Jego nagrania oglądają setki tysięcy internautów, a za konsoletą zamiast klubowego stroju nosi dominikański habit. Brat Wojciech Błachowiak OP przekonuje, że muzyka elektroniczna nie jest dodatkiem do jego powołania, ale jedną z dróg prowadzących do spotkania z drugim człowiekiem.
Karolina Binek (misyjne.pl): Spotkałeś się kiedyś z opinią, że dominikanin i muzyka elektroniczna to dość nietypowe połączenie?
Wojciech Błachowiak OP:– Tak, oczywiście. Takie reakcje pojawiają się regularnie, szczególnie wtedy, gdy ktoś po raz pierwszy trafia na moje profile w mediach społecznościowych albo widzi zdjęcie zakonnika stojącego za konsoletą DJ-ską. Dla wielu osób jest to obraz, który nie mieści się w ich dotychczasowym wyobrażeniu o życiu zakonnym. Habit kojarzy się z klasztorem, modlitwą, studiowaniem teologii czy pracą duszpasterską. Muzyka elektroniczna natomiast przywołuje skojarzenia z festiwalami, klubami, wydarzeniami artystycznymi i szeroko rozumianą kulturą współczesną. Na pierwszy rzut oka są to dwa zupełnie różne światy. Co ciekawe, najwięcej takich opinii spotykam w internecie. Tam ludzie często reagują spontanicznie i bardzo szybko oceniają to, co widzą. Natomiast w moim bezpośrednim otoczeniu dominują raczej ciekawość i życzliwość. Bracia wiedzą, że muzyka towarzyszy mi od wielu lat. Nie jest to coś, co pojawiło się nagle po wstąpieniu do zakonu. To pasja, która dojrzewała przez dużą część mojego życia. Dlatego częściej spotykam się z pytaniami o nowe projekty niż z krytyką.
Przez to nietypowe połączenie masz szansę porozmawiać czasem z kimś, kogo do Kościoła na co dzień jest daleko?
– Z biegiem czasu zacząłem dostrzegać, że właśnie ta pozorna nieoczywistość może być wartością. Ludzie zatrzymują się, bo widzą coś, czego się nie spodziewali. A kiedy się zatrzymują, pojawia się szansa na rozmowę. Nie chodzi o to, żeby kogokolwiek szokować czy prowokować. Chodzi raczej o to, że czasem właśnie przez takie nietypowe połączenie można dotrzeć do osób, które nigdy nie przyszłyby na rekolekcje, konferencję czy spotkanie duszpasterskie. Muzyka daje możliwość wejścia w przestrzenie, do których Kościół nie zawsze dociera. Na festiwalach, koncertach czy wydarzeniach kulturalnych spotyka się ludzi bardzo różnych. Niektórzy są wierzący, inni poszukują, jeszcze inni mają za sobą trudne doświadczenia związane z Kościołem. Często okazuje się jednak, że wszyscy zadają podobne pytania o sens życia, szczęście, relacje czy własną drogę. Jeśli muzyka może stać się początkiem takiego dialogu, to jest to dla mnie ogromna wartość. Sam przez wiele lat funkcjonowałem w środowisku muzycznym i wiem, że wielu ludzi żyjących w świecie sztuki czy kultury nosi w sobie ogromną wrażliwość duchową. Czasem po prostu nie znajdują języka, którym mogliby o niej mówić. Dlatego nie widzę żadnej sprzeczności między muzyką a wiarą. Dla mnie muzyka zawsze była przestrzenią emocji, piękna i doświadczenia czegoś większego od samego siebie. Wiara natomiast dawała odpowiedzi na pytania o sens tych doświadczeń. Dzisiaj mam poczucie, że te dwa światy bardzo naturalnie się uzupełniają nie tylko w moim życiu, ale w ogóle.
>>> Pokolenie scrollowania. Jak algorytmy wpływają na rozwój dzieci?
Muzyka była obecna w twoim życiu jeszcze długo przed zakonem. Jak zaczęła się ta historia?
– Właściwie bardzo wcześnie. Już jako nastolatek fascynowałem się muzyką elektroniczną. Był to czas odkrywania różnych gatunków, pierwszych programów do tworzenia muzyki i eksperymentowania z dźwiękiem. Nie myślałem wtedy o tym w kategoriach przyszłości czy kariery. Po prostu sprawiało mi to ogromną radość.
Pamiętam, że potrafiłem spędzać całe godziny przy pierwszym sprzęcie muzycznym. Zamykałem się w pokoju i tworzyłem. Dla wielu osób mogło to wyglądać jak zwykłe hobby, ale dla mnie było czymś znacznie głębszym. Muzyka pozwalała mi uporządkować myśli, wyciszyć się i na chwilę oderwać od codziennych spraw. Dzisiaj myślę, że była to pewna intuicyjna forma medytacji. Oczywiście wtedy nie nazwałbym tego w ten sposób. Po prostu czułem, że kiedy tworzę muzykę, jestem bardziej obecny. Bardziej skupiony. Bardziej sobą. To doświadczenie zostało ze mną przez kolejne lata. Później pojawiły się pierwsze projekty, koncerty, współprace z innymi muzykami. Był czas hip-hopu, muzyki elektronicznej, różnych eksperymentów artystycznych. Każdy z tych etapów czegoś mnie nauczył. Niektóre projekty okazały się bardziej udane, inne mniej, ale wszystkie były częścią drogi. Co ciekawe, kiedy zacząłem myśleć o życiu zakonnym, muzyka nie zniknęła z mojego życia. Pojawiło się natomiast pytanie, jakie miejsce będzie miała w przyszłości. Nie wiedziałem, czy znajdzie się dla niej przestrzeń. Nie wiedziałem, czy będę miał czas, możliwości i odpowiednie warunki do dalszego tworzenia. Dziś widzę, że Bóg bardzo często działa inaczej, niż się spodziewamy. Nie zabrał mi tej pasji. Raczej nadał jej nowy kierunek.

Wiele osób myśli, że wstąpienie do zakonu oznacza pozostawienie dawnych pasji za sobą.
– Rozumiem takie myślenie, bo sam miałem podobne obawy. Kiedy rozpoczynałem życie zakonne, nie wiedziałem, jak będzie wyglądała moja przyszłość jako muzyka. Wiedziałem, że pewne rzeczy się skończą. Nie będę miał już tego samego stylu życia, tych samych środowisk czy możliwości działania. To było oczywiste. Nowicjat był pod tym względem szczególnym doświadczeniem. Przez długi czas praktycznie nic nie tworzyłem. Skupiłem się na formacji, modlitwie i poznawaniu życia zakonnego. Muzyka zeszła na dalszy plan. Nie ukrywam, że czasami jej brakowało. Z perspektywy czasu widzę jednak, że był to bardzo potrzebny etap. Musiałem nauczyć się patrzeć na swoje zainteresowania w nowy sposób. Zrozumieć, że nie są one celem samym w sobie, ale mogą stać się narzędziem służby, komunikacji i budowania relacji z ludźmi. Uważam, że pasja jest jednym z ważniejszych elementów ludzkiego życia. Oczywiście nie może stać się bożkiem ani zastąpić relacji z Bogiem czy drugim człowiekiem. Ale może być przestrzenią rozwoju i twórczości. Każdy człowiek potrzebuje czegoś, co daje mu poczucie sprawczości. Czegoś, w czym może wyrazić siebie. Dla jednych będzie to sport, dla innych sztuka, fotografia, podróże czy praca społeczna. Dla mnie od wielu lat jest to muzyka. Mam też poczucie, że istnieje w tym pewien głęboki wymiar duchowy. Wierzymy przecież, że zostaliśmy stworzeni na obraz Boga. A Bóg jest Stwórcą. Dlatego kiedy człowiek tworzy coś dobrego, pięknego i prawdziwego, w pewnym sensie uczestniczy w tym dziele stwarzania. Muzyka pozwala mi doświadczać właśnie tego wymiaru. Nie chodzi o tworzenie dla samego tworzenia. Chodzi o dzielenie się czymś, co może przynieść innym ludziom dobro, nadzieję albo chwilę zatrzymania.
