Home DokumentyReferaty, Konferencje, ArtykułyProblematyka powołaniowa Drzewiecki Mirosław Ks., Jak pomóc młodzieży w przeniesieniu wartości religijnych w życie dorosłe

Drzewiecki Mirosław Ks., Jak pomóc młodzieży w przeniesieniu wartości religijnych w życie dorosłe

Redakcja
 
Ks. Mirosław Drzewiecki

JAK POMÓC MŁODZIEŻY W PRZENIESIENIU WARTOŚCI RELIGIJNYCH W ŻYCIE DOROSŁE

Dni skupienia dla zakonnych kaznodziejów misyjno-rekolekcyjnych Kraków – Warszawa, styczeń 1990 r.
 

1. TRIADA ROBOCZA

Proszę Czcigodnych Księży, moja wypowiedź niech będzie, tego bardzo pragnę, na wskroś praktyczna. Podzielę się z Księżmi moimi przemyśleniami, ale też i doświadczeniami duszpasterskimi. Nie jestem teoretykiem w tych sprawach i takiego, referatu, jak przed chwilę słuchaliśmy, na pewno nie powiem. Myślę natomiast, że można będzie moją wypowiedź potraktować jako zachętę do dyskusji. W ten sposób ubogacimy się nawzajem.

Najpierw chciałbym naszą pracę w słowie ustawić w pewnym porządku i nazwać pewne jej sektory. Na parafii pracujemy w swego rodzaju personalnej triadzie roboczej: katecheta – kaznodzieja – rekolekcjonista. Nierzadko się zdarza, że jeden człowiek wypełnia wszystkie te funkcje.

KATECHETA uczy przede wszystkim poznawać Prawdę. Pomaga uczniom budować system prawd wiary, światopogląd i hierarchię wartości etycznych; pokazuje także życia wymiar najdalszy – eschatologiczny. Po prostu: katecheta uczy poznawać to co niewidzialne.

KAZNODZIEJA, oczywiście, także uruchamia myślenie słuchaczy, chce żeby poznawali, ale bardziej mu zależy na tym, aby zaangażować cały układ wolitywno-uczuciowy; to znaczy: żeby młody człowiek nie tylko poznał ale i ukochał to co poznał, żeby zapragnął tych poznanych wartości; więcej, żeby miał w sobie tyle energii, aby o te wartości chciał walczyć. Kaznodzieja pogłębia myślenie religijne, uczy bowiem nie tylko poznawania, ale i uznawania prawd i wartości za swoje a także włączania ich w normalny bieg doznań ludzkich, a zwłaszcza przeżywania miłości Boga i człowieka. Kaznodzieja więc uczy kochać.

REKOLEKCJONISTA, który zjawia się raz lub dwa razy w roku szkolnym, ma znów inne zadanie; uczy, jak powracać człowiekowi do tego, co zostawił za sobą. Poznał, pokochał, ale słabość ludzka, jakieś okoliczności i pokusy sprawiły, że człowiek odszedł od tego, co uznał za święte, osłabł w drodze. Rekolekcjonista przychodzi, aby ułatwić młodemu człowiekowi zrewidować swoje życie; całe życie: w odniesieniu do Boga, do bliźniego i do samego siebie. Rekolekcjonista więc sprawdza, robi korekty. Robi uczniowi rachunek sumienia i pokazuje mu na nowo Chrystusową perspektywę życia. Dlatego tak ważne jest, żeby rekolekcjonista chciał usiąść do konfesjonału w czasie rekolekcji, które głosi. Czasem jest to wielki wysiłek dla strun głosowych, ale trud ten na pewno przynosi wiele duchowych owoców dla słuchaczy i penitentów. Niejeden młody człowiek nie pójdzie do konfesjonału do proboszcza, nie pójdzie do swojego katechety, ale pójdzie do rekolekcjonisty …

Rekolekcjonista to przede wszystkim ten, który odnawia poznanie i uznanie Boga.

