1974.05.14 – Jasna Góra – Pozycja zakonów w dzisiejszym Kościele w Polsce. Do wyższych przełożonych zakonów męskich

Najmilsi Wyżsi Przełożeni Zakonów męskich w Polsce!

Nie pierwszy raz spotykamy się tutaj na Jasnej Górze i wspólnie rozważamy sprawy Kościoła Chrystusowego powierzone biskupom, przełożonym zakonnym, kapłanom diecezjalnym i zakonnym w naszej Ojczyźnie. Zdajemy sobie sprawę ze wspólnej odpowiedzialności za zadanie, jakie mamy wypełnić w Kościele Bożym w Polsce. Wiemy też, iż zadania tego nikt nie wypełni, prócz nas, bo jest to nasze zadanie, do nas należące.

Świadom tego modliłem się dzisiaj w kaplicy Matki Bożej w czasie Mszy świętej, aby spotkanie wyższych przełożonych zakonów męskich w Polsce, wydało należyte owoce. I chociaż – po ludzku sądząc – jest to tak trudne, aby to były owoce stokrotne. Wiemy, że takie nie będą, ale wolno i trzeba nam tego pragnąć, zwłaszcza gdy Chrystus Pan otworzył przed nami takie możliwości, bo przy łasce Bożej wszystko jest możliwe.

Bogactwo doświadczeń minionego trzydziestolecia

Bardzo ważną sprawą dla życia zakonnego i życia Kościoła w Polsce jest nasze doświadczenie. Doświadczenie nie lat, jak niektórzy mówią trzydziestu, chociaż ja liczę ich 27, bo trzech lat chociaż były pięknymi doświadczeniami, nie mogę ustawiać na płaszczyźnie dziękczynnej. Niemniej jednak wszystkie doświadczenia mają dla nas ogromne znaczenie. Każde bowiem łączy się z jakimś planem Bożym.

Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że skoro Pan Bóg ustawił nas w takiej sytuacji i kazał pracować w takim właśnie odmiennych warunkach, to znaczy, że nam ufa, że udzieli pomocy i chce pokazać nowe możliwości Kościoła Chrystusowego w świecie.

Wydaje mi się, że raz już Wam, Confratees, mówiłem o osobistym doświadczeniu, gdy na zaproszenie o. Lombardi, poszedłem do instytucji „Mondo migliore” pod Castel Gandolfo. O. Lombardo, z którym byłem w dużej przyjaźni, chciał, aby audytorium, którego się tam nie spodziewałem, usłyszało coś na ten temat ode mnie. Powiedziałem więc, że „mondo migliore” jest właśnie w Polsce. Moi słuchacze, przeważnie ludzie świeccy z początku myśleli, że jestem jakimś agitatorem. A ja starałem się im wywieść to w ten sposób. Jeżeli w sytuacji wyjątkowo trudnej Kościół ukazuje jeszcze swe duchowe siły i nie dał się dotąd rozłożyć, jeśli zachował dzięki łasce Bożej zwartość życia hierarchicznego i zakonnego, zdołał utrzymać lud pomimo akcji laicyzacji i ateizacji, to znaczy, że dla Kościoła nie ma sytuacji niemożliwych. Bóg poradzi sobie z każdą sytuacją, którą ludzie wytworzą i okaże moc swoją. „Est Deus in Israel” – w dosłownym czy przenośnym tego słowa znaczeniu. I tak jest właśnie w Polsce.

Przecież pamiętajmy, że to jest także trzydziestolecie walki z religią, z Kościołem, a obecnie – ze światopoglądem i wychowaniem katolickim, które ma ustąpić miejsca tak zwanemu wychowaniu socjalistycznemu czyli komunistycznemu, lub inaczej – ateistycznemu, bezbożnemu. Oto nowe nasze doświadczenie. Ale dzięki Bogu Kościół podchodzi z doświadczeniami już przeżytymi i wierzy, że i z tym jakoś sobie poradzi. Jeżeli więc gdzieś Kościół znajduje się w sytuacji trudnej, takiej jak nasza, a jednak dzięki łasce i pomocy Bożej radzi sobie, to niewątpliwie dla Kościoła właśnie to jest „mondo migliore”.