Kiedy muzyka przestała być tylko pasją, a zaczęła stawać się formą modlitwy? Pamiętasz taki czas w swoim życiu?
– To był bardzo długi proces. Jeszcze przed zakonem próbowałem tworzyć pierwsze utwory inspirowane wiarą. Pisałem teksty, szukałem języka, który pozwoliłby połączyć muzykę z tym, co przeżywałem duchowo. Jednak wtedy było to raczej poszukiwanie niż świadoma droga. Miałem równolegle projekty całkowicie świeckie i takie, które dotykały tematów religijnych. Nie wiedziałem jeszcze, jak te dwa światy mogą się spotkać. Czułem jedynie, że istnieje między nimi jakaś niewidzialna nić. Dopiero życie zakonne pozwoliło mi spojrzeć na to wszystko z większym spokojem. Codzienna modlitwa, liturgia, kontakt ze Słowem Bożym zaczęły naturalnie przenikać do twórczości. Coraz częściej łapałem się na tym, że słyszę podczas kazania jedno zdanie, które zostaje ze mną na kilka dni. Potem wraca podczas modlitwy. Następnie zaczyna żyć w mojej głowie razem z muzyką. W pewnym momencie zrozumiałem, że samo tworzenie muzyki może być formą medytacji. Kiedy pracuję nad utworem inspirowanym fragmentem Pisma Świętego albo słowami usłyszanymi podczas liturgii, nie jest to już tylko proces artystyczny. To również proces duchowy. Bardzo często najpierw długo noszę w sobie jakieś zdanie, obraz albo fragment kazania. Wracam do niego wielokrotnie. Dopiero później pojawia się muzyka. Można powiedzieć, że utwór staje się pewnym przedłużeniem modlitwy albo kontemplacji. Właśnie dlatego nie traktuję swojej twórczości wyłącznie jako działalności artystycznej. Dla mnie jest ona czymś znacznie bardziej osobistym. Jest sposobem przeżywania wiary i dzielenia się nią z innymi.
Przeglądając Twój profil na Instagramie, można wysnuć wniosek, że w Twoich utworach bardzo często pojawiają się fragmenty kazań, konferencji czy liturgii. Skąd wziął się pomysł, żeby właśnie w ten sposób budować muzykę?
– Myślę, że wynika to z dwóch światów, które od lat są mi bliskie. Z jednej strony jest to świat wiary, liturgii i słowa Bożego, a z drugiej kultura muzyczna, w której dorastałem. Szczególnie mocno inspiruje mnie hip-hop i wszystko, co wiąże się z tak zwanym samplingiem. Sampling polega na wykorzystywaniu fragmentów istniejących nagrań do budowania nowych kompozycji. W kulturze hip-hopowej jest to coś zupełnie naturalnego. Producent bierze fragment starego utworu, przetwarza go, umieszcza w nowym kontekście i dzięki temu powstaje coś świeżego. Bardzo długo fascynowało mnie to, że można w ten sposób prowadzić dialog między różnymi epokami, stylami czy doświadczeniami. W pewnym momencie zauważyłem, że podobnie dzieje się w moim życiu duchowym. Słucham kazania, konferencji albo uczestniczę w liturgii i nagle jedno zdanie zatrzymuje mnie bardziej niż pozostałe. Czasem jest to jedno słowo. Czasem krótka myśl. Zdarza się, że później wracam do niej przez kilka dni. Mam wtedy poczucie, że skoro coś tak mocno przyciągnęło moją uwagę, to nie wydarzyło się to przypadkowo. Że może właśnie w tym fragmencie znajduje się coś, co powinno wybrzmieć mocniej. I wtedy zaczynam szukać muzycznej formy dla tej treści. Nie chodzi o to, żeby kazanie zamienić w piosenkę albo zrobić z liturgii materiał do remiksu. Bardziej o stworzenie przestrzeni, w której dane słowo może zostać usłyszane na nowo. Czasami człowiek usłyszy zdanie podczas mszy świętej i po kilku minutach już go nie pamięta. Natomiast jeśli to samo zdanie zostanie osadzone w muzyce, może zostać z nim na dłużej. Myślę też, że współczesny człowiek bardzo często funkcjonuje w świecie obrazów i dźwięków. Dlatego czasami muzyka potrafi otworzyć drzwi do treści, obok których normalnie przeszedłby obojętnie. To nie znaczy, że muzyka zastępuje modlitwę czy refleksję. Ale może stać się zaproszeniem do nich.

W pewnym sensie próbujesz więc połączyć tradycję z nowoczesnością.
– Podczas studiów miałem okazję poznawać historię muzyki sakralnej i było to dla mnie ogromne odkrycie. Uświadomiłem sobie wtedy, że muzyka kościelna nigdy nie była czymś całkowicie nieruchomym. Oczywiście jej fundament pozostawał ten sam, ale przez wieki pojawiały się nowe instrumenty, nowe style i nowe sposoby wyrażania wiary. Kiedy słuchamy dziś chorału gregoriańskiego, wydaje nam się on czymś bardzo klasycznym i tradycyjnym. Ale kiedyś również był czymś nowym. Później pojawiła się polifonia. Potem kolejne formy muzyczne. Każda epoka wnosiła coś od siebie. To jakoś mnie uspokoiło. Zrozumiałem, że nie próbuję robić niczego rewolucyjnego. Nie chodzi o zastępowanie tradycji czymś nowym. Raczej o dodanie kolejnej warstwy, która może przemówić do ludzi żyjących w naszych czasach. Rytm, elektronika czy współczesna produkcja muzyczna są po prostu językiem, który rozumie dzisiejszy człowiek. Skoro przez wieki Kościół korzystał z języka sztuki swoich czasów, to dlaczego miałby przestać robić to dzisiaj? Oczywiście trzeba zachować w tym ogromną wrażliwość i szacunek. Nie wszystko da się przenieść w każdą przestrzeń. Nie wszystko będzie miało sens. Ale jeśli można pomóc komuś usłyszeć piękno liturgii czy głębię słowa Bożego poprzez współczesne środki wyrazu, to warto próbować.
Jeden z twoich filmów stał się internetowym viralem. Spodziewałeś się takiej reakcji?
– Absolutnie nie. To była jedna z tych sytuacji, które pokazują, że internet żyje własnym życiem. Podczas jednej z mszy świętych nagrałem telefonem fragment śpiewanego psalmu. Później wróciłem do niego podczas pracy nad muzyką. Dodałem rytm, bas, trochę przetworzyłem brzmienie i opublikowałem efekt końcowy. Dla mnie było to po prostu kolejne ćwiczenie twórcze. Jeden z wielu projektów, które realizuję. Nie spodziewałem się, że materiał zostanie obejrzany przez tak dużą liczbę osób. Najciekawsze było jednak coś innego. Wiele komentarzy nie dotyczyło samego remiksu. Ludzie pytali o oryginalny śpiew. Chcieli wiedzieć, co to za melodia, skąd pochodzi, dlaczego brzmi tak wyjątkowo. To było dla mnie bardzo piękne doświadczenie. Nagle okazało się, że współczesna forma nie przykryła tradycji, ale wręcz skierowała na nią uwagę. Ludzie zaczęli interesować się czymś, czego wcześniej prawdopodobnie nigdy by nie usłyszeli. Pojawiły się wiadomości z różnych krajów świata. Niektórzy prosili o tłumaczenia tekstów. Inni chcieli dowiedzieć się więcej o dominikanach czy polskiej tradycji liturgicznej. To były rozmowy, których absolutnie się nie spodziewałem. I właśnie wtedy jeszcze mocniej zobaczyłem, że internet sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób się z niego korzysta. Może być miejscem powierzchowności, ale może też stać się przestrzenią spotkania.
>>> „Czy w niebie będę mógł chodzić?”. U józefitek w Wierzbicach [REPORTAŻ]
Klasztor kojarzy się również z ciszą. Jak ona brzmi w życiu człowieka, który na co dzień pracuje z dźwiękiem?
