6. Giertych Wojciech OP, Konferencja I. Dlaczego wiara jest ważna

Redakcja

 

O. Wojciech Giertych OP

KONFERENCJA I. DLACZEGO WIARA JEST WAŻNA

Kraków-Łagiewniki, 14 listopada 2012 r. 

 

Wiara niezbędnym wyposażeniem

„Bez wiary (…) nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi wierzyć, że Bóg jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają” (Hbr 11, 6). Zetknięcie z Bogiem zawsze dokonuje się poprzez wiarę. Bóg nie jest tylko faktem filozoficznym, poznawanym przez autonomiczny, poszukujący prawdy rozum. Jest Bogiem żywym, osobowym, a więc oczekującym osobowej reakcji człowieka. Nawiązanie i podtrzymywanie żywej, autentycznej z Nim więzi wymaga szczególnej dyspozycji, całkowicie różnej od ciekawości poznawczej, która może być zaspokojona naturalnym myśleniem dochodzącym do prawdy, zajrzeniem do encyklopedii, nagłym poznawczym olśnieniem. Własnymi siłami człowiek może dokonać wiele. Może poznawać świat, rozwijać przeróżne nauki, z większym lub mniejszym powodzeniem zmierzać do wyznaczonych sobie dobrych i złych celów. Może nawet wysiłkiem rozumu dojść do wniosku, że musi przecież istnieć jakiś Bóg, będący ostatecznym uzasadnieniem istniejącego świata i jego ładu, jakiś Absolut, który jest jego celem ostatecznym. Ale własnymi siłami człowiek nie może się o Bogu wiele dowiedzieć, nie może z Nim nawiązać więzi, ani, tym bardziej, zaprzyjaźnić się z Nim, czy też stać się odbiorcą Jego szczególnych, nadprzyrodzonych darów. Aby to miało miejsce, a nawet więcej, aby często odbywało się spotkanie i przyjazne obcowanie z Bogiem, musi się w człowieku dokonać jakieś przestawienie, które sprawić może jedynie sam Bóg. To On pociąga człowieka ku sobie i uzdalnia go w nadprzyrodzony sposób. Dzięki temu człowiek może spotkać się z Bogiem – objawionym jako Ojciec, Syn i Duch Święty – jako Jego dziecko i może otwierać się na Jego szczególne dary. Bóg chętnie udziela swojej miłości, swego wewnętrznego życia, które nazywamy łaską Ducha Świętego. Ta łaska, przyjmowana, odnawiania i uznawana za decydującą, kompletnie przemienia ludzkie życie.

Wiara, umożliwiająca spotkanie z Bogiem, jest Bożym darem, ale jej aktualizacja zależy od człowieka. Otrzymaną od Boga wiarę można w sercu wyrażać, można się nią posługiwać, można się zgadzać na to, że nadaje ona zasadniczą orientację w życiu, ale też można ją w sobie zignorować, a nawet zgasić. W Ewangeliach widzimy, że Jezus zawsze oczekiwał od ludzi żywej, odnoszącej się do Niego wiary. Bez niej nie mógł dokonywać cudów (por. Mk 6, 1-6). Ona zawsze okazywała się niezbędnym warunkiem dla wylania Jego łaski. Gdy w miejsce wiary pojawiała się obojętność, lub, co gorsza, niechęć, podejrzliwość czy wystawianie Go na próbę, stanowiło to zaporę blokującą wręcz spontaniczną, automatyczną gotowość Jezusa do udzielania swej Bożej mocy. Natomiast, gdy wiszący na krzyżu za prawdziwe zbrodnie łotr rozpoznał wiarą, bo przecież nie empirycznym poznaniem, iż Jezus jest posłanym przez Boga Mesjaszem, natychmiast otrzymał obietnicę życia wiecznego w raju (Łk 23, 39-43). Podobnie kobieta cierpiąca na krwotok, uznana z tej racji za nieczystą, która mimo to odważnie wmieszała się w otaczający Jezusa tłum i dotknęła palcem frędzli Jego płaszcza, a jeszcze bardziej dotknęła Go swoją wiarą, natychmiast została uzdrowiona. Jezus zaś uświadomił sobie, iż wyszła z Niego moc (Mk 5, 21-34).

