Dzięga A., Bp, Prezentacja dokumentu Idziemy naprzód z nadzieją

Prezentacja dokumentu: „Idziemy naprzód z nadzieją” – życie konsekrowane w Polsce na początku nowego Tysiąclecia. Refleksje nad dokumentem

Drogie Siostry i Drodzy Bracia,

Nie kryję, że przyjąłem zaproszenie na tę sesję z pewnym drżeniem serca. Jest to bowiem moje pierwsze spotkanie z tak licznie zgromadzonymi przedstawicielami instytutów życia konsekrowanego w Polsce. Wszystkich Was serdecznie pozdrawiam. Analogicznie też patrzę na nowy, trzymany w ręku Dokument. Niemniej, ponieważ jesteśmy w tym klasztorze, u Ojców Paulinów, przed tronem Pani Jasnogórskiej, patrzę na mój udział w tym spotkaniu i na sam Dokument także z dużym spokojem. Podobnie, jak ostatnie zdanie tego Dokumentu, także zawierzam Maryi tę moją obecność, jako nowy Przewodniczący Komisji Konferencji Episkopatu Polski, w sprawach dotyczących życia konsekrowanego w Polsce.

Gdy dokument „Idziemy na przód z nadzieją” wziąłem w rękę, postawiłem sobie najpierw pytanie, w jakiej roli mam ten dokument studiować. Uznałem, że najlepiej będzie, jeżeli postawię się w roli studenta, który niewiele wie, bierze do ręki nowy tekst, usiłuje wydobyć z niego treści najistotniejsze i je przyjąć.

Przestudiowałem ten dokument dość dokładnie. Studiując, czułem coraz silniej pytanie podstawowe: o co w tym dokumencie chodzi? Potwierdzam, że genialną rzeczą był pomysł przygotowania i opracowania takiego dokumentu. To staje się oczywiste przy studium tego dokumentu, że jest to owoc pracy wielu serc, właśnie bardziej nawet serc niż umysłów. Dopiero z serc zainspirowanych miłością do Chrystusa i do Kościoła były wydobywane te treści, które później w poszczególnych wersjach roboczych dokumentu się znajdowały, i które potem Ojciec [ks. Kazimierz Wójtowicz CR – przyp. red.] – jako redaktor całości, mógł spokojnie poddać końcowej obróbce – skądinąd niezwykle sympatycznej. Jestem z wielkim uznaniem dla treści tekstu i dla formy, w jakiej treść została przedstawiona. Gdy się bierze w rękę ten dokument i studiuje, wyczuwa się, że jest w nim duch Soboru Watykańskiego II, nawet nie tyle Soboru, jest w nim Duch Kościoła, który podjął Sobór, Kościoła, który zebrał się na Sobór, aby modlić się razem, aby mówić o sobie i aby samemu sobie powiedzieć: kim jestem, skąd jestem, skąd przybywam i dokąd zmierzam, jaka jest moja misja. Myślę, że ten dokument jest pewną analogią do takiego sposobu myślenia Kościoła o sobie na Soborze Watykańskim II, tyle, że jest to analogia przeniesiona w obecne lata, na polską ziemię, do polskich spraw, do spraw Kościoła w Polsce. Bardzo dobrze, że ten dokument powstał, że już jest, bo jest naprawdę studium pasjonującym.

Natomiast powracam do tego niepokoju, który we mnie się rodził w czasie studium: o co w tym wszystkim chodzi? I przyznaję, że przeglądając kolejne akapity, kolejne strony i rozdziały, coraz silniej się przekonywałem, że ten dokument trzeba studiować na dwóch płaszczyznach. Tak jak każdy solidny druk, ma on dwa kolory: czarny i biały. Czarny – to są te litery, słowa i zdania, które są tutaj zapisane. A biały kolor to jest wszystko to, co jest pomiędzy wierszami i pomiędzy słowami, czyli ta płaszczyzna głębsza, ta płaszczyzna, która jawi się już w kategorii pytań, stawianych wskutek tej lektury, bądź wniosków, do których się zaczyna dochodzić wskutek tej lektury. I proszę mi wierzyć, że pozostaję z wielkim uznaniem i wdzięcznością za przygotowanie tego, co jest czarne, czarne na białym. Długo się zastanawiałem, jak to określić, co przebija z tych słów i z tej redakcji. Ale powiem, Ojcze Redaktorze, że to jest „fajny” język. Tak bym to określił. Jest tutaj głębia teologii, jest ogromna dawka i ładunek wiary, jest tutaj miłość do Chrystusa i do Kościoła i do życia konsekrowanego, także miłość do świata jest tu obecna. Jest nadto w dokumencie taka subtelna, zauważalna w wielu miejscach, może jeszcze nie autoironia, ale już dystans do samego siebie. Czyli wbrew pozorom, choć jest to powiedziane w tekście, że redaktorom zabrakło takiego punktu triangulacyjnego, to w rzeczywistości on tu jest, ja go tutaj czuję. Jest to spojrzenie lekko z boku, ale jednocześnie z pełną znajomością spraw wewnętrznych. Dlatego również od tej strony składam wielkie słowa uznania. Czyta się dokument lekko, treść jest niezwykle przystępna, ale jednocześnie jest to treść precyzyjna. Dlaczego mówię natomiast, że przychodziło do mnie to przekonanie, że tutaj trzeba również czytać „pomiędzy wierszami”. Gdy zakończyłem lekturę tego dokumentu, stwierdziłem, że to jest bardzo dobre pierwsze słowo, bardzo dobry pierwszy krok. Ale trzeba natychmiast postawić sobie pytanie o dalsze etapy. Ten dokument odbieram – tak bym proponował odbierać i postrzegać – jako dokument „numer jeden”. I natychmiast, zaczynając promocję oraz wdrażanie tego dokumentu, należy chyba podjąć rozmowę na temat kolejnego dokumentu. Myślę że jest to rzecz niełatwa, ale chyba ten sygnał powinien być już dzisiaj rzucony.

A teraz przejdę do pewnych szczegółów. Powyższy wątek spróbuję przywołać na koniec jeszcze po raz drugi.

Patrzyłem z niedowierzaniem najpierw na tytuł, chociaż jest to cytat: „Idziemy naprzód z nadzieją” Bardzo cieszy to słowo: „idziemy”. To jest dynamizm, dynamizm Kościoła, dynamizm życia konsekrowanego, dynamizm miłości, dynamizm Ewangelii: „idziemy”. Bardzo pozytywne jest to słowo: „naprzód”, czyli: „w dobrą stronę”. Tylko dlaczego „z nadzieją”? To pojęcie „nadzieja” brzmi mi trochę zachowawczo: idziemy jakby nie do końca przekonani, idziemy przewidując, że ma to sens, zakładając, że ma to sens. Niejako domyślamy się, że tak trzeba, że wypada, że tego Pan Jezus oczekuje, że tego Kościół oczekuje, światu jest to potrzebne. Mamy tę nadzieję, ale czy taka nadzieja jest jednocześnie odpowiednim dla Kościoła dynamizmem wewnętrznym? Czy nadzieja, z którą coś czynimy, nie jest tylko pozytywnym echem, czy pozytywną częścią wątpliwości? Mam i czuję realną wątpliwość, ale jednocześnie mam nadzieję, że to, co podejmuję, jest sensowne. Poczynając od lektury tego tytułu noszę właśnie taką wątpliwość: czy taka zbytnia ostrożność nie towarzyszy całości tego dokumentu. Dopiero przy ostatnim zdaniu zupełnie się zmienia obraz. To tak często bywa, jak w Piśmie św. w różnych tekstach, że najważniejsze rzeczy mogą być na samym początku i na samym końcu.

W pierwszym zdaniu, już w tytule, może się rodzić taka wątpliwość. Ale w ostatnim czytam, że idziemy, aby dawać tę największą Nadzieję, którą jest Jezus Chrystus. Idziemy z Nadzieją, pisaną przez wielkie „N”, czyli idziemy z Chrystusem i tę Nadzieję niesiemy tam, gdzie jej nie ma, albo gdzie jest zbyt słaba. A więc nie idziemy sami, prowadzeni naszą wewnętrzną nadzieją, przewidywaniem pozytywnego efektu naszych działań, czyli trochę z wątpliwością, ostrożnie, badając grunt przed sobą. Idziemy natomiast z dużym dynamizmem, a Nadzieję dajemy tym, do których idziemy i to jest treść zdania ostatniego. Myślę, że ta klamra, jako pierwsze kryterium do studiowania całego dokumentu, jest klamrą dość istotną – od tytułu do zdania ostatniego. To jest taka moja pierwsza, bardzo ogólna refleksja co do tego dokumentu.

