24 lutego 2026 roku minęły 4 lata od barbarzyńskiej napaści Rosji na Ukrainę. Poprosiliśmy trzech werbistów pracujących na zachodzie kraju, by podzielili się swoimi przemyśleniami i opisali bieżącą sytuację w kraju i ich regionie. Oto ich relacje.
Wojciech Żółty SVD (Wierzbowiec, Obwód Winnicki)
Szczerze mówiąc, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że to już 4 lata od wybuchu wojny. Ale to nie znaczy, że jesteśmy obojętni. Od pierwszego dnia do dzisiaj jesteśmy przede wszystkim z ludźmi, z którymi pracujemy i którzy mieszkają w Wierzbowcu i okolicach.
Jeżdżę regularnie z pomocą humanitarną na wschód Ukrainy. Byłem tam już 14 razy.Ostatnio z różnych, niezależnych ode mnie, przyczyn bywam tam nieco rzadziej. Przeżyłem różne sytuacje, włącznie z dronami lecącymi nam nad głowami. Były też sytuacje, że dostaliśmy się pod ostrzał, ale nie chcę o tym pisać.
W naszym Sanktuarium św. Michała Archanioła w Wierzbowcu razem z siostrami SSpS [Służebnicami Ducha Świętego – przyp. red.] organizujemy od czasu do czasu skupienia dla rodzin, które straciły najbliższych na wojnie.
Zima w Wierzbowcu (fot. Józef Gwóźdź SVD)
Przeżywamy teraz bardzo ciężki czas, bo prądu nie ma przez 20 godzin dziennie. Dzięki ogromnej pomocy ełckiego oddziału Caritas, w tym bp. Jerzego Mazura SVD, a także pomocy z Generalatu werbistów w Rzymie i Polskiej Prowincji SVD miałem możliwość zakupu drzewa na opał oraz butli i piecyków gazowych dla najbardziej potrzebujących. Wspieramy również wszystkich artykułami spożywczymi, chemicznymi oraz lekarstwami.
Wiem, że w Polsce pojawiają się różne nieprzychylne głosy na temat Ukrainy i Ukraińców. Zawsze powtarzam jedno: „przyjedź, zobacz, przekonaj się, jak wygląda tutaj życie, a przy okazji nam pomożesz”. Jestem na Ukrainie już 15 lat, a od rozpoczęcia wojny byłem na wschodzie kraju wiele razy i nigdy nie usłyszałem żadnego złego słowa o Polsce. Wręcz przeciwnie, ludzie zawsze prosili, bym podziękował narodowi polskiemu. Niedawno wracałem z Polski samochodem. Ukraiński pogranicznik, zapytał mnie, czy jestem księdzem. Gdy odpowiedziałem twierdząco, poprosił mnie, bym poświęcił ich biura i budynki. Co ciekawe, najprawdopodobniej nie był katolikiem.
Przepraszam za tak krótki tekst, ale nie potrafię zbyt pięknie pisać. Bardziej skupiam się na pracy niż pisaniu.
Wojenne zniszczenia (fot. Józef Gwóźdź SVD)
* * *
Adam Kruczyński SVD (Struga, Obwód Chmielnicki)
Ta wojna rozpoczęła się w zasadzie już w 2014 roku. Aż do 2022 roku trwała pod nazwą ATO, czyli antyterorystyczoej operacji. Cztery lata temu przekształciła się w pełnoskalową wojnę, która trwa, mimo tych wszystkich negocjacji, które toczą się w różnych częściach świata. Jej zakończenia nikt nie jest w stanie przewidzieć.
Tu, gdzie pracuję, sytuacja wyglada w miarę stabilnie. Dzieci chodzą do szkoły, ludzie, którzy pozostali, pracują, zaopatrzenie utrzymuje się na normalnym poziomie.
Gdy przyjechałem na Ukrainę w 1999 roku, statystyki podawały, że żyje tu około 52 mln ludzi. Dzisiaj nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile teraz mieszka tu ludzi, ale mówi się, że może to być ok. 28 mln, może nawet i mniej.
Ten spadek populacji widzę również w mojej parafii. Przed wojną, na niedzielnej Mszy św. było ok. 70 osób. W ostatnią niedzielę, czyli 1. Niedzielę Wielkiego Postu, do kościoła przyszło tylko 15 osób. A w tygodniu do kościoła nie przychodzi już nikt. Dzieci nie ma, młodzież wyjechała, pozostali tylko ludzie starsi, którzy powoli odchodzą do Pana. Pokolenie w średnim wieku ukrywa się, gdyż w każdej chwili mogą zostać powołani do wojska. Mam parafian, którzy po prostu z ulicy zostali zabrani do wojska, bez możliwości pożegnania się z najbliższymi.
Jeden z tysięcy cmentarzy na Ukrainie (fot. Adam Kruczyński SVD)
Ten wielki zapał walki z wrogiem, który był tak widoczny na początku wojny, zaginął już dawno, a młodzi chłopcy robią wszystko, byleby tylko nie być zmobilizowanym.
Ludzie ze Strugi, gdzie pracuję już 26 lat, bardzo przeżywają wszystko, czego doświadczają ich krewni, znajomi i inni mieszkańcy na wschodzie Ukrainy i na terenach dotkniętych bezpośrednimi działaniami wojennymi. Ostatnio nie ma dnia bez bombardowania Kijowa, Charkowa, Zaporoża, Odessy i wielu wielu innych miast, nie tylko na wschodzie kraju. Brak światła, ogrzewania i wody to codzienność ludzi, którzy tam mieszkają. Mieszkańcy wielkich bloków w miastach często najbardziej potrzebują np. zwykłych przenośnych toalet. Oczywiście nie wspominam o spokojnym przespaniu nocy, bez strachu o przeżycie swoje i najbliższych członków rodziny.
Nam pozostaje codzienna żarliwa modlitwa o zakończenie wojny i trwały pokój.
POLECAMY RÓWNIEŻ: Wpływ rosyjskiej agresji na prawną i faktyczną sytuację organizacji religijnych w Ukrainie
Zniszczenia wojenne w Borodiance (fot. Józef Gwóźdź SVD)
* * *
Józef Gwóźdź SVD (Nowa Uszyca, Obwód Chmielnicki)
Nie znałem Ukrainy w czasie pokoju. Przyjechałem tutaj w połowie listopada 2022 roku, po tragicznej śmierci o. Jerzego Czarneckiego SVD i pół roku po rozpoczęciu pełnoskalowej napaści Rosji. Przywiózł mnie tutaj o. Adam Kruczyński SVD, który wracał po krótkim pobycie w Polsce. Jest jeszcze o. Wojtek Żółty SVD. Obydwaj, pomimo że mieszkamy od siebie w promieniu prawie trzydziestu kilometrów, są dla mnie niezwykle mocnym wsparciem.
Tym, co na zawsze pozostanie w mojej pamięci z tej naszej pierwszej podróży, to ciemności. Nie było wtedy zupełnie elektryczności. Jechaliśmy przez Lwów, Tarnopol, Chmielnicki, Dunajowce w całkowitej ciemności. Co jakiś czas kontrolowali nas żołnierze na zabarykadowanych posterunkach.
Drugą rzeczą, która od początku mojego przyjazdu męczy, jest syrena. Częste alarmy, zwłaszcza te nad ranem, stale utrzymują napięcie i podświadomy stres. Rakiety, drony, odrzutowce, często przelatywały nad naszymi miejscowościami, stąd też napięcie na głos syreny alarmowej jest bardzo mocno uzasadnione. Pomimo tego, że pociski są wycelowane w duże miasta, nigdy nie wiadomo co, kiedy i gdzie spadnie.
