1976.12.06 – Warszawa – Niech miłość idzie w Polskę. Na zakończenie jubileuszu świętego Franciszka w Warszawie

Umiłowani w Panu czciciele świętego Franciszka z Asyżu, drogie dzieci Boże!

Kończymy nasze modlitewne wspomnienia 750-lecia śmierci świętego Franciszka. I chociaż mówimy o śmierci, jednakże wszyscy czujemy, że Franciszek nie umarł. On żyje nadal w naszej pamięci, w naszych myślach i uczuciach. Żyje jako przykład niezwykłego zjednoczenia się w miłości z Bogiem. Żyje jako wzór przedziwnego zespolenia się z człowiekiem, najdoskonalszym dziełem Stwórcy. I rzecz znamienna, żyje on również w jakimś wymiarze – w naszym kontakcie z przyrodzonym ładem tej ziemi, w naszej więzi z otoczeniem, z całym światem materialnym, roślinnym i zwierzęcym. Nie umarł więc Franciszek, lecz żyje.

Słusznie podkreśla się dzisiaj tak często wielki wpływ świętego Franciszka na nasze codzienne życie – jeżeli już nie w sensie pozytywnych zobowiązań, to przynajmniej w formie jakiegoś wyrzutu sumienia, że jednak w życiu i postępowaniu człowieka wobec Boga, ludzi i przyrody mogłoby być inaczej, lepiej. Budzi się w nas nadzieja, że świat we wszystkich przejawach życia tak bardzo związany z Bogiem mógłby być lepszy, a życie na nim o wiele łatwiejsze.

Wszyscy przecież o tym mówimy i wszyscy do tego dążymy. Pragnienia nasze wiążą się nie ze światem współczesnym, ale z innym nowym, lepszym światem, takim, jakim go sobie w naszych dążeniach i wyobraźni przedstawiamy. Gdyby człowiek był w swoich dążeniach bardziej konsekwentny, nie poprzestawałby tylko na wyobraźni, ale dążyłby do nadawania światu takiego właśnie oblicza już dziś. Słowem – dążyłby człowiek do odmiany tego świata.

Przez wiele miesięcy wszystkie franciszkańskie rodziny zakonne w świecie i w naszej Ojczyźnie przypominały nam tę postać – zda się tak daleką – pragnąc przybliżyć ją sobie i otoczeniu oraz wydobyć z niej to, co dzisiaj światu jest potrzebne. Jedni mówią: świat musi być bardziej Chrystusowy. Inni mówią: naśladować Chrystusa we wszystkim nie jest rzeczą możliwą. Oby przynajmniej świat był bardziej franciszkański. Franciszek daje bowiem wzór zbliżenia się do Chrystusa przybliżony do możliwości człowieka.

Przed kilkoma miesiącami głosiłem słowo Boże w kościele ojców reformatów przy ulicy Senatorskiej. Starałem się wtedy przedstawić, w jaki sposób człowiek współczesny w swoim życiu osobistym i społecznym mógłby odmieniać oblicze ziemi na wzór Franciszka. Nie ulega bowiem wątpliwości – zwracają na to uwagę liczne studia historyczne, hagiograficzne i socjologiczne – że chociaż Franciszek był postacią wybitnie religijną, to jednak miał olbrzymie znaczenie dla kształtowania się życia społecznego, a nawet gospodarczego. I chociaż dzielą nas wieki od warunków, które chciał odmienić Franciszek, to jednak są pewne elementy trwałe, które i dzisiaj są aktualne. I dzisiaj bowiem konieczna jest odnowa świata, aby ziemia stawała się bardziej poddana przez człowieka Bogu, aby stosunki społeczne życia i współżycia bliższe były programowi, jaki Ojciec niebieski wytyczył Chrystusowi. Posyłając Syna swego na okrąg ziemski Bóg chciał, aby on odnowił oblicze ziemi, aby nadał jej wymiary bardziej ludzkie, w duchu ewangelicznego pokoju, miłości i sprawiedliwości społecznej.