Każde wylanie łaski, umożliwione przez czynną ludzką wiarę usuwającą zaporę między człowiekiem a Bogiem, okazuje się dla całej Trójcy Świętej momentem radości, bowiem „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20, 35). Stąd w takich momentach Jezus radował się w Duchu Świętym, wysławiając Ojca, który zakrył te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom (Łk 10, 21). Jezus oczekiwał wszędzie wiary, i to nie tylko wyrażanej okazjonalnie, ale takiej, która będzie trwała i pozwalała Mu na radowanie się z hojnego udzielania swej mocy. Przed ostatnim rozesłaniem Jezus wyrzucał apostołom ich „brak wiary oraz upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego” (Mk 16, 14), oraz zapowiedział, że „kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16, 16).

Formacja wiary uczniów

Podczas formacji uczniów było wiele sytuacji, które zostały przez nich zapamiętane jako inicjacja czy wręcz szkoła wiary. W trakcie podróży po jeziorze, kiedy Jezus zdawał się być nieobecny, ponieważ spał, zerwał się gwałtowny wicher i uczniowie wpadli w przerażenie. Gdy wreszcie obudzili Jezusa, uspokoił On wicher „i nastała głęboka cisza”. Jezus wypomniał wtedy uczniom ich brak wiary (Mk 4, 35-41). Scena ta ukazuje moc wiary, która potrafi uspokoić fale oraz wzburzone emocje i nadaje wewnętrzny ład otwierający na Boga. Innym razem Jezus kroczył po wodzie jeziora, przez co uczył apostołów, aby w najważniejszych sprawach życia i w swojej posłudze odważali się opierać nie na tym, co pewne, tak jak pewne są zasady fizyki, ale by – chociaż rodzi to niepokój – opierali się na tajemnicy wiary, która wymaga wyjścia dalej, poza granice ludzkiego rozumowania. To opieranie się na wierze także jest pewne, ale inną pewnością, mającą swe źródło w obietnicy łaski. Gdy zatem Piotr podjął próbę kroczenia po wodzie, zmierzał ku Jezusowi, dopóki Mu wierzył, a gdy tylko zwątpił, zaczął tonąć (Mt 14, 22-33).

U Jana mamy zanotowane dwa dialogi, które być może zostały zredagowane przez Ewangelistę z myślą o przygotowaniu katechumenów do chrztu. Pokazują one stosowaną przez Jezusa nadprzyrodzoną pedagogikę wiodącą do żywej wiary.

Najpierw Jezus spotkał się z Nikodemem. Rozmowa na początku zdawała się przypominać spotkanie dziennikarza z ciekawym człowiekiem. Nikodem był intelektualistą, którego intrygowało nowe zjawisko religijne i dlatego umówił się na nocne spotkanie z Jezusem. Zaczął on rozmowę od zwyczajowej captatio benevolentiae, chwaląc swego rozmówcę. Jezus jednak nie dał się wciągnąć w tok myślenia Nikodema i w żaden sposób nie próbował przybliżyć się do jego oczekiwań, uprzedzeń czy wątpliwości. Wręcz przeciwnie – Jezus od razu przemówił językiem tajemniczym, niezrozumiałym. Rozmowa toczyła się zatem na dwóch przeciwstawnych poziomach. Jezus upierał się przy konieczności powtórnego narodzenia. My rozpoznajemy dzisiaj w słowach Jezusa naukę o chrzcie świętym, ale Nikodem nie mógł tego się domyśleć. Jego rozumowanie było czysto naturalne, odnoszące się znanych zjawisk fizjologicznych. Stąd myśl o powtórnym narodzeniu, pojętym jako powrót do łona matki, wydała mu się absurdalna. Jezus nie przejął się jednak jego oporami, które na poziomie racjonalnym były słuszne, i nadal ciągnął swój tajemniczy wątek. W końcu, aby wybić Nikodema z jego zamknięcia się w ramach czysto racjonalnego dyskursu i aby poprowadzić go ku wierze, Jezus zastosował delikatny środek, który miał przekłuć bańkę jego intelektualnej pychy. „Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz?” (J 3, 10). To zakpienie z intelektualnego samozadowolenia Nikodema stało się konieczne, aby on uwierzył.

Drugi, podobny dialog, to rozmowa z Samarytanką przy studni. Ta rozmówczyni nie była intelektualistką, tylko kobietą zmysłową. W życiu wielokrotnie cudzołożyła z różnymi mężczyznami, ale z nikim nie była związana węzłem małżeńskim. Jej moralny nieład musiał ją głęboko poranić emocjonalnie i duchowo. Mimo to Jezus uznał, że można jej objawić fakt zbliżającego się misterium paschalnego i pouczyć o szczytach modlitwy w Duchu Świętym. Podobnie jak w przypadku Nikodema rozmowa na początku toczyła się na dwóch różnych poziomach. Jezus mówił Samarytance o łasce, o źródle wody wytryskającej ku życiu wiecznemu (J 4, 14), a ona myślała, że chodzi o wodę ze studni. Z tego zetknięcia się dwóch sprzecznych dyskursów mogło jedynie wyniknąć całkowite nieporozumienie aż do momentu, kiedy Jezus dotknął najgłębszej biedy tej kobiety. Gdy sprawa dla niej najboleśniejsza została poruszona, natychmiast ona sama przeszła na poziom wiary i zaczęła pytać o modlitwę. Na prośbę Jezusa: „Wierz Mi, kobieto” (J 4, 21), jej serce się otworzyło i przyjęła uzdrawiającą moc, i to tak silną, że od razu stała się apostołem Jezusa we własnym mieście. W tym zawierzeniu się Jezusowi dokonało się jej usprawiedliwienie. Została ona napełniona leczącym miłosierdziem Jezusa i Jego sprawiedliwością. Było to nie tyle potraktowanie Samarytanki jako sprawiedliwej, co mogłoby oznaczać zbagatelizowanie jej grzesznego życia, ile rzeczywiste przemienienie jej od wewnątrz mocą łaski Jezusa.

W usprawiedliwieniu dokonującym się poprzez wiarę skierowaną ku Jezusowi ma zawsze miejsce zawierzenie Jemu. Chodzi o zdanie się na Niego, zrzucenie własnej ludzkiej biedy na Jego ramiona, w przekonaniu i nadziei, że w Zmartwychwstałym, mocniejszym od grzechu i śmierci, znajduje się uświęcająca moc. Objawienie biblijne wielokrotnie wskazuje na konieczność faktycznego życia boskim darem, który umożliwia obcowanie z Bogiem. To dzięki temu szczególnemu darowi „trwają wiara, nadzieja, miłość, te trzy: największa z nich jednak jest miłość” (1 Kor 13, 13). W rzeczywistości chodzi tutaj o takie obdarowanie, które uwrażliwia człowieka na wewnętrzne poruszenia serca Bożego. Lgnąc wiarą i nadzieją ku Chrystusowi, co staje się możliwe za sprawą Ducha Świętego, chrześcijanin zostaje uwolniony od grzesznego życia, zaczyna żyć wieczną miłością samego Boga, a od Jezusa uczy się zaufania do Ojca niebieskiego. Obcowanie z Bogiem dokonuje się poprzez te cnoty teologalne, które w swej dojrzałej formie występują zawsze łącznie. Ten, kto żyje żywą wiarą, z nadzieją akceptuje to, że Bóg go prowadzi przez niespodziane zakręty życiowe. I miłością odpowiada na otrzymaną miłość.