2. ODGRUZOWANIE WARTOŚCI

O wartościach w ogóle, a o wartościach religijnych szczególnie, można mówić bardzo dużo; myślę jednak, ze tutaj warto podkreślić te wartości, które w życiu młodzieży są zagrożone albo się zdewaluowały; pozostały zupełnie pustymi pojęciami, albo zupełnie inną treść przyjęły. Takie wartości jak: życie ludzkie, godność człowieka, wolność, nadzieja, miłość, prawda, naród, ojczyzna … w wielu środowiskach młodzieżowych albo już nic nie znaczę, są niezauważalne, pomijane, albo mają nową treść. Tę treść zdobywa młodzież w szkole często od niewierzących, albo w ogóle bezideowych nauczycieli, czy też na jakimś kształceniu politycznym, albo po prostu proza codziennego życia uczy takiego naskórkowego traktowania wartości. Zwłaszcza wartość życia ludzkiego od samego poczęcia jest zagrożona w młodej umysłowości. Księża pewnie nieraz rozmawiają z młodzieżą na katechezie, na przykład, o ich stosunku do życia człowieka jeszcze nie narodzonego. Nie wiem, czy któremuś z Księży udało się uzyskać w jednej klasie 100% potwierdzenia katolickiej nauki w tym przedmiocie. Są nieraz takie wypowiedzi, że katechecie włos się jeży na głowie, bo to mówią dziewczyny, rzadziej chłopcy, których uważamy za wierzących i oni siebie za takich uważają. Dla wielu z nich dopuścić przerwanie ciąży, a więc zabić człowieka, nie jest problemem, wielkim grzechem na tyle, żeby usprawiedliwionym było tak grzmieć na ambonie, jak grzmią niektórzy kaznodzieje. Godność osoby ludzkiej, zagrożona dlatego, że w ostatnich czterech dziesiątkach lat w oficjalnych programach wychowawczych nie widać było człowieka jako człowieka, zawsze był wtłoczony w jakąś społeczność. Marksizm narzucił swoja „czapę” na tę wartość: ważni jesteśmy w grupie, w zespole, partia jest ważna, naród jest ważny; pojęcie ojczyzny komuniści swoiście poogryzali. Jednak poczucie godności osoby ludzkiej istnieje w młodych Polakach, trzeba je wygrzebać z popiołów. Z doświadczenia wiem, naprawdę młodzi, gdy się im poradzi, nauczy: posiedź w ciszy, pomedytuj, pomyśl, co w tobie jest najistotniejsze, co tworzy twoją dumę i radość – wreszcie dochodzą do tego. Szkoła, Księża wiedzą o tym, bardzo nam tu przeszkadza. Szkoła nie uczy myśleć, uczy werbalizmu. Może teraz coś się zmieni w nowo powstających szkołach społecznych, gdzie nauczyciele naprawdę chcą uczyć myślenia samodzielnego.

Proszę Księży, te wartości i następne, jak: miłość, wolność, nadzieja, prawda, ojczyzna istnieją w świadomości młodych jako wartości życiowe, „naturalne”, społeczne czy indywidualne. My mamy zadanie pokazywać młodym ludziom trzeci wymiar tych wartości. Godność człowieka w tym trzecim wymiarze, czyli w nadprzyrodzonym wymiarze, to po prostu dziecięctwo Boże.

Wolność – trzeba wyjaśniać młodemu – to nie tylko „pozwolenie”, że możesz robić wszystko, co ci się podoba, i rodziców nie słuchać, i wybierać sobie sposób bycia niezgodny z racjami starych, ale to jest szczególne uzdolnienie człowieka przez Stwórcę, ogromnie nobilitujące, do wybierania dobra, szukania dobra najwyższego i pokonywania trudności zagradzających drogę do niego.

Miłość – jak bardzo zdewaluowane tę wartość, wszyscy doskonale wiemy. Trzeba więc mówić, ciągle pokazywać, że miłość, zwłaszcza między młodymi ludźmi, nie wystrzeliła z patyka, że człowiek został przez Stwórcę wybrany do miłości, jak żadne stworzenie w kosmosie, że kochać drugiego człowieka w istocie znaczy dawać wyraz swej miłości wobec Pana Boga. Miłość, którą odnajduję pewnego dnia w moim sercu, jest objawieniem, że mnie Bóg kocha!

Prawda – była tak mieszana i tak tłamszona w ostatnich dziesiątkach lat w szkole, że młodzież na słowo „prawda” reaguje jak na rozpaloną płytę: nie dotykać, to niebezpieczne! Myślę, że młodym ludziom trzeba poobierać Prawdę, ze wszystkich kłamstw, jakie zrodził marksizm. Trzeba im pokazać, że wszystko, co ma być w ich życiu prawdziwe, rodzi się z faktu, iż Bóg jest Prawdę i ten sam Bóg objawił ludziom Prawdę.

Nadzieja – najczęściej rozumiana jest u młodych jako „widoki” na przyszłość, na karierę , na szczęście. Słowo „szczęście” ma u młodzieży nieustające poważanie, ale mało kto myśli o nadziei, która prowadzi do zbawienia wiecznego. Nie znaczy to wcale, że młodzież nie jest zdolna przyjąć nadziei teologicznej. Nasza praca rekolekcjonistów przyniesie wielką pomoc młodym, gdy będziemy pokazywali nie tylko te ich „widoki na przyszłość”, ale perspektywę najdalszej przyszłości, ostatniego i nieskończonego Spotkania. Można to nawet określać ich językiem, bo gdzieś na końcu ich rozumienia jest miejsce na Boga, który przychodzi ze szczęściem w ręku.