A druga refleksja będzie już wieloaspektowa, tylko z jednym wspólnym mianownikiem. Mimo wszystko ten dokument musi być odbierany jako pierwszy głos. Gdybyśmy go potraktowali jako głos końcowy, muszę powiedzieć, że jest zredagowany zbyt ostrożnie. Na pewno jest tutaj duża dawka – powiedzmy – kompromisu redakcyjnego, bo pomysły były przeróżne, inicjatywy przeróżne, trzeba było to wszystko wyważyć. Jednocześnie wytłumaczeniem jest, że ten dokument jest spojrzeniem na „dziś”. Istotą tego dokumentu jest spojrzenie na nas dzisiaj, tutaj i teraz. A brakuje mi w dokumencie napięcia.

Może dlatego, że jesteśmy w Sali Papieskiej pozwolę sobie na następującą dygresję. Spotkałem się kiedyś z opinią, która mi niezwykle przypadła do gustu, że w całym życiu Karola Wojtyły i Jana Pawła II jest służba napięciu, albo praca napięciem czy też stymulowanie napięcia, że jest coś w sposobie patrzenie na świat i na człowieka u Jana Pawła II, wcześniej u Karola Wojtyły, co jest spojrzeniem aktora dramatu. Aktor to ten, który coś tworzy. On nie tylko odtwarza, on coś tworzy dając siebie. On ma jako aktor dramatu dynamiczne zadanie do wykonania. Od sposobu wykonania jego zadania, od jego zaangażowania się w to zadanie zależy los całego dramatu jako tej akcji, którą wszyscy na scenie przeżywają czy współtworzą. Każdy z nas jest takim aktorem w dramacie reżyserowanym przez Pana Boga i każdy z nas musi wejść w ten dramat dziejowy, Boży dramat, rozumiany bardziej literacko niż potocznie – jako akcję, jako dynamiczne stawanie się, w które każdy z nas musi wkładać maksimum z siebie. Musi to powodować i powoduje wielorakie napięcia.

W życiu należy z jednej strony napięć unikać, a z drugiej strony – napięć szukać i napięcia tworzyć, wręcz aranżować napięcia. Problemem jest tylko umiejętność wyważenia, do którego momentu napięcie może jeszcze narastać, potęgując dynamizm, a w którym momencie powinno już lekko osłabnąć, żeby nie spowodować rozerwania czegoś, a więc podziału w pewnej całości. Cała sztuka polega na tym, iżby to napięcie było przez kogoś umiejętnie stymulowane. Tu się pojawia i narasta, tam się uspokaja. W każdym momencie napięcie inne, na innym obszarze, inną metodą, wokół innych spraw, przez innych ludzi. Ten dokument świetnie pokazuje napięcie dotyczące życia konsekrowanego w dziejach. Nawet dwa razy pojawia się stwierdzenie, że takim statystycznym okresem czasu, w którym jakieś zgromadzenie czy instytut rodzi się, powstaje i rozwija dynamicznie, potem ma okres stabilnego funkcjonowania i troszkę takiej dekadencji, jak tam jest powiedziane, to jest okres dwustu lat, chyba, że przyjdzie reforma. Skoro to się w dokumencie dwa razy pojawiło (a może i trzy), to oznacza, że co dwieście lat musi być nowy impuls i to nie jeden impuls w całej wspólnocie Kościoła. Na każdym obszarze aktywności Kościoła co kilka pokoleń musi się coś nowego zaczynać.

Tak więc to napięcie, o którym chcę teraz bliżej mówić, powinno być wpisane jako istotny, konstytutywny element życia konsekrowanego, bo jest istotnym, konstytutywnym elementem życia Kościoła. Życie eklezjalne, życie Kościoła, z natury swej jest cały czas działaniem Ducha Świętego, który tchnie, a skoro tchnie, to pod tym tchnieniem Ducha Świętego pojawia się jakieś napięcie. Można mówić o pewnym mechanizmie tego napięcia, który przeżywany odpowiednio i rozpoznawany odpowiednio przynosi błogosławione owoce. To napięcie pojawia się najpierw wewnątrz konkretnej osoby, która otwierając się na Bożego Ducha, zaczyna czuć niepokój. Każdy się w jakimś środowisku rodzi i wychowuje. Jako dziecko, jako niemowlę, jeżeli jest nakarmione, jeżeli jest mu sucho, jeżeli ma ciepło, to nie płacze. Jeżeli płacze, to znaczy że sygnalizuje jakąś potrzebę, a wtedy ojciec i matka tę potrzebę zabezpieczają. Jest to najczęściej potrzeba fizjologiczna, później coraz częściej psychologiczna, emocjonalna, problem poczucia bezpieczeństwa, itd. Dziecko umie sygnalizować, kiedy w nim powstaje napięcie. Płacz dziecka jest znakiem jakiegoś napięcia, niepokoju, które w nim się budzi i trzeba temu napięciu odpowiadać.

W pewnym momencie takie napięcie pojawia się w człowieku, który czuje niedosyt ze swojego życia. Nie jest usatysfakcjonowany tym, co mu środowisko oferuje i gdzie go środowisko chce prowadzić, jakie są plany ojca, matki, co proponują koledzy, czy może: co świat proponuje? I to napięcie jest przejawem otwarcia się na Bożego Ducha. Człowiek patrzy wtedy na swoje życie między wierszami, widzi to, co jest oczywiste, co mu się podsuwa, ale to wszystko mu nie wystarcza. Chce czegoś więcej. Od tego pierwszego pytania: co mogę więcej? – a więc od tego napięcia wewnętrznego, które się rodzi w człowieku, zaczyna się dialog z Panem Bogiem. Okoliczności, w których takie napięcie, takie pytanie powstaje, są tak różne, jak wielu jest tych, którzy to pytanie rozpoznają, bo w każdym dokonuje się to nieco inaczej. Dopiero gdy na to pytanie: co dalej? co więcej? w jaki sposób więcej? Ten człowiek sobie odpowie, dopiero wtedy może zacząć patrzeć nieco szerzej i postawić pytanie o swoją relację do spraw zewnętrznych. Co ja mogę dać? Najpierw jest pytanie o siebie: czego ja oczekuję więcej: świętości, aktywności, posługi wobec innych, czy oczekuję od innych czegoś czy chcę dawać coś komuś – to jest wewnętrzne napięcie. Gdy się to już po Bożemu rozstrzygnie, zawsze pojawia się następna kwestia, osadzona pomiędzy mną i tymi, którzy są obok mnie. Chcę coś dać. Chcę coś komuś dać, od Boga otrzymawszy, chcę dać. I wtedy trzeba rozeznać: co? co ja dać mogę? co ja sam otrzymałem w nadmiarze, aby dawać? To będzie bardzo różny dar. Tak jak różne są charyzmaty poszczególnych wspólnot, zgromadzeń czy pojedynczych osób, nawet te charyzmaty indywidualne. Charyzmat zawsze jest pewną szansą, czy też pewnym darem, który trzeba dawać. Gdy się już rozezna, „co” chcę dawać, wtedy trzeba szukać, „komu” to dać. Kolejność może być odwrotna. Najpierw obok mnie pojawia się ktoś, kto czuje głód i ja rozeznaję czyjś głód, czyjąś potrzebę. Szukając, jak zaspokoić czyjś głód, odczytuję w sobie pewien charyzmat, a więc dar, który człowiek sam od Boga otrzymuje.

Pojawia się w ten sposób charyzmat społeczny, a więc wymiana darów duchowych. Oczywiście, jak w tym dokumencie jest stwierdzone, charyzmat, ten indywidualny, jeżeli ma być charyzmatem w pełni owocnym w Kościele, musi się przerodzić w charyzmat wspólnotowy. W pojedynkę niewiele każdy uczyni, chyba że będzie to kwestia życia konsekrowanego indywidualnego, a wiec dziewic konsekrowanych czy wdów. (Nie wiem, czy w pewnym momencie nie pojawi się pytanie o mężczyzn, indywidualnie żyjących w czystości. Dlaczego nie? Aczkolwiek tradycja Kościoła wskazuje na dziewice konsekrowane i Polska musi również to najpierw podjąć.) Pojawia się to napięcie pomiędzy wymiarem indywidualnym realizacji charyzmatu, a realizacją wspólnotową, bo wspólnota zawsze z jednej strony dynamizuje i umacnia, z drugiej strony osłabia. Zgodnie ze starym powiedzeniem, szybkość całego konwoju równa się szybkości najpowolniejszej jednostki. Jeśli to ma być wspólnota, to nie może się rozciągać wzdłuż. Ona idzie na tyle dynamicznie, na ile może się posuwać najbardziej powolny jej element. To rodzi napięcia wewnątrz wspólnoty, pomiędzy jednostką, która może „wyrywa do przodu” a całą wspólnotą, całą grupą, która ma swoje określone możliwości.

Niezwykłe to jest zadanie dla przełożonych. Zadanie, które ma swoje odbicie w całym temacie dotyczącym formacji wewnętrznej, formacji osobistej, formacji wspólnoty, iżby nie było we wspólnotach zbyt dużych dysproporcji. Bardzo ciekawe jest to stwierdzenie dokumentu, że do formacji należy przekazać najlepszych przedstawicieli instytutu. Mnie osobiście zrodziło to pytanie: a co wtedy ze świadectwem apostolskim? Czy nie lepiej dać tych najlepszych gdzieś na „przyczółki ewangelizacyjne”, czyli do najtrudniejszych zadań? Ale to jest kwestia inna. Jest to dylemat dla przełożonych, kogo i gdzie posłać. Nie mniej wskazuję na ten obszar napięcia, który musi być we wspólnocie. Jeżeli takie napięcia są, to bardzo dobrze, bo to świadczy, że jest tam dynamizm eklezjalny, że tam działa Duch Święty.

Pojawia się następny obszar napięcia, w pewnym momencie tę samą sprawę albo to samo zadanie może zacząć realizować drugie zgromadzenie, druga wspólnota, trzecia wspólnota, czy jeszcze kolejna. Pamiętam z młodości, że jako prefekt, mając szereg klas szkoły średniej, zorganizowałem taką serię spotkań dla młodzieży z siostrami zakonnymi z różnych zgromadzeń. Zapraszałem na kilka godzin do różnych klas i pamiętam, że za pierwszym razem było to niezwykle ożywione spotkanie, młodzież była zafascynowana i pytaniom nie było końca. Trzeba było sztucznie gasić dyskusję, bo nie wróciliby na obiad ani też inne klasy nie mogłyby wejść do sali. Tyle było zainteresowania a odpowiedzi rzeczywiście były dla słuchaczy fascynujące. Najwięcej było pytań i odpowiedzi o sposób życia wspólnotowego, o sprawy wewnętrzne: co tam siostry robicie, czym się zajmujecie? Po jakimś czasie weszła siostra zakonna z innego zgromadzenia: inaczej ubrana, inna wspólnota, całkiem inny charyzmat, od zupełnie innych rzeczy wyszła w swojej prelekcji. Gdy potem zaczęły padać pytania szczegółowe, w kwestiach aktywności apostolskiej ona już powracała do tych samych zjawisk. Oczywiście, takie były uwarunkowania Kościoła w Polsce, że charyzmaty były „zduszone” i z konieczności wiele zgromadzeń zajmowało się tym samym. Ale młodzież już była lekko zdziwiona, że inne zgromadzenie, a bardzo podobne obszary aktywności apostolskiej, podobne metody pracy nad sobą, podobne przesłanki duchowości. Przy kolejnych spotkaniach w zasadzie dyskusja, którą młodzież chciałaby prowadzić, była coraz słabsza. Postawiłem im potem pytanie: dlaczego już was to nie interesuje? Odpowiedzieli: bo to w sumie do tego samego się sprowadza. Świadomie skracam to teraz i bardzo upraszczam, natomiast chcę wskazać na ten obszar napięcia, który może się rodzić pomiędzy jedną a drugą wspólnotą, gdy rozeznają podobny obszar spraw jako swoje zadanie ewangelizacyjne albo jako swój charyzmat. Świadomie mówię: „podobne”, nie mówię: „to samo zadanie”. Bo nawet jeżeli jest ono podobne, to zawsze można je tak ukierunkować, tak określić, takimi metodami realizować, że każda wspólnota będzie niepowtarzalna. Myślę, że takiego typu napięcie gdyby się pojawiało, może być też bardzo twórczym napięciem i pozwoli wiele rzeczy jeszcze sprecyzować albo określić.

Jest napięcie następne, które może się pojawić: to są relacje do struktur Kościoła terytorialnego, do diecezji. Jest kilka przepięknych akapitów w tym dokumencie, za które dziękuję, mówiących o relacji do Kościoła partykularnego, do biskupa diecezjalnego, i w ogóle do spraw aktywności ewangelizacyjnej w diecezji. Przyznaję, że gdy studiowałem ten dokument, czułem w sobie takie oczekiwanie również na te obszary, tym bardziej, gdy przeczytałem, że jest to też adresowane między innymi do biskupów. Wiadomo, że ich będzie interesowało, może nie przede wszystkim, ale między innymi odniesienie do diecezji, którymi oni kierują, do Kościoła partykularnego. Jest w kilku miejscach piękne połączenie tych płaszczyzn, ale jednocześnie chcę podkreślić z całą świadomością i przekonaniem – za mało jest tu jeszcze podkreślonego napięcia. W rzeczywistości, w codziennym życiu, tych napięć jest więcej, i bardzo dobrze. Nie należy bać się rozmawiania o tym. Myślę, że dzieje Kościoła – również w Polsce – pokazują, jak wiele dobrego się stało, gdy w pewnych momentach była bardzo wyraźnie zauważalna i rozpoznawalna różnica pomiędzy tym, co prezentuje i oferuje zakon czy zgromadzenie „x”, a tym, co w tym momencie dany Kościół partykularny ma jako swój pułap możliwości. Im większe jest tutaj zróżnicowanie, tym okazuje się, że skuteczniejsza może być współpraca. Druga część dokumentu bardzo ładnie też w kilku momentach przywołuje i ten temat obdarowywania wzajemnego. Biskupi obdarowywali fundując klasztory i zabezpieczając, a jednocześnie dając pewne zadania w konkretnym Kościele, w diecezji. Zgromadzenia i zakony obdarowywały tym, co miały, swoim charyzmatem. I było to zawsze owocne. Nie mniej praktyka wskazuje, że napięcia są. Chcę to powiedzieć: jeśli napięcia są, to bardzo dobrze; jeśli gdzież napięć niema żadnych, można pytać, czy tam nie ma stagnacji, czy coś tam nie usnęło, czy czujność nie zaginęła? Dlatego, jeżeli gdziekolwiek doświadczać będziecie napięć na linii: zgromadzenie, wspólnota a diecezja, czy struktura diecezji, to bardzo dobrze, byleby tylko to napięcie nie było zbyt duże, nie do opanowania. Takie napięcia muszą się zawsze dać opanować.

Napięcie następne, które widzę i które tutaj dochodzi do głosu, jest to napięcie w relacji zgromadzenie a świat. Już się pojawił ten aspekt przy indywidualnym charyzmacie. Założyciel, ten Pierwszy, który rozpoznał swój charyzmat, patrzy na zewnątrz: jakie są oczekiwania świata? co ja mogę dać? Ale to pytanie musi się pojawić w pewnym momencie niezwykle dramatycznie w większości zgromadzeń i wspólnot zakonnych. Powracam do tych dwustu lat. Nie wiem, czy akurat dwieście czy trzysta czy sto pięćdziesiąt – ale zgromadzenia i wspólnoty, które bez istotnych zmian, bez istotnego nowego odczytania charyzmatu funkcjonują ponad sto lat, myślę, że powinny sobie już postawić pytanie: czy rzeczywiście skutecznie odpowiadamy na nasz pierwszy charyzmat? Życie zmienia się dynamicznie, co pokolenie pojawia się nowy obraz życia świata. I w zasadzie w każdym pokoleniu powinno być nowe rozpoznanie charyzmatu. Ale jako minimum trzeba by było przyjąć poważną refleksję nad własnym charyzmatem, tym wspólnotowym, czyli nad ofertą wspólnoty wobec świata, tak raz na sto lat. A to już dotyczy całkiem sporej liczby zgromadzeń, również w Polsce. I myślę, że nie należy się bać tego pytania, bo to, co Założyciel, czyli ten Pierwszy, który rozpoznał swój charyzmat, odczytał w momencie „x”, prawdopodobnie da się odczytać w momencie „x + 100 lat” czy „x + 150 lat”, czyli w zupełnie zmienionych warunkach. Trzeba tylko cofnąć się do tamtego momentu i spróbować tego samego sposobu myślenia, który prezentował Założyciel czy Założycielka. Gdyby stanął dzisiaj, gdyby stanął pośród nas, co by nam wytknął? Na co by nam uwagę zwrócił? Na co by się skrzywił? Co by mu się może nie spodobało? Taka refleksja w moim przekonaniu jest niezbędna, ponieważ życie szczególnie w minionym dwudziestym wieku, przyspieszyło ogromnie i prawdopodobnie trzeba będzie na warunki XXI wieku to spokojnie brzmiące – 200 lat – kto wie, czy nie skrócić zasadniczo. Chyba najrzadziej: co drugie pokolenie.

I jeszcze dwie sprawy szczegółowe. Jedna to jest także refleksja z całości dokumentu. W moim przekonaniu jest to świetny dokument i musi być promowany, nagłaśniany. Ale z zastrzeżeniem: 80 albo 90% treści tego dokumentu można byłoby wydobyć i dać każdemu ochrzczonemu, jako jego program życiowy. I myślę, że to dobrze, że te proporcje niezwykle silnie osadzają wszystkie realia życia konsekrowanego w chrześcijańskim powołaniu w ogóle. Chrzest to też jest konsekracja – oczywiście. Niemniej chodzi mi o ten sygnał, że ten dokument nie wskazuje zbyt wiele istotnych różnic pomiędzy życiem konsekrowanym, a życiem chrześcijańskim w ogóle. Życie konsekrowane z tego dokumentu jawi się, i chyba dobrze, jako w pełni przeżywane chrześcijaństwo. A więc nie ma istotnego zróżnicowania. Raczej życie konsekrowane jest tu pokazane jako „przyczółek” chrześcijaństwa – ta najbardziej aktywna, pierwsza linia, gdy chodzi o kwestię odczytania własnego powołania, gdy chodzi o zaangażowanie się w swoje chrześcijaństwo, o owocność przeżywanego chrześcijaństwa. Prawdopodobnie dlatego, jak było jest powiedziane, przy każdym zgromadzeniu i zakonie ciągnie się „ogon” świeckich. To mi się podoba w tym dokumencie. Ten „ogon” świeckich, który gdzieś się „ciągnie”, on w rzeczywistości się nie ciągnie – on pielgrzymuje razem, on chce być prowadzony. Pokazana we wspólnocie duchowość odpowiada ludziom, pojawia się fascynacja duchowością człowieka, który akurat w tym miejscu apostołuje i pracuje – „ta” siostra, „ten” ojciec, „ten” brat: właśnie to pociąga, przykład życia według tej duchowości. Świeccy potrzebują bycia blisko. Kto wie, czy to nie jest zadanie na początku trzeciego tysiąclecia w Polsce, zadanie do odbudowania na nowo. Pozornie ruchy i stowarzyszenia katolickie wypełniają trochę te luki, dają pewną szansę świeckim, ale tego „ogona” świeckich przy wspólnotach brakuje. I teraz pytanie: dlaczego? Czy tylko dlatego, że całe pokolenia raczej były wyhamowywane przez system totalitarny, czy może gdzieś się rozmywa owa jednoznaczność poszczególnych charyzmatów, ta ostrość obrazu chrześcijańskiego życia, rozpoznawanego w konkretnym ojcu, siostrze czy bracie, który pociąga również świeckich. W rzeczywistości jest to postawa życia, którą świeccy mogą też podejmować i powinni podejmować. A więc nie tylko życie konsekrowane w posłudze wobec świeckich, ale pociągające świeckich. Musi być elastyczne przejście. Nie jest tak, że osoby konsekrowane i świeccy stoją niejako naprzeciw siebie, patrząc sobie w twarz; oni wszyscy pielgrzymują razem: osoby konsekrowane w pierwszej linii a świeccy tuż, tuż za nimi. Więc ze świeckimi razem naprzód.

I drugi jeszcze wątek, który bardzo silnie nasuwał mi się w kilku momentach studium tego dokumentu. Ten wątek jest bardzo pozytywny, ale tutaj, przyznaję, redakcyjnie trochę mnie zaniepokoił. Chodzi o duszpasterstwo powołaniowe. Jest tam takie zdanie, które wskazuje, że troska o powołania jest potrzebna każdej wspólnocie, każdemu zgromadzeniu dla podtrzymania, dla zachowania siebie, tak jakby dla kontynuacji, dla przedłużenia siebie. Oczywiście, to jest prawda, ale bałbym się wydobywać to jako kwestię podstawową. Potem jest już właściwie prowadzona refleksja, osadzona na właściwym gruncie. Ale pokazanie tego jako głównego motywu: troszczmy się o powołania, bo co z nami będzie jako ze zgromadzeniem za lat 20 – krótko mówiąc – nie dajmy, nie pozwólmy sobie wymrzeć – jest argumentacją zbyt negatywną. Bo jeżeli rzeczywiście będzie sytuacja taka, iż Pan Bóg uzna, że ten charyzmat powinien powoli wygasnąć, to Pan Bóg to uczyni, chociaż wzbudzi w to miejsce inny charyzmat. Myślę, że trzeba też mieć więcej zaufania do Pana Boga, który sam rozlewa dary łaski i sam daje charyzmaty. Modlić się? Zdecydowanie tak, modlić się o rozlanie Ducha Świętego na młode serca. Bardzo jest cenna ta uwaga o modlitwie, o rozpoznawaniu i odczytywaniu powołań, żeby młodzi nie bali się odczytywać swoich powołań, żeby nie odczuwali lęku wewnętrznego, gdy rozeznają, że jest w nich powołanie, żeby się nią bali do tego przyznać wobec innych. Niezwykle to jest cenne i trafne. W tym kierunku prowadzone duszpasterstwo powołań jest koniecznością w Kościele. To jest ta pomoc, dana młodemu człowiekowi, który w rodzinie czy w szkole dzisiejszej nie zawsze jest przygotowany wystarczająco na przyjęcie własnego powołania, otrzymanego od Boga. Natomiast chciałbym wyczulić, iżby każda wspólnota troszcząc się o stabilność własnego istnienia, chciała raczej „zabłysnąć” nowym rozpoznaniem charyzmatu, raczej nowym dynamizmem ewangelizacyjnym, albo świętością wewnętrzną. Ten nowy dynamizm apostolski stanie się zaczynem nowych powołań. W tym kontekście również modlitwa o powołania do własnej wspólnoty będzie też miała większą moc duchową.

Powracam do początkowej klamry: idziemy naprzód z Nadzieją. Niech to wyjście naprzód będzie autentycznym stwarzaniem napięcia. Stwarzajcie napięcia: wewnątrz swojego serca, wewnątrz swoich myśli, wewnątrz własnej modlitwy, żeby nikt nie był zbytnio spokojny. Też jest to w dokumencie bardzo ładnie powiedziane: nigdy w życiu człowieka nie istnieje taki moment, w którym mógłby powiedzieć o sobie: już jesteś wystarczająco święty. To wewnętrzne napięcie musi być pierwszym kryterium życia konsekrowanego. Stwarzajcie napięcie ewangelizacyjne na zewnątrz, czy to intencją życia kontemplacyjnego, intencją modlitwy, czy to dynamizmem apostolskim. Stwarzajcie napięcia między sobą, wewnątrz wspólnoty, bo może w ten sposób Duch Boży prowokuje nowe rozpoznanie charyzmatu. Nie należy się bać takiego spojrzenia. Nie bójcie się napięć, prowokujcie napięcia pomiędzy różnymi wspólnotami, żeby nie było tak, iż dokładnie to samo czynią różne wspólnoty i mówią, że to jest ich własny i tylko ich własny charyzmat, bo nawet jeśli zadanie jest to samo, to można różnicować metody, sposoby itd., i może właśnie będzie też okazja, aby się troszkę różniąc od innych ukazać odrębność własnego charyzmatu, własną specyfikę. I stwarzajcie napięcia na linii Kościołów partykularnych. I stwarzajcie napięcia na linii Episkopatu Polski. Stwarzajcie napięcia! A wtedy my w ramach Komisji Konferencji Episkopatu Polski oraz w ramach Komisji Mieszanej będziemy się o to martwić.

Życzę wszystkim tu obecnym, żebyśmy zainspirowani tym dokumentem, który niech będzie pierwszym słowem, a za nim niech przyjdą następne, wszyscy mieli całkiem sporo Bożych zmartwień. Dziękuję bardzo.

/Tekst spisany z taśmy, autoryzowany/