Home WiadomościZe Świata Franciszkanin z południa Libanu: wysiedleni nie są żebrakami, namioty nie tworzą domu

Franciszkanin z południa Libanu: wysiedleni nie są żebrakami, namioty nie tworzą domu

Redakcja

Mimo zawieszenia broni południe Libanu cały czas atakowane jest przez wojska izraelskie, którym odpowiada Hezbollah. „Ludzie żyją w ogromnym strachu, kolejne wioski są ewakuowane, a rodziny zmuszone są do życia w prowizorycznych namiotach” – mówi ojciec Toufic Bou Merhi. Franciszkanin wskazuje, że panuje ogromny lęk o przyszłość i o to, że wraz ze zniszczeniem domów zostanie wymazana historia chrześcijan tego regionu.

Ojciec Toufic należy do Kustodii Ziemi Świętej i jest proboszczem katolików obrządku łacińskiego na obszarze rozciągającym się od Tyru i Sydonu aż do granicy z Izraelem. Zakonnik podkreśla, że „rozejm jest przedłużany na kolejne 45 dni, ale walka trwa nadal”. „Wygląda na to, że obie strony nie wiedzą, co oznacza słowo rozejm. Potrzebny byłby raczej lingwista niż ekspert wojskowy” – mówi z goryczą.

Ludzie coraz bardziej zubożali i pozbawieni godności

W rozmowie z agencją informacyjną włoskiego episkopatu SIR franciszkanin opowiada o ciągłych starciach – z jednej strony bojowników Hezbollahu, którzy twierdzą, że Liban jest okupowany, a oni są ruchem oporu”, a z drugiej armii izraelskiej, która „nie uznają granic i atakują swoje cele”. Pośrodku, dodaje ojciec Toufic, „cierpią biedni ludzie, ludność cywilna, coraz bardziej zubożała i wysiedlona, pozbawiona godności”. W ostatnich dniach, wyjaśnia zakonnik, „na nadmorskiej promenadzie w Bejrucie rozstawiono nowe namioty dla wysiedleńców. Ci ludzie nie są żebrakami, to obywatele Libanu, którzy domagają się swoich praw, a wśród nich najważniejsze jest prawo do powrotu do swoich domów, nawet jeśli są zniszczone”.

Pragnienie powrotu do zrujnowanych domów

Franciszkanin wyznaje, że gdy rozmawia z ludźmi, mówią: „zatrzymajcie sobie koce, poduszki, jedzenie, tylko zabierzcie nas z powrotem do naszych domów, które odbudujemy”. Dzisiaj ci ludzie w prowizorycznych namiotach nie żyją, tylko trwają, ale na co czekają? „To jest pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi” – mówi ojciec Toufic. Słowa wysiedleńców z południowego Libanu stają się jeszcze bardziej gorzkie w świetle pojawiających się plotek, że ewakuowane, a więc niezamieszkane, tereny na południu Libanu mają zostać wystawione na sprzedaż w celach komercyjnych. „Ale kto decyduje o sprzedaży cudzej własności, kto może przywłaszczyć sobie prawo do sprzedaży ziemi i domów należących do innych?” –  pyta franciszkanin.

Świadectwo muftiego

Ojciec Toufic przytacza słowa swojego przyjaciela, muftiego: „Straciłem wszystko z powodu wojny, ziemię, dom, który mogę odbudować, ale straciłem przede wszystkim moje wspomnienia, zdjęcia mojej rodziny, moje książki, moje zapiski – to było moje prawdziwe bogactwo, a nie pieniądze. Kto mi to wszystko zwróci? Kto mi zwróci krzesło, na którym siedział mój ojciec, łóżko, w którym zmarła moja matka, kto mi zwróci moje wspomnienia, moją przeszłość, moją historię?”. Te słowa muftiego, podkreśla zakonnik, „może powtórzyć każdy Libańczyk wysiedlony z własnej ziemi, wszystkie niewinne ofiar wojny, która wymazuje ich przeszłość i sprawia, że teraźniejszość jest niepewna. Jak można teraz mówić o przyszłości?”. Pytanie to pozostaje bez odpowiedzi, podobnie jak los wielu wsi na południu Libanu. Źródła wojskowe i lokalne libańskie media mówią o około 80 ewakuowanych wsiach na obszarze, który pokrywa się z terenem na południe od rzeki Litani oraz z prowincjami Tyru, An-Nabatijja, Bint Dżubajl i Mardż Ujun.