Nie jesteśmy osamotnieni. W podobnej sytuacji jest wiele narodów słowiańskich. Porównując styl prowadzenia spraw Kościoła widzimy, że metoda, którą obrał Kościół w Polsce, jest metodą słuszną. Jest to metoda nie tylko „fortiter sustinere” ale „fortiter agredi”. Stosowaliśmy jedno i drugie, „Fortiter sustinere” – do granic możliwych, a gdy już nie można ich było przekroczyć, wtedy „fortiter agredi”, bo trzeba raczej słuchać Boga aniżeli ludzi. Nie wchodzę w tematykę, którą rozwinie Ksiądz Biskup, ale dla zilustrowania naszej sytuacji posłużę się doświadczeniem z ostatnich tygodni.

Umiera kardynał w kraju braterskim, przyjaznym, słowiańskim – już drugi. Umiera człowiek, który całe swe życie biskupie spędził albo w więzieniu, albo skazany na przymusowe roboty w fabryce. – Sam opowiadał mi o tym na ostatnim Synodzie. I nie tylko mnie, ale wszystkim obecnym na „circolo italiano” – Jadą na jego pogrzeb delegacje z krajów sąsiednich – kardynał Wojdyła, kardynał Koenig, kardynał Doepfner, kardynał Bengsch, kilku biskupów polskich i kilku niemieckich. Sytuacja jaką zastają jest taka, że oto w kraju tym żaden z gości nie może odprawić Mszy świętej. Nie może też brać czynnego udziału w obrzędach pogrzebowych, bo nawet na człowieku umarłym ciąży jeszcze system.

Przekonało nas to o słuszności naszej drogi, że ustępliwość i dyplomatyzowanie jest działaniem na własną szkodę, natomiast opłaci się odważne wyznanie wiary i męstwo, choćby ono nawet kosztowało.

Nadto, wbrew wszystkiemu co mówiono w świecie posoborowym na Zachodzie, propagując tak zwane ułatwione życie kapłańskie, doświadczenie uczy, że Pan Bóg nieustannie wymaga. I po Soborze też wymaga. Wymaga najpierw od tych, od których przede wszystkim powinien pójść przykład. Wymagał od kardynałów Stepinaca, Berana, Srochty, Mindszentiego, Slipyja. Od nich wszystkich bardzo dużo wymagał. To znaczy, że po soborowy styl życia kapłańskiego nie jest stylem ułatwionego dyspensowania się. Jest raczej stylem podnoszenia wymagań.

A ponieważ Pan Bóg działając wychowawczo wymaga naprzód od tych, którzy powinni dać przykład, wymaga więc najpierw od kardynałów i biskupów z tak zwanego przesłonie „mondo migliore”. Trzeba to mieć przed oczyma. Może się bowiem komuś wydawać – że przegrali. Ale my jesteśmy w okresie przeżywania Misterium Paschale, nie wolno nam więc tak myśleć, bo Chrystus zwyciężył na krzyżu. Tak też zwyciężył kardynał Stepinac i inni. Zawodu dokonali, wiary się nie wyrzekli, a ludowi Bożemu zostawili przykład.

Nie ulegajmy liberalizmowi

Zestawmy to ze stylem postępowania na Zachodzie, gdzie powoływano się na Sobór i gdzie właściwie ludzie poszli po linii wypuszczonej z ręki władzy. My wiemy, że sprawować władzę, to znaczy służyć, jednakże wiemy też, że „Spiritus Sanetus posuit episcopos regere Ecclesiam Dei”. Analogicznie to samo odnosi się do wszystkich przełożonych w Kościele, a więc i do przełożonych zakonnych.

Element kierowniczy zwierzchnictwa, chociażby służyć na kolanach, musi jednakże wiązać się z „fortiter agredi” i musi iść po linii, którą ukazał Apostoł Tymoteuszowi: „Głoś naukę…, wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy…” /2 Tym 4, 2-4/ My przeżywamy coś podobnego.

Ksiądz Biskup, który ma szerokie kontakty na tle Konferencji Sekretariatów Episkopatów Europejskich, może dostarczyć na ten temat więcej spostrzeżeń i doświadczeń. Lecz nasze rozmowy z gośćmi zagranicznymi pouczają nas wystarczająco, że jeżeli pójdziemy po linii przemilczania naszych obowiązków i leczenia po wierzchu „córki syjońskiej”, to taka posługa może doprowadzić do ruiny i rozkładu w Kościele Bożym.

Twardy był krzyż Chrystusa i nasz nie może być miękkie A przecież mamy go nieść, bo takie było wskazanie Chrystusa: „Kto chce iść za mną, niech weźmie krzyż swój na ramiona swoje i idzie za Mną”. – Jeżeli kto, to przede wszystkim każdy z przełożonych Kościoła świętego – powinien naśladować Chrystusa. Dopiero wtedy, możemy wymagać od innych, gdy sami to czynimy, gdy sami na to się zdobędziemy.

Wytworzono wielki zamęt w dziedzinie myśli teologicznej – dogmatycznej, eklezjologicznej, skrypturystycznej, moralnej. Przed kilku dniami Episkopat Polski poświęcił nieco czasu na swej sesji w Krakowie, aby przyjrzeć się przemianom, jakie powstają we wszystkich dziedzinach wiedzy teologicznej. Wysłuchaliśmy na ten temat kilku referatów, wygłoszonych przez wybitnych specjalistów.

Powoli ludzie przekonują się już dzisiaj, do czego doprowadza liberalizm myślowy. Wprawdzie wolność jest najcenniejszym darem Bożym i zarazem najskuteczniejszym warunkiem postępu wiedzy, jednakże nie możemy zapominać, że w dziedzinie teologicznej – wolność, nauka i prawda muszą się łączyć z miłością ku Bogu i ludziom.

Wyznanie wiary musi być mocne, odważne, nie może być zakamuflowane, opanowane lękiem. Największą chorobą naszych braci zachodnich jest lęk. Lęk nawet przed opinią różnych sensacyjnych pism – „Bo co oni o mnie napiszą? Będą mnie uważać za uwstecznionego, za zacofanego, któremu brak elementów postępu”. Idą po tej linii aż tak daleko, że nie tylko w dziedzinie doktrynalnej, gdzie trzeba zachować unitatem fidei”, ale nawet w całym sposobie swego postępowania i zachowania się prywatnego czy publicznego, w ubiorze – poddają się obsesji lęku przed podejrzeniem, iż nie są postępowi.

Dochodzi to niekiedy do wymiarów groteskowych, jeśli zakonnikowi wydaje się, że dopiero wtedy będzie postępowy, gdy rozstanie się z habitem, zapuści włosy i założy krawat. Niektórym umysłowościom to wystarczy. Wydaje im się, że jest to wielkie osiągnięcie i ogromny sukces w ich życiu.

Wszystko to prowadzi niekiedy do takiej anarchii, że sam lud Boży musi występować w obronie zdrowej nauki – „sanam doctrinam non sustinebunt”.

A więc na pierwszym miejscu obowiązuje nas „sanam doctrina” jako postulat oraz odpowiednie postępowanie , rachowanie godności w służbie Bożej i w stylu życiowym, a także zachowanie postawy, stosowności. Nie wolno nam iść po linii narzucanych nam z zewnątrz modnych schematów, które gdzie indziej rozłożyły już rodziny zakonne, duchowieństwo diecezjalne, i nawet niektórych biskupów. Poddali się oni lękowi, iż będą posądzeni o uwstecznianie.

Liberalizm opinii teologicznych, dogmatycznych i moralnych, jak również stylu życiowego i postawy społecznej, dochodzi obecnie do szczytu. Coraz częściej jednak dostrzega się już jego nonsens.

Coraz częściej dowiadujemy się o tym, że obrazoburstwo, które rozpoczęto w wielu kościołach pod pozorem odnowy liturgicznej, niszczenie kultu eucharystycznego przed odesłanie Chrystusa do kąta – jest nonsensem, a powiązanie kultu Eucharystycznego z kultem Maryjnym jest postulatem Kościoła.

Ojciec święty Paweł VI w swej adhortacji o czci Matki Bożej podkreślił, że musi istnieć w Kościele ustalony przez Stwórcę związek Matki i Syna, że życie Eucharystyczne i cześć Maryi muszą być ze sobą ściśle związane. Jest to przejaw zdrowej pobożności chrześcijańskiej.

Ojciec święty dokonał też rehabilitacji różańca, a więc tego instrumentu liturgicznego, który publicznie rozrywano w kawałki na ambonach i demonstracyjnie rzucano na ziemię, bo wielu ludziom wydawał się czymś uwstecznionym.

Dzięki Bogu, obroniliśmy się przed tego rodzaju „postępem”. Obroniliśmy właściwe miejsce Matki Najświętszej w pobożności Kościoła polskiego, obroniliśmy cześć Eucharystii, obroniliśmy związek wszystkich niemal nabożeństw dodatkowych z czcią Eucharystii – a więc wszystko, do czego dzisiaj nawraca się wstydliwie tu i ówdzie na Zachodzie i czego nam inni zazdroszczą.

Ostatnio gościliśmy w Polsce kardynała Sepera. Po nabożeństwie majowym w bazylice prymasowskiej w Gnieźnie, powiedział: „My to wszystko lekkomyślnie odrzuciliśmy, wy zachowaliście i macie ludzi w kościele”. Ujawniła się przy tym złuda mylnie pojętej odnowy liturgicznej, która przecież nie na tym polega, by burzyć dotychczasowe formy kultu, lecz na tym, aby pogłębiać, wyjaśniać i dawać ludowi właściwe zrozumienie spraw Bożych.

Pogoń za sensacją i nowością – oznaką braku dojrzałości i doświadczenia.

Drodzy Moi! Niekiedy trzeba narazić się nawet na zarzut tradycjonalizmu i zapóźnienia, bo są to zarzuty małe i niepoważne. Nam, ludziom dojrzałym, odpowiedzialnym za społeczny wymiar życia Narodu, wypada „probare spiritus”. Nie możemy w życiu zakonnym stosować luzów, bo ich granic nie znamy – „abyssus abyssum invocat”. To co wydaje się drobnym ustępstwem, dla człowieka zdyspensowanego będzie kamieniem, na którym się oprze, aby postulować dalsze dyspensy. I tak w nieskończoność.

Cieszymy się więc, że tu i ówdzie dochodzi do opamiętania. Może nie w takim wymiarze jak byśmy sobie tego życzyli, może jeszcze za dużo przywozi się z zagranicy książek, które bankrutują, pism, które łatwo się tam wydaje, i spostrzeżeń, które mają być wielkimi zdobyczami duszpasterskimi, a są tylko ciekawostkami. Może zbyt łatwo jeszcze – jak to jest w naszym polskim stylu – imponują nam rzeczy niedojrzałe, które nie wytrzymują próby życia i kończą się prędzej aniżeli się tego spodziewamy. Ale dla nas ludzi odpowiedzialnych za życie Kościoła, za życie duchowieństwa, rodzin zakonnych i wiernych, jest to pouczające doświadczenie.

Doszły bowiem do głosu nie tyle rozum i rozumowanie, co wrażenie, wrażliwość, sensacyjność; doszły do głosu nie tyle zdrowe zrozumienie ładu życia i współżycia w Kościele i w rodzinach zakonnych, co lękliwa małoduszność, brak zdecydowanej postawy, lęk przed postawą kierowniczą. To stało się przyczyną nieszczęść, w które wpadły Kościoły na Zachodzie. To również groziło duchowieństwu, gdyż lud okazał się bardziej odporny.

Otrzymujemy w Sekretariacie wiele listów z protestami przeciwko różnym praktykom wprowadzanym samowolnie, zwłaszcza w dziedzinie odnowy liturgicznej, nawet wbrew postanowieniom Konferencji Episkopatu. A przecież od Konferencji Episkopatu zależy styl odnowy liturgicznej w danym kraju. Jednakże i do nas dostały się praktyki niedopuszczalne, a niekiedy wręcz rozkładowe.

Nie zapomnę listu pisanego z bólem przez jednego z ludzi, który chcąc przystąpić do Komunii świętej, w wielkim tłumie, spotkał się z tym, że podano mu kielich z Krwią świętą. Miał wziąć Hostię, umoczyć ją w kielichu i spożyć. Wycofał się, nie przyjął Komunii świętej, bo bał się Jej zniewagi. Zapytywał mnie, na jakiej podstawie ksiądz zastosował takie zmiany? Nie wiem na jakiej podstawie. Był to raczej przejaw samowoli. To co mogło by być możliwe w małej kaplicy dla jednej lub drugiej osoby, nie jest możliwe w tłumie, gdzie istnieje niebezpieczeństwo narażenia czci Eucharystii.

Inny przykład – o którym już nieraz mówiłem – to sposób umieszczania tabernakulum, niezgodny z wymaganą postawą szacunku, a nawet z estetyką. Zresztą całe to dążenie do radykalnej zmiany wnętrza kościoła jest niejednokrotnie ze szkodą dla dzieł sztuki, dla właściwego urządzenia wnętrza, które niekiedy zmienia się na biurowiec.

Wszystko to świadczy o braku dojrzałości i doświadczenia, o zaniku perspektywy wartości społecznej i zapomnienia o postulatach duszpasterskich. Jest gonitwą za nowością, sensacją, aby wyrobić sobie opinię ludzi postępowych.

Doświadczenia, które osiągnięto na Zachodzie, budzą tam otrzeźwienie. A dla nas są błogosławieństwem, bo mogą nas ustrzec od popełnianych tam błędów i od bolesnych doświadczeń.

Jedną z głównych przyczyn tego nieładu było zagubienie charyzmatu powierzonej sobie władzy. Powiedziałem w gronie biskupów na ostatnim Synodzie w Rzymie, że tak zwana kontestacja jest w dużej mierze następstwem zagubienia „principium regiminis”.

Dzieje się tak w wielu diecezjach i w wielu rodzinach zakonnych, nawet o wielkich tradycjach i zasługach w dziejach Kościoła. Współcześnie okazało się, iż słuszny był lęk pisarza świętego, gdy wołał: „Biada narodowi, którego książę jest dzieciną …” Jakże często niestety uważamy, że możemy komuś okazać pomoc duchową wtedy, gdy dajemy mu wzór nieładu, bałaganu, zaniedbania i samowoli.

Sutanna i habit znakiem społecznego wyznania Chrystusa.

Powiedziano mi w ostatnich czasach, słyszałem to również od kardynała Sepera, że ludzie z radością i nadzieją witają na ulicy sutannę czy habit – tam gdzie one zniknęły. Mówiłem Wam, Bracia, na ten temat wiele razy i wiele razy prosiłem, abyście nie stosowali luzów na tym odcinku, abyście sami dawali przykład szacunku dla habitu i bez poważnych racji nie rozstawali się z nim. Prosiłem, abyście także od młodzieży duchownej nowicjackiej, juniorackiej, seminaryjnej, wymagali szacunku dla stroju duchownego.

Wcale nie jest oznaką stosowności, jeżeli przyjeżdża do nas jakiś wyższy przełożony zakonny niemalże po cywilnemu, a Wy do niego się dostrajacie, ubierając się jak on i tak przychodzicie, na przykład z wizytą do Prymasa Polski.

Jest wśród, nas zanik poczucia stosowności, zanik kultury towarzyskiej, która by kazała się z tym liczyć. Może ktoś powiedzieć – to jest drobny problem. Może i drobny, ale dla nas problem społeczny. Bo dla nas sutanna czy habit jest znakiem społecznego wyznania i przyznania się do Chrystusa, jest świadectwem Chrystusowi w miastach zlaicyzowanych, jest podtrzymaniem duchowym dla ludzi świeckich, aby nie myśleli o „śmierci Boga” w życiu codziennym.

Pamiętajmy, Najmilsi, że zjawisko laicyzacji w Polsce nie jest zjawiskiem rozwojowym samoczynnie, lecz forsowanym programem politycznym. Tak jak zresztą ateizacja, wychowanie socjalistyczne, wszystko to są programy przeprowadzane z użyciem wpływów politycznych, które władza ma nie po to, aby gwałcić sumienia obywateli i narzucać im swój styl. Władza państwowa jest po to, aby służyć obywatelom, a nie dusić ich i gnębić. W innych warunkach sprawa ubioru kapłańskiego może być problemem drobnym, ale tam gdzie idzie o wyznanie Chrystusa, o przyznanie się do Niego, trzeba być odważnym i trzeba tej odwagi uczyć młode pokolenia kapłanów diecezjalnych i zakonnych.

Jeżeli za co jestem Wam wdzięczny, Drodzy moi, to za to, że na tym odcinku troszkę sprawa się poprawiła. Trzeba jednak nadal dołożyć wysiłku. Nic nie zyskamy na tym, jeżeli z naszego życia publicznego i społecznego znikną znaki Boże.

Bardzo starannie wykorzystuje się dzisiaj każde plany przebudowy dróg, aby jeszcze jeden krzyż zniknął, aby jeszcze jedna kaplica uległa rozbiórce.

Musimy bronić chwały Bożej w Narodzie polskim.

Stwarza się jak najwięcej właśnie takich sytuacji „higienicznych”, aby oblicze kraju w systematyczny sposób laicyzować, oczyścić z elementów sakralnych. Takich przykładów mamy dużo.

Weźmy kazus przeżyty ostatnio w Krakowie, gdzie miała miejsce tradycyjna uroczystość św. Stanisława, w której od wieków brali udział królowie z Wawelu. W takim momencie, zda się psychologicznie niestrawnym, montuje się cały aparat, co prawda w wymiarze krajowym, ale z inicjatywy, która drażni społeczeństwo. Jak wyczytaliśmy w prasie krakowskiej, w ostatnią niedzielę od rana przeszło 300 tysięcy ludzi miało stanąć do czynu społecznego. Trzeba do nich dodać drugie tyle ludzi zajętych w środowisku rodzinnym, którzy muszą ich do tego przygotować.

Stwarza się aparaturę państwa niewolników pracujących w „świątek i piątek”. Czy idzie o efekty ekonomiczne? czy o wychowanie społeczne? – czy – jak mi napisał minister Kuberski w odpowiedzi na mój list z protestem w tej sprawie – o wychowanie w szacunku dla pracy? Czy też po prostu idzie o to, aby każdą sytuację wykorzystać dla zlaicyzowania dnia świętego – niedzieli, aby jeszcze jednym sposobem wymazać Imię Boże z ziemi żyjących.

Powiedzieliśmy sobie, że na tym odcinku musimy być odważni. Musimy bronić chwały Bożej, musimy pielęgnować i wychowywać w sobie odwagę wyznania i obrony wiary. Łatwo sobie powiedzieć – drobna rzecz, ale z drobnych rzeczy powstają wielkie ciężary, drobne grzechy osłabiają psychicznie i przygotowują niekiedy do wielkiej zdrady, do wielkiego odstępstwa.

Dlatego też, gdy w niedzielę po tej uroczystości obradowała Rada Główna Episkopatu Polski, postanowiliśmy zwrócić się do Prezydium Rządu ukazując niestosowność i szkodliwość tej inicjatywy – z motywów religijnych, społecznych, humanistycznych i ekonomicznych.

Jeżeli kto powinien być wrażliwy na dolę ludzi gwałconych przez stwarzanie sytuacji przymusowych, to przede wszystkim my. Mamy przykład Matki Najświętszej, która w swoim ”Magnificat” wygłosiła wspaniały manifest społeczny, skierowany ku Bogu, ku Chrystusowi i ku ludzkiej niedoli. Maryja była na nią wrażliwa, znała niedolę polityczną – „deposuit potentes de sede” i społeczną – “esurientes implevit bonis et dirites dimisit inanes”. Pozostawiła nam testament, który jest Jej najważniejszą wypowiedzią, bardziej rzeczową i treściwą aniżeli „Manifest Komunistyczny” Marksa. – Wybaczcie to porównanie.

Jeżeli Służebnica Pańska okazała taką wrażliwość na sprawy ludzkie, jest to wskazanie i dla nas, że nie my mamy ulegać. My mamy służyć ludziom i bronić ich. To jest nasz obowiązek! Przed wojną świat robotniczy był broniony przez związki zawodowe, przez partie socjalistyczne, czy chrześcijańskie. A dzisiaj, kto stanie w obronie ludzi? Kto przemówi w obronie matek obarczonych dziećmi i obowiązkami rodzinnymi, zmuszonych pracować w fabryce na nocnej zmianie? Kto ujmie się za ojcami rodzin, którzy pobudzani są najmniej szlachetnymi bodźcami do pracowania ponad normę i do przekraczania norm, co jest typowym wyzyskiem kapitalistycznym? Organizacja pracy i bodźce ekonomiczne są wybitnie kapitalistyczne w państwie przecież demokratycznym, w państwie, w którym zwyciężył proletariat.

My synowie Kościoła Chrystusowego, Kościoła Boga Ukrzyżowanego, który przyszedł nie po to, by Mu służono, ale by służyć i dać życie swoje za braci – musimy o tych wszystkich motywach naszej duchowości kapłańskiej, społecznej i obywatelskiej pamiętać. Wiele bowiem rodzin zakonnych, które reprezentujecie, wyrosło z postawy obrony ludzi i służby im za przykładem Chrystusa. Nie wypada więc, abyśmy dzisiaj okazali się ludźmi ubezpieczającymi swoje sprawy i węzełki. „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś wesoła, byle polska wieś spokojna”. Już Skarga ostrzegał przed ubezpieczaniem samego siebie i zapominaniu o tym, że gdy fala zła pójdzie daleko, nas samych pociągnie w odmęty.

Jestem Wam wierny…

Zachęciliście mnie, Bracia, aby mówić familijnie, z zaufaniem, serdecznie i prosto. Napisałem sobie nawet plan przemówienia, ale przypomniało mi się, jak kiedyś na wizytacji jakiś rolnik, któremu się pomyliło, gdy przemawiał i ktoś mu podszepnął – zajrzyj do kartki, odpowiedział – „z copki to i byle dureń umie”. Nie zajrzał więc do czapki, gdzie miał kartkę, tylko poczekał, zastanowił się i przypomniał sobie co we własnym umyśle ułożył.

I ja zostawiłem to co miało być „z copki” na górze, i przyszedłem do Was, Najmilsi, z sercem. Bo wiem, że Wam to jest potrzebne. Modliliśmy się przecież wspólnie w kaplicy Matki Bożej, w intencji obecnych tu wyższych przełożonych zakonów męskich i całego życia zakonnego w Polsce. Modliliśmy się, aby nasz kontakt był. „in ostensione spiritus et veritatis et caritatis”.

Nie będą Was zapewniał o moim stosunku do zakonów i do życia zakonnego, bo tyle już razy się Wam „oświadczałem”. Ciągle mam w świadomości to, co Duch Święty pokazał Kościołowi na czasy dzisiejsze w Konstytucji Dogmatycznej, w której życie zakonne zostało dowartościowane i ustawione ustrojowo w Kościele. Jestem temu wierny, jak długo Pan Bóg jeszcze każe mi Wam służyć.

Pewnie na sądzie ostatecznym mi powiedzą: Dobrze, bracie, żeś nie zaczął wojować z zakonami. Nie wojowałem. Możecie przekonać się o tym na terenie archidiecezji Warszawskiej. Na przestrzeni dwudziestu sześciu lat mojej służby prawie każda rodzina zakonna dostała odpowiednią placówkę duszpasterską. Pragnąłem w ten sposób zagwarantować jej wspólnotę domową.

Myślałem wtedy: jeżeli jakaś rodzina zakonna będzie miała parafię, to jest nadzieja, że przynajmniej pozostaną tu jako księża i jakaś namiastka wspólnoty zakonnej się utrzyma. Pan Bóg oszczędził nam tego doświadczenia. Ale dzisiaj mogę powiedzieć, że to co było możliwe, zostało wykonane. Starałem się, aby wspólnoty zakonne miały dach nad głową i pracę.

Rozumiemy bowiem konieczność i niezbędność współpracy w Kościele Chrystusowym. Tę „politykę personalną” zaczęliśmy znacznie wcześniej, niż to zostało zdefiniowane w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele. Słuszność tej linii została tylko potwierdzona w Konstytucji. Nadal będziemy tak postępować.

Nawet gdybyśmy mieli jakieś zawody i niepowodzenia, gdybyśmy napotykali na trudności i odstępstwa, które zdarzają się wszędzie w życiu ludzi słabych, nie opuścimy tej linii, bo wydaje nam się ona jedynie słuszną dla umacniania Kościoła Chrystusowego i dla coraz lepszej służby ludowi Bożemu.

Ostatnio gdy był u mnie na wieczerzy kardynał Seper, myślałem sobie – kim ja się przed nim pochwalę. Resztę wie przełożony waszej konsulty i inni kapłani zakonni, których miałem radość w czasie wspólnej wieczerzy przedstawić kardynałowi i zapewnić, że jak on broni „sanam doctrinam”, tak i u nas rodziny zakonne strzegą zdrowej nauki, na ile tylko Bóg łaje im sił.

Wiem, że zdarzają się słabości, ale najwięcej wiem, Najmilsi, o moich słabościach. Dzisiaj przyszła na mnie kolej i moją osobą zajmują się anonimy. Bardzo się cieszę, gdy czytam o różnych moich czynach, cieszę się, że inni więcej wiedzą o mnie, aniżeli ja.

Pytali mnie kiedyś moi Konfratrzy, co to jest „Ancora”. Odpowiedziałem: Wiem, co to jest „Ancora”, kto ją redaguje i za czyje pieniądze. Nawet Sekretarz Episkopatu nie może wydawać biuletynu informacyjnego tak elegancko jak wydawana jest „Ancora”. Wiadomo kto to czyni i komu to służy. Ale na razie nie powiem wam nazwiska. Niech Wam wystarczy, że wiem.

Nie przejmujemy się tymi sprawami, Najmilsi. My robimy swoje w pozytywny sposób, ucząc i – jak tylko umiemy – okazując miłość Bogu, a w Bogu ludowi Bożemu. To jest nadal nasze zadanie. Musimy dochować wierności Chrystusowi, Kościołowi, powołaniu kapłańskiemu i zakonnemu, wierząc, że taka jest wola Boża i że na pewno miłującym Boga i całemu Kościołowi pomaga to do dobrego.

Tym, Najmilsi, kończę. Dziękuję Wam, że daliście mi sposobność spotkania się z Wami. Dziękuję za pomoc, jaką na wielu odcinkach Kościół Chrystusowy zawdzięcza rodzinom zakonnym. Cieszymy się, że naszym gościom w kraju, czy też, gdy się spotykamy z ludźmi za granicą, tak wiele dobrych i pięknych rzeczy możemy powiedzieć o życiu zakonnym w Polsce. Niektóre sprawy jednak przemilczamy. Są bowiem i takie sytuacje, takie sprawy, które trzeba na razie schować do kieszeni, albo też do najbardziej trwałego archiwum, jakim jest ogień w piecu.

Dziękując całym sercem za Waszą cierpliwość, z jaką mnie słuchacie, życzę owocnej pracy dla całego zgromadzenia Wyższych Przełożonych Zakonnych w Polsce. „Omnipotentem Deum etiam pro me orate”.