Stefan Miecznikowski SJ
NIEKTÓRE WAŻNIEJSZE AKCENTY W WYCHOWANIU NOWICJACKIM
Materiały Komisji ds. Studiów i Wychowania KWPZM, rocznik 1965.
1. Uwagi wstępne
Wychowanie każdej grupy młodzieżowej ma swoje założenie fundamentalne. Ma także swoje ujęcia charakterystyczne dostosowane nie tylko do stanu, do jakiego młodzi przynależą, czy przynależeć będą; nie tylko do zadań, które kiedyś podejmą – ale i do wieku oraz stopnia zaawansowania na obranej drodze. Dlatego różni się znacznie wychowanie rekrutów wojskowych od wychowania kleryków; różni się wychowanie kleryków diecezjalnych od wychowania zakonników i różni się wychowanie nowicjuszów od wychowania młodych profesów. – Każdy dział wychowania inne elementy podkreśla.
Grupa młodzieży powierzona nam – to chłopcy sposobiący się do wyłącznej służby Bożej. Już pełnią tę służbę – ale to nie jest jeszcze staż życia zakonnego, to jest zaledwie wstępne szkolenie. Stawiają na nowej drodze pierwsze kroki, towarzyszą im pierwsze zapały, składają pierwociny usiłowań.
Temat stawia nas na płaszczyźnie specyficznej duchowości nowicjatu, która wysuwa na czoło swoiste problemy. Duchowość nowicjatu pokrywa się zasadniczo z duchowością tzw. początkujących W życiu wewnętrznym, po pierwszym nawróceniu od grzechu do życia łaski. Związane z tym etapem praktyki i trudności, to praktyki i trudności drogi oczyszczającej. Dopiero pod koniec nowicjatu młodzi wchodzą w następny etap – na drogę oświecającą – zwłaszcza jeśli nowicjat trwa dwa lata i został odbyty dobrze.
Nie będziemy jednak zacieśniali rozważań do podkreśleń wyłącznie nowicjackich elementów. Specyficzna duchowość nowicjatu obca jest jakiejś sztucznej izolacji od reszty życia zakonnego. Nowicjat nie jest sam dla siebie, nowicjat nachylony jest cały ku przyszłości: wychowuje do zadań jutrzejszych, do bardziej samodzielnego życia duchownego, do spełnienia dzieł, jakie młodym zostaną kiedyś wyznaczone. – Dlatego obok podkreśleń czysto nowicjackich /dla początkujących/ wysunąć zamierzamy i za postulować inne, mające na oku całość życia zakonnego. Czyli chodzić nam będzie o takie zorientowanie poczynali wychowawczych mistrza nowicjatu, iżby wychodziły naprzeciw jutru, jego dążnościom i potrzebom. – Na ogół za wiele się żąda od nowicjatu. Jest on czasem rzucaniem skromnych ziaren, które będą potem stale troskliwie rozwijane. Ale muszą to być ziarna zdrowe, pełnowartościowe, nastawione na przyszłość daleką. Może nasze rady i wskazania wydadzą się zbyt długofalowe, podczas gdy nowicjat ma wiele zadań bieżących. – Miejmy na uwadze, że nowicjat trwa dwa lata rychło się kończy a zakonnikiem jest się już zawsze.
W omawianiu tematu weźmiemy punkt wyjścia genetyczny – ale tylko punkt wyjścia. Nowicjat jest wyraźną całością duchową, w której można dość dobrze wyróżnić fazy. Nie będziemy jednak posuwać się cały czas po tej linii „stawania się” nowicjusza. To by rozszerzyło i skomplikowało zagadnienie.
Pragnąłbym ująć temat jak najbardziej praktycznie, odwołując się do własnych doświadczeń. Proszę jednak traktować propozycje wysunięte jako sugestie i pomysły, a nie jako normy.
2. Akcent na powołanie
Ci, którzy zjawiają się u nas, nie tylko nie przynoszą wiele w walizkach, ale i słabo zaopatrzeni są duchowo. Mają braki. Ani rodzina, ani parafia, ani społeczeństwo nie wyposażają ich wystarczająco. Zaskoczeni jesteśmy nieraz stanem zdrowotności – zwłaszcza stanem ich nerwów i psychiki. Jeszcze bardziej zaskakują niedobory wiedzy religijnej i charakteru. – Czemu więc ich przyjmujemy? Bo mamy ufność w łasce powołania, jaka w nich jest – zakładamy to. Spodziewamy się braki uzupełnić i szkody częściowo naprawić – z jej pomocą.
Młodzi, którzy stają u naszej furty, tknięci są łaską: Pan ich rozpoznał, zawołał i do nas przysłał. To jest dużo, to jest bardzo dużo: jest w nich iskra, którą trzeba rozdmuchać i nią ocalić całą osobę.
Oto pierwszy akcent wychowania nowicjackiego – akcent położony na łaskę powołania. – Czym ona jest, wiemy: głosem Bożym, pociągiem nadprzyrodzonym do oddania się Bogu i Jego sprawie bez reszty, opartym na zasadniczych danych kwalifikacyjnych. Wobec tego jest religijną orientacją życia, podstawowym zmysłem modlitwy, zamiłowaniem rzeczy Bożych, a nade wszystko przekonaniem żywym, że do zakonu wezwał nas Bóg i tutaj nas chce mieć. Powołanie jest nawiązaniem kontaktu z żywą Osobą Boga i Jego głosem: młody człowiek zrozumiał, że Bóg nie jest abstrakcją, ale siłą, która wkroczyła w jego życie – a na imię jej: miłość Boża. – O tym wszystkim młody człowiek nie zawsze wie, ale to wszystko przeczuwa i jeśli mu się o tym mówi – i ma powołanie prawdziwe – rozumie to.
Tę wartość trzeba przez oddziaływanie wychowawcze rozwinąć i wzmóc w młodych duszach. Celowi temu służą cykle konferencji i rozmyślań na temat powołania. Osobiście dużo miejsca poświęcam temu zagadnieniu i w kandydaturze i w pierwszych rekolekcjach i w pierwszych miesiącach nowicjatu. Do tej sprawy wracam często. Co sobotę łączę się wspólnie ze wszystkimi swymi wychowankami o oznaczonej godzinie w modlitwie do Matki Bożej o rozwój łaski powołania. Wiedzą o tym ci, co są już po nowicjacie i dają znać, że pamiętają, z różnych miejsc swego pobytu.
Młodzi muszą wniknąć głęboko w misterium powołania, zrozumieć, że to jest „coś boskiego” w nich – głos Boży, pociąg Boży, interwencja Boża, wola Boża odnośnie ich losu zasygnalizowana im osobiście, po imieniu. – To jest jakiś naczelny motyw nowego życia, które rozpoczęli.
Na różny sposób i przy różnych okazjach trzeba podkreślać tę wartość fundamentalną. Np. troskliwa opieka nad własnymi wychowankami dalej, po nowicjacie: to muszą odczuć, bo to ich wychowuje. – Warto zaznaczyć, że prawa mistrza nowicjatu do wychowanków są podobnie, jak prawa rodziców, nie wyzbywalne. Nasi młodzi mieć będą wielu przełożonych, wielu wychowawców, wielu spowiedników – mistrza nowicjatu mają tylko jednego. Z niego najbardziej się wywodzą i do niego najbardziej przynależą. On jest z nimi najbardziej związany – winien się czuć za nich najbardziej odpowiedzialny. – Trzeba przyznać, że na ogół tak jest.
Inny sposób – to opieka nad wezwanymi do wojska: pamięć o nich, żywy kontakt osobisty, modlitwa i – danina umartwień, lęków, którą trzeba złożyć – nic na to nie poradzimy. Języczkiem uwagi jest ustosunkowanie się magistra do wypadków załamań. Dyskretne i poważne naświetlenie sprawy przy okazji dymisji kogoś z nowicjatu na pewno będzie czynnikiem pielęgnacji tej cennej iskry.
Drugi tor, zasadniczy, to współpraca na co dzień poprzez rozmowy, uwagi, zachęty, szczegółowe rozstrzygnięcia. Trzeba młodym ukazywać sens oderwania się od rodziny, od wspomnień dawnego życia. Trzeba przy różnych okazjach dać dowód szacunku i taktu w obliczu tego charyzmatu, jaki w nich jest; umieć mu zaufać i z całą powagą doń się odwołać; wskazywać na ten głos jako na znakomity kompas, który może i powinien wystarczyć za wiele nauk, przepisów i rad – demon własnego powołania, który prowadzi zakonnika po jego drodze twórczo i indywidualnie. Oczywiście równocześnie trzeba ich uczyć rozróżniania tego głosu od innych.
A więc sprawę powołania wiążemy ze sprawą wierności natchnieniom? – Tak. Głos Boży w duszy tego, którego Bóg rzeczywiście powołał, nie słabnie. Przeciwnie, jeśli jest mu coraz bardziej wierny – wzmaga się i sięga po całkowity rząd duszy. – Trzeba nie tylko ten głos młodym uprzytamniać i do jego wskazówek odsyłać, ale i samemu do jego wytycznych dostosowywać się. Magister ma obowiązek czytać w młodych duszach, rozpoznawać w nich przewodnictwo Boże i po tej linii prowadzić. Mistrz nowicjatu nie jest rządcą, dyktatorem – jest dyskretnym moderatorem prądów Bożych i wsparciem sił Bożych w wychowankach.