O. Józef GwóźdźSVD podczas Mszy św. na cmentarzu (fot. archiwum Józefa Gwoździa)
Jest jeszcze inna syrena, dla nas wszystkich najtrudniejsza. To syrena o innym dźwięku, samochodowa, która charakterystycznie powoli przemieszczając się przez nasze miejscowości obwieszcza pogrzeb poległego żołnierza. Wszystko wtedy na chwile zamiera w bólu i ciszy. Dzieci wychodzą ze szkół, a ludzie z domów i sklepów, tworząc szpaler po obu stronach ulicy i ścielą drogę kwiatami. Gdy przejeżdżają z ciałem poległego, wszyscy klękają, znakiem krzyża, łzami i modlitwą żegnają się, oddając ostatni hołd bohaterowi. W ten sposób od początku wojny 130 poległych żołnierzy powróciło do naszej małej społeczności liczącej około 5000 mieszkańców. Prawie 80 osób nadal pozostaje zaginionych. Ponad dwieście rodzin opłakuje stratę ukochanych synów, ojców, braci i wnuków. Na Ukrainie są tysiące takich miejsc. Skala cierpienia sprawia, że Ukraińcy są coraz bardziej wyczerpani i przygnębieni. Liczba ofiar śmiertelnych stale rośnie.
Wiele rodzin jest rozdzielonych. Mężczyźni nie mogą przekraczać granic. Odległości i brak regularnych kontaktów rodzą kolejne problemy, które wpływają na relacje rodzinne. Wielu żołnierzy po dwóch latach służby otrzymuje swoje pierwsze przepustki, aby odwiedzić rodziny w domu. Wielu z trudem adaptuje się do nowej rzeczywistości. Mówią, że świat ich nie rozumie.
CZYTAJ TAKŻE: W kraju ogarniętym wojną
Coraz częściej widzimy weteranów powracających z frontu z ranami, bez rąk lub nóg albo z poważnymi urazami psychicznymi. Wielu cierpi na poważny zespół stresu pourazowego w wyniku doświadczeń wojennych. Ze względu na dużą liczbę osób dotkniętych tą traumą, uzyskanie profesjonalnej terapii i pomocy medycznej staje się coraz trudniejsze. Wielu odmawia niezbędnego leczenia, często tłumiąc ból alkoholem.
Ciągle zmagamy się z brakiem elektryczności. Surowa zima, która stale się utrzymuje, zamienia codzienne życie w walkę o przetrwanie. Prąd jest często dostępny zaledwie przez kilka godzin na dobę. Chyba jeszcze nigdy nie tęskniłem za wiosną tak bardzo, jak w tym roku.
Zniszczenia wojenne (fot. Józef Gwóźdź SVD)
Moja misja i posługa polega przede wszystkim na tym, by być blisko ludzi, modlić się z nimi, udzielać sakramentów, umacniać nadzieję, dodawać otuchy i dbać o życie duchowe i wspólnotę. Już czwarty rok mamy codzienną godzinną adorację Najświętszego Sakramentu, na którą przychodzą ludzie, którzy mają swoich mężów, synów, ojców, wnuków na froncie. Przychodzą, żeby modlić się, by przeżyli i wrócili. I za tych co zginęli, żeby Bóg miłosierny dał im niebo. Modlimy się razem. Ludzie bardzo sobie to cenią.
W całej tej bolesnej sytuacji wojny tutaj jedna rzeczywistość jest szczególnie widoczna – jest wielu życzliwych, hojnych ludzi, którzy potrafią dzielić się tym co mają, pomagać sobie wzajemnie, pocieszać i nieść nadzieję.
Wojna, zło i nienawiść nie mają ostatniego słowa. Miłość jest silniejsza. Chrystus na krzyżu, zwyciężył diabła, śmierć i ciemność. Niech okres Wielkiego Postu jeszcze bardziej nas pobudzi do dawania świadectwa i działania z miłością wobec naszych niewinnie cierpiących braci i sióstr. Szczególnie teraz, jak uczy nas Kościół i Słowo Boże, możemy pomóc modlitwą, postem i jałmużną.
Odkąd tutaj jestem, spotykam się z wielką wdzięcznością i życzliwością tutejszych ludzi. Są bardzo wdzięczni Polsce i Polakom. W ich imieniu dziękuję za wszelkiego rodzaju wsparcie, zarówno to duchowe, jak i materialne. Niech Bóg swoim błogosławieństwem wynagrodzi wszystkim Wam okazane dobro.
Grób młodego żołnierza (fot. Adam Kruczyński SVD)
Za: www.werbisci.pl
