Kotyński M., Osoby konsekrowane i wspólnoty wobec przemian kulturowych i obyczajowych w Polsce

Ekscelencje, Przewielebne Siostry, Ojcowie, Bracia,

Nie jest żadnym odkryciem, że żyjemy w czasach wielkich przemian politycznych, społecznych, mentalnościowych i religijnych w Europie i… w Polsce – zresztą tematy wystąpień na tym sympozjum dobitnie nam to uświadamiają. Zmieniają się ludzkie sposoby myślenia i wartościowania, zmieniają się wzorce i modele postępowania, zmieniają się ideały moralne i sposoby na życie. Młodsi patrzą z nadzieją i pragną nowej rzeczywistości, choć jeszcze nie wiedzą, jakie skutki ona niesie; starsi są często zdezorientowani, pełni wątpliwości, co do nowego, które nadchodzi i dumnie rozpycha się łokciami. Dodatkową trudność sprawia szybkość tych zmian: samo ich śledzenie, nastręcza nie lada trudności, ot, choćby tylko w prasie czy telewizji. Prostym przykładem jest tu powstanie kanałów telewizyjnych, które 24 godz. na dobę śledzą zmiany i nowości w naszym życiu. Dlatego niektórzy porównują zmieniające się szybko i nieustannie życie współczesnych, do rozpędzonego pociągu, który już dawno zagubił swoją docelową stację.

Aby głębiej zrozumieć problem dzisiejszego człowieka, wystarczy rzucić okiem na aspekt materialno-ekonomiczny życia Polaków, który radykalnie określa jakość ludzkiego życia i w którym podobno najłatwiej zarejestrować wszelkie zmiany i nowości. Zmiany na tej płaszczyźnie pociągają za sobą ewolucję (czy wręcz rewolucję) całej infrastruktury codziennego życia, która wymaga coraz większego, wręcz nieustannego zaangażowania i zatroskania. Sprawy, sprawunki, problemy i problemiki pochłaniają ludzi tak, że nie pozostaje im już czasu, na tzw. prywatne życie, a bombardujące ich reklamy wyostrzają jeszcze bardziej apetyty i rozpalają ambicje. Niekiedy życie zamienia się wręcz w swoistą pajęczynę układów, w sieć zależności, często bezwzględnych, która w dobie globalizacji, wydaje się zniewalać właściwie cały świat.

Ten uproszczony, sporządzony przeze mnie naprędce – na potrzeby głębszej refleksji, opis dzisiejszej rzeczywistości, odnosi się również do życia osób konsekrowanych: do zakonników, zakonnic, członków instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, a nawet do mniszek, mnichów, czy pustelników, którzy w trochę w innej mierze, ale jednak uczestniczą w tej samej rzeczywistości. Bo nikt z nas nie rodzi się w klasztorze, ale żyje w tzw. „świecie”. To ten świat w dużej mierze nas uformował, i w tym, co dobre i w tym, co złe. Trudno się więc dziwić, że wszystko, co dotyczy dzisiejszego Polaka, w jego zmieniającej się jak w kalejdoskopie sytuacji życiowej, dotyczy także nas, konsekrowanych. To nie przez przypadek napięcia, wyzwania, czy podziały, jakie obserwujemy w naszych wspólnotach, wydają się być często lustrzanym odbiciem napięć, problemów i podziałów rejestrowanych w polskiej rzeczywistości. Na dobrą sprawę, mógłbym tu dziś przedstawić jakiś referat o aktualnych problemach i wyzwaniach np. polskiej rodziny i, mutatis mutandis, odnieść wszystko do problemów dzisiejszej wspólnoty zakonnej, gdyż w dużej mierze są to te same problemy, tylko konsekrowani przeżywają je trochę inaczej, zależnie od stopnia i sposobu uczestnictwa w codziennym życiu świata.

Jeśli prawdą jest, że problemy wspólnot osób konsekrowanych zależą od bliskości ze światem, to niejedna/niejeden z nas miałby pewnie, w pierwszym odruchu, pokusę radykalnego odseparowania się od świata, zaostrzenia rygorów i barier, aby rozwiązać problemy zakonne. Choćby na wzór pewnych, nowopowstałych wspólnot konsekrowanych, które w przypływie „świętego zapału”, czynią z rygorystycznie przestrzeganych zasad, zawiasy swojej duchowość (szybko i niestety brutalnie weryfikowane przez czas, trud i prozę zakonnej codzienności). Trzeba oczywiście stwierdzić jasno, że być może w niejednym wypadku wzmocnienie tzw. „klauzury” byłoby wskazane i jest w stanie przynieść pożądane owoce, ale wszyscy wiemy, że sama istota problemu, leży jednak głębiej. Tzw. „ucieczka od świata”, która w podręcznikach historii życia zakonnego wskazywana jest jako jeden z motywów narodzin życia zakonnego na przeł. II i III w., w istocie swej zmierzała do tego, by nauczyć się właściwego dystansu do rzeczywistości, by żyć pełnią Ewangelii, a nie całkowicie ze świata uciekać i od niego się odseparować. Notabene: próba takiej „ucieczki” nie do końca udała się nawet samemu św. Antoniemu Pustelnikowi, gdyż wokół jego eremu zamieszkiwały całe rzesze naśladowców.

Trudno jest dzisiaj uciec od świata, bo „świat” jest w nas, „świat” to także my. Zakonnicy odkryli to już w pierwszych wiekach i dlatego walczyli ze światem w sobie, we własnym wnętrzu. Dlatego również nam przychodzi zmierzyć się z nim dzisiaj w sobie, w naszych wspólnotach, i to koniecznie. Zresztą to właśnie w tym świecie działa Duch Święty, i mogłoby się okazać, że uciekając od tzw. „świata” w ogóle, uciekamy w rzeczywistości od powiewu Ducha, który „tchnie, kędy chce” i stwarza „wszystkie rzeczy nowymi”. Bo przecież „myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami” – mówi Pan (Iz 55,8). Nie wolno nam zatem dzisiaj uciekać od świata, ale koniecznie się z nim zmierzyć, przede wszystkim w nas samych i w naszych wspólnotach – z wiarą i inteligentnie.

Można by w tym miejscu wyliczyć zatem cały szereg konkretnych płaszczyzn, czy też problemów, które nastręczają konsekrowanym, borykającym się z szybko zmieniającą się rzeczywistością, poważnych trudności. Trzeba by było powiedzieć, tylko tak dla przykładu, o tym, że zakonnicy przeżywają niemałe trudności materialne i nie nadążają za ekonomicznym myśleniem, że nie znajdują sposobu na nawiązanie kontaktu z dzisiejszą młodzieżą i coraz słabiej radzą sobie ze zdobywaniem nowych powołań, że nie bardzo odnajdują się w świecie kultury, w kontakcie z mediami (nie tylko tym publicznym, ale i osobistym…), że niebotycznych trudności dostarcza im wypracowanie nowego języka komunikacji ze współczesnym człowiekiem, że są ciągle zawieszeni między przebrzmiałymi już sposobami ewangelizacji i nieustannie gubią się w tych nowych; że czują się zdezorientowani w nowej, rodzącej się rzeczywistości, i że choć o tym nie mówią, są wystraszeni i chętnie zamykają się w swych klauzurach, a częściej jeszcze w tzw. „prywatnym światku”, zaczynając, ku własnemu zaskoczeniu, przyznawać (ale tylko gdzieś w zakamarkach świadomości), iż jakoś dziwnie niknie im z oczu cel istnienia ich wspólnot. Nieumiejętność stawiania czoła nowej rzeczywistości, rodzi czasem ukryte frustracje, złość, negatywne podejście do siebie samych i do siebie nawzajem, niepostrzeżenie wyjaławiając wspólnoty brakiem ducha i podskórnymi napięciami.

Oczywiście, można by było wyliczyć tu wiele innych szczegółowych problemów i wyzwań, przed jakimi stają wspólnoty konsekrowanych w zmieniającej się polskiej rzeczywistości. Ze wszystkimi trzeba się zmierzyć i nie wolno się ich przeląc, bo najgorsze, co można zrobić to wystraszyć się, „uwierzyć” w kryzys, a w konsekwencji bezradnie mu się poddać. Takie właśnie doświadczenie było udziałem wielu wspólnot Zachodniej Europy w pierwszych latach gwałtownego kryzysu, który i dzisiaj jest podobno jednym z trzech słów najczęściej wyszukiwanych w Internecie. Mistrzowie duchowi i zakonni eksperci twierdzą, że kryzys, nie jest zjawiskiem negatywnym, lecz przeciwnie, okresem najbardziej dynamicznym i twórczym w rozwoju człowieka, jeśli zamiast zamartwiać się i biadolić, podejmie się intensywny i systematyczny wysiłek, aby „przepracować” aktualną sytuację, inteligentnie i z ufnością, więcej – z chrześcijańską wiarą w to, że przecież „każdemu jest dana łaska, według miary daru Chrystusowego” (Ef 4,7). Dlatego nie chciałbym w tym momencie zatrzymywać się na szczegółach, ale pragnę na chwilę wznieść się ponad niuanse codzienności i popatrzeć z dystansu na naszą sytuację. Chciałbym razem z wami zastanowić się, czego najbardziej potrzeba konsekrowanym, by potrafili stawić czoła wyzwaniom zmieniającego się świata.

Stwierdziliśmy przed chwilą, że intensywną pracę trzeba podjąć inteligentnie i z wiarą – przyjrzyjmy się zatem najpierw jakości umysłowej, intelektualnej naszych wspólnot, jeśli w sposób rozumny i konstruktywny mają się one zmierzyć z nową rzeczywistością. Być może nasze prawdziwe problemy zaczynają się na tym poziomie, gdy nie dbamy o pogłębianie wiedzy i inteligencji w naszych wspólnotach, gdy nie promujemy myślących i rozważnych, nie zdobywamy autentycznej mądrości, która unika zarozumiałości, a łączy wiedzę z roztropnością i życiowym doświadczeniem. Kiedy zadawalamy się byle jak zdanym egzaminem, gdy zamiast o wiedzę i mądrość, zabiegamy o prestiżowe stopnie naukowe, czy miejsca na uczeniach, kiedy nie domagamy się od siebie nawzajem głębszego spojrzenia i zachowań godnych ludzi dojrzałych.

Problem z poziomem naszej inteligencji, nie jest wbrew pozorom problemem abstrakcyjnym, „akademickim”, gdyż zaczyna nam brakować sióstr i braci, umiejących w sposób rozumny i dojrzały pokierować wspólnotami. Zaczyna nam brakować nie tylko formatorów, ale w ogóle liderów, którzy mądrze i w sposób zrównoważony poprowadzą dzieła ewangelizacyjne, akcje powołaniowe, dzieła edukacyjne czy misyjne, którzy odważnie, ale i roztropnie biorą odpowiedzialność za poszczególne struktury naszych wspólnot i nie unikają stawiania czoła nowej rzeczywistości.

Problem ten zaczyna się już wtedy, kiedy spoglądając w trwodze na zmniejszające się nasze szeregi, przyjmujemy do zgromadzeń i zakonów „trzeci garnitur” kandydatów, słabych intelektualnie, nie mających szans na głębszy rozwój, z osobowością nienadającą się do wspólnego życia i podejmowania odpowiedzialnych zadań. Brak właściwej troski o poziom intelektualny naszych wspólnot, może się przejawiać w tym, że nie rzucamy naszych najlepszych sił do pracy w nowicjatach i seminariach. Kiedy wolimy ulec presji tradycji i jej ślepych wyznawców, tkwiąc bez głębszej refleksji w zniewoleniu starych struktur, i nie otwieramy się inteligentnie na to, co nowe, bez popadania jednak w ryzykowne eksperymenty na żywym ciele naszych wspólnot formacyjnych. Trudno się dziwić, że coraz bardziej spłycamy poziom naszych rozmów, a nasze zainteresowania trącą powierzchownością, jeśli spędzamy czas na podniecaniu się politycznymi sporami pod tytułem „PIS czy PO”, serwowanymi w kiepskiej zastawie naszych telewizyjnych programów, zamiast zachowywać dystans do polityki i częściej zaglądać do klasztornej biblioteki, pochylić się nad książką, zamyślić się nad światem, nad życiem, postawić sobie pytania o własną tożsamość, dyskutować. Jeśli studium – to prawdziwe, które jest poszukiwaniem prawdy, jest ostatnią rzeczą, za którą tęsknimy to, czemu się dziwimy, że nasza świadomość siebie i naszych wspólnot jest na poziomie dyletantów, pretendujących do dawania recept na wszystko, z tendencją do hiperkrytycznego tropienia błędów innych.

Powodem naszego nieufnego podejścia do rzeczywistości, jest przede wszystkim stopniowy upadek refleksji w naszych wspólnotach nad ich powołaniem i misją, nad ich konkretnym zaangażowaniem w ewangelizację. Konstruktywna refleksja nad tą rzeczywistością jest sztuką, której trzeba się uczyć, nie tylko na etapie formacji podstawowej. Jest warsztatem, w którym trzeba pracować nieustannie – osobiście i wspólnotowo. To podstawowe narzędzie życia i działania wspólnoty, i jako takie powinno stanowić jedną z jej kapitalnych struktur. Dla refleksji wspólnotowej trzeba wyznaczyć odpowiednie przestrzenie i konkretne czasy, należy też dobrze wykorzystać już istniejące, często uświecone tradycją formy, oraz zabezpieczyć je w konkretnym planie życia wspólnotowego. Nieumiejętność i potężne braki w planowaniu naszej działalności, brak logicznej konsekwencji w realizacji przyjętych postanowień oraz wielka niechęć do systematycznej weryfikacji dokonań, prowadzi często do osłabienia wiary w naszą misję i w konsekwencji do utraty poczucia zakonnej tożsamości.

Drugim istotnym elementem w rozwoju intelektualnego wymiaru życia wspólnoty, zwłaszcza w szybko zmieniającym się świecie, jest umiejętność dialogu. Ma on ścisły związek ze wspólnotową refleksją, gdyż jest jej gwarantem. W czasach, gdy treść politycznych sporów osiągnęła poziom dziecięcej piaskownicy, a telewizyjne debaty swą nieuczciwością i agresją potrafią wzburzyć najcierpliwszych, właśnie konsekrowani, wsparci głębokim doświadczeniem i wielowiekową tradycją swoich zgromadzeń, muszą stać się prawdziwymi ogniskami takiego dialogu, inaczej przepadną… W naszych wspólnotach spieramy się i toczymy batalie, czasem ukryte, a czasem bardzo głośne, ale nie zawsze o dobro wspólne, lecz o własne prawa i przywileje, o to, kto postawi na swoim. Zdolność do dialogu jest sztuką szukania prawdy, a nie grą subiektywnych zapatrywań, i należy ją na pewno cierpliwie opanowywać, przede wszystkim jednak jest dyspozycją umysłu i serca, która rozwija się dzięki łasce Boga i osobistej pracy wewnętrznej.

Jasne, że i w przeszłości zakonnicy mieli swoje słabości i popełniali wiele błędów, jednak mimo to znani byli ze swojego wykształcenia, z chęci poznania i zrozumienia otaczającej ich rzeczywistości. Próbowali odważnie i bez uprzedzeń ją obserwować, studiowali sposoby jej interpretacji, tworzyli całe systemy wiedzy i poznania, szkoły i uniwersytety, gdzie przekazywali swoją wiedzę. Próbowali dysputować na bazie argumentów, nie emocji, wymieniać swoje doświadczenia, komunikować je sobie nawzajem, dzielić się też z innymi. W refleksji i nieustannym wzajemnym dialogu nie przeszkadzały im ani nakazy silentium sacrum, ani praca fizyczna, ani apostolskie zaangażowanie, ani długie jutrznie w klasztornych kościołach. Mieli dla siebie czas – bo chcieli go mieć. W ten sposób stawiali opór nie tylko złu, ale także zalewowi miernoty i powierzchowności, który podobnie jak dziś, dawał się we znaki na różnych etapach europejskiej historii. Konsekrowani stawali się w ten sposób autentycznymi „mistrzami życia”, do których po poradę przybywali ludzie z odległych miejsc.

Trzeba jednak jasno stwierdzić, że intelekt i wiedza, oderwane od autentycznie przeżywanej wiary we wszechmocną i miłosierną miłość Boga w Chrystusie, mogą prowadzić do zadufanej arogancji lub frustracji i zniechęcenia. Jeśli zatem konsekrowani mają stawić czoła wyzwaniom nowych czasów, powinni to czynić na bazie swojej inteligencji, ale mocą swojej duchowości. Wydaje się, że jest to akurat najmocniejszy atut osób konsekrowanych. Jestem głęboko przekonany, że w wielu wypadkach jest tak rzeczywiście. Gdyby tak nie było, śmiem wątpić, czy dzisiaj byłoby komu spotkać się w tak znakomitym gromie.

Jednak nowe czasy stawiają przed konsekrowanymi nowe wymagania, także w stosunku do ich duchowości, i bez miłosierdzia domagają się od nich przede wszystkim autentyzmu, a zaraz potem głębokiego zanurzenia w rzeczywistość tego świata. Można by nawet powiedzieć, że nowe czasy poddają bezwzględnej weryfikacji naszą relację do Boga… Jak? Sprawdzając autentyzm i jakość naszego zakotwiczenia w tym świecie. W rzeczywistości niewiele potrafimy powiedzieć na temat jakości naszej osobistej przyjaźni z Bogiem, opowiadanie o niej może być czasem erupcją megalomani, owocem zadufanej iluzji. Nasza relacja do Chrystusa jest jednak sprawdzalna i możemy dowiedzieć się o niej wiele, przyglądając się naszemu odniesieniu do otaczającego nas świata, do ludzi, wśród których żyjemy…

Jest rzeczą wielce budującą widzieć modlących się gorliwie zakonników, ale nie potrafimy zajrzeć do ich serc, i na temat prawdziwości ich modlitwy możemy powiedzieć tylko tyle, ile zaświadczą o niej ich czyny. Wystarczy przypatrzeć się, z jaką uczciwością prowadzą budowę kościoła, ekonomię własnej wspólnoty, jak traktują klasztornych pracowników, jak rozwiązują konflikty między sobą i jak się spierają, i już wiele możemy domniemywać o żarliwości ich relacji do Zbawiciela. Warto też czasem zajrzeć głębiej i zobaczyć czy przypadkiem nie zamieniają się w syczącą bestię, kiedy ktoś próbuje ich oszukać, czy potrafią wtedy bronić odważnie interesów wspólnoty, nie łamiąc jednak „trzciny nadłamanej”, okazując miłość nieprzyjaciół, którą głoszą. Czy potrafią cierpieć niewinnie, gdy nie ma możliwości wyjaśnienia słuszności własnych wyborów, czy potrafią przyznać się do winy i podjąć wewnętrzną pokutę, zamiast prowadzić wojnę podjazdową, zatruwając goryczą życie wspólnoty?

Nowe czasy wymagają od nas nowej duchowości, ewangelicznie „nowej”, prowadzącej do zbudowania zintegrowanej postawy życiowej, a nie do chowania się w świat modlitwy, w ucieczce przed wymagającą codziennością. Musi to być duchowość, która prowadzi koniecznie do coraz głębszej dojrzałości ludzkiej, a nie do skarłowacenia osobowości, do pełnych kompleksów dziwactw religijnych, albo ekscesów mani wielkości. Podejrzewam, że w ostatecznym rozrachunku, jednym z najczęstszych motywów bolesnych odejść z naszych zgromadzeń, jest jednak brak wielowymiarowego rozwoju wewnętrznego, co prowadzi do nudy, niezadowolenia, zniechęcenia i braku poczucia realizacji samego siebie w zakonie. Jeśli życie zakonne nie jest, lub przestaje być, pasjonującą przygodą z Bogiem, (choćby to była przygoda, która kosztuje nas życie), nie jest warte tego, by je przeżywać. Stąd duchowość zakonna musi być zdobywaniem „wewnętrznego formatu”, który na bazie wrodzonych, tzn. otrzymanych od Boga darów, przynosi poczucie samorealizacji w… poświeceniu się dla innych. Kto nie lubi ludzi, nigdy nie powinien zostać zakonnikiem.

Zdobywanie takiego „formatu” wymaga ascezy i kontemplacji. O ascezie, czyli o postawie nieustannego ćwiczenia się, przezwyciężania siebie, mierzenia się z wyzwaniami życia, przestaliśmy mówić już dawno. Na etapie formacji wstępnej zakładamy, że nasi nowicjusze i studenci doczytają na temat logiki codziennych zmagań ze sobą samym. Ponieważ nie chce się nam podzielić z nimi osobistym doświadczeniem, spodziewamy się, iż samo życie nauczy ich radzenia sobie z różnego rodzaju pułapkami, ukształtuje w nich wewnętrzną świadomość życiowego powołania i przestrzeże przed najbardziej klasycznymi błędami wyborów. A kiedy wejdą w zakonną „dorosłość”, dziwimy się już tylko, że wpadają po kolei we wszystkie dołki, które sami wykopali. Niestety, „sztuka życia” i właściwego prosperowania we wspólnocie jest dzisiaj materią, której, za ciężkie pieniądze, uczą już tylko na szkoleniach menadżerów przedsiębiorstw, a nie w klasztorach i wspólnotach zakonnych.

Jeśli chodzi zaś o kontemplację, kojarzy nam się ona najczęściej z ekstazami św. Teresy i nie znajduje przestrzeni w codzienności zakonnych przedsięwzięć. Ale dzisiejsza duchowość domaga się właśnie takiej umiejętności. Nie myślę o zachwytach i uniesieniach, ale o zdolności głębokiego zamyślenia się nad przeżywaną rzeczywistością i dostrzegania w niej obecności żywego Boga. Nasze poranne rozmyślania, wspólnie odmawiana liturgia godzin i adoracje, mają przecież na celu nauczyć nas umiejętności odkrywania, właśnie w codziennej zawierusze zajęć i gmatwaninie obowiązków, śladów dobroci Najwyższego. To nie nastrojowa poezja, ale doświadczenie dobra w moim osobistym życiu, często nawet w momentach bólu i niepowodzeń, Dobra, którego jedynym źródłem jest Bóg. Codzienna medytacja ma ułatwić nam widzenie tego, co dobre, tropienie Bożych zamysłów i działań w ciągu dnia, dostrzegać dobro, które dokonuje się na naszych oczach i… ucieszyć się nim. Zamiast przeklinać zło, zauważ i uciesz się dobrocią obecną w twoim życiu, a idąc po schodach, czy wsiadając do samochodu, powiedz Bogu (może gdzieś w zakamarku twojej świadomości): „A więc jesteś… Dziękuję”.

W nowych czasach słodkie zauroczenie estetyką pobożnych klimatów nie powala już z nóg, jak kiedyś Pawła pod Damaszkiem, i nie wystarcza, aby pociągnąć do wyboru drogi powołania. Można nawet rzec, że zraża tych, którzy nie mogąc zdzierżyć oceanu fałszu i poprawności politycznej, szukają w głębi swego serca Jedynej Prawdy i Prawdziwej Miłości. To właśnie w „wymiarze wcielenia”, jeśli chcemy użyć jednak języka teologii, dociera do nas łaska Boga, od czasu, kiedy Słowo stało się Ciałem, i to właśnie ten wymiar jest szansą na doświadczenie cudu. Myślę o cudzie bezinteresownej dobroci, która jest źródłem wewnętrznego dystansu do świata, a nie zamknięcia się we własnym światku, która jest owocem głębokiej ewangelicznej kontemplacji, a nie setek odmawianych modlitewek. Myślę o dobroci, która staje się misją i wyraża się w autentycznej trosce o dobro innych, która pomaga, lituje się, ale też bierze odpowiedzialność, poświęca się i przebacza, bo doświadcza obecności Boga w tej rzeczywistości, która, choć czasem przypomina morze nienawiści i cmentarzysko pobielanych grobów, jest jednak miejscem objawiania się Boga.

Drogie siostry i bracia, tylko ta trudna relacja zażyłej przyjaźni z Panem, przeżywana świadomie i inteligentnie, budowana mozolnie dzień po dniu, dojrzewająca we wspólnej żarliwej modlitwie wiary i ciągle weryfikowana w gotowej do poświeceń miłości braterskiej, jest fundamentalnym warunkiem zwycięskiego zmierzenia się z nową i nieustannie zmieniającą się polską rzeczywistością. Potrzeba nam nie byle jakiej inteligencji czy naiwnej wiary, ale inteligentnej refleksji nad światem w naszych wspólnotach i takiej wiary, która dojrzewa w nieustannym dialogu z Bogiem i braćmi. Jesteśmy zdolni do inteligencji wiary, gdyż jak mówi św. Paweł: głosimy „nie mądrość tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej… To, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1Kor 2,6-10).