Wszystko to są sprawy, które ktoś może nazwać dążeniami idealnymi. A jednak, gdy wnikamy, w charakter dzisiejszych wysiłków i programów zmierzających do odnowienia oblicza ziemi, choćby tylko pod kątem gospodarczym, to widzimy, że dążenia współczesnego człowieka w dużym stopniu pokrywają się z dziełem, które w swoim czasie prowadził Franciszek z Asyżu. I chociażby nam się wydawało, że między czasami franciszkańskimi a wiekiem XX istnieje ogromna przepaść, to jednak nie sam czas odmienia oblicze ziemi, tylko człowiek żyjący w określonym czasie, a dążenia ludzi sprzed siedmiu wieków i ludzi współczesnych są niemal identyczne. W naturze swojej człowiek bowiem nie odmienia się, choć zmienia się środowisko, w jakim wypada mu żyć, pracować i współdziałać z ludźmi, z otoczeniem, z przyrodą, z całym ładem od strony Boga i nieładem od strony człowieka, który pragnie ładu na ziemi, ale z wyłączeniem Stwórcy programu dla rodziny ludzkiej, Ojca niebieskiego.

PRZEDZIWNA WIĘŹ ŚWIĘTEGO FRANCISZKA Z BOGIEM, Z CZŁOWIEKIEM I Z CAŁĄ PRZYRODĄ

Powiedzieliśmy, że w życiu świętego Franciszka można dostrzec trzy zasadnicze więzi: więź z Bogiem, więź z człowiekiem i więź z przyrodą. Można to wszystko odnaleźć w jego pismach, które po sobie zostawił. Są one starannie zebrane i stale przekazywane do wiadomości współczesnego człowieka.

Franciszek był tak skierowany ku Bogu, że jak gdyby zatracił w Nim swoją osobowość, chociaż prawdą jest, że człowiek szukający Boga, nie tyle się w nim zagubia, ile raczej odnajduje. Im ktoś jest bardziej Boży, tym bardziej staje się ludzki. Im więcej człowiek odbiega od obrazu Boga, tym mniej jest człowiekiem. Im więcej zagubia w sobie obraz Boży, tym bardziej staje się zwierzęcy. Im mniej ma odniesień do Stwórcy, tym więcej upodabnia się do stworzeń nierozumnych. Chociaż wiemy, że człowiek zawsze jest istotą rozumną, choćby działał – jak to często bywa – w sposób nierozumny.

Franciszek całą swoją przedziwną więź z człowiekiem i z przyrodą zaczerpnął z głębokiej więzi z Bogiem. Pozwólcie, dzieci Boże, że z niewielkiej książeczki, wydanej niedawno w Polsce, przytoczę skromny tekst, który ujawnia więź Franciszka z Bogiem. Patrzmy, ile on w Nim widzi:

Ty jesteś jeden, święty, mocny, wielki, najwyższy, Król wszechmocny, Król nieba i ziemi, w Trójcy Jedyny. Ty jesteś wszelkie dobro, dobro najwyższe, żywy i prawdziwy. Ty jesteś miłością, mądrością, pokojem, cierpliwością, bezpieczeństwem, ukojeniem, radością i weselem, sprawiedliwością i umiarkowaniem. Ty jesteś wszelkim bogactwem i dostatkiem, Ty jesteś pięknością, łagodnością, opiekunem, stróżem i obrońcą, siłą, orzeźwieniem. Ty jesteś nadzieją, Ty jesteś wiarą naszą, Ty jesteś wielką słodyczą naszą. Ty jesteś wiecznym życiem naszym, wielki i prawdziwy Panie! (Kartka podarowana bratu Leonowi, w: Pisma Świętego Franciszka z Asyżu, Warszawa 1982, s. 244-245).

Nic z tych słów, które wypowiedział Franciszek, nie było bez jego osobistego doświadczenia. On miał własne głębokie przekonanie tego, co mówił. W całej postawie świętego Franciszka można odnaleźć te elementy i przymioty, dzięki którym wiązał się on tak silnie z Bogiem. To co widział w Bogu, Boże przymioty, było i w nim samym – chociaż w różnym wymiarze – hojnie udzielone mu przez Boga.

Ludzie umieli o Franciszku powiedzieć tak wiele od strony jego właściwości duchowych, że patrząc na tego człowieka, na człowieka Bożego, można niejako odtworzyć sobie obraz Boga. Jeśli bowiem – jak mówi Księga Mądrości – Bóg może być rozpoznany z wielości i piękności stworzeń, to jakże daleko bardziej może być On rozpoznany z piękna człowieka, z jego osobowych postaw i przymiotów. I chociaż prawdą jest, że wszyscy święci razem wzięci w swoich formacjach duchowych, cnotach i przymiotach nie wyczerpują świętości, mądrości i miłości Boga, to jednak przyglądając się ludziom Bożym, możemy powiedzieć: jakimże jest Bóg, skoro takim może być człowiek? Przykłady te wzywają nas do uwielbienia Boga, który taką moc dał ludziom.

Jeżeli komuś trudno jest poznać Boga w osobistym doświadczeniu, przez rozumowanie, przez wiarę, łaskę czy przez osobiste przeżycie, to wystarczy spojrzeć na niejednego człowieka Bożego, aby w nim odkryć cząstkę prawdy o Bogu. I święty Franciszek swoim życiem odsłania nam jakąś cząsteczkę prawdy o Bogu.

Franciszek posiadał też przedziwną więź z człowiekiem. Nie jest bowiem możliwą rzeczą oddać się Bogu, a zapomnieć o człowieku. Przeciwnie: im bardziej człowiek jest oddany Bogu, tym lepiej rozumie drugiego człowieka. Patrząc w oblicze ojca naszego, który jest w niebie, odnajduje on w braciach swoich różne rysy i właściwości Boże. Pociesza nas jedna z modlitw eucharystycznych, że przyjdzie taki czas, to największą naszą radością będzie to, że ujrzawszy Boga, spostrzeżemy, iż jesteśmy do Niego podobni.

A w czymże to człowiek może być podobny do Boga? Najpierw w swoim bycie – w tym, że jest. I choć w wymiarze fizycznym ma swój początek, to jednak w myśli Bożej jest od początku. Natomiast nie ma końca, nie ma kresu, podobnie jak Ojciec nasz, który byłby „niesprawiedliwy”, gdyby tylko dla siebie zachował nieśmiertelność, a poskąpiłby jej swoim dzieciom.

Bóg-Miłość, która nie umiera, jest więc życiodajnym „posiewem miłości” w nas, sprawia, że i człowiek nie umiera, bo jest całkowicie pogrążony w miłości, którą jest Bóg. Człowiek upodabnia się do Boga przez to, że pragnie miłości, a czerpie ją z Boga. Kto w miłości trwa, w Bogu trwa, a Bóg w nim (1 J 4,16). My sami nie bylibyśmy zdolni wykrzesać z siebie miłości do Boga, do człowieka czy do stworzenia, gdybyśmy nie zaczerpnęli jej w jakimś wymiarze od Ojca, który jest Miłością.

Człowiek jest podobny do Boga w tym, że pragnie prawdy i dąży do prawdy, a znajduje ją tylko w Bogu. Jest podobny i w tym, że pragnie sprawiedliwości i szuka jej na różne sposoby, a gdy nie znajduje, nie traci nadziei, że przynajmniej Bóg jest sprawiedliwy. Doznawszy wielu krzywd na świecie, liczy jeszcze na Bożą sprawiedliwość.

Niedawno czytałem list przysłany mi przez pewną kobietę z Ursusa. Pisze ona, ile ucierpiał jej mąż, który idąc po nią do fabryki, gdy wychodziła z trzeciej zmiany, zatrzymany na ulicy został aresztowany, wrzucony jak kloc do samochodu-chłodni, skopany i przewieziony do więzienia. Niesprawiedliwie tam dręczony, został wreszcie zwolniony, ale po to tylko, aby po kilku dniach znowu był zabrany. I tak bez końca. Wiem, że to jest niesprawiedliwość – pisze w swym liście ta kobieta – ale wiem, że jest Bóg na niebie. I ja się modlę tylko o to, aby ci ludzie, którzy ukrzywdzili mnie i mego męża, nie byli karani ciężko przez Boga za swoje wykroczenia. Na taki poziom może zdobyć się człowiek, który ma pełne zaufanie do sprawiedliwości Boga, choćby na ziemi doznał wiele krzywd!

Gdy o tym mówię, muszę wspomnieć w tej chwili listę 33 osób z tej samej miejscowości, z których tylko cztery były nie bite, a wszystkie inne były katowane i przeprowadzone przez tak zwaną „ścieżkę zdrowia”. Co to znaczy – dość głośno o tym jest w Warszawie.

Gdy to wszystko słyszymy, dzieci Boże, gdy dzieje się to w wieku XX, postępowym, rośnie w nas gorące pragnienie, aby było inaczej. A przecież mogłoby być inaczej, mogłoby być lepiej! Mogłoby obyć się bez stosowania tak bolesnych metod, które pochodzą prawdopodobnie stąd, że tak właśnie szkoli się człowieka w duchu nienawiści do innych ludzi. Widząc taki stosunek do człowieka, staje nam przed oczyma Franciszek z Asyżu, który w człowieku widział brata. Nie był to dla niego tylko zwrot retoryczny, gładkie sloganowe słówko. Dla niego to była rzeczywistość! Tak odnosząc się do człowieka, dał nam lekcję właściwego stosunku do człowieka. Mamy też przykłady innych świętych franciszkańskich, począwszy od Antoniego z Padwy, a nie kończąc na Maksymilianie Marii Kolbe z Niepokalanowa. Są to nieustanne próby – podejmowania ducha franciszkańskiego, czerpanego przecież z Chrystusa, aby lepiej odnosić się do człowieka jako do dzieła Bożego. I nadal próby te muszą być podejmowane. Dlatego Franciszek, jako nauczyciel prawego stosunku do człowieka, jest tak bardzo na czasie. Jakże to wszystko, co przeżywamy dzisiaj, na co patrzymy, przypomina nam nasze zamówienie społeczne. Skoro jest tak rozmaicie, skoro naprawdę człowiek człowiekowi wilkiem, to znaczy, że trzeba na nowo podjąć pracę, aby człowiek człowiekowi stał się bratem.

Franciszek patrząc na Boga widział w Nim i człowieka, i świat przyrodzony. Wszyscy znamy przepiękny franciszkański Hymn do słońca, który wyraża wewnętrzny stosunek Franciszka do otaczającej go przyrody. Wychwala on Boga we wszystkich Jego stworzeniach, wraz z bratem słońcem, które świeci pięknie i promiennie, a przez swój blask jest wyobrażeniem Najwyższego. W modlitwach Franciszka uwielbia Boga brat księżyc i siostry gwiazdy, brat wicher, siostra woda i brat ogień. Głosi cześć Stwórcy matka ziemia, która żywi rodząc różne owoce, barwne kwiaty i zioła.

Franciszek tak głęboko zespolony był wewnętrznie z Bogiem, iż zdawałoby się, że nic poza Nim nie widział. On jednak wszystko widział i kochał. Im lepiej bowiem umiemy patrzeć w twarz Ojcu wszelkiego życia, tym lepiej rozumiemy, czym jest każde stworzenie, tym głębiej poznajemy jego wartość, sens i przeznaczenie, jako daru dla człowieka; tym lepiej rozumiemy nawet piękno ciała ludzkiego. Chrystus kazał przyglądać się liliom polnym i ptakom niebieskim, aby podziwiać Stwórcę.

Czyż nie jest to aktualne i dzisiaj, kiedy gazety wypełnione są opisami niszczycielstwa przyrody, wycinania lasów, zatruwania rzek, w których ryby giną, zanieczyszczania pięknych jezior, które stają się kloakami. Dymy z kominów fabrycznych niszczą powietrze i rośliny. Wystarczy pojechać w okolice Olkusza, by zobaczyć krajobraz całkowicie zniszczony. Wystarczy udać się w okolice Puław, gdzie kominy fabryczne zniszczyły całe połacie lasów. Dzisiaj się to widzi i zaczyna się już myśleć, co robić. Niekiedy jednak jest już za późno. W Italii na przykład mieszkańcy pewnej miejscowości przeżywają po prostu tragedię. Cała okolica została zatruta przez znajdujące się tam fabryki. Zanieczyszczenia te szkodzą nie tylko roślinności, ale i człowiekowi, bo wszystkie dzieci rodzące się tam są już śmiertelnie chore. Trzeba je co tchu przewozić na inne tereny wraz z matkami ciężarnymi, aby nie było dalszych strat i nieszczęść.

Jakże to wszystko przypomina, że innymi oczyma trzeba patrzeć nie tylko na kłos pszeniczny, ale i na mały bławatek czy też kwitnący krzew. Trzeba nauczyć się patrzeć Bożymi oczyma na cały świat stworzony, z którego piękności i wielkości rozpoznajemy Stwórcę. Programowany materializm gospodarczy doprowadził dziś do tego, że widzi się tylko maksymalną produkcję. I to nie po to, by zaspokoić potrzeby człowieka pracującego, ale by spotęgować eksport. Eksport jest najważniejszą sprawą dla państwa. Jak gdyby państwo nie było po to, by żywić własnych obywateli, tylko cały świat.

Przecież to są oczywiste nonsensy! Skąd one pochodzą? Pochodzą ze złego spojrzenia na człowieka, w którym nie widzi się już dziecięcia Bożego, i na przyrodę, w której nie dostrzega się, że jest dziełem Stwórcy. Nie widzi się mądrości ukrytej w przyrodzie, tylko po prostu surowiec do dalszej produkcji albo nawet przeszkodę do rozwoju przemysłu. To są takie „końskie okulary”, przez które człowiek współczesny patrzy na świat i nie widzi nic poza pilnym, gwałtownym zyskiem.

Franciszek już przed ośmioma wiekami wielkim głosem wołał o to, o czym dzisiaj pisze się w gazetach, nawołując do ochrony środowiska, do poszanowania przyrody, wołając: „Ratunku” – dla ryb, ptaków i kwiatów, dla krzewów, lasów i pól uprawnych! Jakże to wołanie jest aktualne. A jak głęboko korzeniami roztropności tkwi ono w przeszłości! Ten oderwany od ziemi człowiek, stygmatyk seraficki, z oczyma utkwionymi w krzyż Chrystusa i Jego rany, widział dobrze świat, rozumiał jego sens i jego Boże piękno. Mówi się niekiedy: a cóż to ma wspólnego z ekonomią? O, bardzo dużo! Między Ewangelią a ekonomią jest więcej związków aniżeli między programami partyjnymi a ekonomią. Ewangelia jest bardziej rzetelna, bardziej ludzka i bliższa prawdy, bo jest rzeczywistością Bożą.

Franciszek, który śpiewał swój Hymn do słońca, mógłby stać się patronem dla wszystkich ludzi, którzy podejmują walkę o ochronę przyrody. Ten człowiek sprzed ośmiu wieków jest dziś na czasie, jest aktualny. Można by na ten temat snuć wiele jeszcze myśli i rozważań. Dostrzeglibyśmy wówczas w rybce, którą zatruły fabryki – siostrę rybkę, i w kwiatku – brata kwiatka, i w kłosie – brata kłosa, i w sośnie – siostrę sosnę.

Czyż ten romantyzm zaszkodziłby ekonomii? Przeciwnie, on by jej pomógł. Tylko wtedy posługuje się człowiek we właściwy sposób dobrami materialnymi, gdy umie na nie patrzeć oczyma Stwórcy, który wiedział, po co to wszystko stworzył.

AKTUALNOŚĆ POSTAWY ŚWIĘTEGO FRANCISZKA W PRAGNIENIACH WSPÓŁCZESNEGO CZŁOWIEKA.

