad rodzicami sióstr. Nie chodzi o zastępowanie domów opieki. Nazaretanki prowadzą takie placówki w różnych częściach kraju. Pokoje gościnne przy klasztorze są przedłużeniem domu rodzinnego. Starsze osoby mogą też uczestniczyć w rytmie wspólnoty. Czasami, jeśli zdrowie na to pozwala, jedzą wspólne posiłki, spacerują, siadają do świątecznego stołu czy modlą się razem z siostrami. Otrzymują codzienną pielęgnację, ale równie ważne są rozmowa i zwykła obecność drugiego człowieka.
Gdyby te kobiety żyły w świeckich domach, opiekowałyby się rodzicami w podobny sposób. Tutaj różnica polega na skali. Jedna starsza osoba ma nie jedną córkę, lecz całe Zgromadzenie córek.
Wspólna odpowiedzialność
Ta odpowiedzialność nie dotyczy wyłącznie własnych bliskich. Siostry z domu na Czerniakowskiej odwiedzają starszych mieszkańców Mokotowa, zanoszą posiłki i rozmawiają. Prowadzą fundację wspierającą seniorów i osoby samotne oraz organizują spotkania międzypokoleniowe. Pod koniec grudnia zorganizowały wigilijne spotkanie dla samotnych seniorów z okolicy. Przyszło ponad sto osób. Była wspólna wieczerza, rozmowy i kolędy. Tego wieczoru nikt nie siedział sam przy stole. Czasem sama obecność ma największe znaczenie.
Nikt nie odchodzi sam
Opieka nad własnymi rodzicami jest najbardziej osobistym wymiarem tej historii. Pokazuje, że wybór życia zakonnego nie oznacza zerwania więzi rodzinnych lecz ich poszerzenie. Gdy matka lub ojciec którejś z sióstr traci siły, drzwi klasztoru pozostają otwarte. Jest miejsce przy stole, pomoc i uważność.
W styczniowy wieczór dom na Czerniakowskiej pogrążył się w ciszy. Następnego dnia siostry wróciły do codziennych obowiązków, do pracy, nauczania i opieki nad tymi, którzy wciąż byli obok. W tej wspólnocie nikt nie pozostaje sam. Ani w chorobie, ani w ostatnich chwilach życia. To doświadczenie, które zostaje w pamięci na długo.