Ojczyzna – wartość zagrożona szczególnie i będzie zagrożona coraz bardziej, bo w tej chwili robi się mętlik polityczny w Polsce. Dużo młodzieży szkół średnich przystaje do różnych grup politycznych; zwłaszcza różne ugrupowania socjalistyczne maję wzięcie. Jest tyleż ciekawe co smutne, że tam panuje duch antyklerykalny. To nie świadczy o nienawiści do księży, ale chyba grają tu rolę jakieś niespełnione nadzieje pokładane w polskim księdzu. Wiele rozczarowań w sercu noszą młodzi do swych katechetów; dotyczy to najczęściej płytkiej wiedzy, albo nikłej świętości osobistej. Dlatego, kiedy mówimy o ojczyźnie, trzeba umiejętnie pokazywać poprzez historię ważny i owocny związek ojczyzny Polaków i Kościoła Katolickiego. Jednocześnie trzeba wskazywać na Kościół, który jest ojczyznę ojczyzn, jako środowisko uświęcające, które jest ważne dla narodów i dla pojedynczego człowieka. W tym właśnie Kościele człowiek uczy się i wychowuje siebie i innych, nabywa najgłębszych wartości, staje się kimś istotowo nowym.

Proszę Księży, to tyle, gdy chodzi o wartości i ich dzisiejsze zagrożenia, jakie widzę. Oczywiście, każdy z Księży może mi w tej chwili podać listę wartości jeszcze dłuższą i pokazać inne zagrożenia, wszystko to będzie prawdziwe i w dalszym ciągu nie wyczerpane. Dodam jeszcze jedną uwagę: kiedy pokazujemy model wartości chrześcijańskich, to nie da się dzisiaj pokazywać je tylko linearnie. Zauważmy, że z wartościami widzianymi tylko „w poziomie” zgadza się człowiek niewierzący. Podkreślam więc mocno konieczność wbudowania w ten model trzeciego wymiaru, to znaczy rzeczywistości nadprzyrodzonego życia ludzkiego oraz Boga, który każdą z tych naturalnych wartości pogłębia w nieskończoność.

3. POROZUMIENIE I AUTORYTET

Proszę Księży, teraz trzeba by zapytać, jak mamy te wartości ochraniać i przekazywać, bo to jest cel naszej służby kaznodziejskiej, naszej pracy w słowie. Dlatego teraz chciałbym bardzo podkreślić wartość języka, naszego języka katechetów czy kaznodziejów. Jako słuchacze z pewnością Księża sami zauważają, bo łatwiej zauważyć u drugiego niż u siebie, że bardzo często na ambonie posługujemy się językiem staroświeckim. Tu już nie chodzi o przestarzałe słownictwo, często żywcem z XIX wieku, ale nawet obrazowanie, metaforyka czerpana jest całymi haustami z romantyzmu, a nawet z baroku. Oczywiście pomijam tu archaizację jako celowe użycie środka artystycznego.

Bardzo często zdarza się, że ilustracje egzystencjalne w kazaniach ściągane są z przestarzałych podręczników czy skryptów. Trzeba zdobyć się na odwagę i wyrzucić te „pomoce” na śmietnik. Takie przykłady skryptowe, proszę Księży, to już nie „śmiech na sali”, ale bzdura i nuda w kościele. Ta staroświeckość naszych kazań oddala nas od młodego człowieka. Pewna wierząca osoba, mocno zaangażowana w życie Kościoła w swojej parafii, znana literatka warszawska, zapytana, co by powiedziała Księżom na temat przekazywania wartości religijnych młodemu pokoleniu, odpowiedziała po prostu: „Badźcież wy razem z młodymi ludźmi. Gdy będziecie naprawdę z młodymi, to zdołacie im przekazać wartości najwyższe”. Księża pewnie wyczuwają w tej wypowiedzi postulat nowego języka na ambonie, zbieranego z dzisiejszego życia. Myślę, że język współczesny, nie ten wulgarny, ale język piękny, literacki bardzo nas przybliży do ludzi młodych.

Drugie straszydło w naszych kazaniach, z którego trzeba zrezygnować, to język hermetyczny, zamknięty dla nieteologów. Ten język wymaga od słuchacza bardzo dużo wysiłku umysłowego i wiele dobrej woli, żeby takie kazanie „naukowe” było z pożytkiem duchowym przejęte. Nie można wymagać od młodego człowieka, żeby przez 15 minut był uważnym słuchaczem, jeśli będziemy go bombardować obcym, technicznym językiem teologów. Żywy język na ambonie musi się różnić od języka zapisanego w traktatach teologicznych czy dokumentach soborowych. Kaznodzieja jest takim teologiem, który po prostu tłumaczy niestrawne, naukowe pisma religijne na język egzystencjalny, zrozumiały słuchaczom. To znaczy, tak wyjaśnia Ewangelię, że chłopiec czy dziewczyna, którzy go słuchają, nagle, w świetle prawdy ewangelicznej ujrzą siebie, swój problem, nawet swój kłopot moralny.

Następnie, po trzecie, trzeba przestrzec kaznodzieję przed używaniem języka moralizatorskiego, sterylnego języka nakazów i zakazów: musisz to, nie wolno ci tamtego. Starsi z nas wychowywali się w takich warunkach, że gdy nam powiedziano: musisz, to myśmy odpowiadali: skoro muszę to zgoda. Ale dzisiaj naprawdę jest inaczej. Młody człowiek, szesnasto- osiemnasto- dwudziestoletni, gdy mu się powie: musisz, odpowiada: wcale nie muszę! Ojciec go nie zmusi, nauczyciel nie zmusi, nikt go nie zmusi, tym bardziej ksiądz od ołtarza, z tak daleka … Młody słysząc radykalne nakazy, zakazy, uruchamia w sobie przekorę, buntuje się wewnętrznie, czasem dochodzi do ostateczności, do odrzucenia przykazań. Drodzy Księża, nie chciejmy być Panem Bogiem, ani Go zastępować. Bóg może powiedzieć krótko: „nie kradnij”, „nie cudzołóż”. Nam raczej trzeba być świadkiem tego dobra, które Bóg w nas uczynił, co uczynił w Kościele, gdy człowiek poddał się z miłością Boskiemu prawu, Boskiej miłości. Pokazywać na różne sposoby, jakie są skutki poddania się owemu: „będziesz miłował …”, „czcij ojca i matkę” – to jest dziś droga pewniejsza. W wyjaśnianiu Boskich zakazów trzeba raczej ukazywać krzywdę, jaką człowiek sobie czyni, łamiąc te zakazy. Pokazać grozę destrukcji i spustoszenia grzechowego: „Popatrz, do czego się doprowadzasz, przecież w istocie nie chcesz być tak głęboko poniżonym, podeptanym przez Złego”. Młodzi widzę zwykle na krótki dystans, trzeba im mądrze wydłużać perspektywę czynów moralnych. Oczywiście, proszą Księży, podkreślam to mocno: są pewne sytuacje w normalnym procesie wychowawczym, gdzie ojciec czy nauczyciel, każdy pedagog, powie: tak ma być, tak masz postąpić i koniec. Dlaczego? Są pewne sprawy, których młodzież jeszcze nie rozumie; nie ma dość wiedzy ani doświadczenia, żeby je zrozumieć, dlatego musi przyjąć w oparciu o autorytet człowieka dojrzałego, człowieka mądrego. Ksiądz mający poważanie u młodych, może im nakazać, powołując się na najwyższy autorytet Boga.

Proszę Księży, ukazywanie autorytetu Boga musi też mieć właściwy sposób. Od sposobu mówienia o Bogu bardzo wiele zależy, czy młody człowiek, zwłaszcza wychowany w wielkim mieście, zainteresuje się tym tematem. Bóg teologów nie ma żadnej siły przebicia u młodzieży, która najczęściej jest zielona w sprawach religijnych, ma spore luki w zakresie nauki katechizmu. Jednocześnie młodzi szanuję Tajemnicę, lgnę do Tajemnicy, bo przeżywają wielkie kłopoty ze swoim młodym życiem, trapieni są rozterkami i tęsknotami za miłością, za przyjaźnią … Kaznodzieja, który już samym sposobem mówienia o prawdach wiary, swoim humanizmem i wyczuwalną przyjaźnią, a przynajmniej wielką życzliwością, potrafi zainteresować młodego słuchacza, zachęcić go do uważnego słuchania, z pewnością ma wielkie szanse na owocne przedstawienie mu tajemnicy Boga. Boga, który jest miłością, ale jednocześnie stawia człowiekowi wymagania. Młodzież jest bardzo wrażliwa na prawdziwość wypowiadanych słów, objawianych myśli i uczuć. Potrafi też krytycznie kontrolować tę postawę prawdy u swego katechety czy kaznodziei. Postawa prawdziwej życzliwości i nachylania się nad problemami młodych wymaga od nas, by nasz przekaz Ewangelii był nie tyle „głoszeniem” ile raczej „rozmawianiem”. Wyobrażam sobie, że gdyby Pan Jezus przyszedł dzisiaj rozesłać nas z Ewangelię po całym świecie, to, znając dzisiejsze wypaczone pojęcie głoszenia jako mówienia z pozycji nadrzędności, czy nie powiedziałby zamiast: „Idźcie i głoście” raczej: „Idźcie i rozmawiajcie”; idźcie i rozmawiajcie z waszymi braćmi o Ojcu, którego wam objawiłem … Bardzo jest dziś potrzebna ta braterska, kameralna atmosfera przepowiadania: człowiek, który doświadczył obecności Boga spotyka się z człowiekiem, który jeszcze nie doświadczył. Niestety, musimy uderzyć się we własne piersi, chociaż zeszliśmy z wysokich ambon w kościołach, cięgle głosimy „z góry”.