– To może brzmieć paradoksalnie, ale im więcej muzyki jest w moim życiu, tym bardziej potrzebuję ciszy. Kiedyś myślałem o ciszy głównie jako o braku dźwięku. Dzisiaj rozumiem ją znacznie szerzej. Cisza nie jest dla mnie pustką. Jest przestrzenią, w której mogę usłyszeć to, czego nie słychać w codziennym hałasie. Żyjemy w świecie ogromnej liczby bodźców. Nieustannie coś oglądamy, czegoś słuchamy, na coś odpowiadamy. Nawet chwile odpoczynku często wypełniamy kolejnymi informacjami. W pewnym momencie człowiek zaczyna funkcjonować tak, jakby cały czas miał włączone radio. Niby wszystko działa, ale coraz trudniej usłyszeć własne myśli. Dlatego cisza stała się dla mnie czymś bardzo konkretnym. To nie jest tylko praktyka duchowa. To wręcz potrzeba. Jeśli przez kilka dni nie mam przestrzeni na wyciszenie, zaczynam odczuwać to bardzo wyraźnie. Czuję zmęczenie, rozproszenie i chaos. Dużą pomocą jest dla mnie różaniec. Wiele osób może się dziwić, że właśnie powtarzalna modlitwa prowadzi do ciszy. Dla mnie działa to dokładnie w ten sposób. Powtarzane słowa stają się pewnym rytmem, który uspokaja myśli. Człowiek przestaje walczyć z własną głową i zaczyna po prostu być. Bardzo często modlę się podczas spacerów. To jeden z moich ulubionych sposobów przeżywania modlitwy. Wychodzę z klasztoru, biorę różaniec i idę przed siebie. I właśnie wtedy często pojawiają się najważniejsze myśli. Czasem rozwiązania problemów. Czasem inspiracje muzyczne albo wewnętrzny spokój. Mam wrażenie, że współczesny człowiek bardzo potrzebuje takiej ciszy, nawet jeśli często się jej boi. Bo dopiero w ciszy spotykamy siebie naprawdę.
Widziałam nagrania z Lednicy, na których prowadzisz warsztaty muzyczne. Jak ludzie reagują, gdy za konsoletą widzą zakonnika w habicie?
– Najczęściej z ogromnym zaciekawieniem. To jest sytuacja, której po prostu się nie spodziewają. Kiedy widzimy DJ-a, wyobrażamy sobie określony obraz. Kiedy widzimy zakonnika, również mamy w głowie konkretny obraz. Zderzenie tych dwóch rzeczy budzi naturalne zainteresowanie. Ale szczerze mówiąc, dla mnie nie jest to najważniejsze. Nie zależy mi na samym efekcie zaskoczenia. Znacznie bardziej interesuje mnie to, co dzieje się później. Kiedy pierwsze zdziwienie mija i zaczyna się normalna rozmowa. Mam poczucie, że muzyka bardzo pomaga przełamywać bariery. Czasami ludzie mają wobec Kościoła wiele uprzedzeń. Niekiedy wynikają one z własnych doświadczeń. Innym razem z tego, co usłyszeli od innych. Kiedy jednak spotykamy się przy muzyce, nagle okazuje się, że możemy rozmawiać jak zwyczajni ludzie. Bez etykietek. Bez gotowych schematów. Bez wzajemnych osądów. To jest dla mnie najcenniejsze – nie tyle samo granie, ile możliwość spotkania. Bo bardzo często za niechęcią do Kościoła kryją się konkretne historie. Ktoś został kiedyś zraniony. Ktoś nie znalazł odpowiedzi na ważne pytania. Ktoś poczuł się niezrozumiany. Jeżeli przez muzykę uda się stworzyć przestrzeń do rozmowy, to już jest bardzo dużo.
Często mówisz o wychodzeniu do ludzi. Mam wrażenie, że to ważny element dominikańskiej duchowości.