Jedna ze spraw stojących w związku z powołaniem to dzieło krystalizacji motywów powołania. – Młodzi nie zawsze wiedzą po co przyszli i czego szukają w zakonie. Nie jest to od razu objaw świeckości i naturalizmu; zazwyczaj jest to znak niedojrzałej jeszcze świadomości. Trzeba ją formować – poprzez pouczenia. Wiele jest sposobów nauczania, trudno je wszystkie wyliczać. Ważne, byśmy byli świadomi, że nie tylko upomnieniem, ale i rozstrzygnięciem ich problemów i potraktowaniem ich próśb, a najbardziej okazaniem tego, czym sami się entuzjazmujemy osobiście, wpływamy na układ motywów w ich osobistym powołaniu. Sami zaś młodzi decydują o tym, jakie motywy przeważą w ich dalszym życiu, na pierwszym miejscu poprzez swoje obecne, konkretne wybory. Zachęcajmy, by to były wybory jak najbardziej odpowiedzialne i nadprzyrodzone.
Zatrzymaliśmy się dłużej przy tej sprawie, bo mocno i wyraziście postawione zagadnienie powołania to połowa dzieła. Fakt powołania należy ukazać nie tyle pod kątem prawnym, co moralnym i religijnym: jako wezwanie i zobowiązanie, którym ich sam Bóg zobowiązał i zawołał, nad którym tylko Bóg ma władzę kluczy – z chwilą, gdy je przyjęli i zaaprobowali. Go więcej, fakt powołania jest zjawiskiem mistycznym. Skoro On zawołał – reszta jest tylko próbą; nie ma wątpliwości – mogą być tylko doświadczenia i cierpienia; wierność – jest kwestią życia i zbawienia.
Trzeba w ich świadomości zainstalować ten pierwszy punkt stały i niezachwiany. Około niego skrystalizują się dalsze, tworząc sylwetkę zakonnika, który wie, czego chce. Nauczy ich walczyć o powołanie wszystkimi zasobami duszy i włączyć w nie wszystkie zdolności serca i umysłu. – Jako piękny przykład mogą posłużyć powołania na braci: należy je podnosić jako czysty przejaw zakonności – oddanie się Bogu w cichości na służbę i ofiarę, do całkowitej dyspozycji. Modlić się o powołania na braci, cieszyć się specjalnie nimi, one podtrzymują wśród nas czystą postać życia zakonnego. Powołanie jest wszystkim: – Gdzie nas Bóg zechce posłać, czyli do jakiej funkcji przeznaczyć – obojętnie. Jego to rzecz. Zbytnie podkreślanie różnic między powołaniem na brata i na kapłana /np. odrębny nowicjat/ nie wydaje się właściwe ze stanowiska zakonnego: zaciemnia sprawę, odsuwa w cień istotę rzeczy.
3. Akcent na szczerość i otwartość
Dla młodych, którzy rozpoczynają życie zakonne, jest ono /zwłaszcza dziś/ „terra ignota”. Choćby byli dobrze poinformowani, choćby byli nawet w cieniu klasztoru wychowani – ich wiedza jest teoretyczna. Dopiero nowicjat ma ich wprowadzić w znajomość doświadczalną, z dotyku. /Czyni to zresztą też częściowo – i on jeszcze pozostaje w znacznej mierze w sferze teorii. Ale już patrzymy od wewnątrz/. Na początku jest to chodzenie po omacku; niezbędny jest przewodnik – doświadczony, i pewny. Ex professo jest nim mistrz nowicjatu.
W najlepszym interesie samych wychowanków leży, by się dali kierować. Do tego niezbędna jest szczerość z ich strony i otwartość przed magistrem. Trzeba wszystko uczynić, by się wychylili ze swoich kryjówek, w które ich zapędziło dzisiejsze życie nacechowane skrytością i lękiem i by dali nam przystęp do wszystkich swoich spraw: do pragnień i obaw, do niepewności i potknięć, do dwuznaczności i niespodzianek – by dali nam w to wszystko wgląd, by uczynili to chętnie. By dobrze się poczuli, że ktoś o tym wie, by byli bardziej spokojni, że ktoś jeszcze prócz nich samych o tym wie. Wielka to szansa dla magistra /który niestety nie jest Duchem Świętym/ i cenne dobro dla nich.
Ale aby się otworzyli, trzeba stworzyć im warunki otwarcia i ufnego powierzenia się, bo nie jest to dla nich rzecz łatwa. A przecież pragną tego. – Magister winien wszystko zrobić, by zyskać ich zaufanie; ma wytworzyć wokół siebie klimat takiego kredytu, iżby go uważali za swój mur obronny, za swoją skałę i azyl niezawodny. Nie sposób przecenić tę sprawę. – A więc musi im dać dowody szerokości spojrzenia, długomyślności, cierpliwości, dobroci – aby byli przekonani, że są rozumiani. Wiele zależy, by zyskał sobie opinię męża Bożego, oddanego zakonowi i im – niekoniecznie na miarę heroiczną. Muszą czuć, że mu na nich zależy, że nosi ich w sercu i przeżywa mądrze ich wzloty i upadki. – Wiele może popsuć niedyskrecja … znużenie rolą magistra … zdawkowość w jej spełnianiu, naiwność. Szkodliwą jest również nadmierna surowość.
Dbajmy o to, by w nowicjacie była atmosfera pogodna i naturalna; niech dom nowicjatu będzie prawdziwym domem; niech chłopcy będą sobą, niech wszystko będzie na wierzchu, a oni sami wyprostowani, spontaniczni i bez masek. Choć trochę oczywiście, trzeba ich wkładać w habit, uczyć chodzić w gromadzie. – Szansa takie naturalności jest duża: lepsze poznanie i zrozumienie. Śrubowanie dyscypliny zewnętrznej, hypostazowanie przepisów, stwarzanie nastroju sztucznej powagi powoduje układność, pod którą marnuje się duch zakonny. Cechą jego jest prawda. Musi oczywiście wzrastać jej wartość – ale nie podbijajmy jej ceny.
Nowicjusze tacy są, jacy są, a nie jakimi mogliby się wydawać. I w tym, czym są, pracuje łaska Boża.
Mistrz nowicjatu musi mieć augustyńską zasadę: “Non mirari, non indignari, nec flere, sed intelligere”. Młodzi winni być traktowani z wyrozumiałością i tolerancją. Pamiętajmy, że młodzież obecna najbardziej nie znosi nudnych morałów – magister winien mieć poczucie humoru. Jednym słowem przemedytował i stara się stosować Pawłowy katalog cech miłości – a jest ich nie mała liczba.
Osobiście – apeluję do młodzieży o szczerość i otwartość od razu i gorąco. Często te apele ponawiam. Nieraz zaklinam ich, by byli szczerzy. Przyrzekam i zobowiązuję się do lojalności. I muszę przyznać, że głos ten nie jest bez echa. Nie jest bez owocu. Współpracuje się z satysfakcją i spokojnie. Choć – oczywiście – i tak problemów nie brak.
Mój sposób argumentacji jest następujący: im więcej w życiu wewnętrznym spraw wydobytych i oświetlonych, nazwanych – tym lepiej; przyjazny rozmówca jest jak ekran, na który można rzucić swe treści wewnętrzne, swe zwikłania i wspólnie, spokojnie z dystansu im się przyjrzeć i rozeznać. Nowicjat to nie Państwowy Dom Dziecka: tu jest szansa odnalezienia się, zrozumienia, bycia wreszcie sobą. Mówcie mi dużo, mówcie mi wszystko – magister im więcej wie, tym mniej musi się domyślać, puszczając wodze fantazji. Tak czy tak jakiś obraz całościowy każdego z was musi sobie stworzyć; czyż nie lepiej, gdy go tworzy z faktów niż domysłów? Jest wtedy spokojniejszy, trafniejszy w decyzjach i radach. Ten, kto wie dużo, kto wie rzeczy intymne, jest po naszej stronie, lepiej może nas bronić – lepiej zrozumie, skłonniejszy jest do usprawiedliwień, choćby znał braki i słabości. Zwłaszcza to rozumie coraz lepiej, że sprawy ludzkie nie są proste i jednoznaczne.
A przeto „więcej światła” – wtedy będzie między nami więcej zrozumienia, spokoju, zaufania i przyjaźni. – Tak ich próbuję przyhołubić dla ich dobra – oczywiście.
4. Akcent na ufność i cierpliwość
Wiadomo, że początkujący w życiu wewnętrznym wystawieni są na depresje i zniechęcenia. Już pierwsze tygodnie odkrywają przed nimi mnóstwo spraw, nad którymi się dotąd nie zastanawiali, a które wymagają uporządkowania. Wnikając w siebie dostrzegają ich tyle, że sama ich ilość może im odebrać ducha. W miarę posuwania się naprzód lepiej zdają sobie sprawę, że stoją przed problemami ogromnymi i zasadniczymi. Nie rzadko opadają im ręce, raz po raz ogarnia ich zwątpienie. Swoją cząstkę ma w tym zły duch, który czy to pokusą, czy to małodusznością pragnie zepchnąć młodych z obranej drogi, na której czeka ich wiele pomocy i zabezpieczeń.
Mistrz nowicjatu spełnia oczywiście rolę holownika; wydobywa z mielizny, ile razy w niej ugrzęzną. Aby jednak tych przygód mieli coraz mniej, winien podjąć akcję ugruntowania ich w ufności i cierpliwości. – Pierwszy krok polegać będzie na dziele wzmocnienia podstaw naturalnych: trzeba wpajać młodym zdrowe spojrzenie na siebie i swoje wrodzone zdolności. Jeden ma ich więcej, drugi mniej, ale pominąwszy jednostki patologiczne /dla których w zakonie nie ma miejsca/, każdy zdolny jest do zdziałania trochę dobrego. Każdy może i powinien z powodzeniem współpracować z łaską Bożą. Mamy naturę skażoną, zachwianą, ale zasadniczo funkcjonującą dobrze. Herezją trącą niektóre książki pobożne wyolbrzymiające zepsucie natury ludzkiej i deklarujące jej niezdolność do dobrego. To jest pesymizm, który nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim umiarem i odbiera wiarę w sens pracy nad sobą. – Młodzi muszą mieć zdrową wiarę we własne siły: przecież na ich udział liczy zstępująca łaska.
Mistrz nowicjatu ma delikatne zadanie do wykonania: nauczyć młodych realizmu w spojrzeniu na siebie samych. Nie skrywajmy przed nimi licznych słabości, jakie mają; uczmy ich tropić je; uczmy pokory i czujności wobec podstępów własnego „ja” – ale podkreślam, prócz ufności w łasce Bożej wpajajmy w nich zdrową wiarę we własne siły. Nie ma ona nic wspólnego z zadufaniem w sobie, z poleganiem na sobie; to jest ocena daru Bożego jakiego udzielił nam Stwórca i oparcie się na Nim. – Jesteśmy tu niewątpliwie w kręgu najtrudniejszej antynomii życia duchownego: pokora i wiara w siebie. Nie zamierzam jej rozwiązywać w kilku zdaniach; sygnalizuję niebezpieczeństwo rozstrzygnięć jednostronnych i współczesne przegięcie raczej na stronę pesymizmu. Z tym trzeba walczyć. Czy nie tracimy czasu na odświeżanie rzeczy znanych i oczywistych? Dlaczego umieszczamy to zagadnienie w rejestrze spraw do mocnego zaakcentowania? – Bo skłonność do zniechęceń i małoduszności znacznie się u młodych wzmogła. Jest to jakaś odwrotna strona medalu ich pewności siebie; ta pewność rzuca się nam w oczy na co dzień. Obok tego obserwujemy objawy niespodziewanych, głębokich zapaści: są wtedy bezradni, zdolni do kroków nierozsądnych. – Młodych przytłacza zwłaszcza perspektywa trudnych zadań na terenie wewnętrznym; mają skromne rezerwy psychiczne, są pokoleniem nieodpornym, rzucają cień niepewności na swoją drogę duchową ku Bogu, cień biorący początek ze słabych zasobów zdrowia psychicznego. Małoduszność ma dziś u nich źródło po prostu fizyczne: boją się swej zmienności, niestałości. To jest jakaś pokora uzasadniona organicznie; a pokorna winna być uzasadniona przede wszystkim teologicznie. Teologia zaś natchniona Ewangelią kieruje nas w stronę przeciwną: „Nie bój się mała trzódko, bo właśnie tobie spodobało się Ojcu dać Królestwo” – „małej wiary, czemu wątpicie?”.
Z tych zapaści i krętych dróg rozumowania powstałych na podłożu niestabilnej psychiki nie sposób młodych wyprowadzić przy pomocy argumentacji logicznej. Logika jest tu nieprzydatna – skuteczniej złu zaradza paradoks, od długiej listy racji rozumowych. – Odwołujemy się więc do takich paradoksów, których dostarcza nam zarówno życie, jak i Ewangelia.
„Przez głupstwo krzyża spodobało się Bogu zbawić świat”, „Ziarno gorczyczne, które rośnie wiarą, osiąga rozmiary potężnego drzewa”. „Bóg pisze prosto na liniach krzywych”. Wszechmoc Boża polega na tym, że Bóg nawet ze zła może wyprowadzić dobro. Gdzie Bóg zaangażował swe słowo, tam nie ma nic niemożliwego. – „niebo i ziemia przeminą, ale słowa Jego nie przeminą”. Nasze powołanie umieściło nas w sercu tajemnicy krzyża: działają tu jakieś wyższe prawa – śmierć służy życiu, procesy gnicia, próchnica, konieczne są jako warunek i podstawa wzrostu itd.
Te wszystkie adhortacje i admonicje są potrzebne – załatwiają kryzys „ad hoc”; trochę urabiają samopoczucie młodych. Rozstrzygające jednak znaczenie ma stanowisko magistra wobec konkretnych kryzysów nowicjuszów. Mistrz, który promieniuje ufnością jest mimo wszystko dobrej myśli wobec synów, krzepiąco oddziałuje na ich trwałe samopoczucie: chłoną wiarę, jaką w nich ma; nabywają jej coraz więcej, widząc optymizm i spokój swego kierownika. On roznieca nadzieję na pomyślny obrót spraw: magister w nich nie zwątpił, liczy na nich. Pod takim spojrzeniem budzą się drzemiące siły i ożywają inicjatywy.
Przelewajmy w nich własne, nabyte doświadczenia, że „w cierpliwości naszej zdobywamy dusze nasze”; że prawdziwe są słowa Jakuba: „wiele znaczy u Boga nieustanna modlitwa sprawiedliwego”; że pukać trzeba, aby nam było otworzone. Czyż nie „słabe wybrał Bóg, aby zawstydzić mocne?” – czegóż więc innego żąda od nich Bóg, jak nie pokornych usiłowań z przymrużonym okiem na ich wynik: „Dominus dabit benignitatem et terra nostra dabit fructum suum”. „Owoc przyjdzie czasu swego” – Akcentować trzeba mocno ufność i cierpliwość jeszcze z innego względu: by i nam wychowawcom ręce nie opadły i wiara w młodych nie przygasała. Jak nieraz ślicznie rozwijają się potem – przeszedłszy impas w nowicjacie: ze skrupułami, z cnotą czystości, z uporem przy własnym zdaniu …
5. Podkreślenie zadań ziemskich
Ciągle jeszcze życie zakonne wykazuje braki w zakresie szczerego uspołecznienia. Ciągle jeszcze wydaje sobków żyjących w ciasnym kwadracie klasztornym i w tym wąskim pomieszczeniu gubiących właściwe miary spraw. Spóźniamy się w wykonaniu wezwań Kościoła. Nie znajduje żywego echa u nas niejedna wielka sprawa. Robimy nieraz wrażenie getta wśród ludzi. – A powinniśmy być religijną awangardą. – Czy nie szwankuje tu wychowanie od nowicjatu?
Na skutek nienajlepszej lektury i na mocy dość przestarzałych tradycji wychowawczych może zaciążyć nad nowicjatem duch średniowiecza: maluje się wtedy świętość Bożą wyłącznie jako oderwanie od świata, dystans od ziemi i jej przemijających spraw. To nie najlepiej wpływa na urobienie młodych: albo nie przyjmują do wiadomości tej ascezy i na własną rękę szukają po nowicjacie kontaktów ze światem /co zazwyczaj kończy się katastrofą/, albo gdy się tym przejmą, nieprzystosowani są zupełnie do dzisiejszych zadań apostolskich, mocno spóźnieni wobec współczesności. Czują się wtedy obco wśród ludzi i nieporadni są w kontaktach z nimi.
Naszym czasom przypada w udziale odkrycie /już trzeci raz z rzędu dokonywane w Kościele/ – odkrycie „humanistycznych” rysów postawy Boga. Zaczynamy żywo sobie uprzytamniać, że świętość Boża, to nie tylko wzniesienie ponad świat, ale i nachylenie nad nim; nie tylko odrębność i dystans od świata, ale i bliskość, miłość jego: intensywne i ofiarne zaangażowanie się w jego dźwignięcie i uświęcenie. To był rys często pomijany, a nie do pominięcia: objawiony w tajemnicy Wcielenia Syna Bożego. „Tak Bóg umiłował świat, że Syna Swego Jednorodzonego dał, aby wszelki, który wierzy weń, nie umarł, ale miał żywot wieczny”.
Czy wyciągamy z tego należyte wnioski? Czy i w tym kierunku kształtujemy oblicze duchowe naszych młodych? W ślad za Chrystusem mają pojmować swoje powołanie jako służbę ziemi, ludziom i całemu Kościołowi. Nie możemy dziś żyć wyłącznie, swoim życiem, jak to radzi poczciwy Tomasz a Kempis /darujmy mu to/, nie może nas uwięzić klauzura i separacja od świata. Reprezentujemy pewną odrębność, ale ona jest tylko barierą przeciw temu co złe, niebezpieczne i dla nas nieistotne; nie można w żadnym wypadku rodzić w nas zobojętnienia na to co dobre, cenne i w wysokim stopniu interesujące dla zakonnika.
Niestety, wśród ludzi wędrujących, przez ziemię i zamieszkujących jej obszar można wyróżnić dwie kategorie: jedni to ci, po których przejściu świat zmienia się na lepsze; drudzy to ci, którzy po sobie zostawiają świat wyraźnie gorszy, Czasem zakonnicy tworzą trzecią kategorię, po ich przejściu świat zostaje jaki był, nie zmienia się nic. A przyczyna? – słaby akcent położony w wychowaniu zakonnym na obowiązek społeczny wobec świata, jego oblicza; mała widoczność misji, jaką mamy do spełnienia w Kościele, w obecnej dobie. – Po tego konieczna jest znajomość życia Kościoła i – nie bójmy się tego słowa – znajomość świata. Wyprzedzają nas w tym nie tylko świeccy i księża diecezjalni, ale i zgromadzenia młodsze. Oczywiście zakonnicy angażują się w świat na swój sposób, ale winni się wywiązać z zadań wobec niego żarliwie i skutecznie.
Wpajajmy w naszych młodych usilniej poczucie odpowiedzialności za innych: za współbraci, za Kościół, za losy świata. Trzeba w programie urobienia młodych dowartościować sprawę ich zadań apostolskich we współczesności, W nowicjacie będzie to: otwieranie oczu najpierw na potrzeby sąsiada? potem budzenie zmysłu odpowiedzialności za cały nowicjat, za dom zakonny, za potrzeby prowincji, a także za zbawienie rodziców, krewnych, kolegów. Wreszcie – za wszystkich. Cor religiosi – cor Christi.
Najlepszym sposobem odciągnięcia ich uwagi od spraw światowych, błahych, będzie uczulenie ich na sprawy Kościoła i duchowe problemy epoki, przystępnie i powoli. Dobry wpływ będą miały udostępnione im kroniki życia katolickiego, przeglądy prasy i wydawnictw, czynione w odpowiedni sposób. Osobiście stosuję często – że podam przykładowo – zaprosiny ojców kierowników pewnych dzieł apostolskich na rekreację /zwłaszcza w okresie ferii wakacyjnych/. Sam wracając ze zjazdów, konferencji, rekolekcji, zapoznaję ich ze środowiskiem napotkanym, z omawianymi zagadnieniami. Prócz lektury duchownej, podają do stołu wybrane artykuły aktualne. Każdy nowicjusz ma dwie godziny w tygodniu do dyspozycji na osobistą pracę w obranym kierunku: jest to studium z ołówkiem w ręku z wybranego przez nich, interesującego ich osobiście działu, który byłby przydatny w przyszłości w pracy kapłańskiej jakiegokolwiek działu. – Dwie godziny na tydzień to nie jest wiele, ale łączę z tym nadzieję rozbudzenia zainteresowań badawczych szerszych i poczucia większej odpowiedzialności za przygotowanie do zadań apostolskich. Mają się nauczyć wyzyskiwania skrawków czasu i własnego podejścia do spraw. – Z owoców tych dwóch godzin zdają przede mną sprawę co pewien czas.
6. Zalecenie kontemplacji
Na różnych odcinkach obserwujemy w duchowości katolickiej postęp, udoskonalenie pojęć. Jest to następstwo wzrostu dobra i światła w Kościele. – Jeden z takich odcinków, to odcinek modlitwy: lepiej ją rozumiemy, zaczynamy wkraczać w jej głębię. Za przykład może posłużyć pojęcie: „życie kontemplacyjne”.
Spójrzmy na sprawę od strony zakonnej. – Zakony dzielono tradycyjnie na kontemplacyjne i czynne: jedne oddane bogomyślności, a drugie akcji apostolskiej. Dodano i trzeci rodzaj zakonów: zakony „mieszane” – czyli trochę tego i trochę owego, groch z kapustą. To jest powiedzmy szczerze podział sztuczny, zbyt sprzyjający naturze, co na terenie życia zakonnego, zorientowanego na nadprzyrodzoność było dużym uchybieniem. – To prawda, że między modlitwą i pracą, między bogomyślnością i zewnętrznymi zajęciami panuje naturalny przedział, rozbrat – ale nie może panować. Obowiązkiem zwłaszcza nas zakonników, jest przezwyciężać go. Tego żąda Chrystus, gdy zachęca: „Trzeba zawsze się modlić i nigdy nie ustawać”; i gdy przestrzega: „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na duszy swej szkodę poniósł”. – Przy zastosowaniu cierpliwego i mądrego wysiłku – dwutorowość, z początku nieunikniona, powoli zanika.
Zaczynamy dziś lepiej pojmować rolę czynnika kontemplacyjnego w powołaniu zakonnym. Bierzemy to słowo nie ściśle w sensie mistycznym, ale jako głębszy duch modlitwy przenikający wszystko.
Kontemplacja jest nieodłączna od zakonności w ogóle – wszystkie zakony winny być kontemplacyjne. Kontemplacja w życiu osoby powołanej jest konieczna i możliwa. Kontemplacja to przecież nie ciągłe klęczenie i szept modlitewny, ale zatopienie duszy w Bogu. Któż może w zakonie z tego zrezygnować – choćby był w zgromadzeniu najbardziej czynnym? – Kontemplację osiąga się na drodze oderwania nie rąk od pracy, ale serca od siebie i świata. Kontemplacja to nie jest tryb życia, rozkład zajęć, ale stan duszy.
Koniecznie trzeba podkreślać i wyjaśniać młodym tę sprawę. Zwłaszcza dziś, kiedy obowiązki apostolskie zakonów mają tendencję do wzrostu /i nic na to nie poradzimy/, grozi nam ześlizgnięcie w pospolity aktywizm świata /pod jego naporem/, który pędzi niepowstrzymanie w działalności naprzód. Trzeba akcentować mocno niezbędność rozmodlenia – ale przez przesunięcie strefy modlitwy coraz bardziej w głąb, na dno duszy – gdzie każdy łączy się z Panem ściśle przez czystość serca i proste spojrzenie intencji: „soli Deo – fiat voluntas Tua”. Tak można się modlić i w „sercu mas” i w natłoku zajęć.
Nowicjat w swej zewnętrznej organizacji ma charakter kontemplacyjny: młodzi dużo i często się modlą; tryb zajęć raz po raz przeplatany jest modlitwą; żyją w warunkach błogosławionego odosobnienia. Tak się rzecz ma w zgromadzeniach czynnych. I tak trzeba. Młodzi muszą się zanurzyć w ciszę modlitewną i rozsmakować w niej na całe życie. – Równocześnie jednak trzeba im ukazywać, w czym istota kontemplacji, aby praktykowali coraz bardziej zjednoczenie serca i woli z Bogiem. Stwarzajmy im okazję do modlitwy w trudniejszych warunkach; uczmy ich sposobów przenikania z Bogiem do wszystkich sytuacji i spraw; uczmy zstępowania na dno duszy, by tam odnaleźć umiłowanego Boga. Por. piękne słowa O. Przeora.
Celowi temu mogą służyć dni intensywniejszych prac /porządki świąteczne/, dni wakacyjne. W tajniki „modlitwy na każdą godzinę”, „modlitwy wszystkich rzeczy”, „modlitwy w akcji” – wprowadzić mogą swoiście ujęte punkta do rozmyślania: wychodzące od konkretów życia codziennego. – Mówmy więcej naszej młodzieży o najwyższym powołaniu człowieka: do poufałości z Panem, do zatopienia się w Nim całym jestestwem. Nie bójmy się, że nie zrozumieją – mają przecież iskrę. Wskazujmy im do tego drogę nie ponad rzeczami ani obok mnóstwa rzeczy, w oderwaniu od nich, ale poprzez nie.
Czy nie wkraczamy w sprawy zbyt trudne, powyżej miary pojętności nowicjuszów? W pewnym sensie tak. Ale nie sposób tej sprawy pominąć w instruktażu nowicjackim i w ćwiczeniach praktycznych: ona dotyczy celu życia zakonnego; nowicjusz winien rozpocząć powolne zbliżanie się do celu. Cel wskazuje, czym mamy się stać, ku czemu róść. Cel nas przerasta – przewyższa – oczywiście. Nie należy się jednak lękać jego wymagań: cel określa naszą godność, przeznaczenie, wskazuje miejsce w myśli Bożej. Zadaniem jego jest wydobyć z nas ukryte możliwości, podnieść, włączyć w wyższy ład, przekształcić. – Jest czymś ponad nami, co ciągnie w górę, jest trochę „niemiłosierny”. Ale tak jest dobrze.
Zakończenie
Wiele spraw godnych zaakcentowania pominęliśmy. Niech braki dopełni dyskusja. Myślę jednak, że te, które zostały wysunięte, padają w środek, dotykają istoty.
Zalecone akcenty dyktuje sytuacja ogólna życia zakonnego. Inne – może wysunąć obserwacja własnego środowiska. Mistrz nowicjatu winien być świadom potrzeb, które się zmieniają: mieć życie zgromadzenia bacznie w polu widzenia.
Archiwum KWPZM
