1989.07.02 – Rzym – Beatyfikacja Matki Siedliskiej jest naszym wspólnym świętem

Bardzo się raduję z dzisiejszego spotkania. Muszę przyznać, że beatyfikacja Matki Siedliskiej była dla mnie niespodzianką. Nie spodziewałem się, że zostanie przygotowana tak szybko. Przyczyniła się do tego ona sama, z pomocą swoich czcicieli i czcicielek, wychowanek i wychowanków na całym świecie. Może w tym miejscu ja też mógłbym się dołączyć, chociaż w bardzo małej skali. Kiedy wspominam pierwsze lata mojego życia, to wśród tych wspomnień — choć pierwszych lat życia się zwykle za bardzo nie pamięta — wyraźnie mi się rysuje Nazaret wadowicki i siostry nazaretanki, które chodziły ubrane tak, jak wasza Założycielka, jak dawne przełożone generalne. Kiedy widziały nas, kilku chłopaków, wałęsających się po ulicach w środku miasta, zaczęły nas do siebie zapraszać — jak to się wtedy mówiło — do ochronki. Więc ja trafiłem wtedy w czasie wakacji do tej ochronki nazaretańskiej. Bardzo sobie dobrze zapamiętałem Nazaret, siostry i tę ochronkę. To jest jedno ze wspomnień, które najdłużej mi zostało w pamięci z najpierwszych lat mojego życia, jeszcze przed szkołą.

Potem jako biskup byłem w Wadowicach na wizytacji. Zaprowadzono mnie znowu do Nazaretu, ale już nie, do ochronki, tylko do wielkiego domu dla upośledzonych, najciężej upośledzonych naszych bliźnich. Było to dla mnie wielkie przeżycie: spotykając tych najnieszczęśliwszych ludzi, niedorozwiniętych, i spotykając siostry, które przy tych nieszczęśliwych ludziach, naszych braciach i siostrach, pełniły swoją nazaretańską, samarytańską służbę, wtedy jeszcze raz uświadomiłem sobie i ugruntowałem się w przekonaniu, że trzeba całkowitego oddania się Chrystusowi, ażeby móc taką służbę podjąć i tak ją wypełniać.

Tak jakoś działo się w życiu, że wciąż Pan Bóg stawiał na moich drogach nazaretanki. W różnych miejscach, nawet nie potrafię ich wszystkich wyliczyć. W każdym razie, kiedy zostałem kapłanem, skierował mnie Książę Metropolita Krakowski kardynał Sapieha do parafii św. Floriana w Krakowie i znowu trafiłem tam na nazaretanki. Były tam i inne zgromadzenia, ale znowu nazaretanki specjalnie zaważyły na mojej działalności duszpasterskiej jako młodego wikarego, a zwłaszcza duszpasterza młodzieży, ponieważ — chociaż to były już czasy stalinowskie — miały jeszcze swój internat studentek. Ten internat studentek stał się takim punktem odniesienia dla duszpasterstwa młodego wikarego, tym bardziej, że zwykle tam, gdzie są studentki, to się pojawiają także studenci. Otóż ja postanowiłem iść za tym, a równocześnie miałem bardzo wielką pociechę w parafii, ponieważ bardzo się w tej parafii ci młodzi ludzie udzielali i studentki, i studenci. Muszę przyznać, że była to zasługa sióstr nazaretanek, a także tych ich wychowanek, które się do Nazaretu bardzo głęboko przywiązały i wiele z tych osób, dziś już jako matki rodzin, jako babcie, wciąż jeszcze do mnie pisuje. Były zresztą i takie, które poszły drogą powołania zakonnego i są chyba tu, w waszym zgromadzeniu.

Potem, kiedy byłem już biskupem, a w szczególności kiedy byłem Metropolitą Krakowskim, bardzo zabiegałem o powołania kapłańskie i zakonne. Wtedy pojawiły się nazaretanki, które szczególnie w tym dziele były zaangażowane i to bardzo owocnie. Pamiętam matkę Bernardę, ówczesną prowincjalną, z którą miałem bardzo dobre porozumienie na te tematy, i wiele różnych sióstr, takich sióstr dopiero co z przedszkola wyciągniętych, bardzo młodych, które pracowały w duszpasterstwie młodzieży, w katechizacji zwłaszcza, a także przy chorych, w różnych parafiach, zwłaszcza w trudnych parafiach: siostry nazaretanki z parafii na Krowodrzach, gdzie tworzył się z niczego kościół, i one tam, w tym tworzeniu się z niczego kościoła, w olbrzymiej parafii na przedmieściach Krakowa (dzisiaj znajduje się ona bliżej centrum) czynnie pomagały przez swoją katechizację i przez całą swoją postawę. To jakoś tak zostało. Kiedy była beatyfikacja i zjechały się nazaretanki z całego świata, przyjechało również dużo tych sióstr z Polski, rozpoznały mnie, ponieważ miałem z nimi wiele kontaktów jako biskup. Ja też rozpoznałem je po twarzach, a także po pieśniach, które śpiewały. One zresztą bardzo chętnie do mnie się przyznawały. Trzeba dodać, że spotykałem nazaretanki w czasie moich podróży odwiedzając — jeszcze jako kardynał — Polonię, zwłaszcza w Australii, w Ameryce. To wszystko wspominam teraz, ażeby podkreślić, że ta beatyfikacja, która — jak powiedziałem — zaskoczyła mnie, jest naszym wspólnym świętem. Potem raz jeszcze przeczytałem żywot waszej Założycielki i zobaczyłem, jak bardzo Opatrzność Boża prowadziła ją z domu, z rodziny, która ulegała wtedy, w XIX wieku, wpływom epoki, z klimatu tego domu, do całkiem innego klimatu, nie tylko w znaczeniu duchowym, ale także atmosferycznym. Znalazła drogę do Rzymu, Pan Bóg ją prowadził przez Rzym do całego świata. Ale widać w jej żywocie, że idąc przez Rzym do całego świata w swoim nowym zgromadzeniu. Matka Maria od Dobrego Pasterza, Matka Założycielka waszego zgromadzenia wciąż była w kontaktach z Polską, zwłaszcza z południową Polską, ponieważ tam łatwiej było nawiązać kontakty i zakładać domy zgromadzenia, z Krakowem. Tak, że to święto, które obchodzimy, jest naszym wspólnym świętem. Pan Bóg tak kierował w moim życiu, że nazaretanki były mi zawsze bardzo bliskie. Tak je stawiał w różnych miejscach na drodze mojego życia, że trudno by było, abym w tym waszym święcie nie uczestniczył w sposób bardzo osobisty. Kiedy w dniu dzisiejszym znalazłem się tutaj, w tym domu generalnym, w tej kaplicy, w której nieraz odprawiałem przedtem Mszę św., z radością klęknąłem przy relikwiach waszej błogosławionej Założycielki.

Niech Bóg błogosławi, niech prowadzi was duch Najświętszej Rodziny z Nazaretu. Starajcie się wczuwać w coraz to nowe sytuacje rodzin, nie łatwiejsze, ale coraz trudniejsze, na całym świecie. Rodzina jest najbardziej zagrożoną rzeczywistością ludzką. Jest również najbardziej zagrożoną sprawą w Kościele. Wiemy, że święty Paweł powiedział, że tam, gdzie zaobfitował grzech, tam jeszcze bardziej zaobfitowała łaska. Chciałbym to odnieść do rodzin, do duszpasterstwa rodzin. Musimy czynić wszystko, ażeby tam, gdzie grzech zdaje się szczególnie obfitować, szczególne zbierać żniwo, niestety, żniwo nieszczęśliwe, żeby tam również tym bardziej obfitowała łaska, łaska świadomości, nowej świadomości małżonków, rodziców, dzieci, wspólnoty rodzinnej, nowej świadomości i nowej postawy, łaska tak bardzo potrzebnego nam dzisiaj apostolstwa rodzin. To wszystko na pewno było w dalekim, dziewiętnastowiecznym projekcie waszej Założycielki. I myślę, że kiedy mówię to, co w tej chwili mówię, to wczuwam się w jej zamierzenia, w jej myśli, w jej cały apostolski projekt, który przeniosła na zgromadzenie Najświętszej Rodziny z Nazaretu.

Życzę wam też powołań. Cieszę się z tego zawsze. W Polsce się cieszyłem, że siostry nazaretanki mają dużo powołań, że wiele dziewcząt przychodzi do nich i znajduje u nazaretanek swoje miejsce. Czują się dobrze, są radosne, tę radość przekazują innym. W ten sposób apostołują. Trzeba, ażeby ten trud powołaniowy, którego byłem świadkiem w Polsce, trwał zarówno w Polsce, jak też żeby się rozprzestrzeniał we wszystkich częściach świata. Na wszystkie miejsca, gdzie apostołujecie. Dzisiaj problem powołań żeńskich jest wielkim problemem w Kościele, zwłaszcza na Zachodzie. Życzę wam, aby ten problem był szczęśliwie rozwiązany w waszym zgromadzeniu pod opieką waszej błogosławionej Założycielki i pod opieką Najświętszej Rodziny.

L’Osservatore Romano, wydanie polskie, 1989, nr 7 (114) s. 21