Niehumanitarne działania

Jedną z wiosek, która ma być wysiedlona, jest Deir Mimas, położona 30 km od Tyru i 2 km od granicy z Izraelem. Rozciąga się z niej widok na dolinę rzeki Litani, strategiczny obszar konfliktu. Ojciec Toufic dobrze zna tę wioskę, która znajduje się pod jego opieką duszpasterską. „Nie mogę dotrzeć do mojej wioski, której dziesięć dni temu nakazano ewakuację. W miejscowości pozostało 120 domów, a wszyscy mieszkańcy to chrześcijanie, nie ma tu członków walczących frakcji. Zdecydowali się zostać, ponieważ nie chcą opuszczać swoich domów i ziemi. Aby zmusić ich do odejścia, izraelskie siły zbrojne (IDF) zniszczyły kilka dni temu zasilaną energią słoneczną stację pomp, która zaopatrywała całą wioskę w wodę pitną, wysadzając ją ładunkami umieszczonymi na miejscu” – relacjonuje zakonnik. Podkreśla, że tylko dzięki nuncjuszowi apostolskiemu, abp. Paolo Borgii, który zdał relację z całej sytuacji papieżowi Leonowi XIV, udało się naprawić system pomp. Teraz potrzebny jest generator, aby go ponownie uruchomić. W międzyczasie burmistrz wioski wydał polecenie zakupu wody dla ludności.

30 km zagarniętej ziemi

Jeszcze poważniejsza jest sytuacja w Tyrze. „W ostatnich dniach – wspomina franciszkanin – miasto zostało dotknięte nową falą bardzo intensywnych izraelskich nalotów przeciwko Hezbollahowi. Liczba ofiar śmiertelnych wynosi co najmniej 19 osób, w tym kobiety i dzieci. Jest również wielu rannych. Mówią o rozejmie, ale nie wiedzą, co to jest” – powtarza ze smutkiem ojciec Toufic. Od początku wojny w Libanie, 2 marca, liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła trzy tysiące. „Chodzenie dziś po Tyrze oznacza poruszanie się po opustoszałych obszarach, wśród niezamieszkałych budynków, stert gruzu i potłuczonego szkła” – opowiada franciszkanin. Wskazuje, że Tyr położony jest 30 km od granicy z Izraelem, a to oznacza, że kraj ten okupuje już znaczącą część południa Libanu. Zakonnik wskazuje, że mówienie o jakiejkolwiek przyszłości w obecnej sytuacji nie ma sensu, ponieważ „jeśli została wymazana moja przeszłość, jeśli teraźniejszość nie jest stabilna, nie można mówić o przyszłości”.

Modlitwa jedyną bronią

Franciszkanin zauważa, że w obecnej sytuacji mieszkańcom południa pozostaje jedynie modlitwa. „To jedyna broń, jaką mamy i nie przestaniemy jej używać” – mówi ojciec Toufic. Dzieli się też swymi wątpliwościami, czy dobrze robi, zachęcając ludzi do wytrwania i prosząc ich, by zostali. „Widzę, że w niektórych dzielnicach Bejrutu, gdzie byłem, ludzie prowadzą pozornie normalne życie, jeśli można tak powiedzieć. We franciszkańskiej szkole w stolicy widziałem dzieci idące w procesji, śpiewające hymny do Matki Bożej. Pomyślałem o naszych dzieciach, które mieszkają na południu i nie mają telefonu komórkowego czy internetu, aby uzyskać dostęp do lekcji online, i zastanawiałem się, dlaczego muszą tak żyć i tak bardzo cierpieć?” – wyznaje franciszkanin. Ojciec Toufic wskazuje, że potrzeba bardziej zdecydowanych działań międzynarodowych, które doprowadzą do prawdziwego rozejmu i umożliwią ludziom powrót na ich rodzinną ziemię. „Niebieski namiot – mówi ojciec Toufic – nie zastąpi wartości domu, a nasi ludzie nie są żebrakami”.

rj, SIR/KAI
SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda