2018.04.08 – Rzym – Miłosierdzie rodzi nadzieję. Przemówienie do misjonarzy miłosierdzia

Drodzy Misjonarze!

Witam was, dziękuję i mam nadzieję, że ci, którzy zostali mianowani biskupami, nie utracili zdolności «patrzenia z miłością». To ważne.

Z radością spotykam się z wami po wspaniałym doświadczeniu Jubileuszu Miłosierdzia. Jak dobrze wiecie, po zakończeniu tego Nadzwyczajnego Jubileuszu wasza misja miała się zakończyć. Rozmyślając nad wielką posługą, jaką oddaliście Kościołowi, i jak wiele dobra uczyniliście i ofiarowaliście licznym wiernym przez swoje nauczanie, a zwłaszcza przez sprawowanie sakramentu pojednania, uznałem jednak za stosowne przedłużenie waszego mandatu jeszcze na jakiś czas. Otrzymałem wiele świadectw o nawróceniach, do jakich doszło za pośrednictwem waszej posługi. A wy jesteście tego świadkami.

Doprawdy musimy uznać, że Boże miłosierdzie nie zna granic, a wy przez swoją posługę jesteście konkretnym znakiem tego, że Kościół nie może, nie powinien i nie chce stwarzać żadnych barier czy trudności, które stawałyby na drodze do przebaczenia Ojca. «Syn marnotrawny» nie musiał przechodzić przez urząd celny – ojciec przyjął go bez przeszkód.

Dziękuję abpowi Fisichelli za słowa wprowadzenia, a współpracownikom z Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji za zorganizowanie tych dni modlitwy i refleksji. Myślą obejmuję również tych, którzy nie mogli przybyć, ażeby także czuli się uczestnikami i, choć na odległość, żeby również do nich dotarły moje uznanie i podziękowanie.

Chciałbym podzielić się z wami paroma przemyśleniami, aby w większym stopniu wesprzeć misję, którą złożyłem w wasze ręce, i żeby posługa miłosierdzia, którą zgodnie z powołaniem winniście przeżywać w sposób bardzo szczególny, mogła wyrażać się jak najlepiej, zgodnie z wolą Ojca, którą objawił nam Jezus, a która w świetle Paschy zyskuje swój najpełniejszy sens. I w tych słowach – przemówienie będzie być może dość długie – chciałbym uwydatnić nauczanie dotyczące waszej posługi, które nie jest jakąś ideą – «zróbmy ten eksperyment duszpasterski, a potem zobaczymy, jak pójdzie» – nie. To jest doświadczenie duszpasterskie, za którym stoi autentyczne nauczanie.

Pierwszą refleksję nasuwa mi tekst proroka Izajasza, gdzie czytamy: «Gdy nadejdzie czas mej łaski, wysłucham cię, w dniu zbawienia przyjdę ci z pomocą. (…) Pan pocieszył swój lud, zlitował się nad jego biednymi. Mówił Syjon: ‘Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał’. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie» (Iz 49, 8. 13-15). Jest to tekst zanurzony w temacie miłosierdzia.

Łaskawość, pocieszenie, bliskość, obietnica wiecznej miłości… – wszystkie te wyrażenia mają mówić o bogactwie Bożego miłosierdzia, nie można go bowiem sprowadzić do jednego tylko aspektu.

Św. Paweł w swoim Drugim Liście do Koryntian, nawiązując do tego tekstu Izajasza, uwspółcześnia go i zdaje się, jakby chciał go odnieść właśnie do nas. Pisze: «Współdziałając (…) z Nim, napominamy was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej». Mówi On bowiem: «W czasie pomyślnym wysłuchałem cię, w dniu zbawienia przyszedłem ci z pomocą. Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia» (6, 1-2). Pierwsza wskazówka, jaką daje Apostoł, to, że jesteśmy współpracownikami Boga. Łatwo zweryfikować, jak wielkie jest to powołanie. Parę wersetów wcześniej Paweł wyraził tę samą myśl, mówiąc: «Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłan­nictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy – ma się wrażenie, że klęczy – pojednajcie się z Bogiem!» (5, 20). Przesłaniem, które głosimy jako posłannicy w imię Chrystusa, jest nawoływanie do pojednania się z Bogiem. Nasz apostolat jest wzywaniem do tego, aby zabiegać o przebaczenie Ojca i je uzyskać. Jak widać, Bóg potrzebuje ludzi, którzy będą nieśli w świat Jego przebaczenie i Jego miłosierdzie. Jest to ta sama misja, którą zmartwychwstały Pan powierzył uczniom nazajutrz po swojej Passze: «Jezus znowu rzekł do nich: ‘Pokój wam! Jak Mnie Ojciec posłał, tak i Ja was posyłam’. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: ‘Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im za­trzymane^ (J 20, 21-23). To zadanie, złożone w nasze ręce – my jesteśmy za to odpowiedzialni! – wymaga stylu życia spójnego z misją, którą otrzymaliśmy. I dalej Apostoł przypomina: «Nie dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono naszej posługi» (2 Kor 6, 3). Tak więc bycie współpracownikami miłosierdzia zakłada życie miłosierną miłością, której my sami najpierw doświadczyliśmy. Nie mogłoby być inaczej.

W tym kontekście nasuwają mi się na myśl słowa, które Paweł pod koniec swojego życia, już sędziwy, napisał do Tymoteusza, swojego wiernego współpracownika, którego pozostawił jako swojego następcę we wspólnocie efeskiej. Apostoł dziękuje Panu Jezusowi za to, że go przeznaczył do posługi (por. 1 Tm 1, 12); wyznaje, że był «bluźniercą, prześladowcą i człowiekiem gwałtownym»; a jednak – stwierdza – «dostąpiłem (…) miłosierdzia» (por. 1, 13). Wyznam wam, że często, bardzo często rozmyślam nad tym wersetem: «doznałem miłosierdzia; ». I dobrze mi to robi, dodaje mi odwagi. By się tak wyrazić, czuję jakby uścisk Ojca, czułość Ojca. Powtarzanie tego mnie osobiście daje wiele siły, bo to prawda: ja także mogę powiedzieć: «dostąpiłem miłosierdzia». Łaska Pana była w nim przeobfita; zadziałała w taki sposób, by zrozumiał, jak bardzo był grzeszny, i by wychodząc od tego, odkrył istotę Ewangelii. Toteż pisze: «Nauka to godna wiary i zasługująca na całkowite uznanie, że Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy. Lecz dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność» (i, 15-16). Apostoł pod koniec życia nie waha się przyznać, kim był, nie ukrywa swojej przeszłości. Mógł wyliczyć liczne sukcesy, wymienić bardzo wiele wspólnot, które założył…; natomiast on woli uwydatnić doświadczenie, które najbardziej go uderzyło i naznaczyło jego życie. Tymoteuszowi wskazuje drogę, jaką należy iść – uznanie miłosierdzia Bożego przede wszystkim we własnym życiu. Nie chodzi oczywiście o to, by się rozwodzić nad swoją grzesznością, jakby chcąc się za każdym razem usprawiedliwiać, niwecząc tym samym moc nawrócenia. Jednak trzeba zawsze wychodzić na nowo od tego stałego punktu: Bóg okazał mi miłosierdzie. To jest kluczowe, by stać się współpracownikami Boga. Doświadcza się miłosierdzia i zostaje się przemienionymi w szafarzy miłosierdzia. Krótko mówiąc, kapłani nie stawiają się ponad innymi, jak gdyby byli sędziami grzesznych braci. Prawdziwy misjonarz miłosierdzia bierze za wzór doświadczenie Apostoła – Bóg mnie wybrał; Bóg mi ufa; Bóg pokłada swoją ufność we mnie, powołując mnie, pomimo mojej grzeszności, bym był Jego współpracownikiem, abym czynił konkretnym i namacalnym Jego miłosierdzie.

Powiedzmy, że to jest punkt wyjścia. Przejdźmy dalej.

Św. Paweł dodaje jednak do słów proroka Izajasza coś niezwykle ważnego. Ludzie, którzy są współpracownikami Boga i szafarzami miłosierdzia, muszą uważać, aby nie niweczyć łaski Bożej. Pisze: «Napominamy was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej» (2 Kor 6, 1). To jest pierwsze napomnienie, jakie zostaje nam dane – trzeba uznawać działanie łaski i jej prymat w naszym życiu i w życiu innych osób.

Jak wiecie, bardzo lubię neologizm primerear. Jak kwiat migdałowca – tak określa siebie Pan: ‘Ja jestem jak kwiat migdałowca’. Primerear [wyprzedzać]. Wiosna, primerear [rozkwitać najpierw]. A lubię posługiwać się tym neologizmem, aby wyrazić właśnie dynamikę pierwszego aktu, przez który Bóg ku nam wychodzi. Primerear Boga nie powinno być nigdy zapominane ani uznawane za oczywiste, w przeciwnym razie nie rozumie się w pełni tajemnicy zbawienia, urzeczywistnionej przez akt pojednania, którego Bóg dokonuje poprzez tajemnicę paschalną Jezusa Chrystusa. Pojednanie nie jest, jak często się myśli, naszą prywatną inicjatywą albo owocem naszego zaangażowania. Gdyby tak było, uleglibyśmy owej formie neopelagianizmu, który ma tendencję do przeceniania człowieka i jego planów, zapominając, że Zbawicielem jest Bóg, a nie my. Powinniśmy podkreślać zawsze, ale zwłaszcza w odniesieniu do sakramentu pojednania, że pierwsza inicjatywa pochodzi od Pana; to On nas wyprzedza w miłości, ale nie w sposób ogólny – przypadek po przypadku. W każdym razie On wyprzedza w przypadku każdej osoby. Dlatego Kościół «potrafi zrobić pierwszy krok – musi go zrobić – i potrafi podejmować inicjatywę bez lęku, wychodzić naprzeciw, szukać tych, którzy są daleko, i docierać na rozstaje dróg, by zapraszać wykluczonych. Ewangelia mówi nam, że to oni ucztowali (por. Łk 14, 21). Żyje niewyczerpanym pragnieniem ofiarowywania miłosierdzia, będącego owocem tego, że doświadczył nieskończonego miłosierdzia Ojca i jego udzielającej się mocy» (por. adhort. apost. Evangelii gaudium. 24).

Kiedy przychodzi do nas penitent, ważne i pokrzepiające jest uznanie, że mamy do czynienia z pierwszym owocem spotkania, które już nastąpiło, z miłością Boga, który swoją łaską otworzył jego serce i przygotował go do nawrócenia. Nasze kapłańskie serce powinno dostrzec cud, jakim jest osoba, która spotkała Boga i już doświadczyła skuteczności Jego łaski. Nie mogłoby być prawdziwe­go nawrócenia, gdyby na początku nie było łaski spotkania z Bogiem, które poprzedza spotkanie z nami, spowiednikami. Ta perspektywa wiary pozwala właściwie podejść do doświadczenia pojednania, jako wydarzenia, które ma swój początek w Bogu, Pasterzu, który gdy tylko spostrzega się, że owieczka się zagubiła, idzie jej szukać, aż znajdzie (por. Łk 15, 4-6).

Nasze zadanie polega na tym – i to jest drugi krok – aby nie niweczyć działania łaski Bożej, ale ją wspierać i pozwolić, by w pełni się zrealizowała. Niekiedy, może się niestety zdarzyć, że kapłan przez swoją postawę zamiast przyciągnąć penitenta, oddali go. Na przykład, aby bronić nienaruszalności ideału ewangelicznego, pomija się postępy, jakie dana osoba czyni dzień po dniu. W ten sposób nie umacnia się łaski Bożej. Uznanie skruchy grzesznika jest równoznaczne z przyjęciem go z otwartymi ramionami, na wzór ojca z przypowieści, który przyjmuje powracającego do domu syna (por. Łk 15, 20); oznacza niepozwolenie mu nawet, by skończył mówić. Zawsze mnie to uderzało: tato nie dał mu nawet dokończyć słów, wziął go w ramiona. On miał przygotowaną przemowę, ale [ojciec] wziął go w ramiona. Oznacza to nie dać mu nawet dokończyć słów, które przygotował, żeby wyrazić skruchę (por. w. 22), bo spowiednik wszystko już zrozumiał, w świetle doświadczenia, że sam również jest grzesznikiem. Nie ma potrzeby zawstydzać kogoś, kto już uznał swój grzech i wie, że pobłądził; nie ma potrzeby dociekać – jak ci spowiednicy, którzy pytają, przepytują przez dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści minut… «A jak do tego doszło? W jaki sposób?…» – nie ma potrzeby dociekać tam, gdzie już wkroczyła łaska Ojca; nie wolno naruszać świętej przestrzeni osoby w jej relacji z Bogiem. Przykład Kurii Rzymskiej – mówimy tyle złego o Kurii Rzymskiej, ale w niej są święci. Pewien kardynał, prefekt jednej Kongregacji, chodzi spowiadać w kościele św. Ducha in Sassia dwa, trzy razy w tygodniu – ma swoje stałe godziny – i któregoś dnia, udzielając wyjaśnień, powiedział: «Kiedy spostrzegam się, że dana osoba zaczyna mieć trudności z wyrażeniem się, a ja pojąłem, o co chodzi, mówię: ‘Zrozumiałem. Mów, co dalej’. I ta osoba ‘oddycha z ulgą’». To dobra rada – kiedy wiadomo, o co chodzi: «zrozumiałem, mów, co dalej».

Tutaj nabierają pełnego znaczenia piękne słowa proroka Izajasza: «Gdy nadejdzie czas mej łaski, wysłucham cię, w dniu zbawienia przyjdę ci z po- mocą» (49, 8). Pan w istocie zawsze odpowiada na głos wołającego do Niego ze szczerego serca. Ludzie, którzy czują się opuszczeni i samotni, mogą doświadczyć, że Bóg wychodzi im na spotkanie. Przypowieść o synu marnotrawnym mówi, że «gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego» (Łk 15, 20). I rzucił mu się na szyję. Bóg nie stoi bezczynnie w oczekiwaniu na grzesznika… – wybiega ku niemu, gdyż ogromna jest Jego radość, kiedy widzi, że wraca, a Bóg bardzo lubi się radować – radować, kiedy widzi przychodzącego grzesznika. Wydaje się niemal, że «niespokojne jest serce» Boga, dopóki nie znajdzie syna, który się zagubił. Kiedy przyjmujemy penitenta, powinniśmy patrzeć mu w oczy i go słuchać, aby mógł dostrzec miłość Boga, który przebacza pomimo wszystko, przyodziewa go na nowo w odświętną szatę i wkłada pierścień na znak przynależności do jego rodziny (por. w. 22).

Tekst proroka Izajasza pomaga nam zagłębić się jeszcze bardziej w tajemnicę pojednania, gdy mówi: «bo ich poprowadzi Ten, co się lituje nad nimi, i zaprowadzi ich do tryskających zdrojów» (49, 10). Miłosierdzie, które nakazuje słuchanie, pozwala potem pokierować krokami pojednanego grzesznika. Bóg uwalnia od lęku, od trwogi, od wstydu, od przemocy. Przebaczenie jest rzeczywiście formą wyzwolenia, aby mogły wrócić radość i sens życia. Na głos nędznika, który wzywa pomocy, odpowiada wołanie Pana, który obiecuje więźniom wyzwolenie, a tym, którzy żyją w ciemnościach, mówi: «Ukażcie się!» (49, g). Jest to zachęta do wyjścia z kondycji grzesznej, aby odzyskać szatę dzieci Bożych. Krótko mówiąc, miłosierdzie, wyzwalając, zwraca godność. Penitent nie poprzestaje na ubolewaniu z powodu popełnionego grzechu; a kapłan nie obwinia go za zło, za które żałuje; raczej zachęca go, by patrzył w przyszłość nowymi oczami, i prowadzi go «do zdrojów wody» (por. 49, 10). Oznacza to, że przebaczenie i miłosierdzie pozwalają znów patrzeć na życie z ufnością i zaangażowaniem. To jakby powiedzieć, że miłosierdzie otwiera na nadzieję, rodzi nadzieję i karmi się nadzieją. Nadzieja jest też realistyczna, jest konkretna. Spowiednik jest miłosierny również wtedy, gdy mówi: «Idź do przodu, do przodu, do przodu». Daje mu nadzieję. «A jeśli coś się przydarzy? » – Wrócisz, nie ma problemu. Pan zawsze na ciebie czeka. Nie wstydź się wrócić, bo droga jest pełna kamieni i skórek od banana, na których możesz się poślizgnąć.

Św. Ignacy Loyola – pozwólcie, że zrobię trochę reklamy rodzinie – odnośnie do tego daje wymowne wskazanie, mówi bowiem o umiejętności otwierania na odczucie Bożej pociechy. Istnieje nie tylko przebaczenie, pokój, ale także pociecha. Tak pisze: «Pociecha wewnętrzna (…) rozprasza zamieszanie powstałe w duszy i pociąga ją całkowicie ku miłości Chrystusa. Tego rodzaju działanie Boga jednym objawia wiele tajemnic (…) innym zaś daje oświecenie wewnętrzne. Ta Boska pociecha sprawia wreszcie, że wszystkie wysiłki stają się przyjemne, a zmęczenie staje się odpoczynkiem. Nie ma ani takiej pokuty, ani tak wielkiego ciężaru, ani innych tak ciężkich prac, które nie wydawałyby się lekkie i słodkie temu, kto postępuje z tą gorliwością, zapałem i wewnętrzną pociechą. Ona pokazuje i otwiera przed nami drogę, którą powinniśmy postępować, oraz wskazuje to, czego musimy unikać» – powtarzam: ta pociecha pokazuje nam drogę, którą powinniśmy postępować oraz wskazuje to czego musimy unikać. Trzeba nauczyć się żyć pociechą. «Pociecha ta – kontynuuje Ignacy – jednak nie zawsze nam towarzyszy, ale przychodzi w chwilach określonych przez Boga. Wszystko to dzieje się dla naszego pożytku» (por. List do s. Teresy Rejadell, 18 czerwca 1536 r.; Epistolario 99-107; w: św. Ignacy Loyola, Pisma Wybrane, t. I, red. Mieczysław Bednarz SJ, WAM, Kraków 1968 r.). Dobrze jest myśleć, że właśnie sakrament pojednania może stać się chwilą sprzyjającą dostrzeżeniu i wzrostowi wewnętrznej pociechy, która ożywia wędrówkę chrześcijanina. I tu nasuwa mi się stwierdzenie, że my przez «duchowość narzekania» ryzykujemy utratę zdolności odczuwania pociechy. Także utratę tego tlenu, którym jest życie pociechą. Niekiedy ona jest mocna, ale zawsze istnieje pewna minimalna pociecha, która jest dana wszystkim – pokój. Pokój jest pierwszym stopniem pociechy. Nie należy go utracić. Jest bowiem właśnie czystym tlenem, bez smogu, naszej relacji z Bogiem. Pociecha. Od najwyższej po najniższą, którą jest pokój.

Powracam do słów Izajasza. Znajdujemy tam również uczucia Jerozolimy, która czuje się opuszczona i zapomniana przez Boga: «Mówił Syjon: ‘Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał’. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie» (49, 14- -15). Z jednej strony wydaje się dziwne to wyrzucanie Panu, że opuścił Jerozolimę i swój lud. Znacznie częściej czyta się u proroków, że to lud opuścił Pana. Jeremiasz mówi o tym bardzo jasno: «Podwójne zło popełnił mój naród: opuścili Mnie, źródło żywej wody, żeby wykopać sobie cysterny, cysterny popękane, które nie utrzymują wody» (2, 13). Grzechem jest opuszczenie Boga, odwrócenie się do Niego plecami, by patrzeć tylko na siebie. Dramatyczne zaufanie do siebie, które powoduje pęknięcia ze wszystkich stron i nie jest w stanie dać życiu stabilności i spójności. Wiemy, że jest to doświadczenie, które sami przeżywamy na co dzień. A jednak są chwile, w których rzeczywiście czuje się milczenie i opuszczenie przez Boga. Nie tylko w wielkich mrocznych godzinach ludzkości we wszystkich epokach, które u wielu ludzi rodzą pytanie, czy zostali opuszczeni przez Boga. Myślę teraz o współczesnej Syrii, na przykład. Zdarza się, że również w życiu osobistym, nawet świętych, można doświadczyć opuszczenia.

Jakże smutne jest to doświadczenie opuszczenia! Istnieją jego różne stopnie, aż po ostateczne roz­stanie spowodowane przez śmierć. Poczucie opuszczenia prowadzi do rozczarowania, smutku, niekiedy rozpaczy i do rozmaitych form depresji, na którą dziś cierpi tak wielu ludzi. A jednak każda forma opuszczenia, choć może się to wydawać paradoksalne, jest wpisana w doświadczenie miłości. Kiedy się kocha i doświadcza opuszczenia, wówczas próba ta staje się dramatyczna, a cierpienie nosi cechy nieludzkiej przemocy. Jeżeli nie ma miłości, opuszczenie staje się pozbawione sensu i tragiczne, bo nie znajduje nadziei. Trzeba zatem te słowa proroka o opuszczeniu Jerozolimy przez Bo­ga umieścić w świetle Golgoty. Wołanie Jezusa na krzyżu: «Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?» (Mk 15, 34), wyraża ogrom opuszczenia. Lecz Ojciec Mu nie odpowiada. Słowa Ukrzyżowanego zdają się rozlegać w próżni, bowiem to milczenie Ojca wobec Syna jest ceną, jaką należy zapłacić, żeby nikt więcej nie czuł się opuszczony przez Boga. Bóg, który tak umiłował świat, że dal swojego Syna (por. J 3, 16), do tego stopnia, że Go opuścił na krzyżu, nie będzie mógł nigdy nikogo opuścić – Jego miłość będzie zawsze blisko, większa i wierniejsza od wszelkiego opuszczenia.

Izajasz potwierdza, że Bóg nie zapomni o swoim ludzie i kończy słowami: «Oto wyryłem cię na obu dłoniach» (49, 16). Niewiarygodne: Bóg «wytatuował» na swojej dłoni moje imię. To jakby pieczęć, która daje mi pewność, przez którą obiecuje, że nigdy się ode mnie nie oddali. Zawsze jestem przed Nim; za każdym razem, kiedy Bóg patrzy na swoją dłoń, przypomina sobie o mnie, wyrył na niej bowiem moje imię! A nie zapominajmy, że kiedy prorok to pisze, Jerozolima jest rzeczywiście zniszczona; świątyni już nie ma; lud jest w niewoli na wygnaniu. A jednak Pan mówi: «Twe mury są ustawicznie przede Mną» (tamże). Na dłoni Boga mury Jerozolimy są niewzruszone niczym niezwyciężona twierdza. Ten obraz odnosi się również do nas: podczas gdy iluzja grzechu niszczy życie, Bóg podtrzymuje żywe swoje zbawienie i wychodzi naprzeciw z pomocą. Na Jego ojcowskiej dłoni odnajduję moje życie odnowione i ukierunkowane na przyszłość, pełne miłości, którą tylko On może urzeczywistnić. Przychodzi na myśl także księga o miłości, Pieśń nad pieśniami, gdzie znajdujemy słowa podobne do przywołanych przez proroka: «Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu» (8, 6). Jak wiadomo, funkcją pieczęci było uniemożliwienie, aby coś osobistego zostało naruszone; w kulturze antycznej była ona obrazem wskazującym, że miłość między dwiema osobami jest tak mocna i niezmienna, że trwa również po śmierci. Ciągłość i wieczne trwanie są u podstaw obrazu pieczęci, którą Bóg odcisnął na sobie, żeby nikt nie mógł pomyśleć, że został przez Niego opuszczony: «Ja nie zapomnę o tobie» nigdy (Iz 49, 15). Pieczęć. Tatuaż.

I kończę. Tę właśnie pewność, typową dla miłości, mamy umacniać u tych, którzy przychodzą do konfesjonału, aby dać im siłę, by wierzyli i mieli nadzieję. Zdolność, by umieli rozpoczynać na nowo, pomimo wszystko, bo Bóg za każdym razem bierze za rękę i zachęca do patrzenia przed siebie. Miłosierdzie bierze za rękę i napełnia pewnością, że miłość, którą kocha Bóg, pokonuje wszelkie formy samotności i opuszczenia. Misjonarze miłosierdzia są powołani do tego, by byli wyrazicielami i świadkami tego doświadczenia, włączającego we wspólnotę, która przyjmuje wszystkich i zawsze bez różnicy, która wspiera każdego, kto jest w potrzebie i przeżywa trudności.

W minionych tygodniach szczególnie uderzyła mnie Kolekta z okresu Wielkiego Postu (ze środy IV tygodnia), która w pewien sposób wydaje się podsumowaniem tych refleksji. Przytoczę ją wam, aby stała się naszą modlitwą i stylem życia:

«Boże, Ty nagradzasz sprawiedliwych, a pokutującym grzesznikom udzielasz przebaczenia, wysłuchaj nasze błagania i udziel nam odpuszczenia grzechów które wyznajemy» (…). Amen.

Chciałbym zakończyć dwiema opowiastkami o dwóch wielkich spowiednikach, obydwu z Buenos Aires, Jeden to sakramentyn, który sprawował ważne funkcje w swoim zgromadzeniu, był prowincjałem, ale zawsze znajdował czas, aby usiąść w konfesjonale. Nie wiem ilu, ale większość duchownych Buenos Aires chodziła spowiadać się u niego. Nawet kiedy św. Jan Paweł li był w Buenos Aires i poprosił o spowiednika, z nuncjatury wezwano jego. Był człowiekiem, który dodawał ci otuchy, by iść naprzód. Doświadczyłem tego, gdyż spowiadałem się u niego w czasach, kiedy byłem prowincjałem, żeby nie spowiadać się u mojego kierownika jezuity… Kiedy zaczynał «dobrze, dobrze, w porządku» i dodawał ci otuchy: «Przed siebie, przed siebie!». Jakże był dobry. Zmarł w wieku 94 lat, a spowiadał jeszcze rok przedtem; kiedy nie było go w konfesjonale, dzwoniło się i on schodził. Pewnego dnia – byłem wikariuszem generalnym – wyszedłem ze swojego pokoju, poszedłem, gdzie był faks – robiłem to każdego ranka wcześnie, żeby przeglądnąć pilne wiadomości – było to w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, i zastałem faks: «Wczoraj na pół godziny przed Wigilią Paschalną zmarł ojciec Aristi», tak się nazywał… Poszedłem na obiad do domu dla kapłanów seniorów, by z nimi świętować Wielkanoc, a gdy wracałem, wstąpiłem do kościoła, który znajdował się w centrum miasta – tam odbywało się czuwanie przy zmarłym. Była tam trumna i dwie staruszki modlące się na różańcu. Podszedłem bliżej, nie było żadnych kwiatów, nic. Pomyślałem – przecież on był spowiednikiem nas wszystkich! Uderzyło mnie to. Poczułem, jak przykra jest śmierć. Wyszedłem i przeszedłem 200 metrów dalej, gdzie była uliczna kwiaciarnia, kupiłem parę kwiatów i wróciłem. A kiedy kładłem kwiaty przy trumnie, zobaczyłem, że w rękach ma różaniec… Siódme przykazanie mówi: «Nie kradnij». Różaniec tam został, ale kiedy udawałem, że układam kwiaty, dopuściłem się tego i wziąłem krzyżyk. A staruszki, tamte staruszki się przyglądały. Ten krzyż noszę przy sobie od tamtej chwili i proszę go o łaskę, abym był miłosierny, zawsze noszę go ze sobą. Było to chyba w roku 1996, mniej więcej. Proszę go o tę łaskę. Świadectwa tych ludzi są wielkie.

Jeszcze drugi przypadek. Ten człowiek żyje, ma 92 lata. Jest to kapucyn, do którego ustawia się kolejka penitentów wszelkiej maści – ubodzy, bogaci, świeccy, księża, paru biskupów, zakonnice… wszyscy, nie ma końca. Jest wielkim odpuszczającym grzechy, ale nie «pobłażliwym», wielkim przebaczającym, wielkim miłosiernym. A wiedziałem o tym, znałem go, dwa razy udałem się do sanktuarium Matki Bożej Pompejańskiej w Buenos Aires, gdzie spowiadał, i go odwiedziłem. Teraz ma 92 lata. Wtedy miał może 85, kiedy przyszedł do mnie i powiedział: «Chcę z tobą porozmawiać, po­nieważ mam pewien problem. Mam wielkie skrupuły – niekiedy rozgrzeszam na wyrost». I wyjaśnił mi: «Nie mogę rozgrzeszyć osoby, która przychodzi prosić o rozgrzeszenie i mówi, że chciałaby się zmienić, że zrobi wszystko, ale nie wie, czy jej się to uda… A mimo to rozgrzeszam! I niekiedy ogarnia mnie niepokój, nachodzą skrupuły…». A ja go zapytałem: «Co robisz, kiedy masz te skrupuły?». A on mi tak odpowiedział: «Idę do kaplicy, do wewnętrznej kaplicy klasztornej, przed tabernakulum, i szczerze proszę Pana o wybaczenie: ‘Panie, wybacz mi, bo dziś rozgrzeszyłem na wyrost. Wybacz mi… Ale zważ, że to Ty dałeś mi zły przykład!’». Tak modlił się ten człowiek.

Copyright © Libreria Editrice Vaticana