Gdybyśmy chcieli w krótkim rzucie spojrzeć na postawę świętego Franciszka, ujrzelibyśmy, jak bardzo jest ona aktualna w pragnieniach współczesnego człowieka. Franciszek miał przedziwne umiłowanie wolności. Oczywiście, wtedy jeszcze klauzura nie obowiązywała. Odbywał więc swoje długie pielgrzymki, których śladem szli później ludzie szukający Boga w przyrodzie i w świecie, jak chociażby konwertyta Joergensen. Franciszek znajdował w świecie Boże piękno, którego przeciętny człowiek, depczący asfalty i beton miejski, nie widzi. Jakże ostrożnie i dzisiaj chodzą ludzie po górach, aby nie podeptać pięknej roślinki – gencjany, która jest pod ochroną, czy innej. Lecz to trzeba mieć w sobie wewnątrz. Dzieci Boże! Nie wystarczą napisy na szlakach turystycznych, to trzeba mieć w duszy, trzeba umieć kochać przyrodę i widzieć w niej mądrość Bożą.

Franciszek włóczący się wśród gór, lasów i strumyków pragnął wolności osobistej, aby nauczyć się szanować ją w innych. Dzisiaj wiele deklamuje się o wolności, ale trzeba ją dać ludziom, rodzinom, społeczeństwu, Kościołowi, narodowi! Tego wydrzeć się nam nie da! Niektórzy obawiają się wolności, jak gdyby miała ona być wrogiem tego, co jest. Ona może być sprzymierzeńcem! Jeżeli wolność człowieka będzie uszanowana, to wolny człowiek uszanuje wolność narodu i wolność państwa. Ale jeżeli człowiek w społeczeństwie będzie pozbawiony wolności, to w obronie swoich podstawowych praw może zniszczyć wszystko – i wolność narodu, i wolność państwa, i wolność rodziny, i wolność bliźnich. I to jest pewnik nie tylko socjologiczny czy filozoficzny. To jest pewnik moralny, o głębokiej treści, wynikający z natury człowieka i rzeczy.

W świętym Franciszku, który był pełen ducha wolności, jest też przedziwna radość. Czy was, dzieci Boże, nie zastanawia to, że w okresie Adwentu, Kościół czytający w liturgii słowa teksty z ksiąg proroków Barucha i Izajasza czy teksty z Nowego Testamentu zachęca nas do radości? Podnieście głowy wasze, zbliża się bowiem zbawienie wasze (Łk, 1,28). – Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! […] Pan jest blisko! (Flp 4,4-5). Radość ze świadomości, że Pan blisko jest.

Mówi się o współczesnym człowieku, że jest pozbawiony radości, chociaż ma mnóstwo rozrywek. Szuka ich, lecz na każdej z nich się zawodzi, po każdej jest smutniejszy. Ogarnia go zniechęcenie, deflacja psychiczna. Radość bowiem można mieć z Boga, który jej pragnie dla swoich dzieci. Gdy zabraknie w duszy naszej Boga, nie będziemy umieli się radować ani weselić. Od Franciszka możemy uczyć się prawdziwej radości, do której wzywa nas nieustannie w okresie adwentu Kościół Chrystusowy słowami liturgii.

Tak trudno dzisiaj mówić o ubóstwie franciszkańskim, o przedziwnym związku Franciszka z siostrą biedą. My tego nie chcemy, odżegnujemy się od biedy, czynimy wszystko, aby mieć jak najwięcej. Ideał życia ustawiamy po linii ekonomii spożycia, o której pisze się aż za wiele. Społeczeństwo nasze zmieniło już swoje oblicze; zamiast używać rzeczy zgodnie z ich przeznaczeniem, stworzyło sobie ideał ekonomii spożywczej. A więc człowiek staje się poniekąd podobny stworzeniom nierozumnym, których cały wysiłek zmierza jedynie do tego, aby zająć się spożyciem i spożywaniem. Tak zawężony obraz człowieka może doprowadzić do tego, że człowiek – istota rozumna – stanie się podobny do stworzeń nierozumnych.