– Zdecydowanie tak. Im bardziej poznaję historię naszego zakonu, tym bardziej widzę, że od samego początku chodziło właśnie o wychodzenie do ludzi. O obecność tam, gdzie ludzie żyją, pracują, uczą się i szukają odpowiedzi na swoje pytania. Święty Dominik nie tworzył wspólnoty zamkniętej w klasztorach. Oczywiście modlitwa i kontemplacja były fundamentem. Ale równie ważne było wyjście poza klasztorne mury. Mam wrażenie, że ten rys jest dziś szczególnie potrzebny. Nie możemy oczekiwać, że wszyscy przyjdą do nas. Coraz częściej trzeba zrobić pierwszy krok. Zresztą sam pamiętam okres swojego życia, kiedy byłem bardzo daleko od Kościoła. Gdyby ktoś wtedy próbował mnie na siłę zaprosić na rekolekcje albo przekonywać do wiary, prawdopodobnie jeszcze bardziej bym się zamknął. Natomiast spotkanie z człowiekiem, rozmowa, zwyczajna obecność, to już coś zupełnie innego. Dlatego bardzo bliska jest mi myśl, że Kościół powinien być obecny tam, gdzie są ludzie. Nie po to, żeby dominować czy narzucać swoje zdanie. Po prostu po to, żeby być. Myślę, że właśnie od takiej obecności zaczyna się każdy autentyczny dialog.

A co jest dla Ciebie trudniejsze: głoszenie Ewangelii słowem czy muzyką?
– Dla mnie zdecydowanie słowem. Może dlatego, że muzyka jest moim naturalnym językiem od ponad dwudziestu lat. To przestrzeń, którą znam i w której czuję się swobodnie, w której popełniłem już tysiące błędów i dzięki temu wiem, jak sobie z nimi radzić. Kaznodziejstwo jest dla mnie czymś znacznie nowszym. Mówienie o Bogu wymaga ogromnej odpowiedzialności. Trzeba mieć świadomość, że po drugiej stronie siedzi człowiek ze swoją historią, pytaniami i doświadczeniami. Dlatego cały czas uczę się tej drogi. Muzyka daje pewną wolność interpretacji. Każdy może przeżyć ją trochę inaczej. Słowo jest bardziej konkretne. Wymaga większej precyzji. Ale myślę, że oba te języki są potrzebne. Czasami ktoś najpierw usłyszy muzykę, a dopiero później będzie gotowy na rozmowę. Innym razem będzie dokładnie odwrotnie. Najważniejsze jest chyba to, żeby pozostać autentycznym. Nie próbować być kimś innym i niczego nie udawać. Jeżeli człowiek mówi o tym, czym naprawdę żyje, ludzie bardzo szybko to wyczuwają.
Gdzie widzisz siebie za pięć lat? Myślisz, że będziesz nadal zakonnikiem-DJ-em?
– To pytanie zawsze jest dla mnie trudne, bo raczej myślę o przyszłości w perspektywie najbliższego roku niż pięciu lat. Ale jeśli miałbym spróbować odpowiedzieć, to przede wszystkim chciałbym być jeszcze bardziej zakorzeniony w swoim powołaniu. Chciałbym mieć jeszcze większą pewność, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być. Że droga, którą wybrałem, jest rzeczywiście moją drogą. Marzę też o jeszcze głębszej relacji z Bogiem. To brzmi bardzo prosto, ale im człowiek dłużej żyje w wierze, tym bardziej odkrywa, że zawsze można wejść głębiej. Chciałbym również rozwijać się intelektualnie. Studiować, czytać i coraz lepiej rozumieć duchowość dominikańską i historię Kościoła. Mam poczucie, że przede mną jeszcze bardzo wiele do odkrycia. Jeśli chodzi o muzykę, marzę o kolejnych projektach, współpracach i nowych utworach. Chciałbym mieć więcej gotowych materiałów, które będą mogły żyć własnym życiem i trafiać do ludzi. Mam też nadzieję, że uda się spotkać wielu inspirujących twórców. Zawsze fascynowało mnie współtworzenie. Muzyka staje się najpiękniejsza wtedy, gdy przestaje być tylko moim projektem, a staje się przestrzenią spotkania różnych ludzi, doświadczeń i wrażliwości. Ale gdybym miał sprowadzić wszystkie te marzenia do jednego zdania, powiedziałbym tak: chciałbym za pięć lat być człowiekiem bardziej wierzącym, bardziej uważnym i bardziej wdzięcznym niż jestem dzisiaj. Jeżeli to się uda, reszta naprawdę znajdzie swoje miejsce.
Za: misyjne.pl