Przyjrzenie się darowi wiary

Chociaż w praktyce życia cnoty teologalne występują razem, każda z nich ma swoją specyfikę. Także tempo ich rozwoju może być różne. Zastanawianie się nad nimi w świetle nauki Kościoła pozwala lepiej wychwycić, na czym polega obcowanie z Bogiem, i pozwala oczyścić doświadczenie duchowe z nieuświadomionych czasem oporów, które mogą jawić się w różnych punktach psychiki, blokując rozwój życia łaski. Ci, którym zależy na Bogu próbują rozeznać się w Jego darach. Usiłują je ponazywać i przyjrzeć się im, by wiedzieć, jak one funkcjonują w psychice oraz w praktycznym życiu. Nie chodzi tu tylko o zaspokojenie naukowej ciekawości. Gdyby tylko o to chodziło, byłoby to jakąś próbą zapanowania nad Bogiem, co zawsze niszczy wiarę. Bóg jest tajemnicą. Ma być zatem poznawany i ukochany jako taki, w postawie adoracji, na klęczkach, a nie w zarozumiałym redukowaniu Go do przedmiotu chłodnej obserwacji. Ale człowiek wierzący, wychylający się ku Bogu, kochający Go, potrzebuje światła, które upewni go na drodze ku ożywczej tajemnicy. Wnioski refleksji teologicznej nad cnotami teologalnymi są potrzebne jako pomoc w praktycznym życiu duchowym. Opierają się one przede wszystkim na tym, co wiemy dzięki objawieniu Bożemu, a nie na tym, co można zaobserwować w oglądzie fenomenologicznym, psychologicznym czy socjologicznym wiary.

Wiara jest ważna, ponieważ jest pierwszą z cnót teologalnych. Jest pierwsza w tym sensie, że ma fundamentalne znaczenie, ale jest pierwsza także w sensie czasowym, gdyż od praktyki wiary wszystko się zaczyna. Jak naucza św. Jan od Krzyża, wiara „jest jedynym proporcjonalnie najodpowiedniejszym środkiem zjednoczenia duszy z Bogiem”. Wiara inicjuje obcowanie z Bogiem, które jest czymś więcej niż tylko byciem zależnym w swym istnieniu od Boga-Stwórcy. Nie jest więc wiara punktem docelowym, ale punktem wyjścia, otwierającym na dalszą, głębszą rzeczywistość, wiodącym ku osobowemu zjednoczeniu z Bogiem. Ale nie można z Bogiem obcować, jeśli wyklucza się objawione przez Niego prawdy. Trzeba w nie wierzyć.

Próbując zdefiniować cnotę wiary, św. Tomasz z Akwinu stwierdził, iż jest ona sprawnością umysłu, poprzez którą rozpoczyna się w nas życie wieczne, i która pobudza intelekt, aby przyzwalał na to, co niewidzialne. Kardynał Avery Dulles zaproponował, aby to inchoatio – rozpoczęcie życia wiecznego – tłumaczyć jako „pierwszą ratę” łaski dawaną przez Boga wierzącym. W rozumowaniu św. Tomasza moment inicjacji w życie Bogiem jest zasadniczy w wierze. Tak zasadniczy, że bez niego nie można zdefiniować wiary.

Niestety, w teologii wieków nowożytnych ten moment, choć niezanegowany, został usunięty w cień. Może uważano, iż jest to oczywiste i dlatego refleksja teologiczna na temat wiary koncentrowała się głównie wokół drugiego momentu, jakim jest przyjęcie przez rozum wierzącego tego, co nie jawi się jako oczywiste. W ten sposób rozważania na temat wiary zajmowały się głównie momentem epistemologicznym. Jak to jest, że wśród różnych rodzajów poznania, a więc pomiędzy wiedzą, wnioskiem, opinią, przypuszczeniem, domysłem czy wątpliwością zdarza się także wiara? Zawierzenie, w tym i naturalne zawierzenie, jest częścią ludzkiego doświadczenia, niezależnie od życia nadprzyrodzonego, ponieważ w wielu sytuacjach wierzy się innym bez sprawdzania prawdziwości tego, co się przyjmuje czy to poprzez logicznie przeprowadzony sylogizm, czy poprzez własne doświadczenie empiryczne. Pytania więc o specyfikę poznawczą zawierzenia można stawiać. Takie pytania mają swoje miejsce w ramach filozoficznych dywagacji. Nie ten moment jednak jest najważniejszy w teologicznej refleksji nad wiarą i nie on jest decydujący dla życia duchowego i moralnego.

Ześrodkowanie zainteresowania głównie na fakcie przyjmowania przez wiarę tego, co nie jest oczywiste, spowodowało przesunięcie akcentów. Wiarę rozważano nade wszystko w kontekście jej styku z rozumem, a więc i także Objawienia z naukami świeckimi, teologii z filozofią. Zastanawiano się nad rolą myślenia wewnątrz wiary, między innymi po to, aby nie pojmować wiary jedynie jako aktu posłuszeństwa woli, czy też jako zahamowanie naturalnych funkcji rozumu. Gdy rozum jest oświecony i ukierunkowany przez nadprzyrodzoną wiarę, nadal trzeba myśleć, zmierzać do prawdy oraz kierować się rozumem. Wszechstronnie podany wykład o wierze musi, więc, oczywiście, zająć się także tymi zagadnieniami. Nie należy jednak zapominać o pierwszym, w gruncie rzeczy o wiele ważniejszym momencie w wierze, jakim jest otwarcie się na łaskę.

Wiara zapewnia kontakt z Bogiem

Cnota wiary jest wlana w duszę przez samego Boga po to, aby mogło się dokonywać zetknięcie człowieka z Bogiem. Zachodzi ono nie tylko w pierwszym momencie wiary, na przykład podczas przyjmowania sakramentu chrztu świętego, bądź wcześniej – w przypadku osoby dorosłej proszącej o chrzest. Za każdym razem, kiedy człowiek dokonuje aktu wiary, kiedy kieruje się ku Chrystusowi, następuje to dotknięcie, którego doświadczyła w Kafarnaum cierpiąca na krwotok kobieta. Wychodząca z Jezusa moc napełnia w takiej chwili duszę. W każdym momencie wiary skierowanym ku Chrystusowi ma miejsce wylanie łaski, którego się nie odczuwa, którego nie można rozpoznać poprzez jakieś świadome doznanie. Ewangelia sugeruje, że sam Jezus doświadcza tego udzielania łaski i że ta możność dawania się jest dla całej Trójcy Świętej momentem radości. Gdy poprzez akt wiary choćby przez chwilę dokonuje się zjednoczenie z Bogiem, natychmiast ma miejsce udzielanie się tajemniczego życia Bożego, łaski, która – jak podziemna, niewidzialna rzeka – ożywia i odświeża w ludzkiej duszy to życie Boże, które będzie miało swoje ostateczne dopełnienie w wieczności. Bóg udziela się człowiekowi jakby na raty, dając z siebie coraz więcej za każdym razem, gdy w duchu ludzkim ma miejsce zawierzenie się Bogu oraz podjęcie wezwania łaski. Miara daru Bożego zależy od pojemności ludzkiego serca, od jakości wiary i gotowości uwzględniania jej dynamiki w życiu. Im częściej, głębiej i dłużej człowiek trwa w wierze mobilizującej go ku miłości, tym bardziej jest przemieniany wewnętrznie mocą samego Boga. Chociaż rzeczywistości łaski się nie odczuwa i w jej realność też trzeba wierzyć, rozpoznaje się moment wiary. Ponieważ każdy akt wiary jest jakimś obcowaniem z tajemnicą, wierzący jest świadom tego, że w danym momencie zawierza, że sięga dalej niż to, co podpowiadałaby ludzka logika lub czysto racjonalny dyskurs. Wierzący może dobrze wiedzieć, że w danym momencie ludzkie racje nie odgrywają dla niego znaczącej roli i że w ich miejsce pojawia się zawierzenie Bogu. Opiera się ono na jednej i jedynej tylko racji, jaką jest to, że Bóg jest, że stanął na drodze, że zaprasza do oparcia się na Nim, na Jego niewypowiedzianej, ale realnej tajemnicy.

Moment wiary otwierającej na życie nadprzyrodzone nie wymaga specjalnej wiedzy ani wykształcenia. W swej istocie wiara dziecka wypowiadającego prostą modlitwę czy wiara dorosłego, czy też wiara zaawansowanego mistyka są takie same. W każdym przypadku dokonywania aktów wiary zachodzi zjednoczenie z Bogiem i ma miejsce wylanie się Jego łaski oraz otwarcie się na Jego niewyobrażalną moc. O ile to otrzymanie łaski nie powoduje poznawalnych doświadczalnie i natychmiast reakcji, to z czasem wierzący rozpoznaje, że obcowanie z Bogiem poprzez wiarę i miłość, zdawanie się na Niego i przywoływanie Jego mocy niesie rzeczywiste duchowe owoce. Uwolnienie się od niepokojów, wyplątanie z grzechu, zmobilizowanie do trudnej, wymagającej miłości, wytworzenie w sobie i wokół siebie rozmodlonej atmosfery, podprowadzenie innych ku tajemnicy żywego Boga – to wszystko stanowi rozpoznawalne z czasem owoce otwierania się na łaskę przez wiarę. Aby jednak ta owocność łaski dawała znać o sobie, musi w człowieku być wyrobiona żywa wiara, musi dzięki praktyce wytworzyć się swoisty odruch opierania się na Bogu.

To rozpoczęcie życia wiecznego w wierze – inchoatio vitae aeternae – na które zwrócił uwagę św. Tomasz, można by określić jako rozruch. Gdy dokonuje się akt wiary, natychmiast ma miejsce rozruch życia nadprzyrodzonego. Tak, jakby został odpalony silnik. Życie duchowe dla swego rozwoju będzie jeszcze wymagało kierującej ku Bogu nadziei, przyjaznego z Nim obcowania w miłości. A ta więź z Bogiem przeniesie się na cały etos, a więc na wszystkie wymiary życia moralnego, na dalsze ludzkie odniesienia. Wiara będzie jeszcze potrzebowała niekiedy wzmocnienia, oczyszczenia z deformujących ją czy gaszących ją poglądów, aspiracji i przyzwyczajeń. Ale to już będą dalsze sprawy zapewniające wzrost wiary. Najważniejszym jednak jest ten pierwszy moment rozruchu, którego dokonuje wiara, za każdym razem, gdy ona jest wewnętrznie wyrażana, gdy rozszerza ona umysł, aby przyjął tajemniczego Boga. To otwarcie się na żywego Boga poprzez wiarę tłumaczy, dlaczego jest ona tak ważna.

Zapomnienie bądź niewystarczające wyeksponowanie otwierania się na łaskę poprzez wiarę tłumaczy, dlaczego wiara zaczęła się jawić jako trudny do zaakceptowania moment. Wychodzenie poza perspektywę autonomicznego rozumu ku objawionej tajemnicy zawsze będzie stanowiło dla rozumu pewien trudny do przejścia próg. W wierze rozum staje w pozycji nauczanego, a nie tylko nauczającego. A to wymaga intelektualnej pokory. Nie jest to jednak sprawa niemożliwa dla rozumu. Wystarczy chwila refleksji, by pojąć, że nieraz w wielu ludzkich sytuacjach rozum bywa w postawie przyjmującej prawdę od kogoś innego. Gdy zapomniano, że wiara otwiera na życie łaski i widziano w niej jedynie intelektualne przyzwolenie na niejasną tajemnicę, wiara wydała się być jakimś niezrozumiałym przymusem, powinnością nakładaną arbitralnie przez władzę kościelną na umysły wierzących. Nic dziwnego, że rodziło to opory. Tymczasem wiara przede wszystkim jest darem Bożym, który wraz z pozostałymi cnotami teologalnymi umożliwia zespolenie się z Bogiem i otwarcie na Jego moc. Nade wszystko trzeba pamiętać, że jest ona środkiem, środkiem nadprzyrodzonym, który pociąga człowieka ku Bogu.

Geneza wiary

W Kościele starożytnym długo zastanawiano się nad genezą wiary, a więc i całego porządku nadprzyrodzonego w duszy. W końcu odrzucono tezę, którą po wiekach nazwano semipelagianizmem. Ta herezja wprawdzie akceptuje potrzebę wiary i łaski, ale twierdzi, że pierwszy moment zawierzenia jest wynikiem czysto naturalnych dociekań, a więc, że można z ludzkiej argumentacji przejść własnymi siłami na poziom wiary i życia nadprzyrodzonego. Trwanie w tym błędnym sądzie blokuje życie Boże, ponieważ koncentruje człowieka na sobie i własnym rozumowaniu. Brakuje wtedy uznania prymatu działania Boga w człowieku i pełnej fascynacji wdzięczności za otrzymaną łaskę wiary. Na II Synodzie w Orange, który odbył się w 529 roku, Kościół orzekł:

Jeśli ktoś twierdzi, że miłosierdzie Boże pozyskują ci, którzy bez pomocy łaski Bożej wierzą, chcą, pragną, usiłują, pracują, modlą się, czuwają, starają się, proszą, szukają, pukają – ale nie sądzi, że to wszystko w nas się dzieje przez udzielenie i natchnienie Ducha Świętego w tym celu, abyśmy tak jak trzeba wierzyli, pragnęli i wszystko to następnie wykonali; jeśli ktoś podporządkowuje pomoc łaski pokorze lub posłuszeństwu ludzkiemu i nie zgadza się, że to jest darem – sprzeciwia się Apostołowi nauczającemu: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał” (1 Kor 4, 7) i „Z łaski Bożej jestem tym, czym jestem” (1 Kor 15, 10).

Nauczanie to jest jasne. Cały ciąg czasowników opisujących lgnięcie człowieka ku Bogu wskazuje na to, co już jest owocem łaski. Gdy ktoś wierzy, nawet, jeśli wierzy słabo, niemrawo, ale ma momenty, kiedy Boga pragnie; gdy usiłuje do Niego zmierzać, choć nie bardzo wie jak to się robi; gdy ktoś czasami się modli, czuwa, stara się, prosi, szuka czy puka, choć te odniesienia do Boga w nim się często rwą i zdaje mu się, że są nieskuteczne – taki człowiek już został dotknięty łaską Bożą, już został obdarowany życiem nadprzyrodzonym, które następnie może się w nim rozwinąć.

Skoro wiara jest darem łaski, dawanym z hojności Bożej, nie trzeba ani siebie, ani innych ludzi wybijać z życia duchowego poprzez przechodzenie na poziom wyłącznie racjonalnego dyskursu. Trzeba natomiast z wdzięcznością wierzyć w istnienie nadprzyrodzonego życia duchowego, nawet, jeśli jest ono u danego człowieka anemiczne. Następnie trzeba je odpowiednio karmić, aby łaska wiary wzrastała i rzeczywiście ożywiała od wewnątrz całą duszę. Wiara wzrasta, gdy człowiek świadomie dokonuje aktów wiary, ponieważ wówczas zanurza się on głębiej w strumieniach łaski. Gdy zapomni się o tym, że wiara – nawet słabo tląca się w duszy – już jest owocem łaski, a więc, że ma ona w sobie nadprzyrodzoną dynamikę wzrostu, i będzie się przechodziło na poziom dyskursu naukowego poza wiarą, jak gdyby Boga nie było – sicut Deus non esset – bynajmniej nie poprowadzi to do żywej wiary. Kto stosuje to błędne rozumowanie czy to do siebie, czy do innych ludzi, zamiast zajmować się rozwojem istniejącej już w duszy łaski wiary, powoduje ciągłe wycofywanie się z porządku wiary i przechodzenie na poziom racjonalnego dyskursu, który rzekomo może w przyszłości kiedyś doprowadzi do wiary, faktycznie zaś trzyma poza wiarą.

Konsekwencje

Zdominowanie wątku epistemologicznego w nowożytnej refleksji teologicznej na temat wiary oraz niewystarczające wyeksponowanie jej roli w rozruszaniu życia nadprzyrodzonego połączyło się z szeregiem innych przesunięć akcentów w myśli teologicznej. Jakby zapomniano o prymacie cnót teologalnych w życiu moralnym, co w konsekwencji powodowało pojmowanie formacji pozostałych cnót na sposób pelagiański, czyli sugerowało, że człowiek sam, własnymi siłami ma się poprawiać moralnie, a nie opierając się na łasce dawanej właśnie poprzez cnoty teologalne. Z kolei położenie nadmiernego akcentu na powinności moralnej oraz zawężanie formacji moralnej do uczenia się Dekalogu zamiast Kazania na Górze wpłynęło na interpretację samej wiary, w której bardziej dostrzegano powinność wierzenia niż fakt, iż jest ona darem łaski, umożliwiającym otwarcie się na żywego Boga.

Na tle tych przesunięć pojawiły się dalsze istotne i ważne zagadnienia. Ostrość, z jaką się jawiły, wiąże się z zanikiem wrażliwości na dar Boży w wierze. Stąd stawiano pytanie o możliwość zbawienia ludzi nieznających Ewangelii, niemowląt i ludzi obojętnych wobec wiary. Pojawiła się również kwestia relacji natury do łaski. Jeśli założy się błędnie, że otwarcie na Boga jest skutkiem naturalnego wysiłku, to właściwie neguje się różnicę pomiędzy naturą i łaską. To z kolei wiedzie do wniosku, że łaska jest częścią natury, a więc jest automatyczna i należna. Tymczasem pamiętanie o tym, że wiara jest łaską, czyli niezasłużonym darem Bożym, wiedzie do pełnej zachwytu wdzięczności z powodu otrzymanego daru, którym można żyć i w nim wzrastać, obcując w miłości z udzielającym się Bogiem.

Uznanie zatem prymatu więzi z Bogiem, która jest możliwa dzięki łasce wiary, zmienia perspektywę życiową wierzącego. Nie oznacza to, że zabrania się Bogu, aby trafiał do dusz na różne znane sobie sposoby i budził łaskę wiary nawet wewnątrz religijności naturalnej. Ale też świadomość tej możliwości nie może wieść do wniosku, że można zrezygnować z Jezusowego nakazu głoszenia Ewangelii i udzielania sakramentów, ani tym bardziej, że można zrezygnować ze świadomego rozwijania w sobie cnót teologalnych, aby coraz głębiej opierać się w życiu na łasce.

Czy oznacza to, że – jeśli pojawi się dystans wobec wiary – automatycznie życie stanie się tragiczne, wręcz pogubione? Są przecież ludzie, którzy jakoś dają sobie radę żyjąc bez wiary albo nie troszcząc się o nią, i niekoniecznie mają przegrane życie. Ale też wiele osób pozbawionych kośćca wiary gubi się. Gdy więź z Bogiem przestaje być świadomie pielęgnowana, często przychodzi dezorientacja, zniechęcenie wobec trudności i właśnie wówczas małżeństwa czy powołania rozsypują się. Ten, kto został dotknięty łaską wiary, nie zajmuje się pocieszaniem niewierzących, że i bez wiary mogą być jakoś szczęśliwi. Nie zajmuje się także staraniami dotarcia do niewierzących na poziomie ich niewiary czy autonomicznego rozumu. Wierzący wierzy, że wiara jest darem Bożym otwierającym na Jego moc. I licząc na tę nadprzyrodzoną moc, żyje tym Bożym życiem, ufając, że i w innych ta sama łaska wiary także okaże się owocna, nawet, jeśli niekiedy zdaje się być zagrzebana.

Archiwum KWPZM

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda