Do Sióstr Miłosierdzia Świętej Antidy Thouret – 1967.02.08

Do Sióstr Miłosierdzia Świętej Antidy Thouret, które Ojciec święty odwie­dził w czasie swej bytności w Bazylice Świętej Sabiny, gdzie rozpoczynał Stacje wielkopostne, 8 lutego 1967,

In Cristo nella Chiesa, 248—255.

Umiłowane w Chrystusie Córki.

Nie pamiętamy, byśmy kiedykolwiek byli w tym domu. Byliśmy wprawdzie w Rzymie jeszcze przed rozpoczęciem jego budowy, mieszkaliśmy nawet niedaleko stąd, przy Via Termę Deciane, i przyglądaliśmy się powstającemu gmachowi nie wiedząc, dla ja­kiego klasztoru był przeznaczony. Nie chcemy przez to powiedzieć, że byłyście Nam nieznane. Przede wszystkim, ileż to razy przecho­dząc tędy widywaliśmy was z daleka. Spoglądałyście z całą waszą dobrocią i prawie zapraszającym pozdrowieniem, jakbyście chciały powiedzieć: „Dlaczego nie zatrzymasz się tu u nas?” — Rozumie­liśmy doskonale wasze pragnienie i w głębi serca mówiliśmy sobie: „Tak, kiedyś pójdziemy odwiedzić także Siostry Miłosierdzia”.

Mamy w pamięci także inne wspomnienie, inną znajomość, inny budynek. Był to dom prowincjałny w pobliżu Brescji, przed którym w dzieciństwie przejeżdżało się na rowerze spoglądając nań pyta­jąco: „Co to za nowy dom?” — Był to właśnie dom Sióstr Miło­sierdzia, który wyrastał na wzgórzu, blisko miasta.

Ale przede wszystkim poznaliśmy was w latach Naszej pracy duszpasterskiej w Mediolanie. Ileż to razy spotykałem wasze współ-siostry, córki tej Rodziny zakonnej, w naszych parafiach! Jeżeli Nas pamięć nie myli, wydaje Nam się, że wasza Rodzina zakonna po­siada najwięcej domów w diecezji mediolańskiej, a to znaczy, że byłyście nieustannie obecne przed Naszymi oczami. Nie było żadnej wizyty duszpasterskiej, w czasie której nie widzielibyśmy waszych pięknych, fruwających skrzydeł, które teraz odłożyłyście, ale nie zrezygnowałyście z ducha, którego one rozniecały i strzegły.

I wtedy także poznaliśmy ducha waszego Instytutu, poznaliśmy służbę, którą stawiacie sobie jako program. Jest nią miłość, praca dla ubogich, naśladowanie Chrystusa. Możemy o tym szczerze za­świadczyć, a także cieszymy się, że mamy okazję podziękować wam, Córki najdroższe.

Podziękowanie w imieniu Chrystusa

Pragniemy podziękować wam nie tylko w Naszym własnym imieniu — co byłoby już spełnieniem powinności — ale także w imieniu Chrystusa, którego mamy obowiązek, miażdżący niemal, choć jednocześnie zaszczytny, zastępować na ziemi. W imieniu Chrystusa dziękujemy wam, Córki świętej Janiny Antidy Thouret, za świadectwo dane Ewangelii; dziękujemy za przykład życia za­konnego, dziękujemy za służbę biednym, maluczkim, dzieciom, cho­rym, tym, którymi już nikt nie chce się zajmować. Dziękujemy za całą dobroć, za ducha poświęcenia, za oddanie siebie dziełom mi­łosierdzia. „W imieniu Chrystusa mówimy wam: dziękuję!

Krótkie a ważne słowo

A teraz powiemy wam w tym króciutkim spotkaniu jedno kró­ciutkie słowo, tak krótkie, że można go prawie nie zauważyć. A przecież ma ono swoją wagę. Jakie to słowo? — To słowo: więcej (piu). To wszystko? — „Więcej. Oto przemówienie Papieża do Sióstr Miłosierdzia.

Przychodzi on, by powiedzieć: Córki najdroższe, musicie posia­dać dzisiaj większą świadomość waszego powołania. Dlaczego? Bo dziś jest trudniej! Słowu „więcej” o znaczeniu negatywnym trzeba przeciwstawić to „więcej” pozytywne. Dawniej życie zakonne na­potykało również na trudności i wymagało ofiary, oczywiście, ale powiedzielibyśmy, że towarzyszyło mu uznanie ze strony przyjaciół i krewnych: „O, ta dzielna dziewczyna wstępuje do klasztoru. Szczęśliwa!” — I siostra wstępowała do klasztoru przy aplauzie wspólnoty chrześcijańskiej. Czy dziś jest podobnie? Nie wydaje Nam się, by tak było. Gdy pytamy tych, którzy badają zjawiska życia społecznego i religijnego, otrzymujemy odpowiedź, niestety, pow­szechną, która ukazuje trudności i opory, jakie stają przed dzisiej­szymi powołaniami.

I dlatego na to, aby dziś żyć życiem zakonnym, potrzeba więcej siły, więcej przekonania, więcej uświadomienia, więcej wewnętrzne­go heroizmu. To słówko „więcej” przychodzi do nas ciągle od zew­nątrz. I oto My przyszliśmy, aby przynieść wam to słowo „więcej”. Przyszliśmy przede wszystkim, aby was pocieszyć, abyście umiały być bardziej zadowolone z waszego wybrania. Dokonałyście wolne­go wyboru i któż wie, ile trzeba było przeżyć obaw, zwątpień, wysiłku, ile może wylać łez, aby dojść do celu. A potem?

A ja przychodzę powiedzieć wam: Bądźcie bardziej zadowolone, bądźcie bardziej szczęśliwe! Dlaczego? Ponieważ dobrze wybrałyście. To prawda, wybrałyście cząstkę trudną, ale jest to ta lepsza cząstka! A dziś, aby być mężną zakonnicą, trzeba, powiedziałbym, mieć pewną niezależność wewnętrzną, która podtrzymuje własne powo­łanie i nie szuka oparcia na prawo i na lewo: na wspólnocie, na mistrzyni nowicjatu, na regulaminie czy na czymkolwiek. O, nie! Jest tak dlatego, że kocham Chrystusa. Dlatego, że mam Go w sercu i chcę Go więcej kochać. Daję więc w ofierze Chrystusowi moje życie i poświęcam Mu samą siebie!

Oto, czym jest to „więcej” w uświadomieniu sobie swego powo­łania. Lecz to nie wystarcza, ponieważ można to słówko „więcej” zastosować również do wielu innych dziedzin życia zakonnego, na przykład do waszej służby, do wyjaśnienia waszego powołania do miłości. Czy dziś jest łatwiej niż wczoraj pracować w szpitalach mających zarząd świecki, z wszystkimi istniejącymi trudnościami? Dziś także jest to trudne. Zewnętrzna zaprawa do życia zakonnego wymaga większych ofiar i nasuwa trudności, wymaga obecności osobistej, stałości, wytrwałości. Mamy też wokół siebie wiele atrak­cji, żeby nie powiedzieć wręcz — pokus, i na to, by pozostać wier­nymi, by pozostać takimi, jakimi chcemy być, by być doskonałymi, jakiegoż potrzeba wysiłku, ileż tego „więcej”!

Zakonnice wśród Ludu Bożego

Żądz się dziś od sióstr kwalifikacji zawodowych. Trzeba, by były dzielnymi pielęgniarkami — nie wystarczą poczciwe siostrzyczki. Do pracy z dziećmi wymaga się dyplomu, do pracy w szpitalu potrzebne jest świadectwo itd. Znaczy to, że musicie być bardziej dzielne niż wczoraj i tego również i My wam życzymy. Nie bójcie się! Podej­mujcie chętnie wysiłek, ofiary, kursy, których to lepsze przygotowa­nie wymaga.

Może miałybyście pokusę powiedzieć: Dziś nikt nas nie chce! Nikt was nie chce? — Przeciwnie, wszyscy was pragną mieć! Dla­czego mówi się źle o siostrach, a potem pisze się do Biskupa pyta­jąc, czy nie miałby sióstr, które mógłby nam przysłać? To dlatego, że wasza praca jest konieczna. Wiedzcie, że przemiany społeczne wymagają waszej obecności, nie tylko zresztą takiej, jaką widzimy dziś w klinikach czy szpitalach, ale żąda się, abyście były bardziej włączone w społeczność chrześcijańską; bądźcie zatem w parafiach, w przedszkolu parafialnym, w pracy katechetycznej, wśród dziew­cząt w parafii, wśród kobiet i ludu, aby budować wszystkich waszym całkowitym doskonałym oddaniem się Chrystusowi.

Myśli się jeszcze dziś o siostrach jako o grupie osób wyizolowa­nych: „one są klauzurowe”, „są spoza świata”, „co ich to obchodzi?” Te pojęcia przechodzą ewolucję. Właśnie społeczność was wzywa: „Dlaczego te dziewice Bogu poświęcone nie przyjdą zasiąść pośród nas, by rozpoczynać śpiew liturgiczny, by uczyć nasze dzieci, by dać przykład doskonałej odpowiedzi na wezwanie Chrystusa?” Spotyka się to już, szczególnie na misjach.

Pamiętam zawsze radosne i wzruszające wrażenie, jakie mieliśmy w czasie Naszej podróży do Afryki w roku 1962, kiedy zwiedzając różne ośrodki misyjne aż po Afrykę południową widzieliśmy na wszystkich uroczystościach zakonnice w pierwszym rzędzie, co u nas jest niespotykane. Dlaczego tak powinno być? Dlatego, że są one przedstawicielkami Ludu Bożego, ludu chrześcijańskiego, który od­powiedział „tak” na wezwanie Chrystusa. Są one tymi, które mają większe prawo, by stać bliżej Pana właśnie po to, by prowadzić za sobą cały tłum tych, którzy nie dali tej samej odpowiedzi — przynajmniej jakościowo i ilościowo. A zatem najpiękniejsze kwiaty win­nicy Pańskiej, ogrodu Kościoła, umieszczamy na przedzie, aby cała społeczność pięknie wyglądała,

W sercu wspólnoty

Są to formy zewnętrzne. Chcemy jednak powiedzieć, że mamy coraz więcej nadziei, iż będziecie wzywane do tego, by być w sercu wspólnot parafialnych, szkolnych, w sercu stowarzyszeń. Nie oba­wiajcie się, że utracicie waszą nieskazitelność, waszą odrębność; strzeżcie waszego stylu zakonnego, który możecie, a raczej powinnyście utrzymać. Nie powinnyście natomiast pozwolić sobie na ze­świecczenie, na świeckość — jak inni. Nie! Zachowajcie habit, za­chowajcie swój styl i bądźcie rzeczywiście zakonnicami także i wte­dy, gdy znajdujecie się wśród ludzi. To włączenie się w lud uczyni was bardziej świadomymi tej szczególnej funkcji, która wam została powierzona i którą przyrównać można do posługiwania kapłańskie­go. To znaczy, że i wy służycie w takim zakresie, jaki Kościół wam wyznaczył, społeczeństwu, wiernym, Ludowi Bożemu. Starajcie się swoim przykładem, słowem, posługą i ofiarą uświęcać go i prowa­dzić do Chrystusa.

Miłość do Kościoła

Jest to aspekt, który pozwala nam zakończyć to krótkie prze­mówienie jeszcze jednym „więcej”. Bądźcie, mianowicie, więcej wszczepione w Kościół. Dawniej tak bywało — nie wiem, czy jesz­cze tak jest — że zakonnice miały swoje własne modlitwy. Dlaczego jednak nie były to modlitwy Kościoła? Zakonnice nawet nie wie­działy, co to jest Liturgia. Dlaczego jednak nie pogłębić się i w tej dziedzinie i nie włączyć w ten styl modlitwy Kościoła — autentycznej, uroczystej, pięknej i wspólnotowej. Musicie udoskonalać się, wzra­stać i być bardziej Kościołem — nie Kościołem oddzielonym, ale Kościołem powszechnym, do którego wzywa was chrzest i samo wasze powołanie.

A zatem, Córki najdroższe, żegnając was, jeszcze raz wam dziękuję, błogosławię wam i proszę: kochajcie Kościół! módlcie się za niego, cierpcie za niego!

Wiedzcie, że po Soborze, w okresie tak żywotnym, wszystko się zmienia, ale tyle jest ciągle potrzeb! Niezmierzone rzesze czekają jeszcze nawrócenia. Czymże jest Kościół w świecie proporcjonalnie do wszystkich mieszkańców ziemi? A także w społecznościach zwa­nych chrześcijańskimi, co oznacza prawdziwe życie chrześcijan w stosunku do życia świeckiego? To prawda, przed Kościołem stoją olbrzymie zadania, olbrzymie trudności i potrzeby, a nieraz także olbrzymie cierpienia, spowodowane właśnie przez synów, którzy powinni by go raczej pocieszać i podtrzymywać. Bądźcie wy, dzieci, pociechą dla Kościoła przez waszą miłość, waszą doskonałość, wa­sze oddanie i przez to — na tym kończymy — że będziecie więcej radosne. Mielibyśmy tu tyle jeszcze do powiedzenia. Pamiętamy wrażenie, jakie na Nas wywarło życie zakonne w innych krajach, na przykład w Ameryce czy w Irlandii, gdzie spotykane zakonnice były bardziej radosne od naszych, weselsze, pogodniejsze, bardziej uśmiechnięte.

A zatem życzę wam, abyście i wy również umiały odpowiedzieć bardziej hojnie, bardziej wspaniałomyślnie Chrystusowi, nie po to, byście miały stać się smutnymi, skrupulantkami czy nieśmiałymi wobec wielkiego przeznaczenia, jakie Chrystus przed wami otwiera, ale macie być bardziej wesołe, bardziej radosne i pewne, że dobrze wybrałyście i że będąc dzielnymi, mężnymi zakonnicami, idziecie na spotkanie Oblubieńca waszego, Jezusa Chrystusa.