Proszę Księży, jest taki dominikanin w Polsce, który zanim przywdział habit zakonu kaznodziejskiego, wiele lat mówił o Bogu, dawał świadectwo o swojej największej Miłości. Znam go jeszcze z czasów, kiedy był świeckim człowiekiem, doktorem fizyki i uczył religii w jednej parafii wrocławskiej. Po iluś miesiącach grupa rozrosła się tak, że trudno było ją opanować, schodzili się młodzi z całego miasta. Pytałem kiedyś chłopaka: dlaczego jedziesz z drugiego końca miasta na religię do Maćka, kiedy masz swoich wikarych, swojego proboszcza? Odpowiedź brzmiała: Katecheta to musi tak mówić, a Maciek nie, on nie musi, a jeśli mówi, to znaczy, że tam jest sens, on w to wierzy, tam jest Prawda. Rzeczywiście, Maciek ich kochał. Np.: zabierał ich całą hurmę i jechali do jakiegoś klasztoru na Wielki Tydzień, tam uczył ich przeżywać tajemnicy zbawienia. Jechał z nimi na wakacje i tam uczył ich być na co dzień chrześcijaninem, wychowywał do życia w grupie rówieśniczej według Ewangelii. Oni przepadali za nim. Do dziś pamiętają i odwiedzają go. Gdy tylko pojawi się we Wrocławiu, z żonami, z mężami, z dziećmi przychodzę do niego. Oni cięgle są z Maćkiem, który w tej chwili jest mnichem i pisze zakonne książki.

Z tej postawy, proszę Księży, wynika czwarty postulat naszej pracy w słowie: dialog. Oczywiście, dialog na ambonie nie może naśladować dialogu na katechezie. Kazanie dialogowe to takie przekazywanie prawdy o Bogu, przez które rodzi się burza w dotychczasowym myśleniu młodego człowieka na temat Boga i świata nadprzyrodzonego. Ten wicher myślowy ma oczyszczać młody umysł. Trzeba burzyć niemiłosiernie, rujnować jego schematy myślowe aż tak, żeby się słuchacz kłócił wewnętrznie z kaznodzieją, żeby chciał spotkania z nim, wypowiedzenia mu swoich zbuntowanych myśli. Jedni słuchacze będę szukali spotkania z kaznodzieją, żeby mu wypowiedzieć swój protest czy podzielić się trudnościami i wątpliwościami, inni, bardziej spokojni, siądą w domu i zaczną książki wertować, samemu pokonywać poprzeczki umysłowe Prawdy Bożej. Jeden i drugi skutek dialogu jest bardzo pożądany. Mówienie dialogowe nie zamyka spraw, nie stawia kropki nad „i”, pobudza do rozwoju myślenie młodego słuchacza.

Mówienie dialogowe na ambonie zwraca na nas baczniejszą uwagę młodego słuchacza. Młodzi widząc w naszych kazaniach szukanie razem z nimi nowych dróg do Boga, przestaną nas traktować jako mówców partyjnych. Drodzy Księża, zechciejmy sobie uświadomić, że jako kapłani jesteśmy w dziwnej, ale równocześnie wspaniałej sytuacji, bo mówimy Prawdę, która nie jest wymyślona przez nas, Ktoś inny pierwszy ją wypowiedział, a jednocześnie dajemy świadectwo swojej Prawdzie. Czyli musi się dokonywać w moim życiu kapłańskim coraz pełniejsza, nieustanna asymilacja Ewangelii. Musi dokonywać się takie przyjęcie i przetrawienie Bożej Prawdy we mnie, że staje się absolutnie moja. Nie moja, bo Chrystusowa, a jednocześnie moja aż tak, że życie gotów jestem za nią oddać. Wtedy dopiero staję się prawdziwym świadkiem Ewangelii i takiego młodzież rozszyfruje bardzo szybko.

4. DOCIERANIE DO WNĘTRZA

Powiedzmy sobie, Czcigodni Księża, jeszcze o naszym powszednim Chlebie, jakim jest niedzielne kazanie czy homilia, oraz o spotkaniach nadzwyczajnych jak rekolekcje i wspólna modlitwa. Coniedzielne przepowiadanie – jakże narzuca się tu postulat, aby duszpasterz młodzieży przyjął na siebie trud przygotowywania kazań na każdą niedzielę na Mszy dla młodzieży, bez względu na to, czy ma w danym tygodniu dyżur w zespole wikarych, czy nie. Bowiem wtedy można w rocznej czy wieloletniej kontynuacji przedstawić wyczerpująco naukę Ewangelii. W długich cyklach powinniśmy głosić kazania czy homilie tematyczne. Wielkie okresy liturgiczne jak Adwent czy Wielki Post doskonale pomagają w wielotygodniowym planowaniu tematów homilii; sam układ czytań biblijnych i modlitwy mszalne niosą wielką pomoc w komponowaniu myśli kaznodziejskiej. Z obserwacji zwłaszcza średniego wieku duszpasterzy wynoszę uwagę o pewnym niebezpieczeństwie zagrażającym rzetelnej pracy nad homilią. Wielu księżom się wydaje, że potrafią mówić homilie bez większego przygotowania, bo przecież perykopy ewangeliczne są im od dawna dobrze znane. Dla przykładu: w najbliższą niedzielę jest perykopa o rozmnożeniu chleba. O czym więc będę mówił? – O Eucharystii; mam z głowy przygotowanie, bo przecież o Eucharystii zawsze coś potrafię powiedzieć. –Nieprawda, powiem ci, będziesz plótł jak zwykle, jeżeli nie przysiądziesz fałdy i nie zobaczysz tej perykopy tak na tle innych czytań jak i nauki Kościoła. Poza tym, Czcigodni, trzeba odnowić w sobie wiarę, że słowo Boże jest żywym słowem i za każdym razem, gdy jest czytane, należy odszukać w nim nowe, aktualne wezwanie Boże. Przygotowywanie homilii zmusza mnie do twórczego szukania tego ziarna, które Bóg dziś zasiewa we mnie i w moich słuchaczach. Solidnie przygotowywana na piśmie coniedzielna homilia przyczynia się do rozwoju piękna języka kaznodziejskiego. Walor estetyczny naszego przepowiadania nie może być zostawiony gdzieś na boku. Ktoś powie: ja nie jestem artystą, nie jestem aktorem. Nieprawda, jesteś artystą! Bóg dał ci specjalną rolę w wielkim Dramacie Zbawienia. Twoje piękne, mądre słowo uwyraźnia Prawdę i pociąga słuchacza ku Bogu.

Rekolekcje. Ośmielę się tutaj postawić postulat trudny w realizacji, ale przynoszący owoce. Mianowicie, żeby rekolekcje, które zamierzamy przeprowadzić, przygotować wokół jednego, wybranego tematu. Trzeba taki temat wybrać, przemyśleć i rozwijać go na wszystkich konferencjach dla młodzieży. Dla przykładu wymienię: wiara, miłość, tęsknota, smutek, osobowość, szczęście itp. W tych tematach zawsze można zmieścić, i to wcale nie sztucznie, temat grzechu i łaski, żalu, przebaczenia i miłości Boga. Proponuję także powrócić do dawnej praktyki – to były lata powojenne – rekolekcji szkolnych. Pamiętam, było to zawsze wielkie przeżycie dla całej szkoły, dla całej parafii. Szkoła rezerwowała pierwsze trzy dni Wielkiego Tygodnia na rekolekcje, w kościele dla całej młodzieży. Program przewidywał dwa spotkania w ciągu dnia: rano i po południu. Pamiętam do dziś, że rekolekcjonista na rannej konferencji tak nas ustawił, iż rzeczywiście cały ten dzień był przemodlony. W takich rekolekcjach ważne było nie tylko to, co powiedział konferencjonista, ale również to, co ja sam przemedytowałem, a czasu na rozmyślanie było sporo. Doprawdy takie rekolekcje były krokiem milowym na drodze rozwoju wewnętrznego, uczyły pracy nad sobą. Czy dziś, w nowej sytuacji społeczno-politycznej, nie warto sięgnąć po tamten wzorzec?