Trzeba by wielkim głosem wołać dzisiaj do współczesnych ludzi, aby umieli – mając wiele – żyć w duchu ubóstwa. A więc trzeba się nauczyć umiejętności dzielenia się z braćmi. Nieraz odwiedzając różne parafie dostrzegam ogromną dysproporcję między ludźmi. Człowiek współczesny, nie mogąc lokować pieniędzy w sposób bardziej trwały, wszystko kładzie na siebie. Powstaje wtedy jakaś dziwna dysproporcja między ludźmi biednymi a ludźmi dostatnio ubranymi i odżywionymi. Chociaż podobno już nam nie grozi obżarstwo, bo jesteśmy starannie przeedukowani, abyśmy się, broń Boże, tej wadzie, tak groźnej dla Polaków, nie poddawali. Nie myślcie, że jest to tylko problem zaopatrzenia, to jest „wychowanie narodowe”. Nie śmiejcie się dzieci Boże. Tak jest. A jednak trzeba by człowiekowi współczesnemu, nawet temu stojącemu w ogonku, powiedzieć: Bracie, Ojciec niebieski wie, że tego wszystkiego pilnie potrzebujemy – co byśmy jedli i pili, czym byśmy się odziewali. Ale nie samym chlebem żyje człowiek, lecz wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych (Mt 4,4).

Powiecie: łatwo ci tak mówić, bo w ogonku nie stoisz. To prawda, że ja w ogonku nie stoję, ale bardzo współczuję tym, którym oczy wyłażą do pustych haków widocznych przez wielkie piękne szyby wystawowe. Trzeba by się jednak jakoś wewnętrznie przestawić, bo trudno poprzestać tylko na narzekaniu i szemraniu. To jeszcze nic nie pomoże.

Byliśmy zachęcani do ograniczenia naszych potrzeb. Być może są takie potrzeby, które moglibyśmy ograniczyć. Na przykład – spożycie alkoholu albo przesadne ubieranie się, przesadne meblowanie swoich mieszkań, chociaż i o to nie jest łatwo. Po meble też podobno trzeba stać w kolejce. W trudnej sytuacji może mieć to wszystko i jakieś inne wymiary.

Pewnie, nie możemy we wszystkim naśladować Franciszka, ale człowiek musi być wyższy ponad cały ład materialny. Musi zachować pewną niezależność w stosunku do trudnych sytuacji, w jakich niekiedy się znajduje. Pamiętajmy, że są biedniejsi i głodniejsi od nas, zwłaszcza rodziny pozbawione mężów i ojców, którzy siedzą w więzieniach. Mam u siebie całą listę takich właśnie kobiet, które pozostały same z małymi dziećmi, albo też matek chorych i osamotnionych. Upominamy się o tych ludzi. Trzeba ich dostrzec, pośpieszyć z pomocą, umieć sobie odmówić, zwłaszcza rzeczy niekoniecznych albo przerastających nasze środowisko, aby im przyjść z pomocą. Będzie to właściwy duch ubóstwa, będzie to przemiana materii na ducha chrześcijańskiej miłości.

W ten sposób kształtuje się w nas, dzieci Boże, przedziwne usposobienie – postawa wolności, radości, duch ubóstwa, więź z Bogiem, poprzez Boga – z człowiekiem, a w Bogu i w człowieku – z przyrodą. Powstaje w nas pokój Boży, tak właściwy dla ducha franciszkańskiego. Odwiedzając klasztory franciszkańskie, zwłaszcza w Italii wszędzie dostrzega się Boży pokój. I chociaż przypisuje się to regule benedyktyńskiej, jednakże zastosowanie widzimy przede wszystkim w życiu franciszkańskim, w ubogich klasztorkach rozsypanych po Italii czy gdziekolwiek indziej.

