1978.05.17 – Warszawa – Praca i postęp. Do wyższych przełożonych zakonów męskich

Ponieważ ojciec prowincjał nie jest jeszcze zwolniony ze swojego urzędowania ani przez konsultę, ani przez zebranie dlatego też ja nie podejmuję się dalszego prowadzenia spotkania. Natomiast chciałbym do was skierować kilka braterskich słów.

Prosiłbym naprzód, Najmilsi, abyście fenomenu walących się stołów nie porównywali ze zdarzeniem w świątyni Jerozolimskiej, kiedy Pan Jezus przyszedł i powywalał stołki i ławy kupców i bankierów. Mam wrażenie, że wystarczyłoby powiedzieć tutaj to, co Chrystus powiedział do gołębiarzy. Widocznie już za długo siedzicie i rozmawiacie, i nawet te stoły mówią Wam: „Idźcie na cały świat”. Podobne przynaglenie od mężów Bożych usłyszeli Apostołowie na Górze Oliwnej: „Czemu tu stoicie, patrząc w niebo?” Bardzo często obrady zakonne, zwłaszcza zakonów i zgromadzeń żeńskich, przedłużają się w nieskończoność, stwarzając, zwłaszcza dla Polski, pewne trudności, gdyż przełożonych zakonnych nie ma nieraz całymi miesiącami w kraju, bo urzędują na trwających bez końca kapitułach.

Jeżeli jakim ostrzeżeniem dla waszego grona mogłyby być te walące się stoły to chyba tylko tym, abyście za długo nie obradowali, abyście prowadząc swoje kapituły wyborcze czy inne spotkania, zawsze pamiętali o tym wielkim głodzie, który istnieje w Ludzie Bożym w naszej Ojczyźnie. Ten lud potrzebuje waszej obecności i waszej współpracy z hierarchią kościelną.

Wspólna praca i wspólne zadanie

Bardzo trafne i słuszne jest stwierdzenie Ojca Przewodniczącego, abyście prowadząc we własnym zakresie Konsultę męską czy żeńską zostawiali także odrobinę miejsca na kontakt z biskupem. I tak czynicie. Bez wielkich trudności tradycja ta przyjęła się, nie mając nawet wymiarów kanonicznych, tylko wymiary wspólnotowości w pracy.

Dla mnie ogromne znaczenie ma sam układ Konstytucji dogmatycznej o Kościele. Nieraz to już mówiłem, że jak Sobór Watykański II uznał za właściwe wprowadzenie do tej Konstytucji specjalnego rozdziału poświęconego życiu zakonnemu, przez co jak gdyby przyznał, że konieczny był element dowartościowania zakonów jako zjawiska trwałego w strukturze Kościoła Katolickiego i w jego pracy. Uważam, że ma to nadzwyczaj doniosłe znaczenie – i w wymiarze Kościoła powszechnego, a szczególnie w wymiarze Kościoła katolickiego w Polsce. Chociaż bowiem wasze wspólnoty zakonne są bardzo zróżnicowane historycznie, genetycznie i konstytucyjnie, to jednak cel jest jeden i ten sam.

Już to, że życie zakonne wszczepione zostało w nowoczesną wizję ustroju Kościoła, że uwydatnione zostało miejsce zakonów nie tylko w Kościele, ale i w Konstytucji soborowej, wskazuje na obecną metodę pracy. Chociaż Duch Święty na przestrzeni wieków istnienia Kościoła chciał widzieć odrębne zakony, zaradzające różnym zadaniom kształtujących się w dziejach Rodziny ludzkiej, to jednak nad tym zróżnicowaniem góruje świadomość, że życie zakonne w Kościele powszechnym jest instytucją trwałą i taką powinno pozostać. Nie ma żadnych obaw, aby jej nie doceniono. Może jeszcze tu i ówdzie jakieś zawleczone ujęcia kanonistyczne za bardzo podkreślają charakter więzi jurydycznej, jednakże ufamy, że silniejszym zjawiskiem jest wspólna praca i wspólne zadanie, jakkolwiek przejawiające się, realizowane w różnych postaciach i formach życia zakonnego.

Miałem możność ostatnio spojrzeć na zakony od strony ich struktury wewnętrznej, gdy na Wzgórzu Lecha w Gnieźnie stanęli przede mną misjonarze-rekolekcjoniści, którzy podjęli się pracy w parafiach archidiecezji gnieźnieńskiej przygotowując wiernych na spotkanie z Obrazem Nawiedzenia. Było ich około 80 z różnych zgromadzeń zakonnych. Na naszą prośbę pospieszyli nam z pomocą, aby przygotować parafie do zebrania właściwych owoców Nawiedzenia. Rodziny zakonne, mające mnóstwo własnych zadań i obowiązków, zwłaszcza że wiele z nich prowadzi parafie, znaleźli jednakże czas i uznały potrzebę współdziałania z tak doniosłym aktem religijnym, jaki rozpocznie się w najbliższą niedzielę w Gnieźnie, gdy Obraz Nawiedzenia z Poznania będzie przekazany do archidiecezji gnieźnieńskiej.

I tak jest, Najmilsi, w wymiarze Kościoła powszechnego jako Mistycznego Ciała Chrystusa. Choć są różne członki – możemy powiedzieć za Apostołem – jednakże jeden duch, który łączy wszystkich. Moglibyśmy to słowo „łączy” zaktualizować. Jeżeli celów czysto doczesnych, materialnych, gospodarczych, ustrojowych ustala się hasło, które już nieco się zdewaluowało: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”, to sądzę, że można je wyinterpretować tutaj w naszej rodzinie w wymiarze znacznie pogłębionym. Któż bowiem jest większym proletariuszem jak nie zakonnicy? Więc i Wam powiem: Proletariusze wszystkich rodzin zakonnych, łączcie się!

Wprawdzie niekiedy świeccy organizatorzy życia społecznego zapraszają nas: Rozłączcie się jednak, ale my nigdy tego nie będziemy robili, dlatego, że sami widzimy niewątpliwe i doniosłe owoce współpracy rodzin zakonnych. I wiemy, że w Polsce ani dla rodzin zakonnych, ani dla kleru diecezjalnego nie zabraknie pracy, miejsca i chleba. Szczególnie na terenie archidiecezji warszawskiej mam możność to widzieć. Archidiecezja rozrasta się, powstają nowe wielkie osiedla mieszkaniowe, w których potrzeba nowych świątyń. Zorganizowanie ośrodka duszpasterskiego i służby Bożej w parafiach byłoby niesłychanie trudne bez pomocy rodzin zakonnych. Przynajmniej taka jest moja polityka duszpasterska. Zawsze chętnie widzę, jak rodziny zakonne w Polsce przyjmują nowe placówki parafialne, chociażby to dla nich było połączone z niemałym osobistym trudem. Zdaję sobie sprawę, że charakterystyka niektórych zwłaszcza zakonów czy zgromadzeń zakonnych jest ściśle określona przez konstytucje, nie zawsze przewiduje się w nich pracę pasterską, ale dzisiaj i te rodziny zakonne, czyniąc ofiarę ze swego życia wewnętrznego, oddają się pracy duszpasterskiej w parafiach z osobistą korzyścią i z korzyścią Kościoła powszechnego. Kontakt z pracą duszpasterską otwiera wspólnotom zakonnym oczy na niejeden problem współczesnego życia i współczesnej religijności, który mógłby nawet ujść uwagi, gdyby tego kontaktu w wymiarze parafialnym nie było. A tak, rozszerza się widzenie wielu spraw, istotnych dla Kościoła współczesnego w Polsce.

Sądzę, że doświadczenia szeregu lat wspólnej pracy przełożonych zakonnych potwierdzają moją linię postępowania. Wprawdzie jak przed chwilą powiedziałem tu Ojcu Generałowi Dominikanów – motyw, którym posługiwaliśmy się, zachęcając Was do współpracy w Konsulcie Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich i w spotkaniach dorocznych był bardziej wyrachowany, ale zarazem okazał się skuteczny. Powierzając zakonom placówki parafialne, pragnęliśmy na wypadek jakiegoś zagrożenia życia zakonnego w Polsce stworzyć nadzieję na utrzymanie przynajmniej przy parafii małej wspólnoty zakonnej, która mogłaby byś ośrodkiem utrzymania kontaktu i łączności z innymi rozproszonymi wspólnotami zakonnymi. Na szczęście przewidywanie to nie sprawdziło się, ale miałem taką wizję, bo to wszystko jest możliwe… Pamiętajmy, że już Królestwo Kongresowe przeżyło sprawę likwidacji klasztorów. W Warszawie było to szczególnie dotkliwe i bolesne. Dzięki Bogu minęło i to przysporzyło chwały zakonom. Ale stare nałogi rodzą atawizmy, a z atawizmów rodzą się pokusy i mogą się różne sytuacje powtórzyć. Nie znaczy to, abym widział przyszłość w czarnych kolorach. Mam wrażenie, że najcięższe sprawy „romantyzmu społecznego”, a więc i pewnego entuzjazmu już minęły. Dzisiaj raczej widzi się już niepowodzenia pewnych inicjatyw społecznych i gospodarczych, a nawet przebudowy moralnej czy światopoglądowej. Niemniej jednak mogą przyjść jeszcze próby, które będą wymagał od nas mężnej, zdecydowanej postawy kapłańskiej i zakonnej.

Bądźmy rozważni i ostrożni

W ostatnim czasie rozmawiałem wiele z kapłanami krajów satelickich. Chociaż od strony kanonicznej coś się tam odradza w nadziei, że sytuacja będzie się poprawiała – jak na Węgrzech czy w Czechach – jednak wspólnoty zakonne nadal są rozproszone i wielu księży nie wróciło do pracy. Wrócił w uroczystym ingresie biskup do katedry, ale nie wyszli zakonnicy i kapłani z fabryk i obozów pracy. Może to jest obliczone na powolną, ale stałą ewolucję.

Ta „możliwość”, dzięki szczególnej łasce Bożej, ominęła Polskę, ale w dużym stopniu zawdzięczamy to również umiejętności waszej współpracy nad zachowaniem wspólnej postawy dla obrony życia zakonnego w Polsce. Chociaż bowiem – jak powiedziałem – różne doświadczenia zwłaszcza ekonomiczne, wykazują niewystarczalność i nieskuteczność ustroju, jednakże walka ideologiczna, a więc polityczna ateizacja i laicyzacja nadal leżą w programie. Może on być na jakiś czas odłożony do lamusa, ale to nie znaczy, że z niego zrezygnowano. Widzimy zmienne metody tej walki, dąży się do tego, aby jak najbardziej zakamuflować, jednakże jest ona narzędziem, które jest pod ręką i można go jeszcze w takiej czy w innej sytuacji użyć.

Nie chcę przez to, najmilsi, przerażać was. Nie ma powodu, ale trzeba przyznać, że i władze polityczne rozumieją, iż zmiana ustroju rodzi zmianę postaw społeczeństwa. Społeczeństwo jest niekiedy zbulwersowane, jest nadal podejrzliwe, nieufne. To wszystko rodzi pewne przejawy alienacji moralnej, społecznej i zawodowej tak że dzisiaj ogromnie trudno jest uruchomić nawet pewne terminy, które miały dotychczas ustaloną wartość, a które na skutek wykrzywionego obrazu sytuacji uległy deprecjacji. Zagadnienie prawa, wolności, kultury czy chociażby bardziej szczegółowe zagadnienie pracy – wszystkie te pojęcia przez nadużywanie ich bez pogłębienia treści, zostały wykoszlawione. Dzisiaj niesłychanie trudno jest o tych sprawach mówić. Będziecie niedługo sami mieli takie doświadczenia, gdy będziecie czytali list Episkopatu o obowiązku zachowania kultury narodowej i religijnej w Polsce. Zobaczycie, jak pojmowanie terminu „kultura” jest odmienne, jak to pojęcie zostało pozbawione właściwej treści.

To samo gdy idzie o pojęcie pracy. Niesłychanie trudno jest mówić dziś w Polsce o pracy, bo i ten termin został nadużyty ponieważ zadanie człowieka na ziemi usiłuje się sprowadzić do pracy produkcyjnej. Gdybyśmy chcieli mówić o moralnym podkładzie pracy, o moralnych obowiązkach z niej płynących – jak niedawno czytaliśmy w oficjum na uroczystość świętego Józefa, gdzie jest powiedziane, że Bóg nadał człowiekowi prawo pracy – trudno byłoby dzisiaj mówić o tym bez jakiegoś omówienia i pogłębienia. Ludzie po prostu buntują się: ciągle nam wszyscy mówią o pracy i jeszcze w kościele o tym słyszymy, gdzie chcielibyśmy duchowo odetchnąć. A jednak musimy mówić o moralnym obowiązku pracy i to pracy rzetelnej, uczciwej, w poczuciu zobowiązań, które człowiek przyjmuje na siebie współpracując z innymi, którzy na niego pracują. Wymaga to jednak odpowiedniego słownika, aby nie uchodzić za politycznego naganiacza do pracy, a z drugiej strony, aby nie uchodzić za człowieka, który nie docenia obowiązku i znaczenia społecznego pracy.

To samo można powiedzieć o tak zwanym postępie. Dzisiaj dużo mówi się o zagadnieniu obrony podstawowych praw człowieka. To też jest zagadnienie niesłychanie doniosłe, a jednak należy znaleźć i dobrać słownictwo takie, aby nie zadrażniać ludzi i nie utrudniać zrozumienia istoty myśli. Słownictwo to wymaga również omówień i ogromnej ostrożności.

Współcześnie zjawiskiem in genere dodatnim jest budzenie się świadomości społecznej, że człowiek ma obowiązek stanąć w obronie podstawowych praw osoby. Ludzie, którzy rozpoczęli inicjatywę w tym kierunku, cieszą się nawet, że i Kościół się do nich przyłączył. Rzeczywistość jednak jest inna. Nareszcie zrozumiano Kościół, który na terenie Polski od dawna, od początku materialistycznego ustroju, głosi prymat osoby ludzkiej, a więc prymat obowiązków i praw człowieka w ustroju społecznym i gospodarczym. Zadaniu temu Kościół w Polsce nigdy się nie sprzeniewierzył. I możemy na tym etapie sobie powinszować, że jednak „głos wołającego na puszczy” doszedł do świadomości społecznej i nareszcie ludzie lepiej rozumieją, że ich obowiązkiem jest bronić podstawowych praw człowieka.

Ale i tu trzeba dobrze rozróżnić między tym, co jest prawem, i jak jest ono rozumiane w rzeczywistości, a tym, co nie jest skuteczne i użyteczne w obronie podstawowych praw osoby ludzkiej. Mogą być takie inicjatywy, które budzą zastrzeżenia, mogą być takie formy obrony, które mają wymiary groteskowe. Kościół pracuje zawsze z pewnym autorytetem. Jesteśmy świadomi, że nauka nasza nie jest nasza, ale Tego, który nas posłał przez Chrystusa-Ojca. Dlatego też sposoby dobierania środków pracy i obrony muszą być zawsze na poziomie wysokiego autorytetu Kościoła Chrystusowego w świecie i w naszej ojczyźnie. Nie możemy porywać się na inicjatywy niedojrzałe, niepoważne, nieskuteczne, chociaż i nasze inicjatywy dojrzałe często są nieskuteczne. Musimy zdawać sobie sprawę, że zawsze w najtrudniejszej nawet sytuacji reprezentujemy Kościół. Na nas, na naszym słowie i postawie ciąży autorytet Kościoła i jego wiekowe zasługi. Stając wobec ludu Bożego musimy zawsze mieć świadomość, że opieramy się w swoich postawach, w swej nauce o autorytet Kościoła powszechnego.

Jest to niezmiernie ważne i doniosłe, tym więcej, że społeczeństwo nasze budzi się do obrony swoich zagrożonych praw, zwłaszcza gdy idzie o organizację pracy i wyzysk sił ludzkich, który tak bardzo przypomina dawny ustrój kapitalistyczny. Dzisiaj motyw równowagi gospodarczej jest często bodźcem do pogłębienia wyzysku pracy ludzkiej. Tym bardziej więc musimy być rozważni i ostrożni, gdy idzie o popieranie takich czy innych inicjatyw z tej dziedziny. Pamiętajmy, że nasze zadanie jest w wyższym wymiarze, i chociaż wypełniamy je tu na ziemi, jednakże ten wyższy wymiar wymaga od nas trzeźwej oceny inicjatywy.

Przychodzą do nas niekiedy ludzie rozpaleni jak żagwie z jakąś inicjatywą. Trzeba się jej dobrze przyjrzeć, aby dostrzec, kto za nią stoi, jaki przedstawia autorytet i czy możemy się w tę inicjatywę wpisać, czy też raczej stać na razie na boku. Tym więcej, że mamy tyle walorów, tyle wartości zaczerpniętych z nauki Chrystusa, iż wyrazistość tej nauki jest mocniejszym argumentem niż jakikolwiek chwyt albo też unik polityczny.

Jesteśmy na etapie dość trudnym, bo sytuacja wewnętrzna kraju, społeczna i gospodarcza bardzo się skomplikowały. Na każdym niemal odcinku życia społecznego ujawniają się przejawy schorzeń kryzysowych. Musimy im się przyjrzeć, ale jak się wobec nich zachować, to jest zagadnienie dalsze. Zawsze trzeba uważać quomodo caute ambuletis, abyśmy chcąc dobrze nie przyczynili się do większego jeszcze zamętu, jaki mógłby powstać w naszej ojczyźnie. Z uwagi na układ geopolityczny trzeba być tym bardziej ostrożnym.

Rodziny zakonne polskie mają zanotowane w swoich dziejach szczególnie ciężki przypadek na terenie Warszawy, kiedy to w 1862 roku po śmierci arcybiskupa Fijałkowskiego administrator apostolski zamknął kościoły. Było to posunięcie bardzo kłopotliwe. Wprawdzie miał swoje racje, bo nadużywano kościołów dla demonstracji politycznych, ale stworzył sytuację tak trudną, że gdy po jego śmierci przyszedł tutaj sługa Boży arcybiskup Feliński, wyjście z impasu było niemożliwe. Car nalegał – otworzył kościoły, a społeczeństwo, chociaż było świadome spraw religijnych, odpowiadało: nie! Jednak musiały przeważyć potrzeby życia religijnego. Arcybiskup Feliński otworzył kościoły, czym bardzo się naraził ludziom szukającym tanich efektów. I to jest dla nas lekcja.

W wyniku takich układów zakony zostały rozwiązane, a później niełatwo doszło do tego, że tu wróciły. Wiemy, że stało się to dopiero po pięćdziesięciu, sześćdziesięciu latach i to powoli, stopniowo. Wszyscy dobrze wiecie, jakie straty poniosły przez to, zwłaszcza w Królestwie Kongresowym. Do dziś dnia jeszcze olbrzymie gmachy czy kościoły pozakonne nie wróciły do swoich prawowitych właścicieli.

Nie o to przede wszystkim nam idzie, bo każda sytuacja jest odmienna, ale musimy być ostrożni, aby nie powtórzyła się sytuacja, w której nieprzyjaciele Kościoła mogliby sięgnąć do dawnych schematów, bo chętnie do nich wracają. Na przykład trudności z procesją Bożego Ciała, które dzisiaj nie istnieją, ale które istniały piętnaście lat temu, opierały się o rozporządzenie gubernatora warszawskiego Skałona. Weźcie do ręki „Wiadomości Archidiecezjalne Warszawskie” rok 1913-1914, zobaczycie, że zarządzenia ograniczające procesję Bożego Ciała są niemal identyczne. Schematy powtarzają się i są niemalże gotowe, bo nawet wydrukowane i ludzie leniwi chętnie się do nich odwołują. Nie chce się im szukać nowych form udręki Kościoła. Tym bardziej poucza nas to o konieczności ogromnej rozwagi w stosowaniu ocen sytuacji.

Pro memoria

Chciałbym dotknąć sprawy bardzo trudnej, delikatnej, szczególnie dla mnie, a mianowicie, sytuacji w których muszę korzystać z uprawnień udzielonych mi przez Ojca świętego „specialissimo modo”. W tym zakresie jestem wyjęty spod działania wszystkich kongregacji zakonnych. Sprawy i odwołania od moich decyzji mogą iść tylko przez Sekretariat Stanu „pro negotilis Ecclesiae publicis”. O tym trzeba pamiętać, bo wypadnie mi niekiedy tak działać, chociaż dziękuję Bogu, że rzadko. W ten sposób załatwia się sprawy szybciej, a szybkie załatwianie spraw w Polsce jest niezbędne, aby nie doprowadzić do przerwy w pracy. Pamiętajcie więc, że ilekroć zachodzą sytuacje konfliktowe od postanowień moich należy się odwoływać do Sekretariatu Stanu, a nie do Kongregacji, nie wyłączając Kongregacji Religiosorum, bo Kongregacja ta czerpie uprawnienia od Papieża i moje uprawnienia specjalne też czerpią władzę z decyzji specjalnych Ojca Świętego.

Drodzy moi! Bardzo gorąco pragnąłbym, aby praca, która tak owocnie jest prowadzona przez Konsultę Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich i przez Wasze zebranie, dalej się utrzymywała, abyście tak jak dotychczas znajdowali nadal wspólny język dla zachowania i obrony życia zakonnego w Polsce. Nie ma obawy, aby przy dzisiejszym awansie zakonów było to niebezpieczne dla życia zakonnego.

Życzę Wam wzrostu dobrych powołań zakonnych, zaopiekowania się młodymi ludźmi, którzy szukają gdzie by głowę skłonić i podnieść swego ducha.

Opowiadał mi niedawno jeden z młodych ludzi, jak dostał się do seminarium. Sprzedawał na rynku gołębie. Podszedł do niego jakiś cywil i powiada: Może byś mnie odwiedził, to byśmy pogadali. Poszedł odwiedził go. Okazało się, że to był zakonnik. Zainteresował się chłopakiem, który sprzedaje gołębie, i ten wstąpił do wspólnoty zakonnej. Mógł go pominąć, nie zauważyć. A jednak dostrzegł, zauważył, poświęcił czas. Wprawdzie on w tej wspólnocie zakonnej nie pozostał, przeszedł do seminarium diecezjalnego, jest już diakonem i będzie za kilka tygodni święcony, ale uratowało się powołanie.

Taka wrażliwość na ludzi, na młodzież musi i Was cechować. Wiem, że niektóre wspólnoty zakonne mają świetnie zorganizowaną opiekę nad powołaniami. Ale niech ona będzie udziałem Was wszystkich, Najmilsi, zarówno gdy idzie o powołania do męskich zakonów jak i do żeńskich zgromadzeń zakonnych. Ratuje się przez to wielu ludzi, a Kościołowi daje się walną pomoc. Wy może nawet macie lepsze możliwości kształtowania powołań na skutek specjalnych form życia zakonnego – postulatów, nowicjatów, niż w wychowaniu duchowieństwa diecezjalnego, ale wykorzystujcie je w pełni. Oczywiście nie na drodze kontrastu, ale na drodze zrozumienia wspólnej sprawy, czemu wyraz dał Wasz Przewodniczący we wstępnym przemówieniu. Dlatego bardzo Was proszę, tak jak dzisiaj modlimy się o powołania diecezjalne i do rodzin zakonnych, nadal tę wspólną modlitwę i troskę podtrzymujemy.  Wielu ludzi niemal przez nikogo nie podtrzymywanych idzie czasem obok nas i niesie swój ciężar życiowy. Miejmy więcej odwagi mówienia o służbie Bożej, o powołaniu kapłańskim, zakonnym męskim czy żeńskim. Nie lękajmy się, że kogoś urazimy, a może kogoś przez to uratujemy, może komuś podamy rękę…

Waszym obradom towarzyszę wspólną modlitwą w naszej intencji. Ograniczając się do tych słów, pragnę modlitwą i błogosławieństwem wesprzeć Was w niełatwym, ale przez łaskę Bożą skutecznym trudzie.