Póki co, proszę Księży, osobiście pokładam wielką nadzieję na przemiany młodego pokolenia wierzących w rekolekcjach zamkniętych. Jeżeli katecheta chce wychować młodzież, jeżeli chce po chrześcijańsku urobić ich sumienia, to musi organizować rekolekcje zamknięte. Chociaż raz w życiu przeprowadzić młodego człowieka przez takie wielodniowe ćwiczenia dla duszy. Podkreślam: wielodniowe! Trzy dni to absolutnie za mało. Żeby młodzi wyzbyli się werbalizmu, żeby otwarli duszę na Boga, a uwagę na rekolekcjonistę, żeby zaczęli myśleć samodzielnie o swych sprawach życia wewnętrznego, potrzeba trzech dni „wstępnych” wyciszania i rozmodlenia. Uważam, że sześciodniowe rekolekcje zamknięte nie są za długie dla młodzieży. Oczywiście, może się zdarzyć w parafii, że na propozycję tygodniowych rekolekcji młodzież na katechezie zareaguje ponurym milczeniem. Ale to dlatego, że młodzi nie znają owoców takich ćwiczeń duchowych, trzeba ich rozsmakować!

W Polsce mamy rozwinięty ruch oazowy, rekolekcje tam trwają pełne piętnaście dni. Nikogo nie trzeba przekonywać, że w naszym krajobrazie religijnym oazy przyniosły bardzo dużo zdrowych owoców ducha. Ale w programie rekolekcji wakacyjnych jest pewien mechanizm bardzo niebezpieczny: uczestnik w ciągu 15 dni przeżywa cały plan swojego zbawienia. Każdego dnia wspina się coraz wyżej i wyżej, bo go tak prowadzi plan oazowy i moderator. Wreszcie uczestnik zaszedł rzeczywiście wysoko i jego miłość do Pana Boga jest naprawdę gorąca, ale w pierwszym dniu po oazie ów szczyt okazuje się być urwiskiem a za nim przepaść. Po przyjeździe do domu oazowicz, zwłaszcza po pierwszym stopniu, zostaje osamotniony i zagubiony. Całe jego przeżycie wewnętrzne spada w tę przepaść. Proszę Księży, trzeba temu zaradzić. Może otoczyć większa opieką duchową tych co wrócili z oazy, zwłaszcza, gdy jest ich garstka w parafii, osłonić ich jakoś przed marazmem rodzinnym i środowiskowym, przed wsysająca bylejakością życia religijnego w otoczeniu. Trzeba młodych wciąż sprawdzać w ich wierze, pokazywać normalną drogę życia chrześcijańskiego wśród pokus i grzechów tego świata: nie w dwa tygodnie masz się uświęcić, ale przez całe życie, ale właśnie na skutek nowych powstań z upadków, na skutek wierności Boga i jeszcze raz podjętej walki z natarczywą pokusa. Oczywiście, Ruch Światło i Życie oferuje księżom katechetom opracowany szczegółowo program pracy w ciągu roku między rekolekcjami oazowymi różnego stopnia, trzeba skorzystać z tego.

Uważam jednak, że ambitny katecheta, kochający młodzież, powinien ze swoimi uczniami wyjeżdżać do miejscowości oddalonych od zgiełku świata i tam prowadzić rekolekcje zamknięte. Przecież on najlepiej ich zna, także od strony duchowej; wie, czego im jeszcze brakuje. Warto jeszcze z doświadczenia dopowiedzieć, że dobry okres na rekolekcje zamknięte to nie czas przed maturę, ale klasa druga lub trzecia. W tym wieku właśnie w młodej duszy ważę się najistotniejsze sprawy życiowe i te rekolekcje mogę przeważyć szalę na korzyść żywej wiary w Boga. Matura to często takie zatrzaśnięcie mózgu, że poza egzaminem niczego, ani nikogo nie widać.

Spotkania modlitewne. Proszę Księży, trzeba było widzieć, co się działo we Wrocławiu na przełomie grudnia i stycznia 89/90, gdy przyjechało 50 tysięcy młodych ludzi z całej Europy, aby się modlić przy inspiracji braci z Taizé, co tam się działo! Przecież nasza młodzież stała się zupełnie kimś innym. Ci młodzi, którzy nie umieją wytrzymać na Mszy 45 minut, którzy nie potrafię w domu modlić się przez trzy minuty, tutaj siedzieli na modlitwie po trzy do pięciu godzin. Modlili się w kościołach, modlili się w Hali Ludowej – tam zmieściło się 15 tysięcy młodych – modlili się pod namiotami, siedzieli na słomie, na materacach … Modlili się w domach, w salkach katechetycznych, wszędzie! To było wielkie, niezapomniane przeżycie dla tych, którzy przyjechali i dla naszej młodzieży; dla Wrocławia niespotykane przeżycie młodości i modlitwy.

Jeszcze jedno doświadczenie. Dobrych parę lat temu, a może więcej, wyjechaliśmy pod Śnieżne Kotły z młodzieżą na odpoczynek i modlitwę. Pewnego dnia ktoś nas zaalarmował: słuchajcie, w Sobieszowie dzieje się coś ciekawego w kościele! Weszliśmy, mnóstwo bardzo młodych ludzi siedziało na posadzce dookoła ołtarza, paliła się jedna świeczka na środku ich kręgu, oni milczeli długo, a potem czytaniem Pisma św. i śpiewaniem psalmów przerywali tę ciszę. Przyglądałem się im długo, szukałem między nimi księdza; nie było. Poszedłem na plebanię i mówię: księże, co tu się dzieje? … To coś wspaniałego! Co ksiądz im zrobił? – A on na to: ja nic nie robiłem, ja nie wiem, co się tam dzieje, ja tam w ogóle nie wchodzę. Przyszli, zaczęli się modlić, siedzą, palą świeczkę, śpiewają. – A nie mógłby tak ksiądz proboszcz pójść i usiąść z nimi? – Daj spokój … Proszę Księży, włączyłem się w tę modlitwę z cała grupą akademicką; niezwykłość tego samorzutnego eksperymentu podziwiam do dziś. Ci młodzi sami siedli do modlitwy, najpierw małą grupą z Sobieszowa, a potem z całej Jeleniej Góry i z okolic. Codziennie punktualnie o piętnastej zaczynali. Modlili się po swojemu, ale naprawdę się modlili, nie potrzeba było korekty teologicznej. Nikt ich nie mógł zapędzić na katechezę raz w tygodniu, ale do Sobieszowa przyjeżdżali rowerami, tramwajami, autobusami kilkanaście kilometrów, chcieli i potrafili chcieć! To wydarzenie, proszę Księży, świadczy o tym, jak bardzo jest potrzebna młodzieży modlitwa i jak potrafią dobrowolnie korzystać z okazji do niej. Gdy stwarzamy młodzieży możliwość modlitwy, to po prostu oddajemy młode serca i sumienia Boskiemu wychowawcy i nauczycielowi, On je ubogaca najwyższymi wartościami.

Wreszcie ostatnia propozycja: wykorzystać nauki stanowe dla rodziców. Przyjeżdża młody rekolekcjonista, oczywiście proboszcz mówi: Proszę księdza, chłopy nie przyjdą w inny dzień, to w niedzielę wieczorem zaraz po Mszy zrobić stanówkę dla mężczyzn; kobiety przyjdą w poniedziałek czy we wtorek, nie ma problemu. Do chłopów o pijaństwie, do kobiet o gadulstwie, o przerywaniu ciąży, o czymś tam jeszcze … Załatwiona sprawa. – A tymczasem, Czcigodni, można inaczej: Czy ksiądz proboszcz ma dobre rozeznanie, ile młodych małżeństw mieszka na terenie parafii? Proponuję podzielić stanówki na nauki dla młodych małżeństw z małymi dziećmi i nauki dla rodzin z dziećmi dorastającymi. Przecież trzeba omówić tyle zróżnicowanych problemów rodzinnych i małżeńskich. Trzeba wychowywać rodziców do wychowywania dzieci, trzeba ich uczyć, jak być przyjaciółmi własnych dzieci, jak przekazywać w rodzinie wartości moralne oraz jak wprowadzać zagubione obyczaje i obrzędy katolickie, jak tworzyć atmosferę miłości, zaufania i szacunku w rodzinie wielopokoleniowej. Ta tematyka może ożywić rekolekcyjne nauki stanowe i przysporzyć dobrych owoców ducha dla naszej młodzieży. POMYŚLMY O TYM POWAŻNIE.

Na zakończenie zachęcam Księży do przeczytania artykułu ojca J. A. Kłoczowskiego: „Jak wychowywać do wolności młode pokolenie Polaków?”. Artykuł wydrukowano w 4 numerze „W drodze”, 1989 r. Warto również zajrzeć do książki ks. J. Tischnera: „Myślenie według wartości”, a zwłaszcza przeczytać niektóre rozdziały części trzeciej. Pogłębienie poruszonych zagadnień mogą Księża znaleźć w książce G. Marcela: „Homo viator”, a zwłaszcza w rozdziałach: „Tajemnica rodziny”, „Posłuszeństwo i wierność”, „Wartość i nieśmiertelność”. Drugie wydanie tej książki ukazało się w 1984 r.

Ks. Mirosław Drzewiecki – Wrocław

 

Archiwum KWPZM

SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Zgoda