Pokój Boży – musimy nieść wszędzie. Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5,9). – Do któregokolwiek domu wejdziecie, mówcie naprzód: Pokój temu domowi (Łk 10,5). Dzisiaj tyle woła się o pokój w rodzinach, o zabezpieczenie kobiet przed mężami pijakami. To palące zadanie w społeczeństwie! Jakże tragiczna jest ucieczka dzieci z domu przed ojcami nietrzeźwymi. A jeszcze gorsza rzecz, gdy oboje rodzice sprzyjają temu nałogowi. Co wtedy dzieje się z dziećmi? Jakie piekło przeżywają? Mamy wtedy ochotę zamykać drzwi na wszystkie spusty. Nie chcemy wiedzieć, co się dzieje tam, skąd dochodzą krzyki. A tam są bezbronni, tam są dzieci wystraszone i nerwicowe, jak często stwierdza się w szkołach. Czyż nie jest to jakiś wielki problem pokoju Chrystusowego? Czy to nie jest program dla wszystkich rodzin zakonnych franciszkańskich, męskich, żeńskich, dla nas wszystkich? Warto o tym pomyśleć.

Dopiero z takiego usposobienia rodzi się postawa miłości. A jest ona możliwa i konieczna. Gdy dochodzą do nas wszystkich odgłosy bolesnych udręk, przez które przechodzi człowiek współczesny, walcząc w słuszny i sprawiedliwy sposób o byt dla swojej rodziny, wtedy budzi się głębokie pragnienie, aby nasza ojczyzna była ojczyzną miłości Boga i ludzi, ojczyzną ludzi miłujących się! Pragnęlibyśmy, aby zamiast walki klasowej przyniesiono nam walkę o miłość, o serca miłujące się; aby Polska stała się krajem miłujących się ludzi; i aby nowy ustrój walczył nie tyle o hegemonię ekonomiczną i wzrost produkcji, co o hegemonię i wzrost miłości. To dopiero byłby nowy ustrój!

Warto taki program realizować! Wszystko inne będzie starym, zbędnym rupieciem. Cóż z tego, że nabudujemy mnóstwo fabryk? Jeżeli w nich nie będzie ani pokoju, ani miłości, nie będzie też i owoców pracy. Bez końca wbijamy to w świadomość ludzi, od których to zależy. Tak trudno jest zdobyć zaufanie do tego programu, bo miłość jest rzeczywiście trudna. Ale jedynie ona jest zbawcza. A że jest możliwa do osiągnięcia, widzimy to na przykładzie życia świętego Franciszka i wszystkich, którzy rządzą się duchem Chrystusowym, ujawniającym się w postawie franciszkańskiej. Jeśli miłość była możliwa dla Franciszka z Asyżu, dla Maksymiliana Marii Kolbego, to znaczy, że jest możliwa dla nas wszystkich.

Zamknijmy nasze rozważania tak, jakby wypadało – odwołując się do Dziewicy Maryi. Gdy kończy się Rok Franciszkański, nie kończy się duch franciszkański. Dlatego wołamy do Matki Pięknej Miłości, aby przez przyczynę świętego Franciszka Serafickiego nauczyła nas miłości. Święty Franciszek tak wołał w swojej modlitwie do błogosławionej Dziewicy Maryi: Bądź pozdrowiona, Pani Święta, Królowo Najświętsza, Boża Rodzicielko, Maryjo, która jesteś Dziewicą, a stałaś się Kościołem! Bądź pozdrowiona, Pałacu Jego! Bądź pozdrowiona, Przybytku Jego! Bądź pozdrowiona, Mieszkanie Jego! Bądź pozdrowiona, Szato Jego! Bądź pozdrowiona, Służebnico Jego! Bądź pozdrowiona, Matko Jego! Jesteś Dziewicą – stałaś się Kościołem dla Chrystusa i dla każdego człowieka, który szuka Boga.

Franciszek był gorąco związany z Matką Chrystusową, dlatego w Jej ramionach położył Dziecię Boże i „usadził” ich oboje w swoim pierwszym „Betlejemie” w Greccio. Stamtąd i my wzięliśmy przepiękny wzór „żłóbka betlejemskiego”. O miłości w duchu franciszkańskim wołajmy więc przed Matką Pięknej Miłości.

Uroczystości franciszkańskie kończą się, nie kończy się jednak Franciszek! I nie kończy się jego duch! Niech idzie w Polskę.